Leśniczy/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Leśniczy
Podtytuł Obrazek wiejski
Pochodzenie „Tygodnik Mód i Powieści“, 1890, nr 22-35, 37-46
Redaktor Jan Kanty Gregorowicz,
Emil Skiwski
Wydawca Emil Skiwski
Data wydania 1890
Druk Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


III.

Prześliczny był poranek jesienny. Słońce świeciło jasno, orzeźwiający wietrzyk poruszał żółkniejącemi już liśćmi. Przed dwór w Magdzinie zatoczył się wolant, zaprzęgnięty w dwa rosłe, siwe konie. Wnet też na ganku ukazał się pan Ludwik, prowadzony pod rękę przez córkę. Anielcia ubrana była w obcisłą, popielatą sukienkę, na głowie miała nizki kapelusik filcowy, na rękach długie, jelonkowe rękawiczki.
— Tu ojczulku jest stopień — mówiła, podtrzymując niewidomego pod ramię. — Proszę usiąść śmiało, z lewej strony. Prawą rezerwuję dla siebie. Teraz, Janie — dodała, zwracając się do stangreta — dajcie mi lejce, wy zostaniecie w domu.
Wzięła lejce do ręki, konie ruszyły.
Przejechali przez wieś, kilka wiorst gościńcem, przez nowy most i groblę. Konie spokojne, doskonale ujeżdżone, szły równo, Anielcia szczebiotała nieustannie.
— Teraz, ojczulku, wjeżdżamy w las — rzekła.
— Czuję to — odpowiedział niewidomy — słyszę szmer liści. Niegdyś bardzo lubiłem las i polowanie. Znałem tu każdą ścieżkę, każde prawie drzewo. Zdaje mi się, że i dziś jeszcze nie zabłądziłbym tutaj. W której stronie lasu jesteśmy?
— Zdaje mi się, że ta jego część nazywa się Stawek, chociaż nie wiem dlaczego, bo tu wody wcale nie ma.
— Musiała niegdyś być. Woda wyschła a nazwa została. Niegdyś zabiłem dzika w tem miejscu.
— Teraz, ojczulku skręcimy na lewo, do Leśniczówki, ale pojedziemy wolno, bo dróżka wązka, a nad nią gałęzie.
Ujęła lejce prawą ręką, lewą zaś miała na pogotowiu, aby strzedz ojca od zetknięcia z gałązkami leszczyny, które wychylały się gdzieniegdzie nad dróżkę.
— Do Leśniczówki już niedaleko, ojczulku, za pół godziny będziemy na miejscu.
— Byle Kalińskiego w domu zastać, bo koniecznie rozmówić się z nim muszę.
— A gdzieżby pan Kaliński był? On zawsze w lesie.
— W domu, a w lesie to różnica... las duży.
— Przecież go znajdziemy.
Na dość dużej polance wznosił się domek, otoczony ogródkiem, zabudowania gospodarskie, brożek pod daszkiem ruchomym, dwa stogi siana, gołębnik. Wyglądało to niby kolonijka, niby osada, zamożniejszego chłopa.
Widocznie z okien domku dostrzeżono wolant, bo ktoś przed dom wyszedł.
— Jest pan Kaliński? — zawołała Anielcia, podjechawszy jednak bliżej ujrzała obcego zupełnie człowieka.
Spostrzegłszy nieznajomego, Anielcia zarumieniła się; zatrzymała konie przed domkiem i w zakłopotaniu nie wiedziała co dalej czynić.
Młody człowiek zbliżył się ku przybyłym.
— Domyślam się — rzekł — że państwo przybyli do pana Kalińskiego, mego stryja. Jest on w tej chwili w lesie, ale niedługo powróci. Poślę po niego. Może państwo raczą zejść i spocząć w domku. Konie każę wyprządz i odprowadzić do stajni... Walek!
W tej chwili przybiegł ten sam chłopiec, który poprzedniego dnia z ustnem poleceniem od Kalińskiego przychodził.
Wziął z rąk Anielci lejce, a młody człowiek dopomógł panu Ludwikowi wysiąść.
— Z kimże mówię? — zapytał niewidomy.
— Jestem Adam Kaliński — odrzekł młody człowiek — student medycyny, przyjechałem odwiedzić mego stryja.
— A więc syn Michała?
— Tak panie; pozwoli pan, doprowadzę go do pokoju lub do ławki przed domem... gdzie szanowny pan woli.
— Lepiej na dworze, trzeba korzystać z ostatnich uśmiechów słońca, gdzież Anielcia?
— Jestem ojczulku tu, przy tobie, jak zawsze.
— W tej chwili poślę po stryja — odezwał się młody człowiek. — Wyobrażam sobie, jak się ucieszy, tak pragnął pana widziéć.
— Poczciwy, szczery przyjaciel!
— A mnie to pan Kaliński widziéć nie pragnął? — wtrąciła z przekąsem Anielcia.
— Owszem i o pani wspominał, ale nie przypuszczał, że pani tu przyjedzie. Radość jego będzie podwójna zatem.
Młody Kaliński liczył dopiero dwadzieścia kilka lat życia.
Był szczupły, wysmukły, zgrabny i odznaczał się niepospolitą, prawdziwie męzką urodą. Rysy twarzy miał regularne, oczy duże, pełne życia i myśli. Po nad wysokiem, gładkiem jego czołem wiły się pukle włosów jak noc czarnych; takiż zarost okalał jego twarz.
Anielcia, patrząc na niego ukradkiem, przyszła do przekonania, że równie sympatycznego człowieka nie widziała jeszcze w swem życiu.
Pan Ludwik wdał się z nim w rozmowę. Dopytywał go o rodziców, o to gdzie się kształci, co w przyszłości czynić zamierza. Młody człowiek nie wiele miał do powiedzenia o sobie. Cóż? życie jak życie, pospolite, szare, tysiące ludzi ma podobne. Ojciec, Michał Kaliński, rodzony brat pana Piotra Kalińskiego z Leśniczówki, umarł przed dziesięciu laty. Majątku nie zostawił, bo nikt na małej dzierżawce skarbów nie zgromadza. Matka sprzedała ruchomości i inwentarz, przeniosła się na mieszkanie do miasteczka i trochę z kapitaliku ze sprzedaży uzyskanego, trochę z szycia, żyje. On sam, gdy go śmierć ojca w szkołach zaskoczyła, już na nikogo prócz na własne siły liczyć nie mógł. Dawał lekcye, przepisywał nocami, czynił wogóle to samo co jego koledzy biedacy, głodu przymierając. Skończył szkoły, wstąpił do uniwersytetu, obecnie jest na czwartym kursie, niedługo lekarzem zostanie. Na wakacye pojechał do matki, ale że trochę niedomagał, że lekarze zalecili mu pobyt w lesie, więc na ostatnie parę tygodni przyjechał do stryja, którego od lat kilkunastu nie widział, a właściwie mówiąc i nie znał prawie.
Przyjechał, trochę czyta, czasem towarzyszy stryjowi w wycieczkach do lasu i niezadługo powróci do Warszawy, do studyów. Jeszcze ma z górą dwa lata pracy przed sobą. Co dalej uczyni, gdy zostanie lekarzem, nie wie jeszcze. Radby kształcić się dalej, praktykować przy klinikach, ale matka coraz starsza i słabsza, może będzie potrzebowała pomocy. W takim razie wypadnie wyrzec się ambitnych marzeń, osiąść na prowincyi i pracować na chleb. Oto cała historya i dalsze plany.
Opowiedział to najtreściwiej, najkrócej, jedynie dla zaspokojenia ciekawości pana Ludwika. Kilkakrotnie usiłował rozmowę na inny przedmiot zwrócić, lecz niewidomy niepozwalał. Lubił i szanował Kalińskiego, za jedynego przyjaciela go uważał, więc też chciał i synowca jego bliżej poznać.
— I cóż cię skłoniło, panie Adamie — pytał — że medycynę za przedmiot studyów obrałeś?
— Trochę zamiłowanie — odrzekł — a trochę i praktyczne względy. Lubiłem zawsze nauki przyrodzone i badanie tajemnic natury, a któż jeżeli nie lekarz ma więcej sposobności po temu? nie taję również, że mi i o chleb powszedni chodzi.
Pan Ludwik uśmiechnął się gorzko.
— Powiedz mi, mój panie — rzekł — czy wierzysz w naukę, której się poświęcasz?
— Za kogóż mnie pan ma!? Czyżbym mógł ze świadomością uczyć się fałszów, ażeby za ich pomocą oszukiwać ludzi? Nie... ja moją naukę kocham, ja w nią wierzę, ona odkrywa nam prawdy niezbite i uczy poszanowania praw niewzruszonych i niezłomnych, ona...
— O entuzyasto i poeto! jakże się łudzisz, nauka wasza nic nie wie, jest niedołężna i słaba, ja w nią nie wierzę, nie! bo i jakże wierzyć mogę... ja kaleka?...
— Panie — odrzekł młody człowiek — ja rozumiem te słowa, każdy na pańskiem miejscu mówiłby zapewne tak samo, ale...
— Cóż ale, jakie tu ale może być? Utraciłem wzrok, skazany jestem na dożywotnie błądzenie w ciemnościach, bez żadnej nadziei ratunku, i cóż mi wasza nauka pomoże?
Młody człowiek zamyślił się.
— Panie! — rzekł po chwili — daleki jestem od twierdzenia, że nauka robi cuda, ale też nikt nie zaprzeczy, że czyni wiele, a ponieważ postępuje, ponieważ każdy dzień przynosi jej nowe zdobycze, przeto pożytek jaki ludzkości przynosi, będzie coraz większy.
— Entuzyasta jesteś, mój panie Adamie, boś młody i wszystko ci się wielkiem i pięknem przedstawia... ale ja zachwytów twoich podzielać nie mogę... bom, jak widzisz, skazany przez tych, którzy są właśnie kapłanami tak przez ciebie uwielbianej nauki. Sami powiedzieli, że ona jest bezsilna w obec mego cierpienia.
— To jeszcze wielka kwestya — rzekł młody człowiek.
— Co? — zawołał z ożywieniem niezwykłem ociemniały — kwestya? a przecież zawyrokowali stanowczo. Czyż pan, który zaledwie rozpocząłeś naukę, miałbyś podawać w wątpliwość zdanie doświadczonych praktyków?
— Posądza mnie pan o zarozumiałość — odrzekł student — a ja jestem od niej bardzo daleki. Wiem aż nadto dobrze, że nie umiem tego co umieją owi praktycy, którzy pana leczyli, ale wiem także, że i oni umieją znacznie mniej od specyalistów, którzy studyowaniu chorób wzroku poświęcili całe swoje życie i tem się jedynie zajmują. Mogę o tem mówić śmiało i na pewnych podstawach, bo wiem od stryja, kto o pańskim wzroku wyrokował i wydziwić się nie mogę, że pan na tym wyroku poprzestał. Ta gałęź nauki postępuje niezmiernie, co przed dziesięcioma laty uważano za niemożliwe, dziś daje się wykonać bez wielkich trudności. Są znakomici specyaliści, głośni w całym świecie, którzy sztukę swoją doprowadzili do perfekcyi, dlaczego pan nie udał się do nich?
— Gdy mi odebrano wszelką nadzieję...
— Nie należało im wierzyć.
Pan Ludwik chciał odpowiedziéć na to, ale właśnie nadjechał z lasu Kaliński, sprowadzony przez Walka.
— Co za goście! jacy goście! — wołał z daleka — mój Boże! czyż mogłem się spodziewać? pan i panna Aniela! Jak was przyjąć? na czem posadzić?
— Dobrem słowem, kochany panie Piotrze — rzekł pan Ludwik — i sercem poczciwem. Sam sobie sprowadziłeś tę naszą inwazyę, zaalarmowałeś mnie wczoraj i oto jestem z moją przewodniczką kochaną.
— Zaalarmowałem, prawda. Niech pan wybaczy, żem zaniepokoił, ale nie mogłem inaczej postąpić. Dzieją się rzeczy, których tolerować nie mogę.
— Jakie?
— Kiedy już pan tu jest, to musimy w cztery oczy porozmawiać. Adaś, mój synowiec, zabawi tymczasem pannę Anielę.
— Zgoda — odrzekł pan Ludwik — z synowcem twoim, panie Piotrze, poznaliśmy się, a nawet posprzeczali. Zapalony to entuzyasta, jak młody. Podobno i my w swoim czasie tacy sami byliśmy, mój przyjacielu. No, powiedz, powiedz co jest, jak jest... niechże wiem co mi grozi.
Kaliński wziął niewidomego pod rękę i wprowadził do stancyi, młodzi ludzie przed gankiem zostali. Anielcia, gdy tylko ojciec odszedł, powstała z ławki, zbliżyła się do Adasia i składając ręce błagalnie, rzekła prawie z płaczem:
— Panie, czy to prawda, co mówiłeś przed chwilą? Czy rzeczywiście są ludzie, którzy mogą wrócić memu ojcu słońce? O jeżeli tak jest, to błogosławić będę chwilę, w której spotkaliśmy pana. Wskaż gdzie ich szukać, a choćby na drugiej półkuli mieszkali zaprowadzę do nich ojca...
— Proszę pani — odrzekł młody człowiek — ja się wydziwić nie mogę, dlaczego ojciec pani tak odrazu dał za wygranę, dlaczego nie szukał porady dalej?
— Ja tego wytłomaczyć nie umiem, nie wiem: byłam dzieckiem, gdy to nieszczęście się stało i zawsze powtarzano mi, że ojciec nigdy już widziéć nie będzie. Mówił to wuj Hieronim, ciotka, słowem całe moje otoczenie... Dopiero pańskie słowa wlewają we mnie otuchę i energię. Ojciec musi się leczyć... a czy pan może zaręczyć, że widziéć będzie?
— Nie mam się za wyrocznię, proszę pani, lecz radzę próbować... może się uda.
— A jeżeli nie?
— Pani! — odrzekł — jeżeli nieszczęśliwemu dajemy nadzieję, to już mu wiele dajemy.
Dziewczyna zamyśliła się smutnie.
— Tylko nadzieję, tylko nadzieję... — powtarzała ostatnie słowa studenta.
— Chociażby tylko — odrzekł. — Nadzieja siły mu doda, ducha podniesie, energię obudzi. Przekona się pani.
— Starać się będę, ażeby ojca nakłonić.
— O tak, i nie zdaje mi się, żeby to miało być zadaniem trudnem.
Konferencya pana Ludwika z Kalińskim trwała z pół godziny. Przez ten czas ociemniały dowiedział się wielu rzeczy, które dotychczas starannie przed nim ukrywano. Dowiedział się, że majątek mu niszczą, że pan Hieronim nadużywa zaufania, że gospodarstwo zapuszcza, długi zaciąga, że wreszcie układa się o sprzedaż lasu i koniecznie chce ją do skutku doprowadzić. Chociaż ten ostatni zamiar niesumienny zarządzca usiłował zachować w tajemnicy, jednak udać się to nie mogło. Żydzi byli na miejscu i las szczegółowo oglądali, ma się rozumiéć, że nie dla studyów botanicznych. Pachciarz z Magdzina, niekontent, że taki duży interes może bez jego pośrednictwa i udziału przyjść do skutku, postanowił przeszkadzać i Kalińskiemu o układach wspomniał.
Może byłby wolał bezpośrednio panu Ludwikowi wiadomość tę zanieść, ale przystęp do ociemniałego dziedzica łatwy nie był, trzymano go jak pod strażą.
Wysłuchawszy relacyi Kalińskiego, pan Ludwik czoło zasępił.
— Miałem jakieś przeczucie — rzekł — i niepokoje; domyślałem się, że coś niedobrego się dzieje, alem nie sądził, żeby tak dalece zaufania mego nadużyto, nie spodziewałem się. Dziękuję ci, mój przyjacielu. Bóg ci zapłać. Za ręce weźmiemy się teraz, nie damy się. Czyż mogłem przypuszczać nawet, że Hieronim... A! źle się dzieje, bardzo źle, bardzo...
Kaliński pocieszać usiłował.
— Jeszcze czas — mówił — jeszcze nie wszystko stracone. Dobrej myśli tylko... energii.
— Energii, zapewne... ale mnie się zdaje, że może przebiegłość więcej tu potrzebna, aniżeli energia. Ja udawać będę, że o niczem nie wiem, przynajmniej dopóki planu postępowania nie obmyślę. Przyjedź no do Magdzina za parę dni, odwiedź mnie, pomówimy.
Kaliński ramionami ruszył.
— Trudna to sprawa — rzekł — prawie niemożliwa.
— A to dlaczego?
— Nie dopuszczą mnie do pana, jak zwykle. Służba pod tym względem ma wyraźny rozkaz. Powiedzą, że pan chory, że leży, że widziéć nikogo nie chce. Lada pozór wynajdą, byle mnie z kwitkiem odprawić. Alboż raz próbowałem...
— Bądź spokojny, zapowiem, żeby cię natychmiast wpuszczono; więc za parę dni, pamiętaj!
Kaliński przyrzekł, że będzie.
Gdy po skończonej konferencyi przed dom wyszli, zastali młodych ludzi zajętych ożywioną rozmową. Na twarz Anielci wybiegł rumieniec, śmiała się.
Kaliński przyjmował gości swoich czem chata bogata, czas jak na skrzydłach leciał, trzeba było wracać do domu.
Na pożegnanie Anielcia podała studentowi rękę, a pan Ludwik rzekł:
— Niechże nas pan Adam wraz ze stryjem odwiedzi, bardzo proszę.
Odjechali. Ociemniały zamyślił się o swoich troskach, Anielcia rozważała w jaki sposób ojca do jak najrychlejszego wyjazdu i leczenia nakłonić.
Kiedy już byli blizko domu, pan Ludwik zapytał:
— O czem myślisz, Anielciu?
— O twoich biednych oczach, mój ojczulku.
— Otworzono mi je dziś — szepnął kaleka.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.