Krzysztof Kolumb (Cooper)/Rozdział XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor James Fenimore Cooper
Tytuł Krzysztof Kolumb
Data wydania 1853
Wydawnictwo S. H. MERZBACH Księgarz
Drukarz Jan Jaworski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Ludwik Jenike
Tytuł orygin. Mercedes of Castile lub The Voyage to Cathay
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XI.

Mylnieby przypuszczał ten, ktoby sądził że oczy całéj Europy zwrócone były na gotujące się przedsięwzięcie. Prawda i kłamstwo, nierozłączne dziś z sobą, nie przebiegały jeszcze wówczas świata na skrzydłach dzienników, i mała tylko liczba osób uprzywilejowanych wiedziała o rzeczach będących dopiero w zamiarze. Luis de Bobadilla mógł przeto opuścić dwór niepostrzeżony przez nikogo, a ci którzy późniéj zauważyli jego niebytność, mniemali iż się udał do jednéj z swych wiejskich posiadłości, albo téż w nową podróż. O samego Kolumba podobnież niewiele się troszczono, chociaż pomiędzy dworzanami obiegały pogłoski, że królowa weszła z nim w układy i wielką zapewniła mu nagrodę. Inni uczestnicy, mniéj głośnego imienia, zdążali pojedynczo na miejsce zebrania, bez zwrócenia niczyjéj uwagi.
Wyprawa, tak śmiało pomyślana i szczęśliwa w skutku, wypłynąć miała z podrzędnego portu, zaleconego chyba przez nieustraszoność swych żeglarzów i położenie poza obrębem ciaśniny gibraltarskiéj, na któréj zjawiali się niekiedy rozbójnicy afrykańscy. Rękopisma współczesne zapewniają, iż miejsce to wybrano z przyczyny, że mieszkańców jego wyrok jakiś skazywał na dostarczenie rządowi dwóch statków uzbrojonych. Podobne kary niejednokrotnie wymierzano w owym czasie, gdy floty państwa zasilane były wyłącznie werbunkiem lub osadzane armią lądową.
Palos de Moguer, miasteczko obciążone tym haraczem, niewielkie miało znaczenie nawet w końcu XV wieku, a dziś zaledwo zeń pozostała licha osada rybacka. Ludność jego, jak zwykle w okolicach skąpo przez naturę obdarzonych, była śmiałą i przedsiębiorczą. Nie posiadając okrętów większego rozmiaru, mieszkańcy Palos prowadzili handel na małych statkach, z których dwa właśnie przeznaczono dla Kolumba, z dodaniem pewnéj liczby oficerów i majtków towarzyszących zawsze wyprawom rządowym. Skarb obu królestw, wyczerpany w wojnie przeciw Maurom, niemógł się zdobyć na większy wydatek; a zresztą doświadczenie nauczyło odkrywcę, iż mniéjsze statki w takiéj podróży właściwsze są od większych.
Na małym przylądku, niedaleko Palos, znajdował się klasztor de la Rabida, słynny z gościnności wyświadczonéj Kolumbowi. Przed jegoto bramą, siedm lat temu, Genueńczyk, prowadząc syna za rękę, domagał się posiłku dla dziecka. Podczas długiego pobytu w klasztorze zawarł on związki przyjazne z braciszkami zakonnemi, i między ludem tamecznym piérwszych w Hiszpanii znalazł zwolenników.
Mimo to wszakże rozkaz przygotowania dla Kolumba dwóch statków przeraził mieszkańców Palos. Żeglugę wzdłuż brzegów Afryki i zbliżenie się do równika uważano wtedy za szczyt odwagi marynarskiéj. W umyśle ludu istniały najdziwaczniejsze podania względem tych stron nieznanych, i powszechnie prawie wyobrażano sobie, że płynąc coraz daléj na południe, dosięgniętoby wreszcie punktu, gdzie zbyteczne gorąco wszelkie życie czyni niepodobném. Ruchy ciał niebieskich, dzienny obrót ziemi, przyczyny pór roku, byłyto tajemnice nawet dla ludzi najuczeńszych; a jeśli gdzieniegdzie zabłysło jakie światełko prawdy, to ono słabym dopiéro brzaskiem jutrzenki zapowiadało zbliżanie się dziennéj jasności.
Nic dziwnego przeto, iż żeglarze Palos, prości i nieoświeceni, uważali ten rozkaz rządu za wyrok śmierci na wszystkich, co towarzyszyć mieli wyprawie. Mniemano że poza pewną granicą, niebo, morze i ziemia zamieniają się w odmęt; wyobraźnia nieświadomych marzyła o prądach i wirach, porywających nieuważnego podróżnika i wtrącających go w przepaść. Niektórzy przypuszczali nawet, że można dosięgnąć krańca ziemi i ztamtąd zleciéć w próżnię.
Taki był stan rzeczy w połowie miesiąca lipca. Kolumb znajdował się w klasztorze de la Rabida, u przyjaciela swego i stronnika, przeora Juan’a Perez, gdy jeden z laików doniósł o przybyciu nieznajomego, który pragnie widzieć się z sennorem Krzysztofem Kolumbem.
— Czy wygląda na posłańca dworskiego? zapytał żeglarz.
— Nie zdaje mi się, sennorze, odpowiedział braciszek; gońcy królewscy przyjeżdżają zwykle na zapienionych koniach i z gęstą miną; ten zaś młodzieniec skromną ma powierzchowność i dosiada mula andaluzyjskiego.
— Nie wymieniłże swego nazwiska?
— I owszem, dwa nawet: Pedro de Munoz i Pero Gutierrez, bez tytułu szlacheckiego.
— To on! zawołał Kolumb, zwracając się ku drzwiom z żywością. Powiédz mu, dobry Sancho, że rad go oczekuję.
— To pewnie znajomość dworska, rzekł ojciec Juan.
— Jestto, wielebny ojcze, młodzieniec narażający życie i mienie dla naszego przedsięwzięcia. Dobrego będąc urodzenia, posiada znaczny majątek, i gdyby nie opiekunowie, byłby go obrócił na cele wyprawy.
W chwili gdy Kolumb przestał mówić, drzwi otworzyły się i wszedł Luis de Bobadilla. Młodzian, wyzuty z zewnętrznych oznak swéj godności, nosił skromny ubiór podróżnika średniego stanu. Przywitanie jego z Kolumbem było serdeczne, a razem pełne uszanowania.
— Kochany Pedro, rzekł Genueńczyk, przybywasz w czasie gdy obecność twoja nader jest pożądaną. Piérwszy rozkaz królowéj względem przygotowania dla mnie dwóch statków nie odniósł dotąd skutku. Powtórne rozporządzenie, przesłane przez don Juan’a de Penalosa, a stanowiące żeby natychmiast oddano pod moje rozporządzenie potrzebne przybory, okazało się również daremném, chociaż na mieszkańców portu nałożono karę stu marawedów za każdy dzień zwłoki. Biédacy, potrwożeni niedorzecznemi wieściami, ani słyszéć chcą o wyprawie, i dziś może równie daleki jestem od celu, jak przed uskarbieniem sobie przyjaźni szanownego przeora i pomocy donny Izabelli. Smutnato rzecz, mój Pedro, trawić życie na ułudnych nadziejach, gdy się pracuje dla dobra nauki i chwały kościoła.
— Przynoszę ci ważne nowiny, sennorze, odpowiedział młodzieniec. Mijając wioskę Moguer, spotkałem się z niejakim Marcinem Alonzo Pinzon, dawnym swoim towarzyszem podróży, i rozmawialiśmy obszernie o twych pomysłach. Powiadał mi, że cię zna osobiście, i mniemam iż pozyskamy w nim gorliwego stronnika.
— Przypominam sobie, Pedro, że słuchał często mych dowodzeń z uwagą biegłego żeglarza. A sam gdzież go poznałeś?
— Byliśmy razem w Cyprze i w Anglii. Dalekie podróże dają sposobność zgłębienia serc ludzkich, i zdaje mi się, że można polegać na charakterze Pinzon’a.
— Za młody jesteś, mój synu, wtrącił przeor, aby sądzić o człowieku tak poważnym i zasłużonym, jak don Alonzo Pinzon. Z tém wszystkiem cieszy mnie to, iż szlachetny rycerz trwa w przychylności dla naszych zamiarów, bo niedawno jeszcze uważałem że chwiać się zaczyna.
Don Luis wyraził się o jednym z najznakomitszych mieszkańców okolicy nie jako prosty podróżnik, lecz jako Bobadilla; ukradkowe spojrzenie Kolumba ostrzegło go o tém zapomnieniu.
— A więc, ciągnął daléj żeglarz, spotkałeś się z naszym znajomym, Marcinem Alonzo, między Moguer i Palos?
— Tak jest, sennorze, i onto doniósł mi, iż tu znajdę admirała. Nie odmawia ci bowiem tytułu zatwierdzonego przez królowę, co mojém zdaniem stanowi dowód jego przyjaźni, gdyż sądzę że w tych stronach niewielu znajdzie naśladowców.
— Ktokolwiek zaprzeczy mi dostojeństwa jakie piastuję, lub nie zaufa moim planom, niech pozostanie na lądzie, odpowiedział z godnością odkrywca, dając poznać młodzieńcowi, iż jeszcze cofnąć się może, jeśli zechce.
— Na ś. Piotra, mojego patrona, odparł śmiejąc się Luis, nie licz bynajmniej na mieszkańców Palos i Moguer, mój admirale; zdaje się że kto tylko zaznał trochę chleba żeglarskiego, nie śmié pokazać się na ulicy, z obawy aby go nie wysłano do Cipango, drogą, jak dotąd, w marzeniu tylko przebieganą. Jednakże, szanowny mistrzu, masz ochoczego zaciężnika, który postanowił nieodmiennie towarzyszyć ci aż po krańce świata, jeżeli ziemia jest płaska, lub okrążyć z tobą jéj powiérzchnię, jeżeli jest okrągła; a ochotnikiem tym jest Pedro de Munoz, powodowany nie chęcią zysku, ani wywyższenia się, tylko żądzą przygód, a może i miłością dla najczystszéj i najpiękniejszéj dziewicy Kastylii.
Ojciec Juan Perez z zadziwieniem i niechęcią spojrzał na młodzieńca mówiącego z taką śmiałością. Kolumb tyle w swych stronnikach umiał obudzić poszanowania, że przy nim mało kto zapewne byłby z podobną odezwał się lekkością, przed nadaniem mu nawet zaszczytnego tytułu admirała. Poczciwy zakonnik, nie domyślając się wcale, iż ma przed sobą potomka jednéj z najpiérwszych rodzin hiszpańskich, nie mógł ukryć doznanego wrażenia.
— Mości Pedro de Munoz, jeśli takie twoje imię, chociaż z mowy twéj wnosićby raczéj można że jesteś księciem albo hrabią, wyrażasz się równie niewłaściwie o jego excellencyi naszym admirale, jak niedawno o don Marcinie Alonzo. Podwładny powinien być pokorny i nie drwinkować sobie z pomysłów swego mistrza.
— Wybacz, świętobliwy ojcze; nie chciałem nic innego powiedziéć, tylko że Marcin Alonzo jest dawnym moim towarzyszem podróży, że dziś jeszcze przebyliśmy razem kawał drogi i że mąż ten szanowny przyrzekł mi wyciągnąć nas z błota, czyli, mówiąc właściwiéj, z piasku nadbrzeżnego, w którymto celu przybędzie do klasztoru de la Rabida. Co do mnie, idę za don Kolumbem, gdziekolwiek zechce rozkazać.
— To dobrze, kochany Pedro, to dobrze, odrzekł admirał; ufam twojéj szczerości i odwadze, a przyjdzie czas że przekonasz wszystkich o swéj wartości. Rad jestem, świętobliwy ojcze, z dobréj chęci Marcina Alonzo, bo zapał jego rzeczywiście zdawał się ostygać, a jednak ten człowiek niemałą dla nas może być pomocą.
— Bez wątpienia, jeżeli gorliwie zająć się zechce naszą sprawą, odezwał się zakonnik; boćto najpiérwszy żeglarz całego pobrzeża. Nie wiem wprawdzie czy był na Cyprze, jak mówi ten młodzieniec, lecz zapewnić mogę że popłynął na północ aż do Francyi, i na południe aż do wysp kanaryjskich. Czy o wiele jest daléj do Cipango jak do Cypru, sennorze admirale?
Kolumb uśmiéchnął się na to zapytanie, potrząsając głową, jakby na znak że przyjaciel jego w straszliwym zostaje błędzie.
— Chociaż Cypr, odpowiedział, znajduje się niedaleko ziemi świętéj i siedliska władzy niewiernych, Cipango jednak nierównie jest odleglejsze. Nie tuszę sobie dosięgnąć tego kraju, jak po odbyciu ośmiuset do tysiąca mil morskich.
— Niezmierne to oddalenie! zawołał ojciec Juan, podczas gdy Luis obojętnie słuchał rozmowy, nie troszcząc się oto bynajmniéj czy przyjdzie popłynąć tysiąc, czy dziesięć tysięcy mil, byle tylko podróż zapewniła mu rękę Mercedes i obfitą była w przygody, — niezmierne to oddalenie! a jednak nie wątpię admirale, że Opatrzność pozwoli ci dokonać wielkiego dzieła odkupienia.
— Miéjmy nadzieję, rzekł Kolumb, znacząc się krzyżem świętym; i otóż, na dowód że nie powinniśmy wątpić, niebo zsyła nam szanownego Marcina Alonzo.
Marcin Alonzo Pinzon, którego imię znane jest w dziejach, jako należące do jednego z najczynniejszych stronników odkrywcy, wszedł do izby z pośpiechem. Przeor niemało się zadziwił, widząc przybysza witającego najprzód mniemanego Pedro, potém admirała, a na końcu siebie. Wszelako czcigodny zakonnik, drażliwy zawsze na uchybienia przeciw etykiecie, nie miał czasu wynurzyć się, gdyż Marcin Alonzo przystąpił zaraz do rzeczy, ze skwapliwością świadczącą iż nie przybył dla odwiedzin ceremonialnych.
— Przykro mi było słyszéć, sennorze admirale, iż żeglarze nasi odmawiają posłuszeństwa rozkazom królowéj. Chociaż zamieszkały w miejscu i zwolennik twéj nauki, nie wiedziałem o tém dokładnie, aż do chwili spotkania się w drodze z dawnym znajomym, sennorem Pedro de Munoz, który, lubo przybył zdaleka, lepiéj już odemnie poznał usposobienie mieszkańców. Ale nic to nie znaczy, mój mistrzu; ci ludzie rzadko własnym kierują się natchnieniem: znajdziemy sposoby przerobienia ich, prędzéj niż się sami spodziéwają.
— To pewna, sąsiedzie Alonzo. Człowiek jest istotą rozumną i odpowiedzialną, lecz nie idzie za tém iżby zawsze był myślącym. W sprawach zwłaszcza kościoła, powierzonych wyłącznie zarządowi duchowieństwa, tłum nieświadomy bywa sam siebie. Powtarzam, człowiek jest istotą rozumną, lecz rzadko kiedy wolno mu rozprawiać niesłuchając, a zawsze słuchać musi nierozprawiając.
— Masz słuszność, wielebny mój przeorze i łaskawy sąsiedzie, i pewnie w Palos ani jeden głos nie powstanie przeciw prawdzie twych wyrazów. Lecz skoro mówimy o religii, powinienem nadmienić, iż z tego właśnie źródła płyną największe dla don Kolumba przeszkody. Dewotki rozgłosiły w całéj okolicy, że nauka o kulistości ziemi jest kacerstwem przeciwném pismu świętemu, i prawdę powiedziawszy, znalazły ony stronników nawet w murach tego klasztoru. Człowiek prostego umysłu niełatwo da w siebie wmówić że ziemia jest okrągłą, kiedy wzrok przekonywa go inaczéj. Wszelako ja, stary marynarz, wiem lekarstwo na majtków; wy zaś, szanowni słudzy kościoła, powinniście wpływać wszelkiemi sposobami na usunięcie wątpliwości religijnych z serc swych owieczek, a mianowicie na uciszenie wrzasków rodu niewieściego.
— Mamże wnosić z twych wyrazów, sennorze Pinzon, zapytał Kolumb, że chcesz przyłożyć się czynnie do wykonania mojego przedsięwzięcia?
— Taki jest właśnie mój zamiar. Nie znałem dotąd bliżéj warunków nałożonych przez donnę Izabellę, lecz objaśnił mnie o tém sennor don.... chciałem mówić sennor Pedro de Munoz, młodzieniec bardzo rozumny, którego wzięcie się rad będę ujrzéć na wielkim oceanie, odbywszy z nim tyle już podróży.
— Jakież szczęśliwe postanowienie! don Marcinie Alonzo, rzekł ucieszony przeor, szczęśliwe dla ciebie i dla nas. Powinieneś winszować sobie, admirale, żeś obok pomocy królowéj uzyskał tak znakomitego stronnika. Don Pinzon trzęsie całém pobrzeżem, i nie wątpię już teraz iż wkrótce otrzymamy żądane statki.
— Ponieważ widzę, sennorze Marcinie Alonzo, że naprawdę do nas przystajesz, odezwał się Kolumb, trzeba więc pomyśléć o warunkach. Co mówią mieszkańcy Palos o tych, jakie dawniéj podałem?
— Zgodzonoby się na nie, chociaż obecnie brak u nas pieniędzy, gdyby nie przesądne obawy.
— Co się tyczy ósméj części wydatków, do poniesienia któréj jestem obowiązany, mam nadzieję że się z tego wywiążę.
To mówiąc Kolumb mimowolnie rzucił wzrokiem na mniemanego Pedra.
— Lecz, ciągnął daléj, ze strony przerażonych majtków ważniejsze napotkamy przeszkody. Jeżeli zechcesz udać się zemną do przyległéj izby, pomówimy o tém obszerniéj, zostawiając tego młodzieńca pod opieką gościnności czcigodnego przeora.
— Pragniesz więc rzeczywiście należeć do wyprawy admirała? zapytał Luis’a ojciec Juan Perez po wyjściu Kolumba z Pinzon’em. Ułożenie twoje bardzo jest światowe, powiem nawet pańskie; ale wsiadłszy na okręt, mój synu, trzeba będzie spuścić nieco z tonu.
— Wielebny ojcze, postępować będę pod okiem admirała tak samo, jakbym postąpił przed Ferdynandem aragońskim, lub wreszcie przed Boabdil’em z Grenady, gdyby nieszczęśliwy ten władzca zasiadał jeszcze na tronie swych przodków.
— Szumne to wyrazy, mój młody przyjacielu; lecz wierzaj mi, że powaga Kolumba nie ugięła się nawet przed obliczem królowéj Izabelli.
— Czy znasz królowę? zapytał Luis z żywością, zapominając o przybranéj roli.
— Powinienem znać ją dokładnie, bo nieraz wysłuchałem jéj spowiedzi. Jest ona przedmiotem uwielbienia dla wszystkich Kastylijczyków; wszelako ja najlepiéj ocenić mogę wzniosłe jéj przymioty, jako niewiasty i królowéj.
Don Luis, bawiąc się rękojeścią swéj szpady, zajęty myślą o głównym przedmiocie swych uczuć, postanowił wybadać przeora.
— Nie byłżeś kiedy, zapytał, powoływanym jako spowiednik do młodéj dziewicy bardzo lubionéj przez królowę, a któréj serce, zaręczam, równie jest czyste, jak serce donny Izabelli?
— Sądząc po twém zapytaniu, mój synu, należałoby raczéj wysłać cię do Salamanki, dla poznania zwyczajów i obowiązków religijnych, niż w podróż odkrywczą do drugiéj świata połowy. Czyż nie wiész że spowiedź jest sakramentem, otoczonym najściślejszą tajemnicą? Lecz którażto z dziewic dworskich zajęła cię tak żywo, chociaż zapewne bez nadziei?
— Niestety! przedział między nami jest tak wielki, że może w życiu swojém słowa do niéj nie przemówię.
— Jednakże musi miéć nazwisko?
— I jeszcze jedno z najszlachetniejszych, mój ojcze; nazywa się donna Maria de los Mercedes de Valverde.
Przeor spojrzał na młodzieńca z wyrazem politowania, a potém spuścił głowę, jakby w myślach zatopiony.
— Znam tę damę, rzekł wreszcie, a nawet będąc u dworu, spowiadałem ją kilkakrotnie. Rzeczywiście zasługuje ona na szacunek donny Izabelli; lecz twoje dla niéj uwielbienie nie może opiérać się na rozsądnéj podstawie.
— Kto wié, wielebny ojcze. Jeżeli wyprawa nasza skończy się pomyślnie, czekają nas awanse i zaszczyty.
— Może masz słuszność; z tém wszystkiém donna Mercedes... Zakonnik uciął nagle, aby nie wydać tajemnicy spowiedzi. Wszelako, puściwszy już myśli tym torem, powiedział co było można.
— Zdaje się że dużo bywałeś po świecie; nie napotkałżeś kiedy, mój synu, kawalera kastylskiego don Luis’a de Bobadilla, granda Hiszpanii, noszącego także nazwisko hrabi de Llera?
— Mało mię obchodzą jego tytuły, odrzekł Luis z udaną obojętnością. Widziałem go kiedyś; jestto półgłówek, pełen niedorzecznéj junakieryi, po którym niewiele można się spodziéwać.
— Podobno tak jest, niestety, rzekł przeor, smutnie kiwając głową; a jednak powiadają że to jeden z najwaleczniejszych rycerzów hiszpańskich.
— Być może, odpowiedział Luis; lecz na co się przyda waleczność bez rozumu? Co do mnie, niekorzystne mam wyobrażenie o młodym hrabi de Llera.
— Lepszy on podobno od swéj sławy, dodał zakonnik; znam osoby co go chwalą, a nawet los swój wiążą z jego losem.
— Ojcze przeorze, wymień te osoby! zawołał Luis porywczo.
— Na cóż ci ta wiadomość, młodzieńcze?
— Potrzebna mi z kilku względów. Najprzód jestem sam młody, jak widzisz, a lepszy zawsze przykład od nauki; powtóre mam skłonność do tułactwa i mogę wyczerpnąć korzyść z życia sobie podobnych; potrzecie, serce moje z niecierpliwością... Ale dosyć na ten raz dwóch przyczyn.
Ojciec Juan Perez, pobożny chrześcianin i uczony zakonnik, niedoświadczony był jak dziecko w sprawach i namiętnościach światowych; jednakże uderzyło go dziwne postępowanie młodzieńca. Wzmianka o Mercedes pokierowała jego zdaniem, a przypomniawszy sobie, iż sam doradzał podróż don Luis’a, domyślił się wreszcie prawdy.
— Młodzieńcze, zawołał, jesteś don Luis de Bobadilla!
— Wielebny przeorze, po takiém odkryciu niepodobna już zaprzeczyć sługom bożym ducha proroczego. Jestem Luis, jak mnie widzisz, i wybiéram się w podróż dla zasłużenia na miłość pięknéj Mercedes de Valverde.
— Ależ, sennorze, godziłoż się tak nas zwodzić? Pozwól usłużyć sobie wszystkiém co posiada biédny nasz klasztor.
— Wybacz, czcigodny ojcze; Pedro de Munoz czy Pero Gutierrez niczego nie potrzebuje. Ale teraz, poznawszy mię, mógłbyś cóś powiedziéć o donnie Mercedes.
— Poznawszy cię, hrabio, więcéj jeszcze mam powodów milczenia, odparł z uśmiéchem ojciec Juan Perez. Ciotka twoja, czcigodna markiza de Moya, niech będzie orędowniczką twéj miłości; lecz sługa kościoła do spraw światowych wtrącać się nie powinien.
Po długiéj i poufnéj rozmowie, w któréj zakonnik, nie zdradzając tajemnicy, ukrzepił jednak nadzieję młodziana i pochwalił jego zamiar towarzyszenia Kolumbowi, ten ostatni, z Marcinem Alonzo, wszedł do izby, oświadczając że wszystko już ułożone, i że don Marcin sam weźmie udział w wyprawie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: James Fenimore Cooper i tłumacza: Ludwik Jenike.