Strona:PL James Fenimore Cooper - Krzysztof Kolumb (cut).djvu/065

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

nem Alonzo, wszedł do izby, oświadczając że wszystko już ułożone, i że don Marcin sam weźmie udział w wyprawie.


ROZDZIAŁ XII.


Wiadomość że Marcin Alonzo Pinzon wybiéra się w podróż z Kolumbem, z szybkością błyskawicy rozeszła się po Palos. Przykład człowieka szanowanego w całéj okolicy silniéj niż rozkazy królewskie, silniéj niż nauka Kolumba wpłynął na umysły mieszkańców. Znając Marcina Alonzo jako jednego ze swoich, ufali jego zdaniu i doświadczeniu, gdy tymczasem rozkazy królowéj, kochanéj wprawdzie, lecz nieobecnéj, nosiły cechę przymusu. Co do samego Kolumba, chociaż większa część marynarzów Palos nie taiła dlań poważania, jednakże, straciwszy go z oczu, pomysły jego uważali za marzenie.
Pinzonowie wzięli się do dzieła jak ludzie przywykli gorliwie cudze wykonywać myśli. Kilku członków téj rodziny połączyło się dobrowolnie z Marcinem; jeden z braci jego, Wincenty Yanez, mianowany został dowódzcą okrętu, drugi sternikiem; słowem w przeciągu jednego miesiąca zrobiono więcéj dla urzeczywistnienia planów Kolumba, aniżeli przez lat siedmnaście, w których ony zaprzątały umysł wielkiego odkrywcy.
Pomimo wpływu miejscowego Pinzonów, nie brakło jednak w Palos na silnéj oppozycyi. Rodzina Pinzon miała swych nieprzyjaciół; powstały więc dwa przeciwne stronnictwa, z których jedno starało się niweczyć plany drugiego. Przekonano się wkrótce, że niektóre roboty źle były wykonywane, a rzemieślnicy dla zaradzenia temu przyzwani wzbraniali się pracować. W miarę jak się zbliżała chwila wypłynięcia, wiatr coraz gwałtowniéj dął od zachodu, i Pinzonowie spostrzegli z żalem, iż wielu ochotników zaczęło się wahać.
Takie było położenie rzeczy w końcu lipca, gdy Marcin Alonzo Pinzon powrócił do klasztoru Santa-Maria de Rabida, gdzie Kolumb ciągle przemieszkiwał, by czuwać zblizka nad przygotowaniami do podróży. Luis de Bobadilla, jako na nic w tém nieprzydatny, przepędzał w nudach samotne chwile, wzdychając za sławą wielkich czynów i marząc o wdziękach, wierności i cnocie nadobnéj Mercedes de Valverde. Ojciec Juan Perez starał się ze swéj strony o wspomożenie moralne swych przyjaciół; i rzeczywiście udało mu się, jeśli nie stłumić, to przynajmniéj uspokoić nieco wątpliwości mniéj oświeconych mieszkańców.
Kolumb, dowiedziawszy się że Pinzon chce z nim pomówić, przyjął go nader skwapliwie, wiedząc dobrze iż pomoc tego człowieka bardziéj mu jest potrzebną, od pomocy nawet donny Izabelli. Wprowadzono go więc natychmiast do izby przeora.
— Witam cię, szanowny Marcinie, rzekł zakonnik; co słychać w Palos, i kiedy wybieracie się w drogę?
— Na św. Franciszka, mój ojcze, nikt tego przewidzieć nie zdoła. Dwadzieścia już razy myślałem że wszystkie trudności zostały usunięte, a zawsze nowe napotykam przeszkody. Okręt la Santa Maria, którym popłynąć ma admirał z sennorem Gutierrez czy Munoz, już prawie gotowy. Jestto porządnie zbudowany statek o przeszło stu beczkach ładunku, i mniemam że jego excellencya z całą osadą tak wygodnie się na nim pomieści, jak świętobliwi ojcowie w klasztorze de la Rabida.
— Cieszy mnie to, zawołał przeor zacierając ręce; miejsce pobytu don Kolumba powinno być godne jego dostojeństwa!
— Nie o mnie tu chodzi, ojcze Perez, tylko o sprawę ludzkości. Rad jestem iż cię widzę, sennorze Marcinie Alonzo, bo właśnie wyprawić mam umyślnego do dworu i chciałbym cóś donieść nowego. Utrzymujesz więc że la Santa Maria wykończoną będzie do końca tego miesiąca.
— Tak jest, sennorze. Statek ten może pomieścić sześćdziesięciu ludzi, jeżeli tylko znajdziemy tylu w Palos ochotników. Bóg świadkiem jest naszych starań, i pewnie nam to wynagrodzi obfitością korzyści.