Strona:PL James Fenimore Cooper - Krzysztof Kolumb (cut).djvu/064

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Sądząc po twém zapytaniu, mój synu, należałoby raczéj wysłać cię do Salamanki, dla poznania zwyczajów i obowiązków religijnych, niż w podróż odkrywczą do drugiéj świata połowy. Czyż nie wiész że spowiedź jest sakramentem, otoczonym najściślejszą tajemnicą? Lecz którażto z dziewic dworskich zajęła cię tak żywo, chociaż zapewne bez nadziei?
— Niestety! przedział między nami jest tak wielki, że może w życiu swojém słowa do niéj nie przemówię.
— Jednakże musi miéć nazwisko?
— I jeszcze jedno z najszlachetniejszych, mój ojcze; nazywa się donna Maria de los Mercedes de Valverde.
Przeor spojrzał na młodzieńca z wyrazem politowania, a potém spuścił głowę, jakby w myślach zatopiony.
— Znam tę damę, rzekł wreszcie, a nawet będąc u dworu, spowiadałem ją kilkakrotnie. Rzeczywiście zasługuje ona na szacunek donny Izabelli; lecz twoje dla niéj uwielbienie nie może opiérać się na rozsądnéj podstawie.
— Kto wié, wielebny ojcze. Jeżeli wyprawa nasza skończy się pomyślnie, czekają nas awanse i zaszczyty.
— Może masz słuszność; z tém wszystkiém donna Mercedes... Zakonnik uciął nagle, aby nie wydać tajemnicy spowiedzi. Wszelako, puściwszy już myśli tym torem, powiedział co było można.
— Zdaje się że dużo bywałeś po świecie; nie napotkałżeś kiedy, mój synu, kawalera kastylskiego don Luis’a de Bobadilla, granda Hiszpanii, noszącego także nazwisko hrabi de Llera?
— Mało mię obchodzą jego tytuły, odrzekł Luis z udaną obojętnością. Widziałem go kiedyś; jestto półgłówek, pełen niedorzecznéj junakieryi, po którym niewiele można się spodziéwać.
— Podobno tak jest, niestety, rzekł przeor, smutnie kiwając głową; a jednak powiadają że to jeden z najwaleczniejszych rycerzów hiszpańskich.
— Być może, odpowiedział Luis; lecz na co się przyda waleczność bez rozumu? Co do mnie, niekorzystne mam wyobrażenie o młodym hrabi de Llera.
— Lepszy on podobno od swéj sławy, dodał zakonnik; znam osoby co go chwalą, a nawet los swój wiążą z jego losem.
— Ojcze przeorze, wymień te osoby! zawołał Luis porywczo.
— Na cóż ci ta wiadomość, młodzieńcze?
— Potrzebna mi z kilku względów. Najprzód jestem sam młody, jak widzisz, a lepszy zawsze przykład od nauki; powtóre mam skłonność do tułactwa i mogę wyczerpnąć korzyść z życia sobie podobnych; potrzecie, serce moje z niecierpliwością... Ale dosyć na ten raz dwóch przyczyn.
Ojciec Juan Perez, pobożny chrześcianin i uczony zakonnik, niedoświadczony był jak dziecko w sprawach i namiętnościach światowych; jednakże uderzyło go dziwne postępowanie młodzieńca. Wzmianka o Mercedes pokierowała jego zdaniem, a przypomniawszy sobie, iż sam doradzał podróż don Luis’a, domyślił się wreszcie prawdy.
— Młodzieńcze, zawołał, jesteś don Luis de Bobadilla!
— Wielebny przeorze, po takiém odkryciu niepodobna już zaprzeczyć sługom bożym ducha proroczego. Jestem Luis, jak mnie widzisz, i wybiéram się w podróż dla zasłużenia na miłość pięknéj Mercedes de Valverde.
— Ależ, sennorze, godziłoż się tak nas zwodzić? Pozwól usłużyć sobie wszystkiém co posiada biédny nasz klasztor.
— Wybacz, czcigodny ojcze; Pedro de Munoz czy Pero Gutierrez niczego nie potrzebuje. Ale teraz, poznawszy mię, mógłbyś cóś powiedziéć o donnie Mercedes.
— Poznawszy cię, hrabio, więcéj jeszcze mam powodów milczenia, odparł z uśmiéchem ojciec Juan Perez. Ciotka twoja, czcigodna markiza de Moya, niech będzie orędowniczką twéj miłości; lecz sługa kościoła do spraw światowych wtrącać się nie powinien.
Po długiéj i poufnéj rozmowie, w któréj zakonnik, nie zdradzając tajemnicy, ukrzepił jednak nadzieję młodziana i pochwalił jego zamiar towarzyszenia Kolumbowi, ten ostatni, z Marci-