Krzysztof Kolumb (Cooper)/Całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor James Fenimore Cooper
Tytuł Krzysztof Kolumb
Data wydania 1853
Wydawnictwo S. H. MERZBACH Księgarz
Drukarz Jan Jaworski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Ludwik Jenike
Tytuł orygin. Mercedes of Castile lub The Voyage to Cathay
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Galeria grafik w Wikimedia Commons Galeria grafik w Wikimedia Commons
SKARBIEC ARCYDZIEŁ PISMIENNICZYCH EUROPY.



Fenimore Cooper.



KRZYSZTOF KOLUMB

PRZEKŁAD LUDWIKA JENIKE.
ILLUSTRACYA BERTALLA.

J. F. Cooper - Krzysztof Kolumb page 030.png

WARSZAWA.
Nakładem S. H. MERZBACHA Księgarza.


1853.



Wolno drukować, pod warunkiem złożenia w Komitecie Cenzury po wydrukowaniu, liczby exemplarzy prawem przepisanéj.

w Warszawie dnia 5 Kwietnia 1853 r.
Radca Honorowy, E. Hignet.


w Drukarni Jana Jaworskiego.



SKARBIEC ARCYDZIEŁ PISMIENNICZYCH EUROPY.

KRZYSZTOF KOLUMB.




Rozdział I
Rozdział II
Rozdział III
Rozdział IV
Rozdział V
Rozdział VI
Rozdział VII
Rozdział VIII
Rozdział IX
Rozdział X


Rozdział XI
Rozdział XII
Rozdział XIII
Rozdział XIV
Rozdział XV
Rozdział XVI
Rozdział XVII
Rozdział XVIII
Rozdział XIX
Rozdział XX

Rozdział XXXI


Rozdział XXI
Rozdział XXII
Rozdział XXIII
Rozdział XXIV
Rozdział XXV
Rozdział XXVI
Rozdział XXVII
Rozdział XXVIII
Rozdział XXIX
Rozdział XXX





ROZDZIAŁ I.

Według opowiadań Cervantes’a i Le Sage’a, potwierdzonych poważniejszém świadectwem historyi i nowożytnych podróżników, po wszystkie czasy w Hiszpanii zajazdy były niewygodne a drogi niebezpieczne. Zdaje się nawet jakoby mieszkańcy półwyspu pirenejskiego pod tym względem nie mieli nigdy zakosztować przyjemności cywilizacyi; albowiem, jak tylko zasięgnąć można pamięcią, podróżni byli w nim zawsze ofiarą złodziejów i oberżystów. To samo złe które dziś istnieje, istniało już w połowie XV wieku, w epoce będącéj początkiem poniżéj skreślonych wypadków.
W październiku 1469 r. panował nad Aragonią Jan II de Transtamare, przebywając z swym dworem w Saragossie. Był to jeden z najmędrszych monarchów tego wieku, lecz zubożony przez liczne walki z burzliwym i niepodległym szczepom Katalończyków. Z trudnością téż przychodziło mu utrzymać się na tronie, chociaż rządził krajem obejmującym, oprócz Aragonii i zawisłych od niéj Walencyi i Katalonii, Sycylią i wyspy balearskie. Władzca ten rościł sobie prawo do Nawarry, a korona Neapolu jemu byłaby przypadła, gdyby nie testament starszego brata i poprzednika jego, przeznaczający takową naturalnemu synowi ostatniego.
Panowanie króla Aragonii było długie i burzliwe, a w epoce wzmiankowanéj nieodzowne wydatki, celem podbicia Katalonii, skarbiec jego zupełnie wypróżniły; jakkolwiek w tym właśnie czasie zbliżał się dzień tryumfu dla Janu II, gdyż współzawodnik jego, książę Lotaryngii, umarł w dwa miesiące późniéj. Ale niedozwolono człowiekowi zaglądać w przyszłość; dosyć że dziewiątego października 1469 r. w chwili gdy armia, zostając bez żołdu, miała się rozwiązać, kassy państwa obejmowały tylko skromną summę trzystu sztuk zlota.
Wszelako, dla wykonania pewnego zamiaru nader wielkéj ważności, potrzeba było koniecznie znacznego kapitału. Naradzano się przeto, pochlebiano pożyczającym pieniądze, albo ich trwożono, i ruch niezwykły objawiał się u dworu. Nakoniec mieszkańcy Saragossy dowiedzieli się, że władzca ich ma wyprawić uroczyste poselstwo do sąsiada swego i krewniaka, króla Kastylii.
Krajem tym rządził wówczas Henryk de Transtamare, pod imieniem Henryka IV. Byłto wnuk w linii męzkiéj stryja Jana II, a więc dosyć blizki krewny króla Aragonii. Mimo to wszakże potrzeba było przyjaznego poselstwa dla zachowania pokoju między obydwoma krajami; wiadomość téż o zamierzonéj wyprawie zadowoleniem raczéj niż podziwem Aragończyków przejęła.
Henryk kastylski, chociaż panował nad krajami rozleglejszemi i bogatszemi od Aragonii, niebył podobnież wolen trosk i kłopotów. Po rozłączeniu się z pierwszą żoną, pojął on w małżeństwo Joannę portugalską, któréj postępki lekkomyślne wielkie u dworu sprawiały zgorszenie; posunięto się nawet aż do podania w wątpliwość prawowitego urodzenia jedynéj córki Henryka i zaprzeczenia jéj z tego względu prawa do następstwa.
Ojciec Henryka miał także z drugiego małżeństwa dwoje dzieci, Alfonsa i Izabellę, z których ostatnia wsławiła się późniéj pod mianem katolickiéj.
Objęcie rządów przez Henryka nie obeszło się bez wewnętrznych zatargów. Na trzy lata przed czasem opowiedzianych tu zdarzeń, brat jego Alfons ogłoszony został przez pewne stronnictwo królem, i wojna domowa rozsrożyła się w kraju. Śmierć Alfonsa położyła koniec niesnaskom, a pokój, chwilowo przynajmniéj, został przywrócony przez traktat, którym Henryk wydziedziczał własną, a raczéj Joanny portugalskiéj córkę, na korzyść swéj siostry przyrodniéj Izabelli.
To ostatnie ustępstwo wymożoném było przez konieczność; naturalnie więc starano się wszelkiemi sposobami zniweczyć jego skutki. Pomiędzy innemi środkami użytemi przez króla, a bardziéj przez jego poufałych, (gnuśność bowiem i obojętność Henryka powszechnie była znaną), starano się także nakłonić Izabellę do zawarcia ślubów z poddanym lub księciem cudzoziemskim, tak iż w r. 1469 małżeństwo księżniczki było głównym przedmiotem dyplomacyi hiszpańskiéj. W liczbie ubiegających się o jéj rękę znajdował się syn króla Aragonii; naturalnie więc mieszkańcy Saragossy, dowiedziawszy się o blizkiem wyprawieniu poselstwa, domyślali się, że ono zostaje w związku z tym punktem polityki aragońskiéj.
Izabella, sławiona z rozumu, skromności, wdzięków i pobożności, była nadto uznaną dziedziczką dosyć ponętnéj korony; niedziw przeto, że mnóstwo miała konkurentów, między któremi znajdowali się Francuzi, Anglicy i Portugalczycy. Zausznicy dworscy, stosownie do własnych widoków, popierali sprawę tego lub owego pretendenta: ale królewska dziewica, przedmiot tylu zabiegów, ukrywała starannie skłonność swego serca. Podczas gdy brat jéj, król panujący, szukał rozrywki na południu, ona, przyzwyczajoną będąc oddawna do samotności, zajmowała się czynnie urządzaniem swych interesów, w sposób jaki sama uznała za najwłaściwszy. Zagrażana kilkakrotnie zamachami na swą osobę, których unikła jedynie szczęśliwym wypadkiem, schroniła się do Valladolid, stolicy królestwa Leon. Henryk tymczasem przesiadywał w pobliżu Grenady; ku téj więc stronie zdążała ambasada.
Orszak poselski wyszedł z Saragossy przez jednę z bram południowych, pod eskortą wojskową. Członkowie jego wszyscy byli uzbrojeni, bo wówczas, kto tylko posiadał jakie takie mienie, nie mógł się puszczać w drogę bez tego środka ostrożności. Za orszakiem postępował długi tabor przyborów złożonych na mułach i zgraja zbrojnych służalców, dosyć podobnych na oko do żołnierzy. Tłumy mieszkańców zalegały drogę którą szła ambasada, już z życzeniami za jéj powodzenie, już tworząc rozliczne przypuszczenia względem celu takowéj. Lecz ciekawość ma swoje granice, a plotka prędko się zużywa; z zachodem słońca większa część mieszkańców Saragossy zapomniała już o wspaniałym pochodzie. Dwóch tylko żołnierzy, stojących na straży u bramy wschodniéj, prowadzącéj do prowincyi Burgos, jeszcze sobie pod wieczór gaworzyli o tém zdarzeniu.
— Jeśli don Alonzo de Carbajal w daleką puszcza się drogę, będzie musiał diable pilnować swego orszaku; bo w całéj armii aragońskiéj niéma gorszych żołnierzy, jak ci, którzy z nim opuścili bramę południową, mimo wystawności ubiorów i miny buńczucznéj. Wierzaj mi, Diego, Walencya byłaby dostarczyła godniejszych ambasady królewskiéj wojowników; lecz, jeśli taka jest wola naszego pana, my, prości żołnierze, nie powinniśmy szemrać.
— Mój Roderyku, niejeden już pomyślał zapewne, że pieniądze roztrwonione na to poselstwo lepiéj było rozdzielić między nas zuchów, cośmy krwią własną stłumili powstanie w Barcelonie.
— Jednato zawsze piosnka, braciszku, między dłużnikiem a wierzycielem. Jan II. winien ci kilka marawedów, więc ty mu wyrzucasz dukaty, które wydaje na osobiste swe potrzeby. Ja, stary wiarus, znam się oddawna na sztuce ściągania sobie żołdu, gdy skarb go wypłacać nie może.
— Dobreto w wojnie cudzoziemskiéj, kiedy bić się przychodzi przeciw Maurom naprzykład; ależ ci Katalończycy, to przecież chrześcianie i dobrzy zresztą ludzie; trudno bo łupić ich jak niewiernych.
— I owszem, bardzo łatwo, łatwiéj jeszcze niż poganina; gdyż ten, spodziéwając się napaści, uprzątnie co lepsze; podczas gdy ziomek sam ci otworzy skarby swoje i serce. Ale któż to w tak późnéj godzinie wybiéra się w drogę?
— Sąto ludzie pragnący uchodzić za bogaczów, chociaż niby z tym się kryją; zaręczam ci, Roderyku, że wszystkie te mieszczuchy razem nie mają tyle pieniędzy, by zapłacić sługusa co na noclegu poda im „olla podrida” (rodzaj pieprzonéj siekanki).
— Na św. Jakuba, mojego patrona, rzekł stłumionym głosem dowódzca zbliżającéj się kawalkady, który z jednym tylko towarzyszem wyprzedził nieco swój orszak, ten urwisz nie bardzo się myli! mamy jeszcze prawda na zapłacenie wieczerzy, ale do końca podróży nic nam z pewnością nie zostanie.
Żartobliwe te wyrazy towarzysz dowódzcy posępném przyjął milczeniem; jednocześnie kawalkada zatrzymała się przy bramie. Bylito kupcy, jak świadczyła ich powierzchowność, bo w owym czasie każda klassa społeczeństwa miała jeszcze oddzielne ubranie. Pozwolenie opuszczenia miasta było po formie, a strażnik miejski, w kwaśnym widać humorze że mu przerwano spoczynek, zwolna szlaban podnosił. Dwaj żołnierze tymczasem stanęli na uboczu, obojętnie przypatrując się grupie nowoprzybyłych, i tylko wrodzona powaga hiszpańska wstrzymywała ich od głośnych oznak pogardy względem trzech czy czterech Żydów, znajdujących się między kupcami. Reszta towarzystwa należała widać do wyższéj klassy handlujących, bo liczna towarzyszyła im służba. Podczas gdy panowie opłacali mały podatek, przypadający za opuszczenie miasta po zachodzie słońca, jeden z służących, jadący na zwinnym mule stanął blizko Diega.
— Ho! ho! braciszku, zawołał żołnierz, nie mogąc powściągnąć języka; ile dublonów kupcy płacą ci na rok, i siła ci sprawiają tych pięknych kaftanów skórzanych, z których w jednym tak ci do twarzy?
Służący, młody jeszcze człowiek, chociaż muszkularne ciało i śniada cera świadczyły o twardo przebytych znojach, zadrżał lekko i zapłonił się na te słowa, których wymówieniu towarzyszyło poufałe poklepanie w kolano. Lecz żołnierz miał twarz tak dobroduszną, że niepodobna było rozgniewać się jego żartem; wreszcie serdeczny śmiéch jego zapobiegł wybuchowi nagabanego młodzieńca.
— Za mocno uderzasz mnie po nodze, przyjacielu, rzekł łagodnie; jeżeli chcesz przyjąć moję radę, to nie pozwalaj sobie nigdy takich poufałości, bo niespodzianie mógłbyś się spotkać z kułakiem.
— Na św. Piotra! któżby się poważył...
Nie miał czasu dokończyć, gdyż orszak, ułatwiwszy się, w dalszą ruszył drogę, a muł młodego giermka, spięty ostrogą, silném potrąceniem o mało nie wywrócił Diega, który właśnie rękę przykładał do pałasza.
— Ten młodzian ma odwagę! krzyknął żołnierz po odzyskaniu równowagi; sądziłem na chwilę że chce mnie poczęstować pięścią.
— Zawsze z ciebie niezdara, kolego, odrzekł drugi żołnierz; nicby nie było dziwnego, gdyby cię był ukarał za niepotrzebne zuchwalstwo.
— Lokaj w usługach Żyda miałżeby natrzéć na żołnierza królewskiego?
— Może i on był żołnierzem; bo zdaje mi się żem widział twarz jego w miejscu, gdzie napróżno szukanoby tchórzów.
— To sługus poprostu i do tego młodzik zaledwie wyszły z rąk kobiét.
— Niech i tak będzie, lecz mimo to wierzę że służył przeciw Maurom i Katalończykom. Wiész o tém, że szlachta nasza ma zwyczaj wczesnego wysyłania dzieci na wojnę.
— Szlachta!? powtórzył śmiejąc się Diego, do czarta Roderyku, jak można takiego prostaka porównać z synem szlacheckim? Czy myślisz że to przebrany Guzman albo Mendoza.
— Dziwném ci się to wyda, a jednak przypominam sobie dokładnie, żem go widział na polu walki i słyszał głos jego grzmiący rozkazem. Na św. Jakuba z Compostelli, to rzecz niezawodna. Przybliż się Diego, powiem ci słówko w zaufaniu.
Chociaż nikt nie podsłuchiwał, Roderyk odprowadził na bok kolegę, i oglądając się na wszystkie strony, cichym głosem wymówił kilka wyrazów.
— Najświętsza Panno! zawołał Diego, odskakując z podziwienia na kilka kroków, mylisz się niezawodnie, Roderyku!
— Wiem co mówię, odpowiedział Roderyk; nie widziałżem go tylokrotnie z podniesioną przyłbicą?
— A teraz podróżuje jako giermek przy kupcu, jako sługa żydowski!?
— My, kolego, powinniśmy patrzéć niewidząc i słuchać niesłysząc. Jan II dobrym jest panem, chociaż w téj chwili papiéry jego spadły; trzeba zachować poddańczą pokorę.
— Ależ on nie przebaczy mi nigdy téj nieroztropnéj poufałości! nie ośmielę się stanąć przed jego obliczem.
— Ej! wątpię żebyś z nim zasiadł kiedy u stołu królewskiego, a na wojnie on, który zawsze postępuje przodem, nie będzie pewnie miał ochoty obejrzéć się za tobą.
— Mniemasz więc że mnie nie pozna?
— W każdym razie, mój chłopcze, nie obawiaj się niczego, bo takim ludziom zwykle ważniejsze sprawy tkwią w głowie.
— Daj Boże żebyś prawdziwym był prorokiem, inaczéj nie będę mógł nigdy pokazać się w szeregu. Gdybym mu był wyświadczył przysługę, to możeby o niéj zapomniał; ale pamięć obelgi długo się przechowuje.
Tak rozmawiając, dwaj żołnierze oddalili się, a stary nie przestawał zalecać młodemu większą na przyszłość rozwagę.
Tymczasem kawalkada postępowała naprzód, z szybkością wypływającą oczywiście z obawy o złe drogi i z żywéj chęci przybycia corychléj na miejsce. Jadąc noc całą, zatrzymywali się wtedy dopiéro gdy światło dzienne wystawiało ich na spojrzenia ciekawych. Wiadomo było że ajenci Henryka kastylskiego przebiegają przestrzeń między stolicą Aragonii a Valladolid, gdzie przebywała Izabella. Jednakże podróżni bez przygody stanęli w okręgu Soria, części staréj Kastylii. Lubo zbrojne hufce królewskie czatowały po drodze, powierzchowność podróżnych nie mogła niczém zwrócić uwagi żołnierzy Henryka, obecność zaś tych ostatnich oddalała zwykłych złodziejów. Co się tyczy młodzieńca, będącego przedmiotem rozmowy dwóch żołnierzy, ten z uległością towarzyszył panu, zajmując się obowiązkami swojego stanu. Dopiéro drugiego dnia wieczorem, gdy orszak opuścił gospodę, gdzie uraczano się olla podridą i kwaśném winem, wesoły dowódzca, o którym wyżéj była wzmianka, zaśmiawszy się głośno, opuścił swe miejsce na przodzie i zbliżył się do tajemniczego giermka. Lecz ten surowém przyjął go spojrzeniem.
— Mości Nunez! rzekł głosem, który bynajmniéj nie zgadzał się z zależném na pozór stanowiskiem jakie zajmował, dlaczego porzuciłeś swe miejsce?
— Wybacz, odpowiedział dowódzca, tłumiąc śmiéch tylko przez uszanowanie dla młodzieńca, — ale zdarzyło nam się nieszczęście, które przewyższa wszystko co podają legendy o błędnych rycerzach. Nasz szanowny Ferreras, tak przywykły do złota, od czasu jak się zbogacił handlem zbożowym, płacąc w oberży za wieczerzę, zapomniał sakiewkę. Teraz całe towarzystwo podróżne nie posiada może i dwudziestu realów.
— Jestżeto przedmiot żartu, mości Nunez? odpowiedział giermek z lekkim uśmiechem, zdradzającym chęć podzielania wesołości towarzysza. Bogu dzięki, miasto Osma niedaleko, a tymczasem niepotrzeba nam pieniędzy. Teraz, mój panie, rozkazuję ci abyś powrócił na miejsce i nie wdawał się w bezpotrzebną poufałość z podwładnemi. Godnemu Ferreras oświadcz moje współubolewanie.
Dowódzca rzucił wzrokiem porozumienia na mniemanego giermka, lecz ten odwrócił głowę, jakby sam był w obawie uchybienia swojéj roli. Po chwili dawniejszy porządek orszaku był przywrócony.
Północ już się zbliżała, podróżni przeto poganiali muły, żeby prędzéj stanąć gdzie zamierzyli. Niezadługo pokazało się w oddaleniu miasteczko Osma, należące jeszcze do prowincyi Soria, lecz położone niedaleko już granic Burgos.
Zbliżywszy się do bramy, młody kupiec przewodniczący uderzył w nią kilkakrotnie kijem. Udany sługa opuścił właśnie swe miejsce i wmieszał się między przywódzców kawalkady, gdy nagle kamień rzucony z murów miasta zawarczał mu koło głowy. Krzyk oburzenia rozległ się w orszaku; tylko tajemniczy młodzieniec nie stracił przytomności, a chociaż mówił podniesionym głosem, jednakże słowa jego nie wyrażały ani gniewu ani trwogi.
— Cóżto, zawołał, czy tak przyjmujecie spokojnych podróżników, kupców którzy w nocnéj porze szukają gościnności?
— Kupcy, podróżnicy? odparł głos jakiś wewnątrz, powiedz raczéj ajenci króla Henryka. Coście za jedni? gadajcie, bo przywitamy was czémś lepszém jak kamieniem.
— Chciéj mnie objaśnić, rzekł młodzieniec, nie dając odpowiedzi na zapytanie, kto dowodzi w tém mieście? czy nie hrabia de Trevino?
— On sam, odpowiedziano z murów głosem nieco złagodzonym. Lecz jakaż może być styczność między zgrają koczujących kupców, a jego excellencyą. Ty zaś, co mówisz tak śmiało i ostro, musisz być chyba grandem Hiszpanii.
— Jestem Ferdynand de Transtamare, król Sycylii, książę aragoński. Oznajm to swojemu panu, i niech przybywa natychmiast.
To objaśnienie, wyrzeczone głosem człowieka przywykłego do rozkazów, zmieniło nagle stan rzeczy. Kawalkada odmiennym uszykowała się porządkiem. Dwaj kawalerowie, będący wprzód na czele, ustąpili pierwszeństwa młodemu królowi, a inni tymczasem, pozrzucawszy przebrania, pokazali się w szatach właściwych. Dostrzegacz psycholog byłby zauważył niezawodnie pochopność z jaką kawalerowie, przywykli do walk rycerskich i turniejów, rozstawali się z poniżającą dla siebie rolą.
Wkrótce całe miasteczko było w ruchu, a tłum cisnący się na mury i światło latarń spuszczonych dla obejrzenia przybyszów, zapowiadały zbliżanie się gubernatora.
— Mamże wierzyć temu co słyszę? odezwał się w téj chwili głos hrabi Trevino, czy rzeczywiście don Ferdynand aragoński zaszczyca mnie odwidzeniem w tak niezwykłéj godzinie?
— Rozkaż służbie aby latarnie obróciła ku méj twarzy, a sam się o tém przekonasz. Wybaczam ci, hrabio, to zwątpienie, jeśli je wynagrodzisz gorliwością.
— To on! zawołał gubernator, poznaję w tych rysach potomka królów, którego głos tylokrotnie przywodził hufcom Aragonii w wojnach przeciw Maurom. Otworzyć bramy, a trąby niech natychmiast rozgłoszą miastu szczęśliwą nowinę!
Rozkaz ten szybko został wykonany i młody król wjechał do Osmy, otoczony zbrojnym orszakiem i zgrają zdziwionych mieszkańców.
— Najjaśniejszy panie, rzekł Andrzéj de Cabrera, młody kawaler który wprzód był dowódzcą, zbliżając się poufale do księcia Ferdynanda; szczęście prawdziwe żeśmy zdążyli do téj oto gospody bezpłatnéj. Don Ferreras zgubił rzeczywiście jedyną naszę sakwę, a w takiéj ostateczności trudnoby nam było utrzymać się w roli kupców.
— Teraz, gdyśmy wkroczyli do ukochanéj Kastylii, polegamy zupełnie na twéj gościnności, bo wiadomo nam, że posiadasz dwa drogocenne klejnoty.
— Miłościwy królu, wasza wysokość żartuje sobie ze mnie, i rzeczywiście jedynato zabawa jaką nateraz mogę mu ofiarować. Przywiązanie do sprawy księżniczki Izabelli uczyniło mnie wygnańcem, w téj chwili prosty żołnierz armii aragońskiej bogatszy jest odemnie. Jakiemiż mógłbym rozrządzać klejnotami?
— Mówią wiele o dwóch brylantach zdobiących głowę donny Beatrix de Bobadilla, które wiem że tobie przypadną, bo młoda dziewica, idąc za popędem serca, chętnie je odstąpi tak przyjemnemu kawalerowi.
— Ach, najjaśniejszy panie, jeśli ta przygoda ma się skończyć tak szczęśliwie, jak została rozpoczętą, tedy najwyższe jego wstawiennictwo bardzo mi będzie potrzebne.
Król, swoim zwyczajem, uśmiechnął się łagodnie i miał coś odpowiedzieć, gdy zbliżający się hrabia Trevino przerwał dalszą rozmowę.
Téj nocy Ferdynand aragoński mógł zasnąć spokojnie i głęboko; jednakże ze świtem porzucił łoże, by opuścić miasto. Ruszając z Osmy, mały orszak zupełnie inny miał pozór jak dnia wczorajszego. Ferdynand, całkiem uzbrojony, dosiadał dzielnego rumaka; eskortował go oddział lekkiéj jazdy, pod dowództwem samego hrabi Trevino, i tym sposobem kawalkada 9 października 1469 r. stanęła w Duenas, miasteczku królestwa Leon, sąsiedniém Valladolid. Tu niezadowoleni z pomiędzy szlachty zaczęli się garnąć do księcia, składając mu hołdy przynależne wysokiemu urodzeniu i świetnéj przyszłości jego.
Kastylijczykowie, zwolennicy zbytku, mieli wtedy sposobność przyjrzenia się surowemu życiu Ferdynanda. Młody ten książę, chociaż liczył dopiero lat ośmnaście, tak zahartował ciało i ukrzepił członki, że wyrównywał siłą najdzielniejszym rycerzom. Najmilszą rozrywką jego były ćwiczenia wojskowe, i żaden z kawalerów aragońskich lepiéj od niego nie harcował konno, czyto na polu bitwy, czy w walce turniejów. Skromny przytem i trzeźwy, jak muzułman, zdawał się być stworzonym do spełnienia dzieł wymagających zarówno wielkiéj siły fizycznéj, jak głębokiéj rozwagi i nieustannéj czujności.
W ciągu cztérech czy pięciu dni następnych szlachta kastylska, otaczająca Ferdynanda, nie wiedziała, czy dziwić się bardziéj porywającéj wymowie jego, czy dojrzałości sądu, nie będącéj wynikiem zimnéj rozwagi, lecz darem wrodzonym człowieka przeznaczonego do panowania cudzym namiętnościom.


ROZDZIAŁ II.

Podczas gdy Jan aragoński starał się wszelkiemi środkami aby syn jego uszedł czujnéj uwagi służalców króla Kastylii, mieszkańcy Valladolid oczekiwali skutku wyprawy z tą niespokojną obawą, jaka zwykle towarzyszy niebezpiecznym przedsięwzięciom. Pomiędzy temi, co z niecierpliwością śledzili kroki Jana z Aragonii, znajdowały się osoby, z któremi wypada nam bliżéj czytelników zaznajomić.
Chociaż Valladolid w téj porze dalekim jeszcze był od świetności jakiéj dosięgł zostawszy stolicą Karola V, zawsze jednak ten gród starożytny i bogaty posiadał znaczną liczbę wspaniałych pałaców. Jeden z nich był siedzibą Jana de Vivero, znakomitego szlachcica, i w nimto dwie osoby oczekiwały wiadomości z Duenas. Wnętrze tego gmachu łączyło poważną zbytkowność owego czasu, z wygodą i wykwintnością, jakie nadać tylko może bezpośredni zarząd kobiécy. W r. 1469 wielki dramat wojenny, trwający od siedmiu wieków, walka chrystyanizmu z koranem, zbliżała się ku końcowi na półwyspie pirenejskim, Maurowie, zajmując długo południowe części królestwa Leonu, zostawili w budowlach tamecznych ślady barbarzyńskiéj wystawności; nazwisko nawet miasta Valladolid, przerobione z Veled-Vlid, świadczyło o pobycie w tych stronach rasy arabskiéj.
W głównéj sali pałacu Jana de Vivero dwie kobiéty żywo z sobą rozmawiały. Obie były młode, i chociaż różnéj zupełnie powierzchowności, niezaprzeczone posiadały powaby. Jedna z nich szczególniéj, zaledwie dziewiętnastoletnia, lecz w całym już kwiecie młodości, uchodzić mogła za skończoną piękność. Gorąca nawet wyobraźnia krain południowych nie wymarzyłaby większéj doskonałości. Jéj ręce, nogi, kibić i wszystkie ciała zarysy nacechowane były niezrównanym wdziękiem niewieścim, a postać wysoka i okazała szlachetną nadawała jéj powagę. Patrzący na nią nie wiedział czy go czaruje bardziéj powab zewnętrzny, czy wyraz nieskażonéj duszy odbity na jéj twarzy. Chociaż urodzona w Hiszpanii, pochodziła w prostéj linii od królów gotskich, i z tego zapewne powodu w nadobnéj dziewicy zléwała się świéżość północna, z porywającą żywością kobiét południa. Cera jéj była biała, włos gęsty kasztanowaty, oczy niebieskie, pełne blasku i pojętności. Dla dopełnienia obrazu powiedzmy, że na obliczu wychowanki dworu malowała się szczéra prostota, rzadko w téj sferze napotykana, a krasząca wdzięk młodości urokiem prawdy moralnéj.
Ubiór księżniczki odznaczał się prostotą, chociaż bogactwem odpowiadał godnie wysokiemu jéj dostojeństwu. Na szyi, śnieżnéj białości, połyskiwał krzyż brylantowy, zawieszony na rzędzie wyborowych pereł; kilka kosztownych pierścieni obciążało raczéj, niż zdobiło śliczne jéj ręce. Byłato Izabella kastylijska, oczekująca w ustroniu rozwiązania swego losu, tak ściśle złączonego z przeznaczeniem ludzkości.
Towarzyszką jéj była donna Beatrix de Bobadilla, przyjaciołka młodości i wierna do śmierci poddana. Dama ta, starsza nieco od księżniczki, miała ułożenie stanowczo hiszpańskie; jakkolwiek bowiem pochodziła ze starożytnéj rodziny, dom jéj wszelako, z polityki czy przypadkiem, nie wchodził nigdy w związki z cudzoziemcami. Jéj oczy czarne, błyszczące zapowiadały szlachetną duszę i silną wolę. Postać jéj, lubo przyjemna, ustępowała jednak w doskonałości kształtom królewskiéj przyjaciołki. Natura, dzieląc swe dary między te młode niewiasty, rozróżniła je odpowiednio stanowisku społecznemu jakie każda z nich zajmowała, lecz widziane z osobna, obie były zachwycające. Izabella kończyła właśnie strój ranny; siedziała na fotelu, niedbale oparta i pochylona ku przyjaciołce, klęczącéj przed nią na podnóżku. Dziewice były same, w rozmowie ich przeto panowała największa swoboda; wolna zarówno od etykiety kastylskiéj i sztywności hiszpańskiéj, toczyła się ona w miarę uczuć naturalnych, nie według ceremoniału dworskiego.
— Beatrixo, rzekła księżniczka, prosiłam Boga by kierował moją myślą w tak ważnéj sprawie, i mam nadzieję, że wybór jaki uczynię pogodzi własne moje dobro, ze szczęściem mych poddanych.
— Nikt o tém ani wątpi, szlachetna pani, odpowiedziała Beatrix de Bobadilla, bo Kastylijczycy tak cię kochają, że nie sprzeciwiliby się pewnie twym zamiarom, gdybyś nawet wyjść chciała za sułtana tureckiego.
— Powiedz raczéj, moja dobra, odparła z uśmiechem Izabella, że sądzisz o innych po sobie. O! te projekta małżeńskie dużo sprawiają mi kłopotu.
— Lecz teraz minął czas próby. Najświętsza Panno! ileżto w męzczyznach musi być zarozumienia i lekkomyślności, kiedy tacy konkurenci śmieli ubiegać się o rękę mojéj pani.
— Jeżeli ze wszystkich wybrałam Ferdynanda aragońskiego, to jedynie z powodu, że związek ten odpowiada najwięcéj interesowi Kastylii. Wiész, Beatrixo, że Kastylijczycy i Aragończycy z jednego pochodzą szczepu i tym samym mówią językiem.
— W imię bozkie, kochana pani, nie porównywaj czystéj mowy kastylskiéj z dyalektem mieszkańców gór!
— Niech i tak będzie; ale łatwiéj zawsze wyuczyć po hiszpańsku Aragończyka, niż Galla; a potém don Ferdynand należy do rodziny Transtamare, jest potomkiem królów Kastylii, i mówią że młody król sycylijski może się podobać.
— Gdyby tego nie umiał, nie byłby chyba mężczyzną. Któryżby z nich nie potrafił ułożyć się, gdy idzie o podbicie serca dziedziczki korony, a jeszcze pięknéj jak jutrzenka, dobréj i mądréj, słowem wcielonéj doskonałości.
— Moje dziecię, te słowa nie przystoją ani mnie ani tobie.
— A jednak są ony prawdziwém wyrażeniem moich ucznć.
— Wierzę ci, dobra Beatrixo; lecz powinnyśmy pamiętać o ostatniéj spowiedzi i mądrych radach jakie nam wówczas udzielono. Tak lekkomyślne rozmowy nie uchodzą kobiétom, które za grzechy swoje potrzebują pobłażania. Co do tego małżeństwa, jeśli je zawrę, to więcéj jako księżniczka, niż jako niewiasta; bo wiadomo ci, że nie znamy się nawet z Ferdynandem.
— Prawda to wszystko, szlachetna pani; przyznaję, iż dziewica wysokiego urodzenia, może rozrządzać swą ręką na innych zasadach jak prosta mieszczanka, a nawet, że sama jéj godność i troskliwe wychowanie, stanowi większą rękojmię szczęścia małżeńskiego, aniżeli gorączkowe przywiązanie. Ale z tém wszystkiem bardzo mnie to cieszy, że tak szlachetny i dzielny, według opisu ojca Alonzo, młodzieniec stara się o twe względy, jak również że, zdaniem mych przyjaciół, don Andrzej de Cabrera, lubo trzpiot wielki, doskonałym będzie mężem dla Beatrixy de Bobadilla.
Izabella, która mimo wrodzonéj powściągliwości czuła niekiedy potrzebę poufnéj rozmowy, uśmiechnęła się z tego wyskoku, i rozgarniając piękną rączką krucze sploty Beatrixy, rzuciła na nią macierzyńskie prawie, lecz pełne tkliwości spojrzenie.
— Jeżeli wartogłowy powinny się łączyć z sobą, rzekła potém, to przyjaciele twoi mają słuszność. Wymówiwszy te słowa umilkła, a wstyd dziewiczy rozlany po jéj twarzy i skryty ogień źrenicy świadczyły, że Izabella, w téj chwili przynajmniéj, była więcéj kobiétą jak królową, zajętą wyłącznie szczęściem swych poddanych.
— W miarę jak się zbliża nasze spotkanie, ciągnęła daléj księżniczka, dziwne jakieś ogarnia mnie pomięszanie, i wyznaję ci otwarcie, moja droga, że przymioty ciała i duszy, przypisywane królowi sycylijskiemu, niemały w tém mają udział.
— To dziwnie, wtrąciła Beatrix. Ja z swojéj strony nie oddałabym dobrowolnie ani jednego powabu przeznaczonego mi małżonka.
— Twoje położenie jest inne, Boatrixo, ty znasz markiza de Moya i pewną jesteś jego uwielbienia.
— Ś. Jakubie! czyż podobna tak sobie nie ufać. Wszak młoda i piękna kobiéta odbiéra hołdy jako przynależną sobie daninę.
— Prawda to, moja córko, (Izabella, chociaż młodsza, nazywała tak niekiedy przyjaciołkę, a późniéj, zostawszy królową, zawsze ją zaszczycała tém mianem), ale wtedy tylko, gdy owe hołdy są zasłużone. Co do mnie, z niespokojnością nieraz zadaję sobie pytanie, jakie będą dla mnie uczucia don Ferdynanda. Uważam go za młodzieńca pełnego szlachetności, męztwa i osobistych przymiotów, i nie wiem czy zdołam odpowiedzieć słusznym jego wymaganiom.
— Na imię bozkie! zarozumiały chyba Aragończyk mógłby coś podobnego pomyśleć! Jeżeli don Ferdynand szlachetnego jest rodu, ty pani, potomek starszéj linii domu Transtamare, w niczém mu nie ustępujesz. Jeżeli jest młodym, i ty nią jesteś; jeżeli roztropnym, czyż tobie brak tego przymiotu?
— Powoli, powoli, kochana Beatrixo! powściągnij nieco swoję żywość.
— Skromność twoja, łaskawa pani, pozwala ci oceniać cudze tylko zalety, a zapominasz o swoich; ale don Ferdynand sprawiedliwszym będzie w tym względzie. Jest prawda spadkobiercą kilku koron, ale czeka go tu dziedziczka kastylijska, która słodyczą swą i prostotą, podbije snadnie rycerskie jego serce.
— Nie trwożę się bynajmniéj o próżność Ferdynanda, chociaż wiem że posiada już, lub posiędzie, niejednę koronę; lecz mimo twych uwag życzliwych, niedowierzam sama sobie. Zdaje mi się, że przyjęłabym obojętnie, a przynajmniéj z godnością odpowiednią swojemu urodzeniu, każdego innego księcia; ale drżę gdy pomyślę o spotkaniu z Ferdynandem.
— To raczéj don Ferdynand powinien być w obawie, zawołała Beatrix, całując z uszanowaniem rękę Izabelli.
— O nim, kochana przyjaciołko, same tylko doszły mnie pochwały. Lecz darmo się niepokoję, zamiast zasięgnąć zdania pobożnego kapłana, który nie odmówi mi pewnie swéj porady. Ojciec Alonzo nas oczekuje, pójdźmy do niego.
Księżniczka z towarzyszką weszły do kaplicy zamkowéj, gdzie spowiednik piérwszéj mszę właśnie odprawiał. Tu niespokojność pięknéj Izabelli ustąpiła wkrótce przed pociechą obrządków religijnych. W chwili gdy opuszczała kaplicę, posłaniec przybył z wieścią, że król sycylijski stanął szczęśliwie w Duenas, i otoczony wiernemi stronnikami, przybędzie wkrótce dla urzeczywistnienia swych nadziei.
Izabella, nanowo tém pomięszana, z trudnością tylko odzyskała zwykłą spokojność umysłu. Poświęciwszy parę godzin modlitwie, obie przyjaciołki powróciły do sali, w któréj niedawno toczyła się przywiedziona wyżéj rozmowa.
— Czy widziałaś don Andrzeja de Cabrera? zapytała księżniczka, przeciągając ręką po czole, jakby dla zebrania myśli.
Beatrix de Bobadilla zapłoniła się, a potem nagłym wybuchła śmiéchem.
— Jak na kawalera trzydziestoletniego, który stargał nieco siły w wojnach przeciw Maurom, don Andrzej dosyć zwinne ma nogi; przyniósł tu bardzo szybko wiadomość o przybyciu króla, przedstawiając razem przyjemną swą osobę. Ale znów na człowieka wytrawnego, zbyt wielki z niego gaduła. Podczas gdy pani zajętą byłaś modlitwą, słyszałam mimowolnie cudowne opowiadanie jego o podróży don Ferdynanda. Zdaje się, szlachetna pani, że w samę porę przybyli do Duenas, straciwszy ostatnią sakwę z pieniędzmi, którą może wiatr uniósł z powodu jéj lekkości.
— Spodziewam się, że temu zaradzono. Obecnie wprawdzie żadna z gałęzi domu Transtamare, nie może się poszczycić bogactwem; zawsze jednak mamy dosyć i na potrzebę przyjaciół.
— Don Andrzej w téj chwili nie jest ani bogatym ani ubogim; lecz będąc w Kastylii, gdzie Żyd i lichwiarz każdy zna wartość dóbr jego, z łatwością zaopatrzyć może we wszystko króla sycylijskiego. Powiadano mi, że i hrabia Trevino nie pokazał się skąpym.
— Nie będzie to z jego szkodą, kochana Beatrixo. Teraz, drogie dziécię, chciej podać mi papiér i pióro, bo mam zawiadomić don Henryka o zamierzonym związku.
— Ależ kochana pani! to się sprzeciwia roztropności; bo zwykle gdy dziewica, czy szlachetna, czy prostego urodzenia, chce zawrzéć małżeństwo wbrew woli swych krewnych, to naprzód dopełnia zamiaru, a potém dopiero prosi o błogosławieństwo.
— Idź, moje dziecię, powiedziałaś swoje, a teraz przynieś mi czegom żądała. Król nasz nietylko jest moim panem i opiekunem, ale nadto najbliższym krewnym, którego uważać powinnam za ojca.
— To tym sposobem donna Joanna portugalska byłaby matką mojéj pani! Piękna z niéj przewodniczka dla skromnéj dziewicy! Nie, droga pani, matką twoją była cnotliwa Izabella, różniąca się zupełnie od lekkomyślnéj siostrzenicy.
— Za śmiało mówisz, Beatrixo, i zapominasz o moim rozkazie. Chcę pisać do swego brata i króla.
Izabella rzadko z podobną odzywała się surowością: to téż Beatrix zadrżała i łzy puściły jéj się z oczu. Nie śmiąc spojrzéć na przyjaciołkę, przyniosła materyał piśmienny i zachowała milczenie.
Izabella zaczęła pisać ów list historyczny, w którym, wyrzekając się wrodzonéj nieśmiałości, z książęcą przemówiła powagą.
Przez traktat w Toros de Guisando, unieważniający prawa córki Joanny portugalskiéj, a uznający Izabellę następczynią tronu, ta ostatnia obowiązaną była nie rozrządzać swą ręką bez wiedzy króla. Księżniczka przeto usprawiedliwiała przed bratem swoje postanowienie, przytaczając, że przeciwnicy jéj złamali przyrzeczenie niemięszania się do téj sprawy małżeńskiéj. Wyliczała daléj korzyści polityczne, wynikające z połączenia koron kastylskiéj z aragońską, i prosiła o zezwolenie króla.
List ten, przedłożony Janowi de Vivero, oraz innym członkom rady królewskiéj, wyprawiony został natychmiast przez umyślnego posłańca; poczém zajęto się przygotowaniami do nastąpić mającego spotkania dwojga narzeczonych.


ROZDZIAŁ III.

Mimo stałego postanowienia i zwykłéj pogody umysłu, któréj źródłem była stateczność zasad jéj moralnych, serce Izabelli silniéj zatętniało, w chwili gdy ujrzéć miała wreszcie przyszłego małżonka. Etykieta dworska i ważność spraw politycznych, kojarzących się z tym związkiem, wymagała koniecznie kilkodniowych przygotowań, w ciągu których młoda narzeczona najżywszéj doznawała niecierpliwości.
Nakoniec wieczorem 15 października 1469 r. wszystkie przeszkody były usunięte; Ferdynand dosiadł konia, i w towarzystwie cztérech tylko szlachty, w liczbie których znajdował się Andrzej de Cabrera, bez żadnéj wystawności udał się do pałacu Vivero. Arcybiskup Toledo przedstawiać miał księcia dostojnéj narzeczonéj.
Izabella, mając przy sobie jednę tylko Beatrix de Bobadilla, oczekiwała przybycia jego w znajoméj już czytelnikom sali. Zdobywszy się na jedno z tych wysileń, jakich nierzadko znaleźć można przykłady w najtrwożliwszych nawet kobiétach, przyjęła narzeczonego z godnością księżniczki, lubo z nieśmiałością płci swojéj właściwą. Ferdynand aragoński, przygotowany był ujrzéć niewiastę rzadkiéj urody, lecz wdzięk anielskiéj skromności, rozlany po cudném jéj obliczu, tak silne zrobił na nim wrażenie, że chociaż umiał zwykle ukrywać swe uczucia, stanął u wnijścia osłupiony. Potém ocknąwszy się, postąpił szybko naprzód, ujął tę drobną rączkę, co wkrótce stać się miała jego własnością i ucałował ją z zapałem.
— Widzę cię więc nareszcie, droga kuzynko, rzekł głosem zachwycenia i prawdy, którego nigdy sztuczna nie zastąpi wymowa. Mniemałem iż nie doczekam się tego szczęścia; lecz z łaski ś. Jakuba, naszego patrona, życzenia moje mają się ku spełnieniu, i chwila obecna wszystko mi wynagradza.
— Dziękuję waszéj królewskiéj mości i witam go u siebie, odpowiedziała skromnie Izabella. Przeszkody jakie dotąd przyszło nam pokonać są tylko wstępem ważniejszych przeciwności, z któremi w ciągu życia spotykać się może wypadnie.
Ferdynand podał rękę narzeczonéj i poprowadził ją do fotelu, a sam chciał zasiąść na taborecie; lecz Izabella, wiedząc że Kastylijczycy chętnie, gdzie było można, przywłaszczali sobie wyższość nad Aragończykami, nie chciała zająć miejsca, dopókiby narzeczonemu nie podano krzesła poręczowego.
— Młodéj osobie, rzekła, za którą jedno chyba przemawia urodzenie, nie przystoi piérwszeństwo przed królem sycylijskim.
— Dla Boga, droga kuzynko, nie rządź się etykietą. Wszak wobec Najwyższego znikają ziemskie godności. Chciéj mnie uważać za prostego rycerza, pragnącego jedynie złożyć ci swoje hołdy.
Izabella, powodowana owym taktem nieokreślonym, wytykającym granicę grzeczności od sztywnego ceremoniału, usiadła, i między narzeczonemi żywa wszczęła się rozmowa. Instynkt kobiécy powiadał jéj, że korzystne na swym kuzynie zrobiła wrażenie, a to odkrycie, tak dla niéj pochlebne, dotkliwéj usposabiało ją wzajemności.
Obustronne zajęcie widoczném było w tém pierwszém zaraz spotkaniu. Arcybiskup téż Toledo, znając choć powierzchownie potrzeby serc kochających, usunął się niezadługo z dworzanami do przyległego pokoju. Drzwi wprawdzie pozostały otwarte, lecz zręczny prałat tak umiał wszystkich usadowić, że nie mogli ani widzieć ani słyszeć rozmawiających w salonie. Co się tyczy Beatrixy de Bobadilla, która dla przyzwoitości pozostała przy swéj pani, była ona tak dalece zajęta marzeniem o Andrzeju de Cabrera, że królewska para, bez narażenia tajemnicy, mogła była stanowić przy niéj o losie pół Europy.
Nie wyzuwając się z wrodzonéj powściągliwości, co ją do śmierci nieopisanym otaczała powabem, Izabella w ciągu rozmowy coraz większém przecież narzeczonego obdarzała zaufaniem. W miarę jak znajdywała sposobność okazania w korzystném świetle swych wiadomości, zebranych usilną pracą, w wieku czczym co najczęściéj poświęcanym zabawom, poczęła nabiérać otuchy i całkiem prawie odzyskała zwykłą swobodę umysłu.
— Mniemam, rzekł król, że teraz niéma już powodu ukrywania naszego związku. Wymagano po nas poświęcenia dla spraw krajowych, niechże wolno nam będzie i o własném pomyśleć szczęściu. Nie jesteśmy sobie obcy, droga Izabello; dziadkowie nasi byli braćmi, a ja od dzieciństwa przywykłem uwielbiać twoję cnotę i naśladować twą pobożność.
— Zobowiązanie moje, kuzynie, nie było lekkomyślném, odpowiedziała księżniczka, rumieniąc się mimo powagi jaką przybrać usiłowała; roztropność zarówno jak życzliwość związek ten nakazuje, a konieczność przyspieszenia go tak jest oczywistą, że wszelkie z méj strony zwłóczenie byłoby dziwactwem. Sądzę, że za dni cztéry staniemy u ołtarza; tymczasem zaś przygotujmy się do tak ważnego obrządku dopełnieniem obowiązków religijnych.
— Niech się stanie według twéj woli, z uszanowaniem odrzekł don Ferdynand; niewiele już pozostaje do zrobienia, bo pamiętałem o wszystkiém.
— Spodziéwam się, Ferdynandzie, żeś przejrzał dokładnie kontrakt małżeński, i że przyjąłeś chętnie wyrażone w nim warunki.
— Miałem na to dość czasu, droga kuzynko, bo właśnie dziewiąty upływa miesiąc jakem go podpisał.
— Jeżeli żądania moje w pewnym względzie wydały ci się dziwne, chciéj to przypisać obowiązkom mego stanu. Wiadomo ci, Ferdynandzie, iż żona, mimo woli często, ulega wpływowi swego męża; musiałam przeto ubezpieczyć Kastylijczyków od słabości kobiécego charakteru.
— Jeśli ta tylko słabość zacięży nad Kastylią, dola jéj będzie godną zazdrości.
— Grzeczność jedynie podała ci te wyrazy, Ferdynandzie, a to nie dobrze w tak ważnym przedmiocie. Jestem o kilka miesięcy starszą od ciebie, przywłaszczam więc sobie prawo piérworodztwa, i nie ustąpię go, chyba w ręce męża. Przekonałeś się z artykułów kontraktu, jak starannie osłoniłam Kastylijczyków od obcych przywłaszczeń. Wiadomo ci także, że większość panów kastylijskich opiérała się naszemu związkowi, z obawy jarzma aragońskiego; trzeba więc było uspokoić ich obawę.
— Oceniam, Izabello, te powody; życzenia twoje zostaną wykonane.
— Będę ci wierną zawsze i uległą małżonką, mówiła daléj księżniczka, rzucając tkliwe na Ferdynanda spojrzenie; ale zależy mi na tém, by Kastylia moja nie została w swych prawach ukróconą. Akt ślubny zawiera jeden jeszcze warunek, dotyczący wojny z Maurami, o którego zachowanie najusilniéj cię błagam. Niepodobna mi uważać Hiszpanii za kraj prawdziwie chrześciański, dopóki choć jeden wyznawca islamizmu przebywa na naszym półwyspie.
— Trudno było, moja droga, przyjemniejszy włożyć na mnie obowiązek, jak zbrojne wystąpienie przeciw niewiernym. W niejednéj już potrzebie z niemi się spotykałem, i zaraz po koronacji przyrzekam ci wypędzić tych przybyszów w afrykańskie piaski.
Po dwugodzinnéj blizko rozmowie, królewska para rozeszła się z uczuciem zarówno szacunku jak wzajemnéj przychylności.
Związek małżeński Ferdynanda z Izabellą zawarty został z właściwą uroczystością 19 października 1469 r. w kaplicy pałacu Jana de Vivero.
Przesuwamy się szybko po piérwszych dwudziestu leciech pożycia dostojnego stadła. Izabella w r. 1474, po śmierci Henryka, została królową kastylijską. W tym samym prawie czasie Jan II zakończył życie, i Ferdynand zasiadł na tronie Aragonii. Tak więc półwysep pirenejski, złożony dotąd z drobnych dzielnic, na cztéry główne rozpadł się części: jednę składały kraje Ferdynanda i Izabelli, obejmujące królestwa Kastylii, Leonu, Aragonii, Walencyi i kilka innych jeszcze prowincyj ; drugą Nawarra, niewielkie królestwo u stóp Pirenejów; trzecią Portugalia, w dzisiajszych mniéj więcéj granicach; czwartą nakoniec Grenada, ostatnie schronienie Maurów, na północ ciaśniny gibraltarskiéj.
Królewscy małżonkowie nie zapomnieli o przyjętém zobowiązaniu względem zniesienia potęgi Maurów; okoliczności tylko nie pozwoliły im długo urzeczywistnić swoich chęci. Lecz skoro tylko sposobna nadeszła chwila, podjęto wojnę, któréj losy stanowczo orężowi chrześciańskiemu sprzyjały. Maurowie, tracąc warownię za warownią, miasto za miastem, zostali wreszcie oblężeni w swéj stolicy. Poddanie się Grenady, zajmujące w dziejach chrystianizmu piérwsze miejsce po odzyskaniu grobu świętego, nastąpiło 25 listopada 1491 r., w dwadzieścia dwa lat po ślubie Izabelli, i przytaczamy tu nawiasem, że późniéj o kilka wieków ta sama data wsławioną została wyparciem Anglików ze Stanów Zjednoczonych.
W ciągu lata r. 1491, podczas gdy wojska hiszpańskie obozowały pod miastem, Izabella, towarzysząc z dziećmi małżonkowi, o mało nie uległa nieszczęściu, gdyż namiot królewski zajął się płomieniem i spłonął wraz z szałasami rycerskiemi, przyczém stracono mnóstwo kosztownych przedmiotów. Dla zapobieżenia na przyszłość takiemu wypadkowi i chcąc uwiecznić zdobycie Grenady, najważniejszy, jak dotąd, czyn swoich rządów, małżonkowie postanowili założyć w tém miejscu miasto porządnie murowane, objąć mogące całą armią chrześciańską. Gród ten, wystawiony w trzy miesiące, otrzymał nazwę Santa-Fé (święta wiara), bardzo trafnie obraną, ze względu na gorliwość jakiéj potrzeba było do prowadzenia robót pod palącém niebem hiszpańskiém i na ufność w pomocy bozkiéj, ożywiającą wojsko obleżnicze. Wystawienie tego miasta postrachem tknęło niewiernych, bo uważali takowe za dowód, iż nieprzyjaciel nie ustąpi, chyba z ostatniém tchnieniem, i bardzo być może, że ono wpłynęło przeważnie na poddanie się Boabdil’a, króla Grenady, który w kilka tygodni późniéj otworzył Hiszpanom bramy Alhambry.
Santa-Fé dziś jeszcze istnieje, zwidzane przez podróżnych jako ciekawość. Jestto podobno jedyne miasto w Hiszpanii, nietknięte nigdy stopą maurytańską.
W téj właśnie epoce i w tém miejscu zaczynają się wypadki będące treścią naszego opowiadania; wszystko zaś co takowe poprzedziło, było tylko wstępem przeznaczonym do obznajmienia czytelników z historyczną osnową powieści.


ROZDZIAŁ IV.

Ranek 2 stycznia 1492 r. obchodzony był z uroczystością, niewidzianą nawet w mieście tak przywykłém do wspaniałych obrządków religijnych, jak siedziba Ferdynanda i Izabelli. Zaledwo słońce wzeszło, a już Santa-Fé było w ruchu i wszystkich twarze promieniały radością. Układy względem poddania Grenady, trzymane dotąd w tajemnicy, były nareszcie ukończone; naród dowiedział się urzędowo o pomyślnym ich skutku, i w dniu tym zwycięzcy wkroczyć mieli do twierdzy.
U dworu była żałoba, z powodu śmierci don Alonza portugalskiego, narzeczonego księżniczki kastylskiéj; ale radośny ten wypadek usunął znaki smutku, i wszystko co żyło w świątecznych wystąpiło szatach. Kardynał prymas, na czele silnego oddziału wojska, udał się ku Grenadzie, dla objęcia jéj w posiadanie. Po drodze spotkał się z hufcem jazdy maurytańskiéj, w którego dowódzcy, po rysach szlachetnych i smutném obliczu, poznał Boabdil’a. Kardynał wskazał mu miejsce gdzie Ferdynand, powodowany pobożnością czy polityką, zatrzymał się, nie chcąc wejść do miasta, dopókiby znak Zbawiciela nie zastąpił chorągwi Mahometa. Boabdil powitał zwycięzcę, a potém zwrócił się ku wądołowi, któremu dotąd pozostała romantyczna nazwa: El ultimo suspiro del Moro (ostatnie westchnienie Maura), z przyczyny, że król maurytański rzucił ztamtąd ostatnie spojrzenie na mury i wieżyce opuszczonego grodu.
Tymczasem wojsko chrześciańskie wyglądało z niecierpliwością wzniesienia krzyża na wieżach Alhambry, a mieszkańcy stron okolicznych, tudzież księża i zakonnicy, gromadzili się tłumnie, chcąc być świadkami tryumfu chrystianizmu. Najwięcéj ciekawych cisnęło się koło stanowiska królowéj, gdyż tam i przepych dworski najokazaléj się rozwinął i obecność pobożnéj Izabelli, rozléwała jakiś urok religijny.
Pomiędzy duchownemi odznaczał się zakonnik ujmującéj powierzchowności, którego grandowie Hiszpanii witali z uszanowaniem, nazywając ojcem Pedro. Towarzyszył mu młodzieniec szlachetnéj postawy, liczący około lat dwudziestu. Ciało jego muszkularne i twarz ogorzała świadczyły, że chociaż młody, już nieraz spotykał się z trudem, a lubo w tak ważnéj uroczystości wystąpił bez uzbrojenia, łatwo było poznać, że wczesne to rozwinięcie męzkości zawdzięczał służbie wojennéj. Ubiór jego był prosty, lecz odznaczony właściwą wyższym stanom wytwornością smaku.
Od chwili szczególniéj, gdy zbliżywszy się do Izabelli, dostąpił łaski ucałowania jéj ręki, któryto zaszczyt spotykał zwykle tylko ludzi wielkiéj zasługi lub dostojnego urodzenia, młodzieniec powszechną zwracał uwagę. Jedni mówili, że to potomek domu Guzman; drudzy przypuszczali, że pochodzi z gniazda Ponce’ów, wsławionych w téj wojnie czynami księcia-markiza Kadyxu; inni nakoniec, wnosząc po wysokiém czole i śmiałym ruchu, wywodzili go od Mendozów.
Widoczném było, że przedmiot tylu przypuszczeń nie zwracał bynajmniéj uwagi na to ogólne wrażenie. Przechadzając się w tłumie od niechcenia, zajęty był rozmową z duchownym towarzyszem.
— Świetnyto dzień dla chrześciaństwa, zawołał z uniesieniem zakonnik. Przemoc barbarzyńska, trwająca siedm wieków, została nakoniec obaloną; na szczytach ostatniego przytułku niewiernych staje krzyż Zbawiciela. Przodkowie twoi, mój synu, powstaliby z trumien, gdyby wieść ta radosna dosięgła ich grobowców.
— Oby Najświętsza Panna wieczny im dała odpoczynek; bo wątpię, ojcze Pedro, czy nawet Grenada, choć tak cudownie przez Maurów upiększona, podobaćby im się mogła po raju.
— Jesteś widzę bardzo lekkomyślnym, don Luis; nie takto bywało, gdy pod opieką swéj matki, świętéj pamięci, pobożne zmawiałeś pacierze.
Te słowa wymówione były z zapałem zbliżonym bardzo do gniewu.

— Nie karć mnie tak surowo, wielebny ojcze, za nierozważne wyrażenie, bo świadczę się Bogiem, że nie chciałem ubliżyć świętemu kościołowi naszemu.
KRZYSZTOF KOLUMB
(według oryginalnego portretu).

— Czy widzisz tego człowieka? zapytał mnich, mając oczy zwrócone w jednę stronę, lecz nie wskazując przedmiotu swéj uwagi.
— Na honor, widzę tysiące ludzi, mój ojcze. Czy wolno spytać o kim mowa?
— Spojrzyj na owego mężczyznę wysokiego wzrostu, twarzy szlachetnéj i poważnéj, którego ułożenie godne jest monarchy, podczas gdy ubiór ubogiego zaledwie pokazuje szlachcica.
— Zdaje mi się że go spostrzegam, ale nic w nim nie widzę nadzwyczajnego.
— Byćto może, a jednak w postawie jego jest wyższość rzadko napotykana u ludzi nieprzywykłych do władzy.
— Sądząc z powierzchowności, uważam go za żeglarza.
— Jest nim rzeczywiście, don Luis. Przybywa z Genui, a imię jego Christoval Colon, czyli, jak zwykle go zowią, Krzysztof Kolumb.
— Przypominam sobie, żem słyszał o admirale tego nazwiska, co się odznaczył w wojnie i niedawno popłynął na Wschód.
— To nie ten, mój synu, chociaż może jaki krewny, gdyż z jednego pochodzą kraju. Ten nie jest admirałem, ale nim będzie, a może i czémś więcéj. Nauka jego przeszła rozumy wszystkich współczesnych, i gdyby nie długi pobyt twój za granicą, byłbyś słyszał niezawodnie o tym człowieku genialnym, którego pomysły, od wielu wyszydzane, są przecież godne dojrzałéj rozwagi.
— Zaostrzasz ciekawość moję, ojcze Pedro. Któż jest ten Kolumb i jaki jego zamiar?
— Jestto zagadka, któréj nie rozwiązały ani prośby moje do Najświętszéj Panny, ani nauka klasztorna, ani gorące pragnienie odkrycia prawdy. Siadaj ze mną na tym głazie, a powiem ci co mnie wiadomo. Człowiek ten, już od lat siedmiu przebywa między nami, starając się o służbę, celem odkrycia nieznanych krajów; utrzymuje bowiem, iż żeglując na Zachód, dosięgnie Indyj i owéj wyspy Cipango, tak cudownie opisanéj przez Wenecyanina Marco Polo.
— Na ś. Jakuba! przerwał śmiejąc się don Luis, to człowiek szalony. Zamiar jego wtedy chyba mógłby się powieść, gdyby ziemia była okrągłą; bo wszakże Indye leżą na wschód, a nie na zachód Hiszpanii.
— Powszechnie mu to zarzucają, lecz on na wszystko gotową ma odpowiedź.
— Czyż podobna przypuścić taką niedorzeczność? przecież widziemy najwyraźniéj, że ziemia jest płaską.
— Zdanie jego w tym względzie zupełnie jest odmienne, i słuszne, przyznać trzeba, ma do tego powody. Jako żeglarz uważał nieraz, iż na morzu, gdy okręt jaki zjawia się w oddaleniu, widać najprzód końce masztów, następnie żagle, a naostatku dopiéro sam kadłub. Czyś tego nie dostrzegł w swych podróżach, mój synu?
— Przypominam sobie rzeczywiście, że spotkawszy raz fregatę angielską, ujrzeliśmy najprzód wyższe żagle, jakby białą plamkę na powiérzchni wody, daléj niższe, a w końcu olbrzymi kadłub, nasrożony armatami.
— Jesteś więc w zgodzie z Kolumbem, i wierzysz, że ziemia ma kształt okrągły?
— Przenigdy, ojcze, zwidziłem świat w różnych kierunkach, i przekonałem się, że wszystkie kraje na jednéj leżą płaszczyźnie.
— Dlaczegóż tedy żagielki owego okrętu prędzéj się pokazały od żagli?
— Dlatego, że..... że ony przed innemi wzrok mój uderzyły.
— To chyba Anglicy największe żagle zakładają na szczycie masztów!?
— Co zaś! mój ojcze. Nietacyto wprawdzie marynarze jak Genueńczycy, ależ błędu tak grubego pewno się nie dopuszczą. Znasz siłę wiatru i pojmujesz, że im większy żagiel, tém niżéj powinien być umieszczony.
— A więc ujrzałeś przedmiot mniejszy przed większym?
— W istocie, ojcze Pedro, widać żeś korzystał od Kolumba; lecz kwestya nie jest jeszcze racyą.
— Sokrates lubił rzucać zapytania i oczekiwać odpowiedzi.
— Do licha, mój ojcze, nie jestem ja Sokrates, tylko uczeń twój i krewniak, Luis de Bobadilla, synowiec przyjaciołki królowéj, markizy de Moya, nie ustępujący w urodzeniu żadnemu kawalerowi hiszpańskiemu, chociaż nieprzyjaciele moi utrzymują, że mam żyłkę do hulactwa.
— Nie potrzebujesz mi wymieniać swéj genealogii, ani objaśniać charakteru, bo znam cię od dzieciństwa. To pewna, że posiadasz jeden przymiot niezaprzeczony, otwartość, któréj właśnie dałeś dowody, przyznając, że nie jesteś Sokratesem.
Przymówce téj zakonnika towarzyszył uśmiech satyryczny; młodzieniec jednak bynajmniéj się tém nie obraził.
— Wielebny ojcze, zawołał, odłóż na bok powagę i pogadaj ze mną o téj rzeczy nadzwyczajnéj. Czy mniemasz naprawdę, że ziemia jest okrągłą?
— Nie zaiste, don Luis, gdyż lękam się być w sprzeczności z pismem świętém. Jednakże to spostrzeżenie na żaglach mocno mnie kłopocze. Zamierzałem już nieraz sprawdzić je naocznie ale gdy tylko wstąpię na okręt, choroba morska tak silnie mnie chwyta, że nie mogę o tém ani pomyśléć.
— To byłoby rzeczywiście uwieńczeniem twéj mądrości, zawołał śmiejąc się głośno don Luis. Ojciec Pedro de Carrascal, goniący po morzu za urojeniem marzyciela! Możesz spokojnie zostać na lądzie, szanowny nauczycielu, bo podróże moje, a wiész jak wiele ich odbyłem, przekonały mię, iż ziemia jest płaska, a morze jeszcze bardziéj, wyjąwszy w czasie burzy.
— Zapewne, sądząc z pozoru; Kolumb jednak, który był nierównie daléj od ciebie, utrzymuje, że ziemia cała jest kulą, i że płynąć na zachód czy na wschód, do jednego dojść można punktu.

Kolumb utrzymuje, że ziemia całą jest kulą.

— Na ś. Wawrzyńca! to śmiały pomysł! Miałżeby on zuchwale puścić się na niezmierny ocean atlantycki i krążyć po nim dopóki nie napotka lądu?
— Właśnie taki jest jego zamiar, i już od siedmiu lat, jak mówiłem, stara się o pomoc naszego dworu. Słychać nawet, że poprzednio innym już mocarstwom przedłożył swoje plany.
— Gdyby ziemia była okrągłą, rzekł zamyśliwszy się don Luis, to morze zalałoby niższe jéj części; a jeśli Indye leżą pod naszemi stopami, to jakże mieszkańcy ich mogą utrzymać się na nogach?
— Mówiono to samo Kolumbowi, ale on zarzut ten przyjął z lekceważeniem. Większa część teologów zgadza się na to w istocie, iż wyobrażenie góry lub spodu względném jest jedynie do powierzchni ziemi.
— Trudno uwierzyć, mój ojcze, żeby ludzie chodzić mogli do góry nogami, chyba że mieszkańcy tych krajów posiadają kocie pazury.
— Synu mój, przerwał poważnie zakonnik, żywość twoja za daleko cię unosi. Lecz kiedy szydzisz z wyobrażeń Kolumba, to powiédz mi co sam myślisz o kształcie naszéj ziemi?
— Myślę, że jest płaska, jak tarcza owego Maura, którego zabiłem w ostatniéj potyczce.
— A czy przypuszczasz że ona gdzieś się kończy?
— Tak jest, i pragnę najgoręcéj dotrzéć kiedyś do tego jéj kresu.
— Wyobrażasz więc sobie ziemię otoczoną jakimś brzegiem, na którym stanąwszy, człowiek mógłby spojrzeć w przepaść, jakby ze szczytu skały?
— Przedstawiasz mi w żywych kolorach przedmiot o którym nigdy może nie zdałem sobie sprawy; a jednak coś podobnego musi istniéć rzeczywiście.
— Wierzaj, młodzieńcze, że zdanie Kolumba nie jest bez zasady. Co do mnie, dwa tylko czynię mu zarzuty: najprzód niezgodność z pismem świętém, a potém trudność przebycia niezmiernego oceanu, co nas rozłącza od owych krajów nieznanych.
— A uczeni, czy popiérają Kolumba?
— Roztrząsano na zgromadzeniu w Salamance jego naukę i zdania były podzielone. Zarzucano mu, że gdyby ziemia była okrągłą, to okręt zstępujący na zachód, musiałby potém od wschodu płynąć pod górę. Rzeczywiście większość uważa Kolumba za szaleńca i zdaje mi się, iż nigdy może nie dokona swych zamysłów, dla braku potrzebnéj pomocy. Dziwi mię nawet jego obecność w tém miejscu, bo mówiono mi że wyjechał do Portugalii.
— A więc nie posiada środków utrzymania się w ciągu podróży?
— Mniemam że jest ubogim, bo wiem iż zarabiał na życie rysowaniem mapp jeograficznych.
— Ciekawość moja w wysokim stopniu jest natężona, ojcze Pedro; muszę pomówić z tym Kolumbem.
— A jakimże sposobem chcesz zawrzéć z nim znajomość?
— Przedstawię się jako Luis de Bobadilla, synowiec markizy de Moya, członek jednéj z piérwszych rodzin kastylskich.

Donna Mercedes de Valverde.

— Sądzisz więc że to będzie dostateczném? odpowiedział z uśmiéchem zakonnik. Nie, mój synu, uszłoby to bezwątpienia z jakim handlarzem kart jeograficznych, ale nigdy z Krzysztofem Kolumbem. Człowiek ten tak jest przekonany o wielkości swych pomysłów i ważności wypadków jakie osiągnąć zamierza, że duma jego nie ugięła się nawet przed królem.
— Na Boga, drogi nauczycielu, pałam żądzą niepowściągnioną poznania tego człowieka; czy niemógłbyś mnie przedstawić?
— Chętnie, gdyż i tak mam go zapytać o przyczynę pobytu jego w tych stronach.
Zakonnik z młodym towarzyszem pomknęli ku miejscu, gdzie się znajdował Krzysztof Kolumb. Zbliżony na kilka kroków, ojciec Pedro stanął, czekając cierpliwie póki go żeglarz nie spostrzeże. Tym sposobem upłynęło kilka minut, gdyż Kolumb wlepione miał oczy w wieżyce Alhambry. Luis de Bobadilla, żywy i dumny z szlachetnego urodzenia, rzucał się niecierpliwie, nie pojmując téj względności dla jakiegoś tam marynarza, fabrykanta kart jeograficznych. W téj chwili Kolumb obejrzał się, a spostrzegłszy znajomego zakonnika, uprzejmie go powitał.
— Cieszy mnie to bardzo, sennorze Kolumbie, że cię widzę świadkiem tak ważnego dla chrześciaństwa obchodu; mniemałem żeś kraj nasz opuścił.
— Ręka bozka, wielebny ojcze, kieruje sprawami ludzkiemi; radosna uroczystość dzisiajsza zwiastuje tryumf chrystianizmu, dla mnie zaś staje się nauką, że wytrwać należy w powziętym zamiarze; bo kto o sobie nie zwątpi, tego i Bóg nie opuści.
— Pobożne to zaufanie, sennorze, jak każde prawie z twych pojęć o religii, przejmuje mnie rozkoszą. Rzeczywiście wytrwałość tylko prowadzi do zbawienia, a wojna szczęśliwie teraz ukończona świetnym jest przykładem téj cnoty.
— Prawda, mój ojcze, odpowiedział Kolumb, którego oblicze dziwnym zajaśniało blaskiem; widzę w tém rękojmię powodzenia wszystkich przedsięwzięć zmierzających ku chwale bożéj. Może wróżba z tak wielkiego dzieła, dla małéj na pozór rzeczy wyda ci się niewłaściwą, ale pomyślny obrót téj wojny, cudownie mnie ukrzepił; i ja postanowiłem nie uledz pod brzemieniem przeciwności, bo celem moim jest również tryumf ewangelii.
— Ponieważ podobało ci się wspomnieć o swych zamysłach, podchwycił zakonnik, pozwól bym ci przedstawił młodego krewniaka, który niemało już zwidził świata, a posłyszawszy o tobie, pragnie najgoręcéj stać się twym uczniem, jeśli raczysz nie uskąpić mu swego światła.
— Uważam się za szczęśliwego, ilekroć mam sposobność służenia komukolwiek, i chętnie przyjacielowi twemu stanę się przewodnikiem, odpowiedział Kolumb, z prostotą a razem z godnością, obalającą zupełnie wyobrażenia młodego don Luis o stosunkach konwencyonalnych. Lecz zapomniałeś, ojcze, wymienić mi jego nazwisko.
— Jestto don Luis de Bobadilla, nie mający innego prawa do twojéj łaski, jak chyba ze względu, iż jest młodzieńcem przedsiębierczym i synowcem przyjaciołki twojéj, markizy de Moya.
— Dostateczne to dla mnie polecenie; lubię młodzież z duchem przedsiębierczym, a zwłaszcza skierowanym do dzieł użytecznych. Nadto, po ojcu Juan Perez de Markhena i don Alonzie de Quintanilla, najwyżéj w rzędzie swych przyjaciół stawiam donnę Beatrix; krewny jéj przeto może być pewien mego szacunku.
Wszystko to dziwném się wydało młodemu Bobadilla. Powiérzchowność Kolumba wrażała wprawdzie uszanowanie; ależ on prostym tylko był marynarzem, żyjącym z pracy rąk swoich, a szlachta kastylska nie lubiła ulegać, chyba książętom krwi królewskiéj. Początkowo drażniły go nieco słowa cudzoziemca, następnie kilka razy miał parsknąć pustym śmiéchem; lecz widząc uniżoność zakonnika, pozostał przecież w granicach przyzwoitości i przemówił tak uprzejmie, jak przystało na młodzieńca dostojnego urodzenia. Po chwili wszyscy trzej usunęli się z tłumu, zajmując miejsce na jedném z urwisk obficie w téj stronie rozrzuconych.
— Mówiłeś, wielebny ojcze, że don Luis dalekie zwidzał strony, odezwał się Kolumb; niezawodnie więc kocha się w cudach i niebezpieczeństwach oceanu.
— Tak jest, sennorze, nie zważając na rady donny Beatrixy i moje, opuścił zawód rycerski i rzucił się w odmęt przygód, niewłaściwych może kawalerowi jego stanu.
— Czcigodny ojcze, sąd twój zanadto jest surowy; trawić życie na morzu, nie znaczy przepędzać je bez użytku. Bóg nie dlatego pewnie rozdzielił siedziby ludzkie niezmierną przestrzenią oceanu, by stawić zaporę wzajemnym ich stosunkom; chciał owszem połączyć ich jako braci, ku chwale swojego imienia. Zresztą każdy z nas w młodym wieku ulega bardziéj chwilowemu natchnieniu, jak głosowi rozsądku.
— Zapewne don Kolumbie, zwalczałeś niewiernych na morzu, zapytał don Luis, chcąc zwrócić rozmowę na przedmiot swéj ciekawości.
— Tak jest, na morzu i na lądzie. Był nawet czas, że lubiłem opowiadać burzliwe wypadki swego życia; lecz odkąd łaska Boga obrała mnie za narzędzie wykonania swéj woli, by słowo Zbawiciela całą ogarnęło ziemię, zatarłem w sobie pamięć przeszłości.
Ojciec Pedro przeżegnał się, don Luis ukradkiem ruszył ramionami, jak człowiek słuchający rzeczy niestworzonych, a Kolumb z właściwą sobie powagą tak mówił daléj.
— Dawnemi laty miałem udział w potyczce morskiéj, odbytéj niedaleko przylądku ś. Wincentego, pod dowództwem swojego krewniaka Kolumba, przezwanego młodym, dla odróżnienia od stryja mego, admirała tegoż nazwiska. W téj krwawéj potrzebie walczyliśmy dzień cały od rana do wieczora z Wenecyanami, a jednak Bóg mnie zachował bez szwanku. Innego razu galera na któréj płynąłem spłonęła, i cała prawie osada znalazła śmierć w morzu; ja tylko, z niewielą towarzyszami, chwyciwszy się odłamku okrętowego, ocalałem. Zdaje mi się, że widać w tém palec boży, że Opatrzność, rozciągając nademną tak cudowną opiekę, chciała mnie zachować dla celów swéj chwały wiekuistéj.
Lubo żeglarz słowa te wymówił z zapałem, którego odblask zaświécił w żywym oka połysku, niepodobna było człowieka tak poważnego, nawet w uniesieniu, porównać z owemi szaleńcami, co w ulotnym zapędzie wyobraźni widzą powołanie, a w lada marzeniu niezbity pewnik. Ojciec téż Pedro, nie objawiając żadnéj wątpliwości, powtórnie się przeżegnał, jakby przejęty do żywego głęboką wiarą Kolumba.
— Wyroki Najwyższego, wtrącił zakonnik, często są niezbadane; ale religia uczy nas, że ony wszystkie zmierzają ku Jego chwale.
— I ja tak myślę, ojcze Pedro, i z tego téż punktu na własne zawsze zapatrywałem się czyny. Usiłowania człowieka spełznąć muszą na niczém, gdy nie zaufa sile swego ducha.
— Otóż i znak widomy naszego zbawienia, zawołał zakonnik, i roztworzywszy ręce, jak gdyby ująć chciał jakiś przedmiot oddalony, przykląkł i kornie czołem uderzył w ziemię.
Kolumb powiódł okiem w kierunku wskazanym przez poruszenie ojca Pedro, i ujrzał na najwyższéj z wież Alhambry błyszczący krzyż srébrny, ofiarowany miastu przez króla, jako godło za które walczono. W téj saméj chwili na innych szczytach wzniesiono chorągwie Kastylii i ś. Jakuba; okrzyk tryumfu i hymny religijne spłynęły w potężném Te Deum, a chóry kaplicy królewskiéj, z głosami pobożnego tłumu jedno wielkie, wspaniałe złożyły pienie. Dalsze szczegóły téj uroczystości wojenno-religijnéj pomijamy, jako niezłączone z treścią naszego opowiadania.


ROZDZIAŁ V.

Dwór królewski noc tę przepędził w pałacu Alhambry. Pod koniec ceremonii religijnéj, o któréj mówiliśmy wyżéj, w ślad za królewską parą tłumy rzuciły się do miasta. Młodzi wojownicy z siostrami lub małżonkami, (obecność bowiem Izabelli ściągnęła do obozu mnóstwo kobiét), cisnęli się nawalnie w mury słynnéj stolicy maurytańskiéj; lecz zanim zdołali zaspokoić ciekawość, już noc zapadła i cieniem swym pokryła tajemniczy przybytek.
Boabdil Alhambrę w kwitnącym pozostawił stanie; szczególniéj lwi dziedziniec, tak głośny dziś jeszcze z przechowanych pamiątek, pełen był rzadkich krzewów, któremi sztuka ludzka, w téj porze nawet, sztuczną stworzyć umiała wiosnę. W przyległych salonach dwóch sióstr i Abencerragów, rzęsiście oświetlonych, roili się rycerze, dworzanie, dostojnicy duchowni i piękności kastylskie.
Jakkolwiek Hiszpanie mało przyzwyczajeni byli do powabnéj lekkości budownictwa wschodniego, Alhambra jednak, nieskończenie w tym względzie wyższa od innych pomników, świetnością swoją wprawiała ich w podziwienie. Bogate płaskorzeźby, mało jeszcze natenczas znane w Europie, fantastyczne i pełne wdzięku arabeski pokrywały ściany, a liczne wodotryski, bijące wspaniale pod sklepienia, srébrzystym dészczem w marmurowe spadały zbiorniki.
W liczbie podziwiających te cuda znajdowała się także Beatrix de Bobadilla, małżonka don Andrzeja de Cabrera, znana powszechnie pod imieniem markizy de Moya, i jak dawniéj przyjaciołka królowéj. Towarzyszyła jéj młoda niewiasta tak rzadkiéj piękności, że zwracała uwagę wszystkich, a szczególniéj cudzoziemców. Byłato donna Mercedes de Valverde, jedna z najbogatszych dziedziczek Kastylii, a krewna i córka przybrana Beatrixy. Znajdowały się może u dworu kobiéty, którymby znawcy, pod względem ścisłéj piękności, oddali piérwszeństwo przed donną Mercedes, lecz żadna z nich pochlubić się nie mogła owym wdziękiem uroczym, kraszącym nadobne lice wychowanki donny Beatrix de Cabrera. Biegły dostrzegacz byłby wyczytał w jéj twarzy ślady wrzącego, choć świadomego siebie, zapału, a razem tajemniczą posępność, cień jakiś cierpienia, niezgodny zupełnie ze świetnym jéj położeniem. Nie ćmiło to jednak bynajmniéj wrodzonych powabów dziewicy, tylko ją oblekało wyrazem dziwnéj łagodności.
Po drugiéj stronie donny Beatrix szedł Luis de Bobadilla, wysunąwszy się nieco naprzód, by jaknajczęściéj spotkać wzrok pięknéj Mercedes. Wszyscy troje rozmawiali z zupełną swobodą, gdyż stadło królewskie opuściło salę, a przechodzący tak byli zajęci oglądaniem nowych dla siebie przedmiotów, że nie zwracali uwagi na niczyje pogadanki i zalety.
— Dziwna to rzecz, mówiła donna Beatrix, że ty, niezmordowany bywalec, poraz piérwszy słyszysz imię Kolumba. Od siedmiu już lat stara się on o względy królestwa Ichmość; nauka jego uroczyście roztrząsaną była w Salamance, a nawet u dworu niebrak mu stronników.
— Pomiędzy których policzyć można szlachetną Beatrix de Cabrera, dodała Mercedes; słyszałam nieraz od królowéj, że w całéj Kastylii niéma gorliwszéj zwolenniczki Kolumba.
— Jéj wysokość rzadko się myli, moje dziecię, przynajmniéj co do mojéj osoby. Wspieram tego człowieka, gdyż uważam go powołanym do wielkiego przedsięwzięcia. Zaiste, nigdy może rozum ludzki nie rzucił tak olbrzymiego pomysłu, jak zamierzone przez niego odszukanie narodów przeciwnéj strony naszéj ziemi, i poniesienie im światła ewangelii.
— I powiédz jeszcze, moja ciotko, chodzenie do góry nogami w ich przyjemném towarzystwie, wtrącił śmiejąc się don Luis. Ten Kolumb musi być zręcznym w gimnastyce, kiedy się podejmuje sprostać takiemu zadaniu.
Mercedes przyjęła ten wyskok spojrzeniem wyrażającém naganę. Don Luis pragnął najgoręcéj pozyskać serce wychowanki donny Beatrix, i jedno jéj skinienie dostateczném było na powstrzymanie lekkomyślności młodziana, posiadającego szacowne zkądinąd przymioty. Pod wpływem przeto tego spojrzenia dodał po chwili:
— Donna Mercedes należy widzę do stronnictwa odkrywców. Zdaje się że Kolumb większe znalazł współczucie u dam kastylskich, jak u rycerzów.
— Pokazuje się z tego, rzekła dziewica, że kobiéty więcéj mają ufności w zasłudze, więcéj szlachetnych popędów i gorliwości w ważnych sprawach od mężczyzn.
— Musi tak być rzeczywiście, gdyż ciotka moja, i ty pani, stajecie po stronie żeglarzów. Lecz moje wyrazy niezawsze bywają rozumiane; jestem człowiekiem czynu, i jeśli Kolumb uda się kiedy w zamierzoną podróż, będę prosił króla o pozwolenie należenia do wyprawy. Po wypędzeniu Maurów i tak w Hiszpanii niéma co robić.
— Jeżeli na prawdę masz zamiar towarzyszenia Kolumbowi, rzekła z przekąsem donna Beatrix, to będzie miał w swym orszaku choć jednego szałaputa. Lecz oto zbliża się sługa dworski, zapewne jéj wysokość żąda mojéj obecności.
W istocie królowa przyzywała donnę Beatrix, a że nie wypadało aby don Luis sam na sam przechadzał się z Mercedes, przeto odchodząc wpuściła oboje do przeznaczonéj sobie izby, zastanawiając się chwilę, czy ma powierzyć wychowankę roztrzepanemu synowcowi.
— Chociaż to rycerz błądzący, rzekła do dziewicy nie posiadając jednak przymiotów trubadura, nie popieści twego ucha słodyczą rymów. Możeby lepiéj było umieścić go z gitarą w ręku pod twym balkonem; ale zanadto polegam na jego niezręczności, i zostawiam go z tobą sam na sam. Kawaler, który tak się obawia przewrócenia porządku natury, nie zechce pewnie rzucić się na kolana przed najpiękniejszą nawet z dziewic kastylskich.
Don Luis zaśmiał się głośno na te słowa, a Mercedes, żegnając przybraną matkę, spuściła oczy i pokraśniała.
Luis de Bobadilla był domniemanym narzeczonym donny Mercedes de Valverde; lecz związek ten, tak stosowny pod względem urodzenia, majątku, wieku i sympatyi, ważne napotykał przeszkody. Donna Beatrix sama wahała się z przyzwoleniem, może najbardziéj dlatego, że to małżeństwo korzystném było dla jéj synowca.
Don Luis niewiele posiadał kastylskiéj powagi, a żywość jego często wyradzała się w lekkomyślność. Pochodząc z matki Francuzki, oddziedziczył po niéj owę niestałość zasad, przypisywaną synom Gallii. Wyobrażenie jakie rodzina miała o jego charakterze, skłoniło młodziana do porzucenia w dziecinnym prawie wieku ojczyzny, a poznawszy w swych podróżach obyczaje innych narodów i przejąwszy się niemi, obcym był społeczności rodzinnéj. Jedno tylko przywiązanie do pięknéj Mercedes zpowodowało powrót jego do Hiszpanii, gdzie przybył właśnie w porę dla wzięcia udziału w zdobyciu Grenady.
Jednakże, mimo błędów jakie w nim wytykali ziomkowie, don Luis de Bobadilla był kawalerem godnym swego imienia, któremu świetne czyny w bitwach i turniejach znakomitą zjednały sławę. Raz na igrzysku rycerskiém don Luis wysadził z łęku Alonza de Ojeda, jednego z najsłynniejszych zapaśników; to téż rodacy ganili go, ale poważali w nim siłę i odwagę.
Markiza de Moya lepiéj jeszcze od innych znała szacowne synowca przymioty; lecz obawiała się tak blizkiemu krewniakowi oddać rękę bogatéj dziedziczki, wbrew może życzeniu ogólnemu. Niedowierzała własnemu uczuciu, posądzając się o stronność dla młodzieńca, któremu powierzyć miała los wychowanki. Jakkolwiek więc skrycie pragnęła tego związku, na oko zimno przyjmowała starania don Luis’a. Niemogąc się zdobyć na tyle srogości, by zerwać zupełnie zawiązany stosunek, objawiła przynajmniéj wątpliwości swe donnie Mercedes i unikała spotkania z młodym rycerzem.
Mercedes nie znała sama stanu swego serca. Była piękną, bogatą i dostojnego rodu, a nasłuchawszy się zarzutów przeciw don Luis’owi, nie śmiała okazywać mu przychylności. Młodzieniec przeto, mimo zwykłego kochankom instynktu, nie wiedział dotąd jak sobie tłumaczyć postępowanie ulubionéj. W tym dniu dopiéro przypadek, rozstrzygający tak często losy człowieka, nietylko w miłości, lecz w każdém życia położeniu, zdawał się sprzyjać jego zamiarom. Wzruszenie, wywołane tryumfalnym obchodem zwycięztwa chrześcian, przemogło zimną oględność dziewicy. Przez cały wieczór jéj uśmiech był swobodniejszy, oko żywsze, twarz silniéj jak zwykle ukraszona rumieńcem. Gdy donna Beatrix wyszła, Luis usiadł obok kochanki, która zajęła miejsce na pysznéj otomance, służącéj dniem wprzódy jeszcze jednéj z księżniczek rodziny Boabdil’a.
— Jakkolwiek wielkie miałem zawsze poważanie dla królowéj, odezwał się z zapałem młodzieniec, dziś ona większego jeszcze nabyła prawa do mego uwielbienia. Czemuż jéj wysokość co godzina przynajmniéj nie potrzebuje usług donny Beatrixy?! czemuż sprawy Kastylii nie wymagają jéj głosu doradczego?! kiedy to mi nastręcza sposobność wynurzenia pani mych uczuć!
— Namiętne słowa niezawsze są wyrazem tego co jest w sercu, don Luis de Bobadilla.
— Nie możesz wątpić, pani, o szczerości mego przywiązania! ono wzrosło wraz zemną i tak wniknęło w głąb mojéj duszy, że dziś nawet myśléć nie mogę jak o tobie! We wszystkiém co jest piękne widzę twój obraz, Mercedes; słuchając śpiewu ptasząt, zdaje mi się że chwytam chciwie głos twój pieszczony; wonne tchnienie poranku przypomina mi luby twój oddech!....
— Przesiąkłeś widzę, mój panie, galanteryą dworu francuzkiego i zapomniałeś że Kastylianki zbyt są prostoduszne, by ułudzić się dały tak przesadnemi frazesami.
— Krzywdzisz mnie, Mercedes. Usta moje, przysięgam, są zawsze tłumaczem mego serca. Czyż nie kochałem cię od dzieciństwa? czyż w niewinnych igraszkach naszych nie dawałem ci dowodów stałego przywiązania?
— Wtedy byłeś szczérym, Luis, odpowiedziała Mercedes, w któréj sercu to wspomnienie tkliwsze obudziło uczucia; wierzyłam wtedy w twą przyjaźń i byłam jéj rada.
— Dzięki ci, dzięki stokrotnie! za ten piérwszy objaw zaufania; nazwałaś mnie Luis, bez dodania obmierzłego tytułu.
— Szlachetny Kastylczyk powinien dbać o swą godność, rzekła Mercedes pomięszana, jakby wyrzucając sobie mimowolną poufałość. Ostrzegłeś mnie w samę porę, don Luis de Bobadilla.
— Przeklęty niech będzie mój język, co nigdy nie słucha rozumu! Ależ każdy czyn mój, spojrzenie każde, czyż nie świadczy o jednéj tylko żądzy podobania się tobie, piękna Mercedes? Gdy królowa na ostatnim turnieju zaszczyciła mnie pochwałą, czyż nie szukałem wtedy twego wzroku, dla odebrania droższego danku? czyż wyraziłaś kiedy życzenie, któregobym natychmiast spełnić nie usiłował?
— Przypominam ci, Luis, że wbrew mojéj chęci udałeś się w ostatnią podróż na północ. Wiedziałam że donna Beatrix nie pochwala téj skłonności do życia junackiego.
— Obrażało to mój honor, że obawiano się aby szlachcic kastylski nie nabrał w swych podróżach mniéj przyzwoitych nawyknień.
— Nie przypuszczałeś pewnie bym ja podzielała tę obawę.
— Gdybyś, droga Mercedes, kazała mi pozostać dla siebie, to byłbym raczéj opuścił życie, jak Kastylią; lecz ani jedno tkliwe spojrzenie nie wynagrodziło mych udręczeń.
— Jakich udręczeń, Luis?
— Nie jestże to okropném cierpieniem, kochać do szaleństwa, a nie otrzymać żadnéj zachęty, żadnego znaku iż kobiéta, któréj się życie poświęciło, rycerza swego nie uważa przynajmniéj za półgłówka?
— Luis de Bobadilla, kto ciebie pozna, nie może tak myśléć.
— Dziękuję i za to, moja najdroższa, a bardziéj jeszcze za miły uśmiéch z jakim wymówiłaś te wyrazy. Ty mogłabyś rządzić mną według chęci, gdybym tylko był przekonanym że postępki moje cię obchodzą.
— Możeż być inaczéj? Czy podobna patrzéć obojętnie na czyny osoby, którą się ceni od dzieciństwa?
— Więc chociaż cenić mnie raczysz, Mercedes!
— To więcéj może jak ci się zdaje. Kto zna twoje serce, Luis, ten musi cię poważać; a ja nie taiłam nigdy swojego dla ciebie szacunku.
— I to już wszystko co miałaś powiedzieć? O droga Mercedes, uwieńcz swą łaskę wyznaniem, że w tym szacunku była choć odrobinka słodszego uczucia.
Mercedes zapłoniła się, lecz nie chcąc wyrzec słowa stanowczéj zachęty, długo zachowała milczenie. Po chwili dopiéro, z wahaniem i jakby mierząc każdy wyraz, odrzekła:
— Burzliwy twój charakter, Luis, potępia cię w oczach wielu; czemuż nie starasz się odzyskać zaufania, tym samym sposobem, jakim je straciłeś?
— Nie rozumiem cię, Mercedes.
— Zdaje mi się, że śmiałe pomysły Kolumba, mimo szyderstw jakich im nie szczędzisz, głębokie na twym umyśle zrobiły wrażenie.
— Uwielbiam cię, Mercedes, bo jak w otwartéj księdze czytasz w mojém sercu. Rzeczywiście, od czasu jakem słyszał o twierdzeniach Genueńczyka, wyobraźnia moja nie spoczęła. Postać jego wraz z twoją staje mi przed oczyma, i czuję to, choć nie jestem przekonany, że myśli tak wielkie nie mogą być fałszywe.
Piękne oczy donny Mercedes wlepione były w młodzieńca, a blask ich niezwykły żywe zdradzał uniesienie.
— Prawdziwe, niezawodnie! rzekła głosem uroczystym. To człowiek natchniony przez Boga, narzędzie Jego woli. Wyobraź sobie, Luis, okręt okrążający świat cały, niosący dalekim narodom świętą wiarę chrześciańską! Niebyłożby to chwalebnie przyłożyć się do tak świetnego przedsięwzięcia?
— Dla Boga! jutro udam się do Kolumba, ofiarując mu swe usługi. Jeżeli potrzebuje złota, będzie go miał podostatkiem.
— Słowa twoje godne są szlachetnego syna Kastylii; ale człowiek prywatny temu nie podoła. Rząd tylko może dostarczyć środków, i uczynić to powinien, gdyż w razie pomyślnym rozległe uzyska kraje. Dostojny nasz sprzymierzeniec, książę Medina-Celi, sprzyja temu dziełu, jak dowodzą jego listy do królowéj; lecz mniema, że wesprzeć je powinna głowa koronowana. Nie można więc o tém pomyśléć bez współudziału naszych władzców.
— Wiadomo ci, Mercedes, że nie mam żadnego wpływu u dworu. Lecz możebyś życzyła abym wziął udział w wyprawie?
— Tak jest, mój Luis, godne to ciebie przedsięwzięcie. Sława niém pozyskana zatrze błędy twéj młodości.
Don Luis w milczeniu, lecz uważnie, wpatrywał się w piękną entuzyastkę, bo uczuł zazdrosne powątpiewanie. Zapytywał sam siebie, co mogło być powodem zajęcia się jego losem téj anielskiéj istoty, i dlaczego pragnie go oddalić.
— Chciałbym wyczytać twoje myśli, donna Mercedes, przemówił wreszcie, gdyż powściągliwość płci twojéj dla nieobeznanych z wybiegami kobiécemi staje się źródłem udręczeń. Gdybym przypuścić mógł, że umyślnie wplątać mnie chcesz w sprawę przez większość potępianą, a przez samego Ferdynanda, którego mądrość tak cenisz, uważaną za marzenie, — to wolałbym dziś wyjechać, uwalniając cię, pani, od swojéj obecności.
— Przykry ten zarzut niczém nie jest usprawiedliwiony, rzekła Mercedes, nie mogąc ukryć łez swoich; wiész, że nie pragnęłam nigdy twéj zguby.
— Wybacz mi, moja droga, oziębłość twoja często mnie przyprowadza do obłędu.
— Oziębłość, Luis!? kiedyż Mercedes była dla ciebie oziębłą?
— W téj chwili może.
— Więc źle poznajesz moje chęci, nie umiész ocenić mego serca. Nie, Luis, nie jestem tak zimną jak ci się zdaje, i żeby wyprowadzić cię z błędu, chcę być otwartą. Tak jest, upokarzam swą dumę dziewiczą, radząc ci abyś przystąpił do wyprawy Kolumba, zamiast przedsięwziąć nową wycieczkę bez celu, bo mam na względzie własne twoje szczęście.
— Mercedes! szczęście moje zawisło od związku naszego!
— A związek ten zapewni podniesienie, uszlachetnienie dotychczasowych wybryków twoich przez świetne czyny, które pozyskają ci zaufanie donny Beatrix i łaskę królowéj Izabelli.
— Ale zdobędęż niemi twoje serce?
— Serce moje, Luis, już do ciebie należy. Powściągnij swą niecierpliwość i wysłuchaj mnie spokojnie. Nie rozrządzę sobą nigdy bez przyzwolenia dwóch osób: donny Beatrix i królowéj pani. Nie przerywaj mi, Luis; niech dokończę wyznania. Królowa nasza, znając serce kobiét, oddawna spostrzegła uczucie, któregoś ty do téj chwili nie ocenił, i tylko rady jéj macierzyńskie zatrzymały mię dotąd w granicach pozornéj obojętności.
— Jakto! więc i królowa jest moją nieprzyjaciołką?! Mniemałem że zwalczać mi przyjdzie nieprzychylność jedynie ciotki.
— Uniesienie twoje, Luis, czyni cię niesprawiedliwym. Donna Beatrix de Moya nie jest ci nieprzychylną, i owszem ceni twe przymioty. Co do królowéj, nie potrzebuje ona pochwał. Wiadomo ci, że natchniona jéj mądrość czuwa nad dobrem wszystkich zarówno poddanych. Nie wiem sama jak to się stało, lecz ona pierwsza odgadła tajemnicę mego serca. Czy przypominasz sobie, Luis, zwycięztwo swoje na ostatnich turniejach? W dniu tym najdzielniejsi rycerze Kastylii wystąpili w szranki, a żaden z nich tobie nie dorównał; nawet Alonzo de Ojeda uznał się pokonanym. Wszyscy wynosili cię pod niebiosa, zapominając o twych błędach, prócz jednéj tylko osoby.
— Prócz ciebie może, okrutna Mercedes!
— Jesteś niewdzięczny, Luis! Wyznaję żem wtedy myślała tylko o meztwie jakiego dałeś dowody. Królowa bardziéj była przewidującą. Po ukończeniu igrzysk przyzwała mnie do swego gabinetu, gdzie całą godzinę sam na sam zemną przepędziła. — Mówiła o obowiązkach kobiét jako chrześcianek, a mianowicie o ważności związku małżeńskiego. Rozczuliwszy mię do łez prawie, żądała przyrzeczenia, bym nie wstąpiła nigdy na ślubny kobierzec, jeśli obecność jéj nie uświęci tego kroku, lub przynajmniéj bez piśmiennego z jéj strony przyzwolenia.
— Więc królowa potępia moję miłość?
— Imię twoje, Luis, nie było nawet wymienione, chociaż ja w ciągu całéj rozmowy myślałam tylko o tobie. Nie przeniknęłam zamiarów jéj wysokości, ale mnie się wydało, słusznie czy niesłusznie, że słowa królowéj odnoszą się do ciebie. Znając jednak jéj dobroć, nie wątpię że się przychyli, gdy uzna w tém moje dobro.
— A z czegóż wnosisz że królowa mnie miała na myśli?
— Przypuszczam tak, ponieważ w dniu tym uwaga wszystkich na ciebie była zwróconą. Królowa chciała pewnie zapobiedz nierozważnemu z méj strony przyrzeczeniu. Któż winien, jeśli uwiedziona pozorem, nie oceniła szlachetnych przymiotów twéj duszy. Wszak dotąd obcym prawie byłeś ojczyźnie, a pokazawszy się w niéj na chwilę, stroniłeś od dworu. Odznaczyłeś się wprawdzie w bitwach i turniejach; lecz świetne czyny podbijają jedynie wyobraźnię kobiét, podczas gdy serce ich marzyć nie przestaje o trwalszych słodyczach szczęścia domowego. Jeżeli więc szczérze pragniesz posiąść moję rękę, to staraj się zniewolić królowę.
— Lecz jakiż nato środek? wojna z Maurami ukończona, a honor królowéj nie potrzebuje obrońcy.
— Nie tego téż ona wymaga; wiadomo wszystkim że dzielnym jesteś rycerzem.
— Więc błagam cię, powiédz co mi czynić wypada!
— Posłuchaj, rzekła dziewica, na któréj powabne oblicze wystąpił rumieniec czułości razem i świętego zapału. Masz ogólne wyobrażenie o pomysłach Kolumba i środkach jakiemi urzeczywistnić takowe zamyśla. Byłam dzieckiem jeszcze, gdy nadzwyczajny ten człowiek przybył do Kastylii, starając się o pomoc naszych władzców. Oziębłość Ferdynanda i wsteczne wyobrażenia jego ministrów odwróciły zrazu umysł królowéj od przełożeń Genueńczyka; sądzę jednak, że ona skrycie im sprzyja, bo w chwili gdy Kolumb opuścić miał Hiszpanią, wpływ ojca Perez, dawnego spowiednika królowéj, przywołał go do dworu. Obecnie oczekuje on z niecierpliwością posłuchania, i jeśli uzyska żądaną pomoc, niezawodnie wielu z grona szlachty zechce mu towarzyszyć; otóż i ty powinieneś wziąć udział w rzeczy tak chwalebnéj.
— Nie wiem rzeczywiście jak uważać tę troskliwość, Mercedes; bo dziwnie to zawsze namawiać osobę kochaną do podróży, z któréj nie wiadomo czy powróci.
— Polecę cię bozkiéj opiece, odpowiedziała dziewica w pobożném uniesieniu; dzieło przedsięwzięte ku Jego chwale, pomyślny niezawodnie weźmie koniec.
Don Luis de Bobadilla uśmiechnął się, gdyż znając lepiéj od kochanki przeszkody fizyczne, nie podzielał jéj ufności. Wszelako, mimo zwątpienia, przychylił się do zdania donny Mercedes; pojmował bowiem, iż tym sposobem będzie mógł zatrzeć uprzedzenie względem swéj osoby i pozyskać względy Izabelli.
— Lecz skoro królowa sprzyja Kolumbowi, dlaczegóż dotąd odwleka? zapytał wreszcie z niedowierzaniem.
— Wojna z Maurami, ubóstwo kraju i obojętność króla stoją na zawadzie zamiarom Genueńczyka.
— Czyliż jéj wysokość nie będzie uważać towarzyszów wyprawy za marzycieli, jeżeli powrócimy bez skutku?
— Nie znasz charakteru donny Izabelli. Ona w tém dziele widzi tryumf religii chrześciańskiéj, a uczestnikom jego, bez względu na powodzenie, nie odmówi szacunku. W każdym razie, mój Luis, powrócisz z chlubą i zaszczytem.
— Czarodziéjko! gdybym ciebie mógł zabrać z sobą, chętnie bym puścił się na morze bez innego towarzystwa.
Mercedes na te wyrazy odpowiedziała z uprzejmością, poczém kochankowie zaczęli spokojnie rozbierać tak ważny dla siebie przedmiot. Don Luis umiał powściągnąć wrodzoną niecierpliwość, a szlachetne wynurzenie się donny Mercedes, stateczność z jaką broniła możliwości powodzenia wyprawy, oddziaływały i na umysł młodzieńca.
Donna Beatrix, zatrzymana przez królowę, powróciła dopiéro po upływie dwóch godzin. Zaraz po jéj przybyciu, don Luis pożegnał damy, a Mercedes, zostawszy z opiekunką, objawiła jéj swe uczucia i nadzieje. Markiza de Moya, zasmucona razem i ucieszona tém wyznaniem, podziwiała ufność młodocianego serca, co budowę przyszłości swojéj, na tak niepewnéj wznosiła podwalinie. Mimo to wszakże nie mogła zganić zamiaru kochanków. Luis de Bobadilla drogim był dla niéj, a droższą jeszcze Mercedes; wysłuchała więc z życzliwością spowiedzi wychowanki, i powróciła do siebie, nawpół przekonana wymową dziewicy.


ROZDZIAŁ VI.

Kilka dni upłynęło zanim chrześcianie rozgościli się w dawném siedlisku wyznawców Mahometa. W tym czasie porządek, zakłócony na chwilę przez radosne upojenie z jednéj, a boleść z drugiéj strony, powrócił stopniowo w mury Alhambry i miasta. Przezorny Ferdynand rozkazał obchodzić się z Maurami nietylko łagodnie, lecz nawet uprzejmie; wszystko więc zwolna do dawnego powracało stanu. Jednakże sprawy rządowe były dla króla źródłem nieustannych kłopotów, podczas gdy dostojna małżonka jego usuwała się od wrzawy, szukając w ustroniu domowem właściwszych dla siebie przyjemności. Tam większą część swego czasu poświęcała staraniom macierzyńskim, a pozostałe chwile krasiła związkami przyjaźni.
W trzy dni po przytoczonéj rozmowie dwojga kochanków, królowa zebrała w swych pokojach grono poufnych osób. Znajdowali się między niemi Ferdynand de Talavera, niedawno mianowany arcybiskupem Grenady, i ojciec Pedro de Carrascal, któremu prawość charakteru i szlachetne urodzenie powszechny jednały szacunek.
Izabella, zajęta szyciem, siedziała przy małym stoliku. Delikatne jéj ręce pracowały nad koszulą dla królewskiego małżonka, lubiła bowiem zaprzątać się drobiazgami domowemi, jak żona prostego mieszczanina. Byłato jedna z cech obyczajowych, czy politycznych, tego wieku. Wielu podróżników widziało słynny stołek księżny burgundskiéj, w którym znajduje się wcięcie dla pomieszczenia kądzieli zapewne w celu zbudowania dworzan. W postępowaniu jednak Izabelli, nie kryło się żadne wyrachowanie, gdyż starania koło wygód małżonka rzeczywistą sprawiały jéj przyjemność. Przy boku królowéj siedziała donna Beatrix de Cabrera, nieopodal zaś infantka Izabella, z donną Mercedes i kilką damami honorowemi. Król pisał przy stole w przeciwnym końcu sali, a żaden z obecnych, wyjąwszy arcybiskupa Grenady, nie śmiał zbliżyć się do niego. Rozmowa toczyła się cicho; sama nawet królowa tłumiła głos, by nie przerywać myśli małżonka.
— Markizo, córko moja, rzekła Izabella, czy nie słyszałaś czego o Kolumbie, owym żeglarzu co tak nalega o pomoc naszę w wyprawie na Zachód!
Szybkie spojrzenie, wymienione pomiędzy Mercedes i jéj opiekunką, świadczyło o zajęciu jakie w nich obudziły słowa królowéj.
— Najjaśniejsza pani raczy przypomniéć sobie, że ojciec Perez, dawny spowiednik waszéj wysokości, przybył umyślnie z klasztoru swego w Andaluzyi, aby się wstawić za Genueńczykiem i poprzéć wzniosłe jego plany.
— Znajdujesz je więc wzniosłemi, markizo?
— Nieinaczéj, miłościwa królowo. Wyobrażenia tego człowieka są jasne i naturalne; a nie jestżeto wzniosłem, chciéć rozsiać ziarno ewangelii w drugiéj świata połowie? Wychowanka moja, Mercedes de Valverde, tak się zapaliła tą myślą, że o niczém już inném słyszéć nawet nie chce.
Królowa obróciła się ku dziewicy i zapytała z macierzyńską dobrocią:
— Prawdaż to, Mercedes, że Kolumb tak cię ujął?
Mercedes, powstawszy, z uszanowaniem postąpiła ku królowéj.
— Nie przeczę, rzekła, iż powodzenie wyprawy jego żywo mię obchodzi. To pomysł tak szczytny, najjaśniejsza pani, iż z żalem przyszłoby uznać go bezzasadnym.
— Otóż co znaczy wiara umysłów młodzieńczych i szlachetnych. Wyznaję ci, Beatrixo, że pod tym względem i ja niekiedy jestem dzieckiem. Czy Kolumb jeszcze tu przebywa?
— Tak jest, najjaśniejsza pani, odpowiedziała Mercedes z pośpiechem, chociaż pytanie królowéj nie do niéj się wprost odnosiło; znam osobę, która widziała go w dniu, kiedy wojska nasze zajęły Grenadę.
— Któżto taki?
— Don Luis de Bobadilla, najłaskawsza królowo, rzekła Mercedes zapłoniona, żałując że się niebacznie wymówiła, a nieśmiąc jednak zataić prawdy.
— Kochana markizo, synowiec twój jest prawda niezmordowanym żeglarzem, lecz wątpię aby należéć chciał do wyprawy mającéj na celu chwałę bozką.
— Jednakże, najjaśniejsza pani.....
Mercedes nie śmiała dokończyć.
— Chciałaś coś powiedziéć, moje dziecko, wtrąciła uprzejmie królowa.
— Błagam o przebaczenie waszéj wysokości, że nie będąc pytaną.....
— Nie znajdujesz się na dworze kastylskim, moja córko, tylko w pokoju Izabelli de Transtamare. Jesteś powinowatą mego małżonka i możesz otwarcie objawić swoje myśli.
— Łaska twoja, najjaśniejsza królowo, jest nieograniczona. Chciałam dodać tylko, że don Luis de Bobadilla pragnie najgoręcéj, aby Kolumb uskutecznił swój zamiar, i zamierza upraszać waszéj wysokości, o pozwolenie towarzyszenia wyprawie.
— Czy podobna, Beatrixo?
— Skłonność Luis’a do życia niespokojnego, wypływa z chwalebnych pobudek, potwierdziła markiza; i ja słyszałam go mówiącego z zapałem o Kolumbie.
Izabella nic nie odrzekła, lecz opuściwszy ręce, zamyśliła się. Potém powstała nagle, i przystąpiwszy do piszącego króla, dotknęła zlekka jego ręki. Ferdynand obrócił się, a ujrzawszy małżonkę, przerwał natychmiast pracę i piérwszy zagaił rozmowę.
— Trzeba nam czuwać nad Maurami, rzekł pod wpływem jeszcze myśli jakie go właśnie zaprzątały; Boabdil posiada kilka warowni, które sąsiedztwo jego, choć po tamtéj stronie morza, czynią niebezpieczném.
— Pomówimy o tém kiedy indziéj, przerwała królowa. Trudno częstokroć rządzącym, pogodzić chwałę bożą i głos własnego sumienia, z przyjętém na mocy traktatów zobowiązaniem. Lecz dawno już między nami nie było wzmianki o Kolumbie.
— Zawsześ zajęta pracą, i to jeszcze dla mnie, droga Izabello, rzekł Ferdynand, wskazując na koszulę, którą królowa mimo swéj wiedzy trzymała w ręku, nie każdy z poddanych naszych posiada tak dobrą i dbającą żonę.
— Po Bogu i szczęściu narodu, ty jesteś piérwszym przedmiotem moich starań, odpowiedziała Izabella, ucieszona grzecznością króla, lubo przeniknęła zamiar jego zwrócenia rozmowy na inny przedmiot. Nie chciałam w tak ważnéj rzeczy stanowić bez twego przyzwolenia, lecz zdaje mi się, że nie wypada dłużéj odwlekać. Siedm lat niepewności, zaiste sroga to próba; jeżeli i teraz nic nie uczynimy, bardzo być może, iż młodzież zapalona sama się weźmie do dzieła.
— Masz słuszność, moja droga; zasięgnijmy zdania obecnego tu Ferdynanda de Talavera. Arcybiskupie Grenady, królewska małżonka nasza pragnie, aby sprawa Kolumba natychmiast była roztrząśnioną. Zajmij się tym przedmiotem, rozważ go dojrzale i przedstaw nam swoje zdanie; my z swojéj strony przydamy ci doradzców.
Podczas gdy Ferdynand w ten sposób przemawiał do prałata, doświadczony dworak rzucił okiem na króla, a wyczytawszy w jego twarzy oziębłość, pojął od razu co czynić należało. Skłonił się nizko na znak posłuszeństwa, i zaraz przystąpiono do ułożenia listy sprawozdawców.
— Pomysł Kolumba zasługuje na uwagę, dodał król po odbyciu téj czynności. Powiadano mi że jest dobrym chrześcianinem.
— Niezawodnie, Ferdynandzie. Utrzymują nawet, że po szczęśliwym ukończeniu teraźniejszéj wyprawy, chce przedsięwziąć oswobodzenie grobu świętego.
— Chwalebnie to bardzo, odpowiedział król; lecz naszém zdaniem lepiéj jest walczyć za wiarę tam, gdzie zdobycze mogą być zachowane. Jak mniemasz, arcybiskupie Grenady?
— Bez wątpienia, miłościwy królu; ograniczać się należy na tém, co jest możliwe, nie trwoniąc sił w przedsięwzięciach wątpliwych.
— Księże arcybiskupie, wtrąciła królowa, polegając na twojéj powadze, potępićby należało każdą krucyatę.
— Nie taka myśl moja, najjaśniejsza pani, odpowiedział zręczny prałat. Całemu chrześciaństwu wiele niezawodnie zależy na odzyskaniu grobu Zbawiciela; lecz dla Kastylii naszéj ważniejsze stokrotnie jest zdobycie Grenady: to pewnik tak oczywisty, że najlepszy kazuista nie zdoła go obalić.
— Tém bardziéj, żeśmy go czynem poparli, dodał Ferdynand; te mury, co niedawno należały do Boabdil’a, dziś w naszém są posiadaniu.
— Dla Kastylii, być może, ciągnęła daléj Izabella, a przynajmniéj dla jéj potęgi światowéj, lecz nie dla zbawienia duszy i świętéj wiary naszéj.
To rzekłszy oddaliła się, i pogrążona w dumaniu, zaczęła wolnym krokiem przechadzać się po sali, spoglądając niekiedy na Mercedes.
— Moje dziécię, rzekła wreszcie, czy pamiętasz o swojém przyrzeczeniu?
— Byłam zawsze i będę posłuszną Bogu i waszéj królewskiéj mości, odpowiedziała Mercedes głosem silnego postanowienia.
— Więc mówmy o czém inném. Zdaje się że pochwalasz zamiary Kolumba?
— Zdanie osoby młodéj i niedoświadczonéj w tak ważnéj rzeczy żadnego niéma znaczenia.
— Lecz chciałabym znać twoje myśli.
— Mniemam, najjaśniejsza pani, że Opatrzność zesłała tego człowieka dla dobra człowieczeństwa i kościoła.
— A czy sądzisz, że młodzież nasza weźmie udział w wyprawie Genueńczyka?
Królowa uczuła drżenie ręki Mercedes, którą czule ujęła w swe dłonie. Jednakże młoda dziewica, widząc że ta chwila jest stanowczą, zebrawszy całą przytomność umysłu, postanowiła z niéj korzystać.
— Niewątpliwie, miłościwa pani, rzekła z głębokiém przekonaniem. Piérwszy don Luis de Bobadilla nie odmówi mu swéj pomocy. On tak jest przekonanym o wielkości tego dzieła, że chętnieby dostarczył nawet środków pieniężnych, gdyby na to uzyskał przyzwolenie opiekunów.
— To być nie może; rządowi wolno własnemi szafować funduszami, ale czuwać powinien by poddani nie narażali swego mienia. Lecz jeśli don Luis tyle ma dobrych chęci, to skłonni jesteśmy wybaczyć mu dawną lekkomyślność.
— O pani!
— Posłuchaj mnie, moje dziécię; nie mogę długo rozmawiać z tobą w tym przedmiocie, bo rada państwa wymaga méj obecności. Ułożę się o wszystko z opiekunką twoją, donną Beatrix, i przyrzekam ci, że wkrótce dowiész się o skutku. Lecz i ty także nie zapominaj o dobrowolném przyrzeczeniu.
Izabella, pocałowawszy dziewicę w czoło, wyszła z orszakiem dam dworskich, zostawiając Mercedes w środku obszernéj sali, w postawie nieruchoméj, podobną do pięknego posągu zwątpienia.


ROZDZIAŁ VII.

Dnia następnego Alhambra napełnioną była zgrają proszących o łaski, lub żądających wynagrodzenia za poniesione straty. W przedpokojowéj ciżbie jeden na drugiego spoglądał z niedowierzaniem i zazdrością. Witano się obojętnie, wymieniając słowa ułudnéj grzeczności.
Podczas gdy ciekawość tłumu zajmowała się docieczeniem cudzych myśli, a starzy dworzanie pół-szeptem udzielali sobie nowin politycznych, w odległym zakątku stał mężczyzna poważnego oblicza, na którego większość zgromadzonych z urągającém patrzyła lekceważeniem. Byłto Kolumb, uważany ogólnie za marzyciela, i jako taki potępiany. Wszelako szyderstwa dworzan, zaczęły już ustawać pod wpływem niecierpliwości z powodu długiego oczekiwania, gdy nagle drzwi wchodowe otworzyły się z szybkością, zapowiadającą przybycie znakomitéj osoby, i wszedł do sali don Luis de Bobadilla.
— To synowiec powiernicy królowéj, rzekł któryś z oczekujących.
— Potomek jednéj z najpiérwszych rodzin kastylskich, dodał drugi; lecz można go w parze postawić z Kolumbem, bo ani wola opiekunów, ani życzenie królowéj, ani wysokie urodzenie nie zdołały go powstrzymać od życia pełnego przygód junackich.
— Byłby to jeden z najlepszych rycerzów hiszpańskich, odezwał się trzeci, gdyby roztropność jego odpowiadała odwadze.
— To ten sam młody kawaler, co tak się odznaczył w wojnie przeciw Maurom, wtrącił jeden z wojskowych, to zwycięzca Alonza de Ojeda; dzielny z niego żołniérz, szkoda tylko że gotów zawsze do awantur.
Jak gdyby na usprawiedliwienie tych wyrazów, Luis, rzuciwszy wkoło pobieżne spojrzenie, zwrócił się wprost do Kolumba. Tłumione śmiéchy i wzruszania ramionami wielu obecnych świadczyły, jak ogół uważał to zbliżenie. W téj chwili jednak skrzypnięcie drzwi gabinetu królowéj zwróciło uwagę wszystkich, i zapomniano zarówno o żeglarzu, jak o młodym jego zwolenniku.
— Witam cię, don Kolumbie, rzekł Luis z pełnym poszanowania ukłonem; od piérwszéj rozmowy naszéj myślałem tylko o tobie, i radbym dziś z serca nauczyć się czegoś więcéj.
Kolumb, jakkolwiek widocznie hołdem młodzieńca ucieszony, nie mógł jednak w tém miejscu oddać się przyjemności, jakiéj doznawał zawsze z wyłożenia komu swych planów.
— Przyzwany tu jestem, odpowiedział, przez arcybiskupa Grenady, który, jak się zdaje, ma polecenie rozstrzygnienia mojéj sprawy. Żyjemy w zaraniu wielkich wypadków, i nie daleki już dzień ich spełnienia.
— Na ś. Piotra! wierzę ci, sennorze; lecz oczy twoje nieprędzéj od moich ujrzą nowo-odkryte kraje.
— Trzymam cię za słowo i zapewniam, że wielkie czyny twych przodków pójdą w niepamięć przed sławą jaką się okryjesz.
— Don Krzysztof Kolumb! zawołał paź królewski, i żeglarz postąpił naprzód, pełen radosnéj nadziei.
Piérwszeństwo oddane człowiekowi, na którego patrzono z lekceważeniem, a nawet z pogardą, niepomału obecnych zadziwiło, i stało się przedmiotem licznych domysłów. Wkrótce jeden z urzędników dworskich przybył dla odebrania próśb, Luis zaś, niezadowolony z przerwania rozmowy, opuścił przedpokoje.
Ferdynand de Talavera nie zapomniał o rozkazach króla; zamiast jednak przydania prałatowi doradzców zdolnych pojąć pomysły Kolumba, oboje królestwo wybrali na nieszczęście sześciu czy siedmiu dworzan, poczciwych wprawdzie, lecz nieprzywykłych do badań naukowych. W obec takiegoto zebrania stawiono słynnego odkrywcę.
Po zwykłych formalnościach wstępnych, arcybiskup Grenady zabrał głos w imieniu kommissyi:
— Dowiadujemy się, rzekł, don Kolumbie, że starasz się o pomoc rządu dla odbycia podróży przez ocean atlantycki, celem odkrycia nieznanych krajów.
— Taki jest rzeczywiście mój zamiar, najprzewielebniejszy ojcze. Rzecz ta tylokrotnie już była roztrząsaną, iż niemam potrzeby nanowo jéj rozwijać.
— Na zborze w Salamance kilku duchownych podzielało twe widoki, lecz większość była im przeciwną. Wszelako ich wysokości raczyli ustanowić tę kommissyą, dla bliższego ich rozpatrzenia. Jakiegoż uzbrojenia wymagasz, by pod opieką bozką uskutecznić swe zamiary?
— Wasza eminencya mówisz prawdę; wszystko spełni się pod opieką bozką, ku czci i chwale jego imienia. Przy takiéj pomocy niewielkich potrzeba mi środków: żądam tylko dwóch statków z potrzebną osadą, pod banderą królewską.
Członkowie kommissyi spojrzeli po sobie z zadziwieniem; jedni z nich w tém skromném wymaganiu widzieli lekkomyślność zapaleńca, drudzy niezachwianą wiarę. Arcybiskup należał do piérwszych.
— Niewieleto, zaprawdę, rzekł, a chociaż wojna wyczerpnęła zasoby państwa, uzbrojenie przecież dwóch statków sił jego nie przechodzi. Trzeba nam jednak poprzednio porozumiéć się co do warunków: życzysz zapewne, sennorze, otrzymać dowództwo wyprawy?
— Bez tego nie mógłbym ręczyć za skutek; żądam władzy admirała królewskiego, gdyż siła moralna dwóch koron powinna wesprzéć człowieka dźwigającego całe brzemię odpowiedzialności.
— To słusznie, nikt temu nie zaprzeczy. Ale jakich w swém przedsięwzięciu upatrujesz korzyści dla kraju?
— Nasamprzód chwałę bozką i rozszérzenie świętéj religii chrześciańskiéj.
Ferdynand de Talavera i wszyscy obecni pobożnie się przeżegnali.
— Następnie pozyskanie dla ich wysokości nowych krajów; wiadomo bowiem, że jego świętobliwość, papież, przyznaje monarchom chrześciańskim własność zdobytych na poganach przestrzeni.
— Prawda, don Kolumbie, odpowiedział prałat; ojciec święty posiada to prawo i wiadomo ci zapewne, że już niém szafował na korzyść Jana portugalskiego, którego przywileje tém samém nie mogą być naruszane.
— Przedsięwzięcia Portugalczyków zwrócone są ku brzegom zachodniéj Afryki, a więc w odmienną zupełnie stronę. Co do mnie, powtarzam, iż zamiarem moim jest żeglować na zachód, dla dosięgnienia Indyj wschodnich, drogą skróconą o czas kilkomiesięczny.
Chociaż arcybiskup Grenady, z większą częścią zgromadzonych sędziów, należał do liczby przeciwników Kolumba, poważna jednak prostota z jaką odkrywca wykładał swe zamiary, zapał błyszczący w jego oku i siła prawdy cechująca każde jego słowo, głębokie na wszystkich uczyniły wrażenie.
— Czy pragniesz, sennorze, odszukać państwo Jana zakonnika? odezwał się jeden z kommissarzów.

Wjazd Ferdynanda Aragońskiego do Grenady.

— Niewiem, szlachetny panie, czy istniał jaki władzca tego imienia, odpowiedział Kolumb, którego zdanie, oparte na zasadach naukowych, nie zgadzało się z wiarą ludową. Zdaje mi się, że to rzecz potrzebująca udowodnienia.
Wyrazy te źle posłużyły sprawie żeglarza w obec sędziów; gdyż dla nich twierdzić że ziemia jest kulistą a Jan zakonnik należy do rzędu władzców bajecznych, znaczyło porzucać wiarę w cudowność i zagłębiać się w rozumowania, niezgodne z pojęciem epoki.
— Są jednak ludzie, co wierzą w królestwo Jana zakonnika i zaprzeczają kulistości ziemi, z téj przyczyny zapewne, iż wiedzą o istnieniu królów, a przeciwnie widzą tylko że ziemia zupełnie jest płaska.
Zarzut ten, uczyniony przez jednego z członków koiumissyi, przyjęty został przez większość z uśmiéchem zadowolenia.
— Szlachetny panie, odpowiedział Kolumb łagodnie, gdyby wszystko na tym świecie rzeczywiście było takiém, jakiém się wydaje, to niewieleby ludzi miało się z czego spowiadać, i kościół nie potrzebowałby naznaczać pokuty.
— Mniemam, don Kolumbie, że dobrym jesteś chrześcianinem, rzekł arcybiskup z cierpkością.
— Jestem nim, z łaski Boga, wasza eminencyo; lecz tuszę sobie, iż dokonawszy zamierzonego dzieła, godniejszym będę imienia jego sługi.
— Powiadają, że uważasz się przeznaczonym do tego przez Opatrzność?
— Jakieś uczucie nieokreślone ośmiela mnie do takiego przypuszczenia, ale nie mam tyle zarozumienia, aby rozstrzygać tajemnice przechodzące moje pojęcie.
Trudno powiedziéć, czy Kolumb przez tę odpowiedź zyskał, czy stracił w umyśle słuchaczów. Wprawdzie zgadzała się ona wybornie z wyobrażeniami religijnemi wieku, duchowni jednak dumne to wystąpienie świeckiego człowieka w roli narzędzia Opatrzności uważali za przywłaszczenie.
— Chcesz dosięgnąć wyspy Cipango, płynąc przez ocean atlantycki, wtrącił arcybiskup, a przeczysz istnieniu Jana zakonnika!?
— Wybacz, świętobliwy prałacie; nie przeczę mu w zupełności, utrzymuję tylko że nie jest udowodnione.
— Wszakżeż podanie niesie, że przed dwustą laty król tego imienia nawrócony został przez biskupa Giovanni di Montecorvino.
— Bóg jest wszechmocnym, księże arcybiskupie, nie uwłaczam téż bynajmniéj zasłudze apostołów wiary, ale powiadam iż żaden powód rozumowy nie usprawiedliwiałby wycieczki dla odszukania urojonego może państwa. Przeciwnie co do wyspy Cipango mamy wiarogodno doniesienia słynnych żeglarzów weneckich, Marco i Nicolo Polo, którzy tam przez lat kilka przebywali. W każdym jednak razie, szlachetny panie, czy chodzić będzie o królestwo Jana zakonnika, czy o inną część ziemi, zawsze ocean atlantycki musi mieć swe granice od zachodu, i do tych właśnie dotrzeć zamyślam.
Arcybiskup niedowierzająco potrząsnął głową, wiedząc atoli że teorya Kolumba była przedmiotem poważnych rozpraw w Salamance, nie objawił osobistego przekonania.
— Don Kolumbie, rzekł po chwili, wyłożyłeś nam korzyści osięgnąć się mające dla kraju z wykonania twych planów; są ony w istocie świetne, jeżeli tylko twe nadzieje okażą się zasadne. Pozostaje nam dowiedziéć się jakiéj dla siebie żądasz nagrody.
— Rozważyłem ten przedmiot dojrzale, i warunki swoje spisałem na tym papiérze.
Kolumb doręczył Ferdynandowi de Talavera memoryał, a prałat, zrazu pobieżnie, daléj z większą uwagą, zaczął go przeglądać. Podczas czytania twarz jego przybierała wyraz zniechęcenia razem i szyderstwa: potém rzucił okiem na Kolumba, jak gdyby się chciał zapewnić, czy mówi z człowiekiem będącym przy zdrowych zmysłach.
— To chyba dla żartu przedstawiasz te warunki, rzekł wreszcie głosem surowym.
— Eminencyo, odparł z godnością Kolumb, przez lat ośmnaście trawiłem bezsenne nocy nad roztrząsaniem swych pomysłów. Prawda z każdym dniem dla mnie staje się jaśniejszą. Wierzę w swoje dzieło i uważam się wybranym przez Boga na jego dokonanie. Lecz potrzebuję władzy, potrzebuję otoczyć się powagą, i dlatego w niczém odstąpić nie mogę od podanych warunków.
Mimo pewności z jaką Kolumb wymówił te słowa, prałat przekonanym był, ze długie rozmyślanie nad jednym przedmiotem umysł jego obłąkało. Wnioski naukowe żeglarza i prawdopodobieństwo przypuszczeń jego, chociaż nie przekonały Ferdynanda de Talavera, zostawiły go jednak w niepewności; ale żądania memoryału uważał za tak przesadnie wygórowane, że litość jedynie wstrzymywała wybuch jego gniewu.
— Jak uważacie panowie, zawołał, zwracając się do kolegów przeglądających ciekawie pismo Genueńczyka, przedłożenia don Krzysztofa Kolumba, słynnego żeglarza, który zawstydził swym rozumem uczonych Salamanki? nie powinnyż ony wdzięcznością przejąć serca ich królewskich wysokości?
— Racz wasza eminencya przeczytać nam takowe, odezwało się kilka głosów.
— Pomijając mniéj ważne punkta, ciągnął daléj arcybiskup Grenady, dwa z nich szczególniéj nazwać można prawdziwą dla królestwa ichmość niespodzianką. Don Kolumb poprzestaje na stopniu admirała i wice-króla wszystkich krajów odkrytych, i na dziesiątéj części dochodów.
Ogólne szemranie przyjęło te słowa prałata, i odtąd już Kolumb nie mógł się spodziéwać żadnego ze strony kommissyi poparcia.
— To nie wszystko jeszcze, szanowni bracia i koledzy, dodał arcybiskup; z obawy zapewne aby brzemię tych nowych godności nie obciążyło zbytecznie ramion naszych władzców, łaskawy nasz odkrywca na wieczne czasy, wraz z dziesięciną dochodów, przekazuje takowe swemu potomstwu.

Don Luis de Bobadilla siedzący na poduszce u nóg swojéj kochanki.

Surowe lecz szlachetne oblicze wielkiego człowieka, będącego przedmiotem takiego urągania, nie okazało śladu najmniejszego wzruszenia. Członkowie kommissyi, pod wpływem téj jego powagi, od głośnego powstrzymali się śmiechu; sam Ferdynand de Talavera uczuł, że się posunął za daleko.
— Wybacz, rzekł do Kolumba, z niejakiém już ugrzecznieniem, ale warunki twoje tak są dziwaczne, iż wierzyć nie mogę abyś przy nich obstawał.
— Z tego com napisał nie ustąpię ani jednéj litery, księże arcybiskupie. Żądam tylko co mnie się należy, i postępując inaczéj ubliżyłbym swéj godności. Uzyskam dla władzców Hiszpanii państwo rozleglejsze zapewne i bogatsze od tego, które posiadają, i zato dopominam się nagrody. Powiem nawet waszéj eminencyi, że w moim memoryale kilka punktów wymaga dopełnienia.
— Zaprawdę, podziwiać należy skromność a razem roztropność don Kolumba, zawołał jeden z dworzan, nie mogąc powściągnąć zniecierpliwienia. Jeżeli wyprawa spełznie na niczém, dostąpi darmo zaszczytu dowództwa w imieniu ich wysokości; jeżeli zaś, co się sprzeciwia wszelkiemu prawdopodobieństwu, pomyślny weźmie obrót, zostanie wice-królem i pobierać będzie dziesiątą część dochodów, tyle tylko co kościół.
Uwaga ta ostatecznie rzecz całą rozstrzygnęła. Członkowie kommissyi powstali z miejsc swoich, jak gdyby tę sprawę uważali za niegodną dalszego rozbioru. Dla zachowania jedynie pozoru bezstronności, arcybiskup zwrócił się jeszcze do Kolumba, i, pewny już swéj wyższości, rzekł głosem złagodzonym.
— Poraz ostatni zapytuję cię, don Kolumbie, czy obstajesz przy tych warunkach przesadzonych?
— Obstaję nieodmiennie! odpowiedział uroczyście Kolumb.
— Dosyć na tém, dosyć! wołano zewsząd. Sędziowie wyszli z sali, a Ferdynand de Talavera oświadczył Kolumbowi, iż złoży raport i następnie zawiadomi go o skutku.
Kolumb opuścił posiedzenie z niezachwianą ufnością człowieka znającego swe siły, którego umysł krzepki wywyższyć się potrafi nad przesądy i małoduszność współczesnych.
Ferdynand de Talavera dotrzymał słowa. Będąc spowiednikiem królowéj, miał w każdej chwili przystęp do jej osoby; zaraz więc udał się na pokoje, gdzie bez trudności został przyjęty. Izabella wysłuchała prałata z żalem niezmyślonym, bo już ta podróż nadzwyczajna silnie jéj wyobraźnię zajęła; ale wpływ arcybiskupa przeważył.
— To zarozumiałość do zuchwalstwa posunięta, najjaśniejsza pani, rzekł rozdrażniony duchowny, żeby człowiek żebrzący łaski dopominał się o zaszczyty przynależne tylko pomazańcom bozkim. Któż jest ten Kolumb? Genueńczyk nieznanego pochodzenia, bez zasług, bez przeszłości; a jednak sięga po władzę, którą zaledwie książę krwi królewskiéj godnie mógłby piastować.
— Mówiono mi że jest dobrym chrześcianinem, odrzekła łagodnie królowa, że pragnie usłużyć chwale bożéj przez rozszérzenie świętéj religii naszéj.
— Nie przeczę temu, najłaskawsza królowo; z tém wszystkiém wiedziéć nie można, czy w przedsięwzięciu Kolumba nie kryje się jaki podstęp.

Ferdynand de Talavera.

— Nie, księże arcybiskupie, ręczę że człowiek ten nie zna fałszu; bo rzadko w kim znaléźć można tyle szczérego wylania, tyle męzkiéj godności. Długo już, bardzo długo, jak ci wiadomo, stara się on o nasze względy, lecz mimo doznanych zawodów nie można mu zarzucić najmniejszego podstępu.
— Nie chcę wnioskować lekkomyślnie o charakterze tego człowieka, miłościwa królowo; ale osądźmy z zimną rozwagą jego czyny i wymagania, i zobaczymy czy ony pogodzić się dadzą z godnością korony. Przyznaję, że Genueńczyk jest rozumny, poważny i stateczny w postępowaniu, a cenię wysoko te przymioty, zwłaszcza iż, żyjąc u dworu, spostrzegam często przeciwne im wady.
Izabella uśmiechnęła się w milczeniu, gdyż doradzca jéj religijny miał przywilej czynienia podobnych uwag.
— Jednakże, dodał prałat, człowiek ten może być zacnym, nie będąc wybraném narzędziem Opatrzności. Zresztą największe nawet cnoty nie mają wartości, jeśli im towarzyszy pycha i chciwość niepomiarkowana. Chciéj tylko rozważyć, najjaśniejsza pani, istotę jego żądań. Nieznany przybysz, nietylko dla siebie, lecz nawet dla potomstwa swego domaga się stopnia przedstawiciela korony i dostojeństwa naczelnego admirała na wszystkich morzach oblewających odkryć się mające kraje, i pod tym jedynie warunkiem przyjmuje dowództwo w imieniu waszych wysokości, co samo już z siebie wielkim dla niego byłoby zaszczytem. Jeżeli, o czém wątpię, wybujałe nadzieje jego zostaną ziszczone, nagroda jakiéj dostąpi przewyższy nieskończenie zasługę; w przeciwnym razie wyprawa okryje się śmiesznością i godność korony wiele na tém ucierpi.
— Markizo, córko moja, rzekła królowa obracając się do powiernicy siedzącéj nieopodal przy robocie, żądania Kolumba zdają się rzeczywiście wykraczać z granic rozsądku.
— Ależ i dzieło jego przechodzi śmiałością wszystko co kiedykolwiek pomyślano, odpowiedziała donna Beatrix, spoglądając na Mercedes. Wielkie usiłowania na wielką téż zasługują nagrodę.
Oko Izabelli, idąc w ślad za spojrzeniem przyjaciołki, spoczęło na bladém i pomieszaném obliczu dziewicy. Mercedes nie wiedziała że jest przedmiotem uwagi swych opiekunek, lecz żywe wzruszenie, odbite na jéj twarzy młodocianéj, świadczyło o pełném niespokojności zajęciu z jakiém wyczekiwała końca rozmowy. Zdanie spowiednika królewskiego tak na pozór było ugruntowane, że Izabella już miała przystać na raport kommissyi, porzucając tém samém sprawę, z którą tyle łączyło się nadziei. W téj chwili jednak uczucie kobiécéj tkliwości przechyliło znów szalę ku stronie odkrywcy. Niewiasty zawsze prawie mają współczucie dla popędów niewinnéj miłości; i w tym przeto razie wzgląd na Mercedes de Valverde pokierował wolą królowéj.
— Księże arcybiskupie, rzekła, nie zbywajmy nadto pospiesznie pomysłów tego człowieka; miejmy raczéj na względzie gorliwość jego i dobre chęci. Położone przezeń warunki w istocie są nieco wygórowane, lecz dojrzalsza rozwaga skłoni go niezawodnie do większego umiarkowania. Należy mu podać wzajemne zastrzeżenia, a pewnie chwyci się takowych, jeżeli nie przez rozwagę, to przez samę konieczność. Przyznanie stopnia wice-króla nie zgadza się z polityką, podobnież ustąpienie dziesiątéj części dochodów, jako przynależnéj tylko kościołowi, ale na tytuł wielkiego admirała chętnie zezwalamy. Powiédz mu wreszcie, iż może uzyskać piętnastą część dochodów, zamiast dziesiątéj, i wicekrólestwo dla swojéj osoby, lecz dopóty tylko, póki to będzie zgodne z naszemi widokami.
Ferdynand de Talavera uważał wprawdzie te warunki za zbyt korzystne, mimo wpływu atoli jaki mu nadawały duchowne przy królowéj obowiązki, znając nieugięty jéj charakter, nie śmiał już żadnéj czynić uwagi. Odebrawszy przeto niektóre jeszcze rozkazy pośpieszył wywiązać się z otrzymanego polecenia.
Nazajutrz po téj rozmowie królowa, otoczona gronem poufałych osób, siedziała jak zwykle w swych pokojach, zajęta ręczną pracą, gdy arcybiskup, zażądawszy posłuchania, wszedł pomięszany i widocznie rozdrażniony.
— I cóż świętobliwy prałacie, zapytała Izabella, czy nowa trzódka twoja nabawia cię kłopotu? Zapewne nawracanie niewiernych przychodzi ci z trudnością?
— Nie o tém myślę w téj chwili, najjaśniejsza pani. Wyznawcy fałszywego proroka rozumniejsi są w wielu względach od innych, co przemawiają w imieniu Chrystusa. Ten Kolumb jest szaleńcem, niegodnym zaufania waszéj królewskiéj mości.
Na wybuch ten oburzenia, królowa, markiza de Moya i Mercedes de Valverde jednocześnie opuściły robotę, spoglądając z zajęciem na prałata. Wszystkie trzy spodziewały się dotąd, iż trudności stojące na zawadzie przedsięwzięciu Kolumba zostaną usunięte; wszystkie trzy pewne były, że nareszcie zbliża się chwila, w któréj ten człowiek, co śmiałością pomysłów tyle w ich sercu uzyskał współczucia, będzie mógł wykonać swe plany. Teraz nadzieje ich zdawały się zniweczone.
— Czy przełożyłeś Kolumbowi nasze warunki, księże arcybiskupie? zapytała królowa głosem niezwykłéj surowości; obstajeż on ciągle przy niesłuszném żądaniu dziedzicznego wice-królestwa.
— Nieinaczéj, miłościwa pani. Gdyby Izabella kastylska wchodziła w układy z Henrykiem angielskim, albo Ludwikiem francuzkim przez jego pośrednictwo, zuchwały ten Genueńczyk nie mógłby większego okazać zarozumienia. Nie chce słyszeć o żadném ustępstwie; uważa się za wybrańca bożego i przemawia językiem człowieka natchnionego duchem świętym.
— Chwalę poniekąd tę stałość, rzekła królowa, lecz każda rzecz ma swe granice. Porzucam odtąd sprawę Kolumba, zostawiając go losowi.
Słowa te zdawały się stanowczo rzecz całą rozstrzygać. Arcybiskup, uspokojony niemi, po krótkiéj naradzie z Izabellą opuścił salę. Zaraz téż doniesiono Kolumbowi, że warunki jego zostały ostatecznie odrzucone i wszystkie z nim układy zerwano.


ROZDZIAŁ VIII.

Byłoto w piérwszych dniach lutego, w porze gdy pod tém niebem łagodném ożywcza świéżość i ciepło atmosfery zapowiada już zbliżanie się wiosny. Ranek następujący po widzeniu się arcybiskupa Grenady z królową zgromadził kilka osób przed jedném z zabudowań Santa-Fé, wystawionych, jak powiedzieliśmy, dla pomieszczenia armii zdobywczéj. Większość nielicznego zebrania składali poważni, w dojrzałym już wieku mężowie; pomiędzy niemi odznaczała się wyniosła i szlachetna postać Kolumba, a Luis de Bobadilla sam jeden tylko przedstawiał młodszą część towarzystwa. Odkrywca był w ubraniu podróżném, nieopodal zaś stały dwa konie okulbaczone już do drogi. W gronie Hiszpanów znajdował się Alonzo de Quintanilla, dyrektor skarbu Kastylii, tudzież Luis de Saint-Angel, poborca dochodów kościelnych Aragonii, jeden z najgorliwszych stronników Kolumba.
Dwaj ci mężowie kończyli właśnie żywą bardzo rozmowę i szlachetny Saint-Angel zawołał z zapałem:
— Klnę się na sławę korony, że sprawa ta inaczéj powinna się była zakończyć. Żegnamy cię, sennorze! oby cię Bóg miał w opiece i dozwolił znaleźć gdzieindziéj sprawiedliwszych sędziów. Przeszłość pełna bolesnych zawodów przeminęła; przyszłość należy do ciebie.
Po tych słowach wszyscy zgromadzeni, z wyjątkiem Luis’a de Bobadilla, pożegnali Kolumba; żeglarz z młodym towarzyszem dosiedli koni i puścili się w ulice miasta, zachowując zupełne milczenie, dopóki w otwarte nie dostali się pole. Twarz Kolumba nosiła wyraz cierpienia, lecz oko jego błyskało tym ogniem niestłumionym, co w duchu czerpie swój żywioł podsycający.
Przy bramach Santa-Fé Kolumb obrócił się do towarzysza, i rzekł, powodowany uczuciem szlachetnéj delikatności:
— Wdzięcznym ci jestem szczérze za tyle dowodów przywiązania; lecz obowiązek nakazuje mi zwrócić twą uwagę, że może tém uwłaczasz dostojnemu urodzeniu swemu. Czy uważałeś, mój młody przyjacielu, jak w mieście z pogardą wytykano mię palcami?
— Widziałem to, sennorze, odpowiedział Luis, którego lice na to wspomnienie spłonęło oburzeniem, i gdyby nie obawa rozgniewania ciebie, byłbym roztratował tych nędzników.
— Bardzo rozsądnie uczyniłeś, ześ się wstrzymał od wybuchu; boć zawsze są to ludzie, których sąd zbiorowy tworzy tak zwaną opinią publiczną. Nie przypuszczam nawet aby położenie społeczne wpływało na ich zdanie. Ilużto w wyższych stanach mamy ludzi płytkiego umysłu, a przeciwnie między pospólstwem iluż szlachetnie pojmujących i czujących. Bądź co bądź, zawsze przychylność twoja ku mojéj sprawie może cię okryć śmiesznością u dworu.
— Wara każdemu od nieprzystojnych względem ciebie, mój mistrzu, wyrażeń, nie jestem z bardzo cierpliwych i krew kastylska kipi w moich żyłach.
— Przykroby mi było widziéć cię wplątanym w jakąkolwiek z mego powodu nieprzyjemność. A zresztą, jeżeli uważać mamy na zdanie lada głupca, to wiecznie chyba przyjdzie nam wojować; niechże się nadrwią do woli.
Wyrazy te przekonały porywczego młodzieńca o bezcelowości objawionego uniesienia; zwracając się jednak w myśli do wątka poprzedniéj rozmowy, dodał po chwili:
— Mówisz o szlachcie jakby nie o swoich, chociaż zapewne sam jesteś szlachcicem.
— Czy zmienisz powzięte o mnie wyobrażenie, gdy ci odpowiem przecząco?
Don Luis, żałując niewczesnéj uwagi, żywo się zapłonił; lecz, idąc za popędem wrodzonéj prostoduszności, odrzekł zaraz otwarcie:
— Na ś. Piotra, mojego patrona, dla zaszczytu klass wyższych pragnąłbym widziéć cię szlachetnie urodzonym. Jest między nami tylu niosących zakał rycerstwu, że radzibyśmy przyjęli tak szacowny nabytek.
— Młodzieńcze, odpowiedział Kolumb z uśmiechem, sprawy światowe nieustannym podlegają zmianom. Jak noc po dniu, jak pora roku idzie za porą, tak i społeczność ludzka ciągle się przeistacza. W rodzie moim przechowuje się podanie, że Kolumbowie należeli kiedyś do szlachty, ale los niepomyślny zmusił ich późniéj chwycić się ręcznéj pracy.[1] Lecz mamże się wyrzec przyjemności towarzystwa don Luis’a de Bobadilla, z przyczyny że złożyć nie mogę dowodów szlachetnego pochodzenia?
— Mylisz się, sennorze, jeśli tak sądzisz w istocie. Ponieważ niezadługo rozstać się mamy na czas jakiś, pozwól przeto bym ci wynurzył najskrytsze swoje myśli. Wyznaję, że słysząc poraz piérwszy o twych zamiarach, uważałem takowe za urojenie szaleńca.
— Wiém o tém aż nadto dobrze, mój młody przyjacielu, że takie jest zdanie wielu rozumnych ludzi, może nawet samego Ferdynanda i prałata któremu zlecono roztrząśnienie mojéj sprawy.
— Wybacz, don Kolumbie, jeżeli słowa moje choć chwilową sprawiły ci przykrość; lecz jeśli kiedyś niesprawiedliwym byłem względem ciebie, pragnę to obecnie wynagrodzić. Początkowo chciałem poznać się z tobą jedynie dla rozrywki; następnie, chociaż nie byłem jeszcze przekonanym o prawdziwości twéj nauki, spostrzegłem jednak że jesteś głębokim myślicielem. Okoliczność dopiéro wyłącznie méj osoby dotycząca wpłynęła ostatecznie na moje przeistoczenie. Trzeba ci wiedzieć, mistrzu, że lubo jestem potomkiem starożytnej rodziny i znaczny posiadam majątek, niezawsze jednak odpowiadałem życzeniom opiekunów swéj młodości.
— Nie do mnie należy ocenić.....
— Na ś. Łukasza! muszę dokończyć wyznania. Od dzieciństwa prawie dwie namiętności sprzecznie miotały moją duszą: żądza podróżowania, i miłość dla Mercedes de Valverde, najpiękniejszéj, najlepszéj, najtkliwszéj z dziewic kastylskich.
— I do tego szlachetnéj, przerwał Kolumb z uśmiéchem.
— Sennorze, odrzekł poważnie don Luis, nie żartuję nigdy, gdy mówię o swym aniele opiekuńczym. Związek z nią zaszczyci moje imię, bo krew Guzmanów płynie w jéj żyłach. Posiadam jéj przychylność; lecz ubieganie się za przygodami ściągnęło na mnie naganę wielu szanownych osób, a między niemi własnéj ciotki mojéj, donny Beatrix de Cabrera, opiekunki Mercedes. Królowa, któréj wola stała się prawem dla szlachetnie urodzonych dziewic Kastylii, jest także względem mnie uprzedzoną; chcąc przeto pozyskać rękę Mercedes, powinienem koniecznie starać się o względy donny Izabelli. Otóż wpadłem na myśl (Luis nadto był delikatnym aby zdradzić kochankę wyznaniem, że ona właściwie pomysł ten rzuciła) skierowania bezużytecznéj włóczęgi swojéj do wzniosłego celu, jedném słowém postanowiłem wziąć udział w twéj wyprawie, wiedząc że tym sposobem zniewolę królowę, donnę Beatrix i wszystkich niechętnych. W takich więc widokach zbliżyłem się do ciebie, a siła dowodów twoich zupełnie mię nawróciła. Obecnie wierzę z takiém przekonaniem w prawdziwość twéj nauki, jak najgorliwszy duchowny w kardynalne zasady religii chrześciańskiéj.
— Nie wspominaj z lekceważeniem o sługach kościoła, odpowiedział Kolumb; co tylko się odnosi do służby bożéj, powinno być dla nas przedmiotem poważania. Zdaje się więc, dodał po chwili z uśmiéchem, że pozyskanie nowego ucznia winienem wpływowi miłości i rozumu: miłość, jako silniejsza, piérwsze przełamała zapory, a rozum dokonał dzieła. Takto zwykle bywa u młodych.
— Nie przeczę potędze miłości, sennorze; gdyż jestem tak skrępowany słodkiemi jéj więzy, że daremnie usiłowałbym z nich się otrząsnąć. Powiedziałem wszystko, a teraz przysięgam uroczyście, że towarzyszyć ci będę gdziekolwiek obrócisz swoje kroki; przezco spodziéwam się najprzód usłużyć Bogu, powtóre zaspokoić żądzę zwidzania obcych krajów i potrzecie otrzymać rękę pięknéj Mercedes de Valverde.
— Przyjmuję zobowiązanie twoje, mój synu, rzekł Kolumb, ujęty szczérym zapałem młodzieńca; lecz wierniejbyś niezawodnie przedstawił bieg swoich myśli, gdybyś przewrócił kolej wyliczonych pobudek.
— Za kilka miesięcy będę panem swojego majątku, ciągnął daléj don Luis, nie zważając na żartobliwe wyrazy odkrywcy, a wtedy chyba wola królowéj Izabelli stanąć może na zawadzie uzbrojeniu choć jednego okrętu moim kosztem. Nie jestem poddanym don Ferdynanda, tylko lennikiem starszéj linii domu Transtamare; obojętność więc króla bynajmniéj mnie nie powstrzyma.
— Uczucia twoje nacechowane są szlachetném poświęceniem, właściwém tylko wiekowi młodocianemu; lecz mnie nie przystoi korzystać z niczyjego niedoświadczenia, a nadto zamiary moje wymagają koniecznie poparcia korony. Gdybyśmy poczynili odkrycia na własną rękę, kto inny nie omieszkałby z nich korzystać. Którekolwiek państwo morskie zabrałoby owoce naszéj pracy, bez żadnéj dla nas samych rękojmi. Teraz, mój młody przyjacielu, trzeba nam się rozstać: jeżeli usiłowania moje we Francyi pomyślny wezmą skutek, zaraz ci o tém doniosę, gdyż pragnę najgoręcéj zapewnić sobie pomoc tak dzielnego rycerza. Tymczasowo jednak nie narażaj się bez potrzeby, skoro sprawa moja w Kastylii stanowczo już upadła. Powtarzam raz jeszcze, trzeba nam się rozłączyć.
Luis de Bobadilla zapewniał obojętność swoję względem opinii publicznéj. Kolumb atoli, bardziéj przewidujący, chociaż sam umiał się wynieść nad zdanie powszechności, niechciał zezwolić aby młodzieniec wysoko urodzony poświęcił stanowisko swoje dla przyjaźni. Pożegnanie było ciche lecz serdeczne; poczém każdy z podróżników udał się w swoję stronę.
W chwili rozstania don Luis de Bobadilla przejęty był oburzeniem, myśląc o zniewagach wyrządzonych Kolumbowi, podczas gdy ten odmiennych zupełnie doznawał uczuć. Przez siedm lat jak się ubiegał o pomoc rządu hiszpańskiego, ileżto cierpień, ile niedostatku, ile pogardy i nienawiści przyszło mu znosić cierpliwie. Pracą rąk swoich zarabiając na utrzymanie, chwycił się dotąd skwapliwie najsłabszego promyka nadziei, i zwalczał napotykane przeszkody z wytrwałością, godną zaiste tak wielkiego dzieła. Teraz, zamiast uwieńczenia swych życzeń, srogiego doznał zawodu. Gdy Izabella powtórnie przyzwała go do siebie, pewien już niemal zwycięztwa, oczekiwał z ufnością końca wojny przeciw Maurom. Zdawało się iż został nareszcie zrozumianym; a tu odepchnięto go jako szaleńca, marzącego o rzeczach niepodobnych; budowa przyszłości, wzniesiona tylą ofiar, tylą prac i poświęceń, rozsypała się w gruzy.
Nic dziwnego, że w takiém będąc usposobieniu, wielki odkrywca, zostawszy sam na sam z swojemi myślami, upadł chwilowo na duchu. Głowa jego opuściła się na piersi, a przeszłość w pomięszanych obrazach stawiła przed nim pełne goryczy i cierpkości wspomnienia. Pobyt w Hiszpanii wydał mu się plamą niezatartą na tle nieskażonego żywota, a nie mógł przewidzieć, czy przyszłość na równie ciężkie nie wystawi go próby. Czuł się powołanym do wykonania wielkiego dzieła, ale był starcem prawie, bo liczył lat sześćdziesiąt, dni jego schylały się ku końcowi, a jeszcze go nie rozpoczął. Wszelako siła wiary w tym człowieku nadzwyczajnym przemagała nad zwątpieniem; przekonanym był o prawdzie swych pomysłów, które niewiadomość zdeptała, a płytkość pojęć okryła śmiesznością: zwolna téż w szlachetne jego serce wstąpiło zaufanie.
— Ty rządzisz nami, Istoto wszechmogąca! zawołał, wznosząc oczy ku niebu; ty wiesz że chwałę twoję wyłącznie mam na celu, i nie odmówisz mi swéj pomocy!
Ulżywszy temi słowy znękanemu sercu, wyprostował się. Na poważném obliczu jego przelotny zajaśniał uśmiéch, a lubo z piersi bolesne niekiedy wydziérały się jeszcze westchnienia, lubo brzemię troski nie przestało ciężyć mu na sercu, przecież widać już było iż zapanował nad sobą.
Zostawmy Kolumba posuwającego się na drodze ku Francyi, i powróćmy do Santa-Fé, na dwór królewski, gdzie niespodziane tymczasem zaszły wypadki.
Luis de Saint-Angel był jednym z tych umysłów wyjątkowych, co prześcigając wiek swój, zdolne są pojąć odrazu i ukochać każdą sprawę zmierzającą ku dobru ludzkości. Zapalony stronnik Kolumba, pożegnawszy mistrza, zdążał do Santa-Fé z swym przyjacielem, Alonzo de Quintanilla. Rozmowa toczyła się o pomysłach wielkiego Genueńczyka, o doznanym przez niego zawodzie i o hańbie jaką to ściąga na Hiszpanią. Gwałtowny i porywczy w wyrażeniach, poborca dochodów kościelnych nie szczędził nagany dworowi, a każde słowo jego znalazło odgłos w sercu dyrektora skarbu. Zbliżając się do mieszkania królowéj, obaj postanowili raz jeszcze odwołać się do jéj sądu.
Izabella dla wiernych sług swoich zawsze była przystępną. W tym wieku nawet surowéj etykiety, królowa umiała odsunąć od swéj osoby niepotrzebne formalności; proszący więc natychmiast zostali przypuszczeni.
W pokoju posłuchalnym, oprócz kilku dam dworskich, znajdowały się markiza de Moya i donna Mercedes de Valverde. Król w przyległym gabinecie zajmował się, jak zwykle, sprawami rządowemi.
— Jakiżto traf szczęśliwy sprowadza waszmościów tak rano, sennorze Saint-Angel i sennorze Quintanilla? rzekła Izabella uprzejmie. Zaprawdę, nie przywykłam widzieć was w liczbie proszących.
— Nie stajemy téż przed obliczem waszéj wysokości w interesie własnym, odezwał się Luis de Saint-Angel. Pragniemy tylko przedstawić jéj środek zbogacenia korony kastylskiéj klejnotami świetniejszemi pewnie od tych, które posiada.
Izabella, jakkolwiek, zdziwiona temi słowy, nie obraziła się jednak ich śmiałością, przyzwyczajoną będąc oddawna do prostoduszności poborcy dochodów kościelnych.
— Czy pozostaje jeszcze do zdobycia jaka posiadłość maurytańska, panie poborco? zapytała po chwili.
— Życzyłbym abyś wasza miłość przyjęła z wdzięcznością zesłane na nas przez Boga dobrodziejstwa, zamiast odtrącać takowe z lekceważeniem! zawołał Saint-Angel, całując podaną sobie rękę królowéj z wyrazem uszanowania, łagodzącym ostrość jego mowy. Czy wiadomo najjaśniejszéj pani, że Krzysztof Kolumb, na którego zamiary uwaga wszystkich myślących z natężeniem jest zwróconą, samotnie dziś opuścił nasze miasto?
— Spodziewałam się tego, sennorze. Zleciliśmy z królem jego sprawę arcybiskupowi Grenady i kilku wiernym doradzcom korony, a zdaniem ich żądania Genueńczyka są tak wygórowane, że sumiennie nie mogliśmy takowych zatwierdzić. Kto podaje plany niepewne w skutku, powinien okazać więcéj umiarkowania.
— Nie jestto cechą pospolitego umysłu wyrzekać się raczéj swych nadziei, jak swéj godności, odpowiedział Saint-Angel. Kolumb wymagania swoje zastosował do ważności przedmiotu.
— Kto w wielkich rzeczach sam mało się ceni, dodał Alonzo de Quintanilla, ten pewnie im nie podoła.
— W istocie, najłaskawsza królowo, ciągnął daléj Saint-Angel, nie zostawiając Izabelli czasu do odpowiedzi, wartość człowieka najsnadniéj poznać można po cenie jaką na czyny swe naznacza. Dzieło Kolumba, jeśli się powiedzie, nie zatrzeż świetnością wszystkiego może, co zrobiono od początku świata? Jestżeto przedsięwzięciem powszedniém okrążyć ziemię, w ślad goniąc za słońcem? i nie zapewniaż ono znakomitych dla kraju korzyści? Zaiste, umysł monarchini naszéj, tak szybko zawsze i trafnie sądzący, oddaje bezwątpienia sprawiedliwość geniuszowi wielkiego żeglarza.
— Zbyt żywo bierzesz rzeczy, mój dobry Saint-Angel, odrzekła królowa z uśmiéchem pełnym dobroci, a żywość, jak wiadomo, idzie często w parze z brakiem rozwagi. Nie przeczę iż plany Kolumba, w pomyślnym razie, przyniosłyby zaszczyt i korzyść krajowi. Ale przypuśćmy wypadek przeciwny: toż mianowanie go wice-królem krajów nieistniejących ściągnęłoby na nas szyderstwa.
— Widzę w tém wszystkiém wpływ arcybiskupa Grenady, który zawsze był nieprzychylnym Kolumbowi. Wielkości i sławy, najjaśniejsza pani, nikt nie dostąpi bez poświęceń. Racz tylko zwrócić uwagę na sąsiadów naszych, Portugalczyków; ileżto oni w ostatnich latach poczynili odkryć, podczas gdy my spoczywamy w bezczynności. Wiemy już, najłaskawsza królowo, że ziemia jest okrągłą.....
— Czy pewny jesteś tego, sennorze? zapytał król, który zwabiony ożywioną rozmową, opuścił pracownię i podszedł niespostrzeżony. Uczeni nasi w Salamance różnego byli zdania, i na ś. Jakuba nic za tém przypuszczeniem w mych oczach nie przemawia.
Saint-Angel zwrócił się ku królowi z żywością zapaśnika, co nowego spotyka nieprzyjaciela.
— Miłościwy królu, rzekł, jeśli ziemia nie jest okrągłą, to jakiż jej kształt nadamy? Zapewne żaden z uczonych, w Salamance lub gdziekolwiek, nie zechce utrzymywać, że jest płaską, że z brzegu jéj skoczyć można na słońce, gdy ono w nocy zniża się pod widnokrąg? Zgadzaż się to z rozumem, lub wreszcie z pismem świętém?
— Żaden z uczonych, w Salamance lub gdziekolwiek, powtórzył za nim król, nie przyzna, sennorze, iż narody przeciwnéj strony ziemi mogą chodzić do góry nogami, że dészcz tam zamiast spadać wznosi się w górę, że morze pozostaje w swych brzegach, nie opiérając się na dnie, tylko mając takowe nad sobą zawieszone.
— Dla rozwiązania właśnie tych zagadek, najłaskawszy królu i panie, chciałbym żeby Kolumb powrócił. Kadłub okrętu większym jest od masztów, a jednak w oddaleniu pokazują się najprzód te ostatnie; widoczna więc, że sam statek zakrywa wypukłość morza; a jeśli tak jest, o czém nie wątpi żaden z doświadczonych żeglarzów, to czemuż wody dalekich morza przestrzeni, układając się do równowagi, nie zaléwają naszych brzegów? Jeżeli ziemia jest okrągłą, tedy można ją okrążyć, oceanem albo lądem. Otóż Kolumb zamierza sprawdzić te wszystkie przypuszczenia, usuwając dotychczasowe wątpliwości, a monarcha, co ku temu dostarczy środków, lepiéj się zasłuży ludzkości, niż najdzielniejszy wojownik. Racz tylko rozważyć, najjaśniejszy panie, że na wschodzie mieszkają narody niewierne, nad któremi ojciec święty przyznaje zwierzchnictwo temu, kto piérwszy poniesie im światło ewangelii. Zaprawdę, na przypadek przyjęcia warunków Kolumba przez inne mocarstwo, nieprzyjaciele Hiszpanii głośnym wybuchną tryumfem!
— Gdzież się obrócił ten Kolumb? zapytał nagle król, którego zawiść polityczna nie mogła znieść myśli, aby ktokolwiek inny zebrał przypuszczalne korzyści tego dzieła; zapewne się udał do Portugalii?
— Nie, najjaśniejszy panie, zamierza starać się o pomoc króla francuzkiego, aż nadto znanego z nieprzychylności dla Aragonii.
Ferdynand, przechodząc się po sali wielkiemi krokami, zdawał się toczyć wewnętrzną walkę próżności z rozumem i rachubą finansową. Izabella zostawała pod wpływem odmiennych zupełnie uczuć. Ona z pobożności jedynie pragnęła urzeczywistnienia zamysłów Kolumba; szlachetne jéj serce sprzyjało wielkiemu dziełu bez innych widoków, prócz chwały bożkiéj i dobra ludzkości. Zaprzątnienie wypadkami wojennemi nie pozwoliło jéj wtajemniczyć się zupełnie w naukę żeglarza; lecz, oddalając go za radą swojego spowiednika, czyniła to ze wstrętem. Teraz przemogła w niéj dobroć wrodzona i gorliwość religijna, a gdy spojrzała na Mercedes, któréj twarz pomięszana i blada milcząco wstawiała się za Kolumbem, do uczuć tych przyłączyła się jeszcze i litość.
— Markizo, córko moja, rzekła królowa, wierna zwyczajowi swojemu odwoływania się w przypadkach wątpliwych do sądu powiernicy, co myślisz o téj sprawie? Mamyż się upokorzyć przyzwaniem raz jeszcze dumnego Genueńczyka?
— Nie chciéj go tak nazywać, miłościwa pani, bo zdaje mi się iż Kolumb dalekim jest od wszelkiego zarozumienia; uważajmy go raczéj za człowieka silnie przekonanego o swéj wartości. Podzielam zdanie jeneralnego poborcy, że Kastylia byłaby zniesławioną, gdyby pod opieką innego mocarstwa poczyniono spodziéwane odkrycia.
— Ależ, wtrąciła królowa, doradzcy korony zapewniają, iż wymagana przez Kolumba nagroda nawet w razie powodzenia przewyższyłaby zasługę.
— Kto tak utrzymuje, najjaśniejsza pani, odezwał się Saint-Angel, jakże dalekim jest od pojęcia wielkości dzieła! Racz wasza wysokość rozważyć niezmierne korzyści materyalne z nabycia krajów słynących bogactwem, a nadewszystko tryumf jaki ztąd niewątpliwie odniesie ewangelia!
Izabella przeżegnała się pobożnie; żywy rumieniec zakwitł na jéj licu, oko tajemniczym zajaśniało blaskiem, i cała postać oblekła się w powagę, godną ważności rozstrząsanego przedmiotu.
— Ferdynandzie, rzekła, mniemam iż członkowie kommissyi za nadto się pospieszyli; wielkość zamierzonego dzieła usprawiedliwia uciążliwość warunków.
Król, dla którego silniejszym nierównie bodźcem były względy polityczne, uśmiechnął się z zapału swéj małżonki, przeglądając jakiś papier podany sobie przez jednego z sekretarzów.
— Historya w rocznikach panowania waszych wysokości, zabrał głos Saint-Angel, z chlubą kiedyś wspomni o zdobyciu Grenady; ale wyższéj nierównie ceny dla chwały narodowéj będzie karta, na któréj zapisze czyn ułatwiający stosunki z odległemi narodami, zapewniający koronie niewyczerpane skarby, a kościołowi zwycięztwo. Niestety! jeśli Ludwik król francuzki wesprze odrzucone przez nas przedsięwzięcie, Hiszpania niezatartą okryje się hańbą!
— Czy pewnym jesteś, Saint-Angel, że Genueńczyk udał się do Francyi? zapytał król porywczo.
— Słyszałem to z własnych ust jego, najjaśniejszy panie. Tak jest, w téj chwili chroni się on na ziemię Gallów przed ciemnotą przesądów co sprawę jego zgubiły w tym kraju. Lękliwi powiadają, że nieroztropnie jest w otwarte puszczać się morze, a jednak, ileżto nowych odkryć zawdzięczają Portugalczycy swéj śmiałości żeglarskiéj! Dla Boga! krew burzy się we mnie na wspomnienie, czego dokonał ten mały naród sąsiedni, podczas gdy połączone królestwa Aragonii i Kastylii uciérały się z Maurem o posiadanie jednego miasta!
Markiza de Moya spostrzegła, iż poborca jeneralny dał się unieść wrodzonéj żywości.
— Sennorze, przerwała mu, zapominasz że zdobycie Grenady jest także tryumfem kościoła, uznanym przez ojca świętego i cały świat chrześciański.
Saint-Angel odpowiedział na ten zarzut w sposób usprawiedliwiający. Tymczasem Izabella z zapałem do królewskiego przemawiała małżonka; lecz Ferdynand, jakkolwiek dla jéj serca i rozumu niezmyślonym przejęty był szacunkiem, pozostał zimnym. Nakoniec, po upływie pół godziny, król zaczął znów przeglądać papiéry; Izabella przeto opuściła go, zwracając się do małego grona zwolenników Kolumba. Przechodząc, rzuciła okiem na Mercedes, która z miejsca swego niespokojnie przysłuchiwała się rozmowie.
— Nie bierzesz udziału w tak gorących rozprawach, moje dziécię, rzekła łaskawie, zatrzymując się przy dziewicy; czy już cię sprawa Kolumba nie zajmuje?
— Milczę, miłościwa królowo, gdyż młodości i niedoświadczeniu przystoi skromność; ale wszystko co słyszę znajduje odgłos w mém sercu.
— A cóż ci szepce to serduszko, moja córko? czy sądzisz także, iż usługi Kolumba nie mogą być okupione zbyt drogo?
— Ponieważ wasza wysokość zaszczyca mnie zapytaniem, powiem przeto co myślę, odrzekła Mercedes. Mniemam, że niebo zesłało tu Kolumba, chcąc nagrodzić naszych władzców za poniesione w sprawie religii ofiary; mniemam, że ręka bozka zatrzymała go dotąd w Hiszpanii, mimo siedmioletnich zawodów; mniemam nakoniec, że ostatnie to usiłowanie przyjaciół odkrywcy ma miejsce również za sprawą Opatrzności.
— Jesteś entuzyastką, moje dziécię, odparła królowa, i do tego bardzo niebezpieczną, bo czuję że twój zapał i mnie mimowoli przejmuje.
Izabella po tych słowach postąpiła ku gronu rozmawiających w drugiéj połowie sali, dosyć korzystnie usposobiona dla prośby szlachetnego Saint-Angel. Jednakże chwiała się jeszcze, mając w świeżéj pamięci uwagi króla względem wyczerpania skarbu publicznego.
— Markizo, córko moja, rzekła, czy sądzisz że ten Kolumb jest rzeczywiście wybrańcem bożym?
— Nie śmiem tego zapewnić, miłościwa pani, lubo wiem, że sam Genueńczyk głęboko jest o tém przekonany. Wierzę jednak, że Bóg opiekuje się każdem dziełem chwalebnem, zsyłając na jego wykonanie ludzi natchnionych swoim duchem. Wiadomo że kościół chrześciański, według przepowiedni pisma świętego, ma kiedyś nad całą panować ziemią; czemużby więc Opatrzność nie miała przyspieszyć zwycięztwa ewangelii? Wspomnijmy tylko, najjaśniejsza pani, słabe zaczątki religii chrześciańskiéj, gdy mała liczba gorliwych apostołów wspierała jéj rozszérzenie, a porównajmy z tym stanem obecną jéj potęgę. Niechże zdobycie ostatniego przybytku niewiernych będzie zaraniem świetniejszéj jeszcze przyszłości!
Izabella uśmiechnęła się z zadowoleniem na te wyrazy przyjaciołki, będące w zgodzie z własném jéj przekonaniem; lecz posiadając większą znajomość spraw tego świata, więcéj téż od markizy, w gorliwości nawet, zachowała umiarkowania.
— Nie do nas należy, moja córko, odezwała się wreszcie, upatrywać palec boży w przedsięwzięciach, z któremi osobiste może łączą nas życzenia. Sam kościół tylko rozstrzygać powinien w tym względzie. Sennor Saint-Angel, jakiéjże summy wymaga Kolumb dla wykonania swych planów?
— Żąda tylko dwóch statków, najjaśniejsza królowo, i trzech tysięcy grzywien srebra, to jest kwoty, jaką niejeden młodzieniec roztrwoni w kilku tygodniach.
— Niewiele to w istocie, odpowiedziała Izabella; jednakże królewski nasz małżonek wątpi, by skarbiec połączonych królestw mógł ponieść w téj chwili podobny wydatek.
— Przebóg! zawołała Beatrix; miałożby dzieło tak wielkie upaść dlatego, że nam zabrakło garści marnego złota?!
— Rzeczywiście, dodała królowa, któréj twarz promieniała uniesieniem, król Aragonii nie może zezwolić na wyczerpnięcie kassy państwa, ale królowa kastylijska podejmuje tę sprawę w interesie swego ludu. Jeżeli skarb małżonka mego jest próżny, zastawię część swoich klejnotów. Zbyt wielkie to przedsięwzięcie, abym mogła wahać się dłużéj.
Głośny okrzyk uwielbienia towarzyszył tym słowom Izabelli, wymówionym z szlachetnym zapałem. Poborca jeneralny usunął zaraz trudności pieniężne, oświadczając iż może dostarczyć żądanéj summy, bez nadwerężenia prywatnéj własności królowéj.
— A teraz, rzekła królowa, po ukończeniu wstępnych układów, trzeba jaknajspieszniéj przywołać Kolumba.
— Wskazuję waszéj wysokości gońca, pełnego dobrych chęci i gorliwości, w osobie don Luis’a de Bobadilla, zawołał Alonzo de Quintanilla, ujrzawszy z okien młodzieńca wracającego pędem do miasta; zaręczam, iż żaden z mieszkańców Santa-Fé nie poniósłby żeglarzowi z równą ochotą tak radosnéj nowiny.
— Służba podobna nie przystoi osobie wysokiego urodzenia, odpowiedziała Izabella, a jednak każda chwila spóźnienia bardziéj Kolumba oddala.
— Nie oszczędzaj wasza miłość mojego siostrzeńca, wtrąciła z żywością donna Beatrix; szczęśliwym on będzie, znajdując sposobność stania się jéj użytecznym.
Izabella posłała pazia z rozkazem przyzwania młodzieńca, i po upływie kilku minut kroki jego już się rozległy w przedpokoju. Wchodząc do komnaty królewskiéj, Luis smutnie był podrażniony wyjazdem swego mistrza. Przypisując naturalnie winę tym, których wola mogła go była zatrzymać, posądzał i królowę o brak przychylności dla Kolumba. Nieporównana atoli słodycz jéj obejścia, nie chybiająca nigdy wpływu na wszystkich co ją otaczali, w połączeniu z uszanowaniem, ułagodziła nieco przybysza.
— Dziękuję ci za pośpiech, don Luis, gdyż w nagłéj sprawie potrzebuję twych usług. Czy możesz nam powiedziéć co się stało z don Krzysztofem Kolumbem, żeglarzem genueńskim, z którym dość ścisła podobno łączy cię zażyłość?
— Wybacz, najjaśniejsza pani, jeśli wykroczę w czém przeciw etykiecie, bo serce moje przepełnione jest żalem. Genueńczyk w téj chwili opuszcza Hiszpanią, w zamiarze starania się gdzieindziéj o przyjęcie swych planów, tak niesłusznie przez dwór tutejszy odrzuconych.
— Widać, don Luis, rzekła królowa z uśmiéchem, że nie grzészyłeś nigdy obłudną grzecznością. Obecnie odwołujemy się do twéj chęci odbywania podróży. Siadaj na koń, popędź za Kolumbem i oświadcz mu, że warunki jego zostały przyjęte. Daję słowo królewskie, że zaraz po ukończeniu koniecznych przygotowań będzie mógł odpłynąć.
— Czy podobna, miłościwa królowo!
— Na dowód że się nie mylisz, oto moja ręka!
Uprzejmość z jaką królowa podała mu rękę i słodycz jéj wyrazów napełniła młodzieńca otuchą we względzie najdroższych życzeń jego serca. Przyklęknąwszy więc z poszanowaniem, ucałował rękę monarchini, a potém, nie zmieniając postawy, zapytał czy natychmiast ruszyć ma w drogę.
— Powstań, don Luis, i nie tracąc jednéj chwili, ponieś słowo pociechy Kolumbowi, a razem uspokój nas samych; gdyż wyznaję, markizo, że odrzucenie pomysłów jego cięży mi na sercu.
Luis de Bobadilla opuścił pokoje królowéj, i za chwilę był już na koniu. Mercedes po wyjściu jego stanęła przy jedném z okien wychodzących na podwórze. Młodzieniec, dosiadając wierzchowca, ujrzał ją, i wstrzymał nagle konia spiętego już ostrogą. Kochankowie wymienili spojrzenie pełne radosnéj tkliwości, mając na uwadze jedynie swe nadzieje, nie myśląc o tém bynajmniéj, jak dalekie jeszcze było urzeczywistnienie takowych. Mercedes piérwsza zapanowała nad chwilowém uniesieniem, i pożegnawszy ręką kochanka, usunęła się od okna. Bruk dziedzińca królewskiego zatętniał odgłosem kopyt czwałującego konia, na którym Luis de Bobadilla pogonił za przyjacielem.
Kolumb tymczasem, posuwając się zwolna w smutnéj podróży swojéj, przybył do Pinos, widowni tylu krwawych wypadków, gdy posłyszawszy za sobą tętent, ujrzał młodzieńca pędzącego na zapienionym rumaku.
— Zwycięztwo! zwycięztwo, sennorze! wołał zdaleka Luis; z łaski najświętszéj Panny radosną przynoszę ci wiadomość!
— Otóż prawdziwa niespodzianka, don Luis; jakaż przyczyna twojego powrotu?
Luis usiłował wytłumaczyć się z poselstwa, lecz radość i pośpiech plątały jego mowę w niezrozumiałe wykrzykniki.
— Pocóż wracać do dworu, gdzie brak zupełnie ducha i siły postanowienia? odezwał się Kolumb zniecierpliwiony; niedosyćżem jeszcze usiłował skłonić tych ludzi do rzeczy tyle dla nich korzystnéj? Spojrzyj młodzieńcze na tę głowę osiwiałą, i wiedz żem strawił bezużytecznie dla swéj sprawy tyle niemal czasu, ile ty żyjesz na świecie.
— Ależ nakoniec zwyciężyłeś! Izabella, szlachetna królowa Kastylii, uznała ważność twoich myśli i zaręczyła słowem królewskiém, że będzie takowe popiérać.
— Nie jestże to nowe złudzenie?
— Wysłany zostałem umyślnie dla doniesienia ci o tém, sennorze, i wezwania cię do powrotu.
— Przez kogo, don Luis?
— Przez donnę Izabellę, dostojną królowę swoję; z jéj własnych ust otrzymałem polecenie.
— Nie mogę ustąpić w żadnym z podanych warunków.
— Zgoda na wszystko, don Kolumbie; szlachetna pani nasza, przystając na twe żądania, chciała nawet zastawić swe klejnoty dla poniesienia kosztów wyprawy.
Kolumb, głęboko tą wiadomością wzruszony, zasłonił twarz kapeluszem, jakby się wstydził łez które ronił z radości; poczém, zapominając o długoletnich cierpieniach, zwrócił konia i udał się z towarzyszem drogą ku Santa-Fé.


ROZDZIAŁ IX.

Luis de Saint-Angel i Alonzo de Quintanilla przyjęli powracających z tryumfem. Głośne ich uwielbienie dla królowéj rozproszyło ostatki zwątpienia w sercu odkrywcy, którego natychmiast zaprowadzono na pokoje.
— Don Kolumbie, rzekła Izabella, rada ci jestem z całéj duszy. Dotychczasowe nieporozumienia zostały usunięte, i mam nadzieję że odtąd zgodnie do jednego zmierzać będziemy celu.
W chwili powitania wszyscy zapewne zgromadzeni przejęci byli zapałem i najświetniejszą nadzieją. Jestto jedna z zadziwiających właściwości wielkiego przedsięwzięcia Kolumba, że będąc zrazu przedmiotem urągania, nagle potém we wszystkich tchnęło uniesienie.
— Najjaśniejsza pani, odpowiedział Kolumb, którego szlachetna powierzchowność niemało się przyczyniła do takiego usposobienia słuchaczów, serce moje tém wdzięczniéj przyjmuje tyle łaski, że dziś jeszcze rano żadnéj nie miałem nadziei; Bóg wszechmocny nagrodzi zato waszę miłość. Tuszę jednak, że i dostojny jéj małżonek nie odmawia swego przyzwolenia.
— Obejmiesz służbę z ramienia królowéj Kastylii, don Kolumbie, jakkolwiek zgodnie z wolą króla Aragonii. Don Ferdynand pochwala twe zamiary, tylko że męzki jego rozum nie przylgnął tak do nich odrazu, jak wrażliwa dusza niewieścia.
— Nic chcę wyższego rozumu i czystszéj wiary nad tę, jaką znajduję w waszéj wysokości, odpowiedział z powagą żeglarz. Zdaję się zupełnie na jéj łaskę, i niczego bardziéj nie pragnę, jak pozostać na całe życie wiernym jéj sługą.
Wyraz szczérości i przekonania towarzyszący słowom Kolumba, głębokie na umyśle królowéj uczynił wrażenie. W téj chwili dopiéro doznała ona wpływu potężnéj jego osobistości. Powiérzchowność Genueńczyka nie nosiła cechy poloru, właściwego tylko ludziom co życie całe poświęcają sztuce podobania się; lecz wyższość jakaś myśli, tajemnicze natchnienie niewysłowionym otaczało go urokiem.
— Dziękuję za ten dowód zaufania, odrzekła królowa. Dopóki Bóg raczy zostawić mi władzę, bronić będę gorliwie twéj sprawy. Wszelako nie należy mi wyłączać don Ferdynanda, który w rzeczy podziela moje zdanie.
Kolumb skłonił się na znak przyzwolenia, a król, przybywszy podczas tych narad, oświadczył gotowość zatwierdzenia zobowiązań swéj małżonki.
— Odszukaliśmy zbiega, rzekła Izabella, któréj oblicze świętym promieniało zapałem, i mam nadzieję że odtąd zamiary jego żadnéj już nie doznają przeszkody. Jeżeli się ony powiodą, będzie to większy tryumf dla kościoła, niż odzyskanie dzierżaw maurytańskich.
— Przyjemnie mi widziéć don Kolumba w Santa-Fé, przemówił król z uprzejmością, i jeśli oczekiwania stronników jego choć w połowie zostaną spełnione, rad będę żem się przyczynił do dzieła tak chwalebnego. Wątpię wprawdzie by ono dodało blasku koronie kastylskiéj; lecz w razie pomyślnym sam odkrywca zebrać może skarby, z któremi, zaiste, nie będzie wiedział co począć.
— Chrześcianin, najjaśniejszy panie, nie powinien być nigdy w kłopocie pod względem trafnego rozrządzenia swym majątkiem, dopóki grób Zbawiciela zostaje w ręku niewiernych.
— Cóż to znaczy? zawołał Ferdynand surowo. Czy myślisz, sennorze, odbyć krucyatę?
— Taki był zawsze mój cel, najłaskawszy królu! Nie jestżeto hańbą dla całego chrześciaństwa, że wyznawcy koranu depcą świętokradzko miejsce pielgrzymki Syna bożego, w którém on cierpiąc za nas krew swoję przeléwał, gdzie święte jego zwłoki spoczywały do dnia zmartwychwstania! Zaiste, na odzyskanie ich niebrak nam chęci i odwagi, brak tylko złota. Jeżeli więc piérwszém życzeniem mojém jest odkrycie prostéj drogi do Indyj, drugie, niemniéj gorące, stanowi obrócenie zdobytych przez to bogactw ku chwale imienia bożego.
Słowa żeglarza, z najwyższym wymówione zapałem, znalazły odgłos w pobożnéj piersi Izabelli; Ferdynand przeciwnie przyjął takowe z obojętnością. Umysł jego zimno-rozważający upatrywał nawet lekkomyślność w powierzaniu wyprawy imieniem korony marzycielowi, który, nie dokonawszy jeszcze jednego dzieła, conajmniéj wątpliwego, myślał już o drugiém, tylokrotnie, a zawsze nadaremnie, przedsiębraném. Usposobienie przeto króla stanowczo było nieprzychylném dla Kolumba, gdy rozmowa na szczęście inny wzięła obrót.
— Objaśnię waszę królewską wysokość względem swych zamiarów, odpowiedział Kolumb na zapytanie rzucone przez Izabellę, podczas gdy jéj małżonek zatopiony był w myślach. Pragnę dosięgnąć państwa wielkiego chana, potomka monarchy, na którego dworze przed wiekiem bawili bracia Polo. W owym czasie mieszkańcy tych krajów i władzca ich skłonni byli do przyjęcia religii chrześciańskiéj. Pismo ś. uczy nas, że kiedyś cała ludzkość jednę składać będzie trzodę: może nam przeznaczono przyspieszyć błogą tę chwilę. Potrzeba ku temu silnéj tylko wiary, wspartéj przez władzę świecką i przez wysłańców najwyższego kapłana.
— Oby Bóg nam pozwolił spełnić te zamysły, wtrąciła królowa. Ależ bracia Polo czy byli missyonarzami?
— Nie, miłościwa królowo; bylito prości podróżnicy, ludzie goniący za szczęściem, nie spuszczając przytém z uwagi obowiązków religijnych. Mniemam iż najprzód należałoby zatkwić krzyż Zbawiciela na wyspach oceanu, a ztamtąd rozpostrzeć ewangelią po odkryć się mającym lądzie. Cipango, zdaniem mojém, jest punktem, gdzie prawdopodobnie wiara z cudowną upowszechni się szybkością.
— Znajdująż się w Cipango korzenie, pachnidła lub inne płody, mogące wynagrodzić koszta i niebezpieczeństwa wyprawy? zagadnął król, dosyć sprzecznie z świętą gorliwością rozmawiających.
Spojrzenie Izabelli świadczyło o nieprzyjemném wrażeniu, jakie na niéj sprawiło to zapytanie małżonka; nie objawiając wszakże swych myśli, zamilczała.
— Najjaśniejszy panie, odpowiedział Kolumb, według opowiadań Marco Polo niéma na świecie bogatszego kraju, bo oprócz złota posiada w obfitości perły i drogie kamienie: a wszystkie te skarby zostają w posiadaniu niewiernych. Zdaje się że Opatrzność przeznaczyła takowe w nagrodę monarsze chrześciańskiemu, który piérwszy poniesie w te strony słowo boże. Ocean otaczający Cipango pokryty jest wyspami; Marco naliczył ich siedm tysięcy cztérysta, napełnionych wonnemi krzewy. Tamto, najjaśniejsi państwo, przy pomocy bozkiéj zamierzam przybyć po dwóch miesiącach umiejętnéj żeglugi, a następnie przenieść się na ląd stały. Dzień w którym stopa nasza dotknie się ziemi indyjskiéj, będzie dniem chwały dla Hiszpanii i dla wszystkich co wzięli udział w tém wielkiém przedsięwzięciu.
Wzrok przenikliwy Ferdynanda wlepiony był w odkrywcę, gdy ten w świetnych barwach rozwijał przed nim swe widoki. W umyśle króla, skłonnym do rachuby, obraz tylu korzyści zrównoważył zwykłą nieufność. Izabella znów myślała o celach religijnych; skończyło się więc na tém, że oboje małżonkowie, chociaż z odmiennych pobudek, zezwolili na wyprawę.
Przystąpiono zaraz do ułożenia przedugodnych punktów: warunki Kolumba nanowo zostały roztrząśnięte i zatwierdzone. Zdawało się iż zarzuty arcybiskupa Grenady w zupełną poszły niepamięć, bo Genueńczyk traktował z królewską parą jak monarcha z równemi sobie; przyznano mu nawet ósmą część zysków z całego przedsięwzięcia, ponieważ oświadczał gotowość poniesienia takiéjże części wydatków.
Luis de Saint-Angel i Alonzo de Quintanilla, pożegnawszy królowę razem z Kolumbem, odprowadzili żeglarza do jego pomieszkania, otaczając go uszanowaniem i tkliwą starannością, tak potrzebną sercu niedawno jeszcze miotanemu gwałtowném cierpieniem. Po rozstaniu się z nim Saint-Angel, którego myśli zawsze były na końcu języka, rzekł do przyjaciela:
— Na wszystkich świętych, kochany Alonzo, ten Kolumb bierzę górę nad całą szlachtą kastylską. Toć on się układał z obojgiem monarchami na stopie zupełnéj równości, i prawdziwie po królewsku wygrał swoję sprawę.
— Wszakżeś mu sam utorował drogę, odpowiedział Alonzo de Quintanilla, bo gdyby nie twoje wstawiennictwo, Genueńczyk byłby się udał na dwór Ludwika francuzkiego.
— Nie żałuję bynajmniéj tego com uczynił, choćby z przyczyny tylko żem wydarł zdobycz Francuzom. Królowa, którą niech Bóg ma w opiece, postąpiła szlachetnie, poświęcając małoznaczną kwotę przedsięwzięciu tyle rokującemu nadziei. Lecz teraz, po zamknięciu układów, pojąć nie mogę zkąd przyszło władzcom naszym przyznać tak korzystne warunki obcemu przybyszowi, bez głośnego imienia, bez dostatków, a nawet bez silnego poparcia.
— Czyż Luis de Saint-Angel nie bronił jego sprawy?
— Broniłem jéj, odrzekł poborca jeneralny, broniłem z zapałem i z głębi przekonania; lecz sam się dziwię naszemu powodzeniu. Lękałem się rozbicia całéj wyprawy o szkopuł niepomiarkowanych żądań Kolumba.
— A jednak miałeś słuszność, mówiąc że wymagania jego są niczém, w porównaniu z wielkością dzieła.
— Pojęcia ludzkie dziwną niekiedy nacechowane są sprzecznością. Wytężamy wszystkie siły dla dopięcia zamierzonego celu, i dopiéro stanąwszy u kresu widziemy stronę ujemną swoich czynów. Powodzenie Kolumba, powtarzam, olśniéwa mój umysł, chociaż, przekonany jestem o zasadności jego żądań. Genialny to człowiek, bez żadnéj wątpliwości! Jeżeli zamiary jego pomyślny wezmą skutek, jakże wielkim będzie w oczach współczesnych i potomności! jeżeli przeciwnie, nikt na tem osobiście znacznéj nie poniesie straty.

Błogosławieństwo przed odpłynieniem.

— Uważałem nieraz, sennorze Saint-Angel, że kiedy ludzie rzetelnéj zasługi sami mało się cenią, świat lubi ich, jakto mówią, chwytać za słowo. Koniec końcem, Kolumb wymaga wiele, ale téż władzcy nasi wiedzieli z kim mają do czynienia.
— Święta to prawda, Alonzo, że ludzie uważają nas według miary jaką sami do czynów swych przykładamy. W każdém słowie, w każdém zdaniu Genueńczyka widać głębokie przeświadczenie o własnéj wartości. Zaprawdę, słysząc go wierzę, iż jest wybrańcem Opatrzności.
— Od niego teraz zależy przekonanie nas wszystkich o prawdziwości swych natchnień. Co do mnie, nie wiem rzeczywiście czy wątpić powinienem, czy wierzyć.
I otóż dwaj nawet z najgorliwszych stronników Kolumba, popiérający jego plany z całą usilnością, dopóki ony zdawały się zagrożone, obecnie, gdy wszystko skończyło się szczęśliwie, z niedowierzaniem spoglądali w przyszłość. Takimto zawsze jest człowiek: przeciwność wznieca jego zapał, wskrzesza czynność umysłową i do śmiałych pobudza go czynów; lecz skoro duch jego zwróci się w siebie, szukając dowodów na rzecz podtrzymywaną z największą zaciętością, ogarnia go zwątpienie i lękać się poczyna zawodu. Wszak sami nawet uczniowie Zbawiciela nieraz wahali się w wierze. Każdy reformator dopóty jest nieustraszony, póki walczy za swe zasady; lecz gdy nadejdzie pora wprowadzenia takowych w życie, staje się lękliwym i chwiejącym. Widać w tém mądrość Stwórcy, który obdarzył nas gorliwością zdolną do przełamania wszelkich zapór, w powodzeniu zaś zsyła umiarkowanie i roztropność, by jak anioły stróże chroniły nas od nadużyć.
Mimo przytoczonéj rozmowy, don Luis i Alonzo nie odstąpili swego przekonania. Objawione wątpliwości w własném ich rozumieniu małéj były wagi; gdyż obaj zostawali pod wpływem czarującym osobistości wielkiego odkrywcy, którego zapał szlachetny i spokojna powaga oddziaływały nawet na osoby nieprzychylne jego sprawie.


ROZDZIAŁ X.

Od chwili, kiedy Izabella oświadczyła gotowość wspierania zamiarów Kolumba, nikt już nie wątpił że wyprawa nastąpi; wszelako ogół niewiele z niéj sobie obiecywał. Jedno tylko serce młodociane najdroższe z tém przedsięwzięciem łączyło nadzieje: mówimy o Mercedes de Valverde, która, śledząc bieg wypadków z niespokojną obawą, właściwą tylko umysłom młodym, namiętnym i niedoświadczonym, doznawała teraz uczucia błogiego zadowolenia.
Luis nie szukał dotąd sposobności widzenia się z kochanką; ale gdy Kolumb, poczyniwszy wstępne przygotowania, wyjechał na miejsce zkąd ruszyć miała wyprawa, młodzieniec udał się do ciotki, prosząc o rozmowę z donną Mercedes, zanim puści się w podróż tyle niebezpieczną. Życzenie jego ograniczało się na otrzymaniu zapewnienia od dziewicy i przyjaciół, iż za powrotem przyjmą go z życzliwością. Beatrix wspomniała o tém królowéj.
— Powiédz don Luis’owi, odrzekła Izabella, iż zezwalam na jego żądanie, a przypomnij mu, że grand kastylski nie powinien opuszczać kraju, bez pożegnania monarchów.
— Pół-rozkaz ten, najjaśniejsza pani, jakkolwiek łaskawie objawiony, zasmuci mego siostrzeńca, bo upatrzy w nim wyrzut waszéj wysokości, że nieraz dawniéj obowiązek ten pominął.
— Dawniéj, wyprawiając się w podróż, czyniłto bez celu, teraz przeciwnie bierze udział w chwalebnym dziele, i naszém staraniem będzie wytłumaczyć każdemu tę różnicę.
Beatrix, otrzymawszy upoważnienie królowéj, doniosła o tém wychowance. Mercedes, jak każda kobiéta młoda i tkliwa, gdy idzie o sprawę serca, przyjęła tę wiadomość z obawą razem i radością. Nie przypuszczała nigdy żeby Luis mógł wyjechać, nie pożegnawszy się z nią osobiście; teraz jednak, gdy królowa z opiekunką zezwalały na ich widzenie, żałowała prawie iż tak się stało. Sprzeczne te uczucia, w miarę jak się zbliżała chwila spotkania, oblekły postać dziewicy w jakiś urok lubego marzenia.

W dniu oznaczonym donna Beatrix, szczérze przychylna sprawie kochanków, oświadczyła przybyłemu don Luis, że Mercedes oczekuje nań w salonie. Młodzieniec z pośpiechem ucałował rękę swéj ciotki, powiedział jéj kilka słów grzecznych, a potém z niecierpliwością rzucił się ku miejscu wskazanemu, gdzie wreszcie znalazł się wobec przedmiotu swéj miłości. Mercedes, chociaż oddawna przygotowana, zdradziła radość swoję rumieńcem i żywszym blaskiem spojrzenia.
— Luis! zawołała mimo woli, wyciągając ku niemu rękę.
— Mercedes! rzekł młodzieniec, tkliwie kochankę powitawszy, trudniéj podobno zobaczyć się z tobą, jak odkryć słynną wyspę Cipango. Królowa i donna Beatrix strzegą ciebie jak zaklętego skarbu.
— Nic dziwnego, Luis, skoro jest taki co zdobyć go usiłuje?

Pepita.

— Przecież ony nie myślą, że, jak rycerz chrześciański Maurytankę, porwę cię na koń, lub że cię uniosę na jeden z okrętów Kolumba, dla odszukania w twém towarzystwie wielkiego chana. Obchodzą się zemną jak z szalonym awanturnikiem, chociaż jestem szlachetnym rycerzem kastylskim.
— Zapominasz, Luis, że młode Kastylianki nie zwykły rozmawiać sam na sam z młodemi rycerzami, i że pobłażaniu tylko mych opiekunek winniśmy to spotkanie.
— Sam na sam powiedziałaś? zaiste jesteś w błędzie; bo czuwa tu nad nami baczne oko, a może i ucho. Lękam się głośno mówić, z obawy przerwania pobożnych rozmyślań téj szanownéj damy.
To rzekłszy, Luis de Bobadilla wskazał na ochmistrzynię kochanki, siedzącą nad książką w przyległym pokoju.
— Czy mówisz o dobréj Pepicie mojéj, odpowiedziała z uśmiéchem Mercedes, przywykła od lat dziecinnych do towarzystwa staréj ochmistrzyni, w któréj przeto obecności żadnéj nie widziała przeszkody. — Była ona wprawdzie przeciwną naszemu widzeniu, jako niezgodnemu z przyjętym zwyczajem, lecz teraz bynajmniéj go nie zakłóci.
— Ta Pepita ma twarz nieprzyjemną; wyczytuję w jéj szpetnych rysach zazdrość i niedowierzanie. Nienawidzę wszystkie ochmistrzynie, gorzéj od Muzułmanów!
— Sennorze, rzekła Pepita, któréj słuchu czujnego nie uszły wyrazy, zwykłato piosnka młodych kawalerów; ale przyznajcie, że ta sama ochmistrzyni, tak nieprzyjemna dla kochanka, staje się w oczach męża niezmiernie pożądaną. Ponieważ rysy moje i zmarszczki nie przypadają ci do smaku, więc zamknijmy te drzwi, a tym sposobem ani ty, sennorze, nie usłyszysz mego kaszlu, ani ja twych uniesień miłosnych.
Słowa te wymówione były tak łagodnie, że wątpić nie pozwalały o dobroci Pepity, nieobrażonéj wcale rubasznością don Luis’a.
— Nie zamykaj drzwi, Pepito, zawołała Mercedes, rzucając się ku ochmistrzyni; możesz usłyszéć wszystko co hrabia de Llera ma mi powiedziéć!
— Drogie dziécię, szlachetny hrabia mówi z tobą o miłości.

Pożegnanie Luis’a z Mercedes.

— I tobież lękać się tego, coś sama zawsze od dzieciństwa zapewniała mię o swéj miłości?
— Sennorze, wtrąciła ochmistrzyni z uśmiéchem, wstrzymując rękę gotową do zamknięcia podwojów, niebardzo to pochlebnie dla ciebie, jeżeli donna Mercedes miłości twéj nie rozróżnia od mojéj. Zdaje mi się, kochane dziécię, że trudnoby ci przyszło wystawić sobie we mnie młodego, świetnego rycerza, gotowego poświęcić ci życie; jakże więc czułość macierzyńską przyrównać możesz do słodkich wyrazów don Bobadilla, jednego z najdzielniejszych kawalerów Kastylii?
Mercedes cofnęła się; jakkolwiek bowiem niewinną była jéj dusza, uczuła jednak że ochmistrzyni ma słuszność. Puszczając klamkę, dziewica zakryła twarz pokraśniałą drobnemi rączkami. Pepita korzystała z téj chwili dla zawarcia podwojów, a zachwycony młodzieniec, mimo lekkiego oporu, odprowadził kochankę do krzesła; sam zaś, zająwszy u stóp jéj miejsce na taborecie, ciągnął daléj rozmowę.
— Otóż wzór wszystkich ochmistrzyń! zawołał. Ta Pepita jest klejnotem nieoszacowanym, i może być pewną dożywotniéj służby, gdy dostąpię szczęścia zostania twym małżonkiem.
— Zapominasz, mój Luis, odrzekła Mercedes, że jeśli mężowie cenią ochmistrzynie nienawidzone przez kochanków, powinniby przeciwnie odprawić natychmiast te, co się podobają zalotnikom.
— Do licha! o tém nie pomyślałem w prostocie swego ducha. Nie wdaję się zresztą w roztrząsania filozoficzne i jednę tylko tezę gotów jestem obronić wobec doktorów Salamanki, wobec rycerzów całego chrześciaństwa, żeś ty najpiękniejsza, najlepsza i najcnotliwsza z dziewic hiszpańskich, a nadto iż cię kocham i poważam, jak żaden inny rycerz swą bogdankę.
Hołd uwielbienia słodko brzmi zawsze w uszach kobiét; to téż Mercedes, przekonana o szczerości kochanka, poddawała się chętnie urokowi jego mowy. Skromność tylko niewieścia wstrzymywała ją od zupełnéj otwartości.
— Powiadano mi, rzekła, iż młodzi rycerze, pragnąc popisać się z męztwem i zręcznością, umyślnie się tak wyrażają o któréjkolwiek dziewicy, aby wywołać czyjeś zaprzeczenie i potém zbrojną ręką utrzymywać swoje zdanie.
— Mniemasz tak, Mercedes, bo piękność twoja ukrytą zawsze była przed światem. Minęły już czasy trubadurów i błądzących rycerzów, w których tysiączne popełniano niedorzeczności. Wtedy mężczyźni széroko rozprawiali o miłości; dziś przeciwnie więcej czują niż mówią. Wybacz, moja droga, ale uwaga twoja trąci nieco moralnością donny Pepity.
— Nie narzekaj na nią, Luis, bo gdyby nie względność jéj zbyteczna, musiałbyś teraz powściągnąć swoję mowę. Lecz tracimy napróżno niepowrotne chwile: powiédz mi raczéj co się dzieje z Kolumbem i kiedy wybiéracie się w podróż?
— Kolumb już wyjechał, otrzymawszy od królowéj wszystko czego pragnął, ja zaś niebawem udam się za nim. Jeżeli kiedy usłyszysz o czynach jakiego Pedro de Munoz lub Pero Gutierrez na dworze Cipango, będziesz wiedziała kogo uczynić odpowiedzialnym za jego wybryki.
— Wolałabym abyś tę podróż odbył pod własném nazwiskiem; ukrywanie go w tak chwalebnym dziele uważam za nieroztropność.
— Stosuję się w tém do życzenia mojéj ciotki; co do mnie, radbym, przypiąwszy twe barwy do chełmu i tarczy, okrzyknąć przed całym światem, że Luis de Llera spieszy do Cipango, dla przekonania rycerzów tamecznych o wyższości swéj damy nad wszystkie dziewice znanych i nieznanych krajów.
— Nie żyjemy już w czasach błądzących rycerzów, odpowiedziała Mercedes z uśmiéchem, tylko w wieku szczérości i rozwagi, jak sam niedawno mówiłeś. W epoce naszéj kochanek powinien zastanawiać się, powinien oceniać zarówno wady jak przymioty wybranki swego serca. Nie oto tu chodzi abyś walczył z olbrzymami, zmuszając ich do uznania moich wdzięków! Bierzesz udział w przedsięwzięciu rzeczywiście wielkiém i użyteczném, które wsławi twoje imię, z którego chlubić się będziesz na schyłku jeszcze życia, gdy dobiegając kresu pielgrzymki doczesnéj, szukać zechcemy pociechy w przeszłości.
Młodzieniec z rozkoszą chwytał każdy wyraz kochanki, w niewinném wylaniu los swój łączącéj z jego losem. Dziewica, nie wiedząc o znaczeniu słów swoich, dawno już mówić przestała, gdy Luis jeszcze słuchał.
— Jakiż cel silniéj wzbudzić zdoła mój zapał, od nadziei otrzymania twéj ręki? zawołał po chwili. Wszak jedynie w téj myśli towarzyszę Kolumbowi i towarzyszyć będę po wszystkie krańce ziemi. Dla mnie, droga Mercedes, miłość twoja jest owém Cipango, do którego zmierzamy.
— Nie mów tak Luis, gdyż zapoznajesz szlachetność swojéj duszy. Pomysł Kolumba godzien jest uwielbienia, a imię twoje na wieki złączoném będzie z imieniem wielkiego męża.
— Nastąpi to może, jeśli nam się powiedzie; lecz gdyby, odwróć panie, zamiary nasze spełzły na niczém, zostanę raczéj przedmiotem szyderstwa, i sama zapewne powstydziłabyś się wtedy nędznego awanturnika.
— Nie znasz mnie Luis, zawołała z uniesieniem Mercedes, któréj piękne oko, w miarę rosnącego zapału, nadludzkim prawie zajaśniało blaskiem. Pragnę abyś podzielił pełne chwały przedsięwzięcie, ponieważ potwarz targnęła się na twą przeszłość, ponieważ wiem, że uzyskasz tym sposobem względy najjaśniejszéj królowéj; ale mię nie znasz, powtarzam, jeśli sądzisz że ta sprawa wpłynąć może na moje uczucia, nie pojmujesz mego serca, co tyle już z twego powodu doznało udręczeń.
— Najdroższa moja! niegodny jestem twéj przychylności. Rozkaż, a oddalę się natychmiast, byleś ty przezemnie nie cierpiała!
— Nie, Luis, odpowiedziała dziewica, płoniąc się i zwracając na kochanka pełne tkliwości spojrzenie; lekarstwo byłoby gorsze od choroby. W połączeniu z tobą dola moja będzie pomyślną lub niepomyślną, jak zrządzi Opatrzność; ale bez ciebie niéma dla mnie szczęścia.
Rozmowa młodéj pary stała się odtąd urywaną, jak zawsze tam, gdzie uczucia namiętnie wezbrały. Po upływie godziny, w ciągu któréj po tysiąc razy powtarzano zapewnienia stałości, Mercedes otworzyła małą skrzynkę, i dobywszy z niéj krzyżyk, wręczyła go kochankowi.
— Luis, rzekła, nie daję ci znaku miłosnego dla błyszczenia na turniejach, lecz święte godło Zbawiciela, jako przypomnienie celu do którego dążysz, i téj, co serce swoje tobie jednemu poświęciła. Nie potrzebujesz innego krucyfixu dla odmawiania pacierzy, a patrząc na te szafiry, godła wiary, miéj zawsze w myśli Boga i miłość jaką mi przysiągłeś.
Wyrazy te wymówione były na wpół smutnie, na wpół radośnie; w chwili bowiem rozstania tęsknota z głęboką wiarą naprzemian zajmowały pierś dziewicy.
— Myślałaś o mojém zbawieniu, zawołał Luis, ucałowawszy kilkakrotnie krzyżyk wysadzany kamieniami; obdarzyłaś mnie drogocenną pamiątką; cóż ja ci wzajem mogę ofiarować?
— Proszę o kędzior twych włosów, bo wiész że dosyć posiadam klejnotów.
— Na słowo rycerskie! gdybym wiedział że widok mych włosów sprawia ci przyjemność, to chętniebym oddał wszystkie, i siadłbym na okręt z głową wystrzyżoną, jak ksiądz albo Muzułman. Lecz w rodzie Bobadillów nie brak kosztowności: naszyjnik ten, Mercedes, nosiła moja matka, a dawniéj podobno należał do jakiéjś królowéj; ale przysięgam, że jakiekolwiek przechodzić mógł koleje, dostając się w twoje ręce największego dostąpi zaszczytu.
— Przyjmuję go, Luis, bo nie umiem ci nic odmówić, lecz przyjmuję z obawą, gdyż widzę w téj zamianie różnicę naszych charakterów. Tyś wybrał przedmiot kosztowny, świetny, a świetność rzadko prowadzi do szczęścia; moje zaś serce niewieście przeniosło skromne godło stałości. Lękam się aby promienne piękności wschodu nie zatarły wspomnienia biédnéj dziewicy kastylskiéj, za którą nic nie przemawia prócz wiary i miłości.
Młodzieniec, ponawiając przysięgi, w chwili pożegnania namiętnie kochankę ucałował; ona, nie kryjąc się już z uczuciem, rzewnie zapłakała. Nakoniec Luis wydarł się z jéj objęć i tegoż wieczora jeszcze, pod zmyśloném nazwiskiem i w prostéj odzieży, ruszył w drogę, ku miejscu gdzie Kolumb od kilku już dni przebywał.


ROZDZIAŁ XI.

Mylnieby przypuszczał ten, ktoby sądził że oczy całéj Europy zwrócone były na gotujące się przedsięwzięcie. Prawda i kłamstwo, nierozłączne dziś z sobą, nie przebiegały jeszcze wówczas świata na skrzydłach dzienników, i mała tylko liczba osób uprzywilejowanych wiedziała o rzeczach będących dopiero w zamiarze. Luis de Bobadilla mógł przeto opuścić dwór niepostrzeżony przez nikogo, a ci którzy późniéj zauważyli jego niebytność, mniemali iż się udał do jednéj z swych wiejskich posiadłości, albo téż w nową podróż. O samego Kolumba podobnież niewiele się troszczono, chociaż pomiędzy dworzanami obiegały pogłoski, że królowa weszła z nim w układy i wielką zapewniła mu nagrodę. Inni uczestnicy, mniéj głośnego imienia, zdążali pojedynczo na miejsce zebrania, bez zwrócenia niczyjéj uwagi.
Wyprawa, tak śmiało pomyślana i szczęśliwa w skutku, wypłynąć miała z podrzędnego portu, zaleconego chyba przez nieustraszoność swych żeglarzów i położenie poza obrębem ciaśniny gibraltarskiéj, na któréj zjawiali się niekiedy rozbójnicy afrykańscy. Rękopisma współczesne zapewniają, iż miejsce to wybrano z przyczyny, że mieszkańców jego wyrok jakiś skazywał na dostarczenie rządowi dwóch statków uzbrojonych. Podobne kary niejednokrotnie wymierzano w owym czasie, gdy floty państwa zasilane były wyłącznie werbunkiem lub osadzane armią lądową.
Palos de Moguer, miasteczko obciążone tym haraczem, niewielkie miało znaczenie nawet w końcu XV wieku, a dziś zaledwo zeń pozostała licha osada rybacka. Ludność jego, jak zwykle w okolicach skąpo przez naturę obdarzonych, była śmiałą i przedsiębiorczą. Nie posiadając okrętów większego rozmiaru, mieszkańcy Palos prowadzili handel na małych statkach, z których dwa właśnie przeznaczono dla Kolumba, z dodaniem pewnéj liczby oficerów i majtków towarzyszących zawsze wyprawom rządowym. Skarb obu królestw, wyczerpany w wojnie przeciw Maurom, niemógł się zdobyć na większy wydatek; a zresztą doświadczenie nauczyło odkrywcę, iż mniéjsze statki w takiéj podróży właściwsze są od większych.
Na małym przylądku, niedaleko Palos, znajdował się klasztor de la Rabida, słynny z gościnności wyświadczonéj Kolumbowi. Przed jegoto bramą, siedm lat temu, Genueńczyk, prowadząc syna za rękę, domagał się posiłku dla dziecka. Podczas długiego pobytu w klasztorze zawarł on związki przyjazne z braciszkami zakonnemi, i między ludem tamecznym piérwszych w Hiszpanii znalazł zwolenników.
Mimo to wszakże rozkaz przygotowania dla Kolumba dwóch statków przeraził mieszkańców Palos. Żeglugę wzdłuż brzegów Afryki i zbliżenie się do równika uważano wtedy za szczyt odwagi marynarskiéj. W umyśle ludu istniały najdziwaczniejsze podania względem tych stron nieznanych, i powszechnie prawie wyobrażano sobie, że płynąc coraz daléj na południe, dosięgniętoby wreszcie punktu, gdzie zbyteczne gorąco wszelkie życie czyni niepodobném. Ruchy ciał niebieskich, dzienny obrót ziemi, przyczyny pór roku, byłyto tajemnice nawet dla ludzi najuczeńszych; a jeśli gdzieniegdzie zabłysło jakie światełko prawdy, to ono słabym dopiéro brzaskiem jutrzenki zapowiadało zbliżanie się dziennéj jasności.
Nic dziwnego przeto, iż żeglarze Palos, prości i nieoświeceni, uważali ten rozkaz rządu za wyrok śmierci na wszystkich, co towarzyszyć mieli wyprawie. Mniemano że poza pewną granicą, niebo, morze i ziemia zamieniają się w odmęt; wyobraźnia nieświadomych marzyła o prądach i wirach, porywających nieuważnego podróżnika i wtrącających go w przepaść. Niektórzy przypuszczali nawet, że można dosięgnąć krańca ziemi i ztamtąd zleciéć w próżnię.
Taki był stan rzeczy w połowie miesiąca lipca. Kolumb znajdował się w klasztorze de la Rabida, u przyjaciela swego i stronnika, przeora Juan’a Perez, gdy jeden z laików doniósł o przybyciu nieznajomego, który pragnie widzieć się z sennorem Krzysztofem Kolumbem.
— Czy wygląda na posłańca dworskiego? zapytał żeglarz.
— Nie zdaje mi się, sennorze, odpowiedział braciszek; gońcy królewscy przyjeżdżają zwykle na zapienionych koniach i z gęstą miną; ten zaś młodzieniec skromną ma powierzchowność i dosiada mula andaluzyjskiego.
— Nie wymieniłże swego nazwiska?
— I owszem, dwa nawet: Pedro de Munoz i Pero Gutierrez, bez tytułu szlacheckiego.
— To on! zawołał Kolumb, zwracając się ku drzwiom z żywością. Powiédz mu, dobry Sancho, że rad go oczekuję.
— To pewnie znajomość dworska, rzekł ojciec Juan.
— Jestto, wielebny ojcze, młodzieniec narażający życie i mienie dla naszego przedsięwzięcia. Dobrego będąc urodzenia, posiada znaczny majątek, i gdyby nie opiekunowie, byłby go obrócił na cele wyprawy.
W chwili gdy Kolumb przestał mówić, drzwi otworzyły się i wszedł Luis de Bobadilla. Młodzian, wyzuty z zewnętrznych oznak swéj godności, nosił skromny ubiór podróżnika średniego stanu. Przywitanie jego z Kolumbem było serdeczne, a razem pełne uszanowania.
— Kochany Pedro, rzekł Genueńczyk, przybywasz w czasie gdy obecność twoja nader jest pożądaną. Piérwszy rozkaz królowéj względem przygotowania dla mnie dwóch statków nie odniósł dotąd skutku. Powtórne rozporządzenie, przesłane przez don Juan’a de Penalosa, a stanowiące żeby natychmiast oddano pod moje rozporządzenie potrzebne przybory, okazało się również daremném, chociaż na mieszkańców portu nałożono karę stu marawedów za każdy dzień zwłoki. Biédacy, potrwożeni niedorzecznemi wieściami, ani słyszéć chcą o wyprawie, i dziś może równie daleki jestem od celu, jak przed uskarbieniem sobie przyjaźni szanownego przeora i pomocy donny Izabelli. Smutnato rzecz, mój Pedro, trawić życie na ułudnych nadziejach, gdy się pracuje dla dobra nauki i chwały kościoła.
— Przynoszę ci ważne nowiny, sennorze, odpowiedział młodzieniec. Mijając wioskę Moguer, spotkałem się z niejakim Marcinem Alonzo Pinzon, dawnym swoim towarzyszem podróży, i rozmawialiśmy obszernie o twych pomysłach. Powiadał mi, że cię zna osobiście, i mniemam iż pozyskamy w nim gorliwego stronnika.
— Przypominam sobie, Pedro, że słuchał często mych dowodzeń z uwagą biegłego żeglarza. A sam gdzież go poznałeś?
— Byliśmy razem w Cyprze i w Anglii. Dalekie podróże dają sposobność zgłębienia serc ludzkich, i zdaje mi się, że można polegać na charakterze Pinzon’a.
— Za młody jesteś, mój synu, wtrącił przeor, aby sądzić o człowieku tak poważnym i zasłużonym, jak don Alonzo Pinzon. Z tém wszystkiem cieszy mnie to, iż szlachetny rycerz trwa w przychylności dla naszych zamiarów, bo niedawno jeszcze uważałem że chwiać się zaczyna.
Don Luis wyraził się o jednym z najznakomitszych mieszkańców okolicy nie jako prosty podróżnik, lecz jako Bobadilla; ukradkowe spojrzenie Kolumba ostrzegło go o tém zapomnieniu.
— A więc, ciągnął daléj żeglarz, spotkałeś się z naszym znajomym, Marcinem Alonzo, między Moguer i Palos?
— Tak jest, sennorze, i onto doniósł mi, iż tu znajdę admirała. Nie odmawia ci bowiem tytułu zatwierdzonego przez królowę, co mojém zdaniem stanowi dowód jego przyjaźni, gdyż sądzę że w tych stronach niewielu znajdzie naśladowców.
— Ktokolwiek zaprzeczy mi dostojeństwa jakie piastuję, lub nie zaufa moim planom, niech pozostanie na lądzie, odpowiedział z godnością odkrywca, dając poznać młodzieńcowi, iż jeszcze cofnąć się może, jeśli zechce.
— Na ś. Piotra, mojego patrona, odparł śmiejąc się Luis, nie licz bynajmniej na mieszkańców Palos i Moguer, mój admirale; zdaje się że kto tylko zaznał trochę chleba żeglarskiego, nie śmié pokazać się na ulicy, z obawy aby go nie wysłano do Cipango, drogą, jak dotąd, w marzeniu tylko przebieganą. Jednakże, szanowny mistrzu, masz ochoczego zaciężnika, który postanowił nieodmiennie towarzyszyć ci aż po krańce świata, jeżeli ziemia jest płaska, lub okrążyć z tobą jéj powiérzchnię, jeżeli jest okrągła; a ochotnikiem tym jest Pedro de Munoz, powodowany nie chęcią zysku, ani wywyższenia się, tylko żądzą przygód, a może i miłością dla najczystszéj i najpiękniejszéj dziewicy Kastylii.
Ojciec Juan Perez z zadziwieniem i niechęcią spojrzał na młodzieńca mówiącego z taką śmiałością. Kolumb tyle w swych stronnikach umiał obudzić poszanowania, że przy nim mało kto zapewne byłby z podobną odezwał się lekkością, przed nadaniem mu nawet zaszczytnego tytułu admirała. Poczciwy zakonnik, nie domyślając się wcale, iż ma przed sobą potomka jednéj z najpiérwszych rodzin hiszpańskich, nie mógł ukryć doznanego wrażenia.
— Mości Pedro de Munoz, jeśli takie twoje imię, chociaż z mowy twéj wnosićby raczéj można że jesteś księciem albo hrabią, wyrażasz się równie niewłaściwie o jego excellencyi naszym admirale, jak niedawno o don Marcinie Alonzo. Podwładny powinien być pokorny i nie drwinkować sobie z pomysłów swego mistrza.
— Wybacz, świętobliwy ojcze; nie chciałem nic innego powiedziéć, tylko że Marcin Alonzo jest dawnym moim towarzyszem podróży, że dziś jeszcze przebyliśmy razem kawał drogi i że mąż ten szanowny przyrzekł mi wyciągnąć nas z błota, czyli, mówiąc właściwiéj, z piasku nadbrzeżnego, w którymto celu przybędzie do klasztoru de la Rabida. Co do mnie, idę za don Kolumbem, gdziekolwiek zechce rozkazać.
— To dobrze, kochany Pedro, to dobrze, odrzekł admirał; ufam twojéj szczerości i odwadze, a przyjdzie czas że przekonasz wszystkich o swéj wartości. Rad jestem, świętobliwy ojcze, z dobréj chęci Marcina Alonzo, bo zapał jego rzeczywiście zdawał się ostygać, a jednak ten człowiek niemałą dla nas może być pomocą.
— Bez wątpienia, jeżeli gorliwie zająć się zechce naszą sprawą, odezwał się zakonnik; boćto najpiérwszy żeglarz całego pobrzeża. Nie wiem wprawdzie czy był na Cyprze, jak mówi ten młodzieniec, lecz zapewnić mogę że popłynął na północ aż do Francyi, i na południe aż do wysp kanaryjskich. Czy o wiele jest daléj do Cipango jak do Cypru, sennorze admirale?
Kolumb uśmiéchnął się na to zapytanie, potrząsając głową, jakby na znak że przyjaciel jego w straszliwym zostaje błędzie.
— Chociaż Cypr, odpowiedział, znajduje się niedaleko ziemi świętéj i siedliska władzy niewiernych, Cipango jednak nierównie jest odleglejsze. Nie tuszę sobie dosięgnąć tego kraju, jak po odbyciu ośmiuset do tysiąca mil morskich.
— Niezmierne to oddalenie! zawołał ojciec Juan, podczas gdy Luis obojętnie słuchał rozmowy, nie troszcząc się oto bynajmniéj czy przyjdzie popłynąć tysiąc, czy dziesięć tysięcy mil, byle tylko podróż zapewniła mu rękę Mercedes i obfitą była w przygody, — niezmierne to oddalenie! a jednak nie wątpię admirale, że Opatrzność pozwoli ci dokonać wielkiego dzieła odkupienia.
— Miéjmy nadzieję, rzekł Kolumb, znacząc się krzyżem świętym; i otóż, na dowód że nie powinniśmy wątpić, niebo zsyła nam szanownego Marcina Alonzo.
Marcin Alonzo Pinzon, którego imię znane jest w dziejach, jako należące do jednego z najczynniejszych stronników odkrywcy, wszedł do izby z pośpiechem. Przeor niemało się zadziwił, widząc przybysza witającego najprzód mniemanego Pedro, potém admirała, a na końcu siebie. Wszelako czcigodny zakonnik, drażliwy zawsze na uchybienia przeciw etykiecie, nie miał czasu wynurzyć się, gdyż Marcin Alonzo przystąpił zaraz do rzeczy, ze skwapliwością świadczącą iż nie przybył dla odwiedzin ceremonialnych.
— Przykro mi było słyszéć, sennorze admirale, iż żeglarze nasi odmawiają posłuszeństwa rozkazom królowéj. Chociaż zamieszkały w miejscu i zwolennik twéj nauki, nie wiedziałem o tém dokładnie, aż do chwili spotkania się w drodze z dawnym znajomym, sennorem Pedro de Munoz, który, lubo przybył zdaleka, lepiéj już odemnie poznał usposobienie mieszkańców. Ale nic to nie znaczy, mój mistrzu; ci ludzie rzadko własnym kierują się natchnieniem: znajdziemy sposoby przerobienia ich, prędzéj niż się sami spodziéwają.
— To pewna, sąsiedzie Alonzo. Człowiek jest istotą rozumną i odpowiedzialną, lecz nie idzie za tém iżby zawsze był myślącym. W sprawach zwłaszcza kościoła, powierzonych wyłącznie zarządowi duchowieństwa, tłum nieświadomy bywa sam siebie. Powtarzam, człowiek jest istotą rozumną, lecz rzadko kiedy wolno mu rozprawiać niesłuchając, a zawsze słuchać musi nierozprawiając.
— Masz słuszność, wielebny mój przeorze i łaskawy sąsiedzie, i pewnie w Palos ani jeden głos nie powstanie przeciw prawdzie twych wyrazów. Lecz skoro mówimy o religii, powinienem nadmienić, iż z tego właśnie źródła płyną największe dla don Kolumba przeszkody. Dewotki rozgłosiły w całéj okolicy, że nauka o kulistości ziemi jest kacerstwem przeciwném pismu świętemu, i prawdę powiedziawszy, znalazły ony stronników nawet w murach tego klasztoru. Człowiek prostego umysłu niełatwo da w siebie wmówić że ziemia jest okrągłą, kiedy wzrok przekonywa go inaczéj. Wszelako ja, stary marynarz, wiem lekarstwo na majtków; wy zaś, szanowni słudzy kościoła, powinniście wpływać wszelkiemi sposobami na usunięcie wątpliwości religijnych z serc swych owieczek, a mianowicie na uciszenie wrzasków rodu niewieściego.
— Mamże wnosić z twych wyrazów, sennorze Pinzon, zapytał Kolumb, że chcesz przyłożyć się czynnie do wykonania mojego przedsięwzięcia?
— Taki jest właśnie mój zamiar. Nie znałem dotąd bliżéj warunków nałożonych przez donnę Izabellę, lecz objaśnił mnie o tém sennor don.... chciałem mówić sennor Pedro de Munoz, młodzieniec bardzo rozumny, którego wzięcie się rad będę ujrzéć na wielkim oceanie, odbywszy z nim tyle już podróży.
— Jakież szczęśliwe postanowienie! don Marcinie Alonzo, rzekł ucieszony przeor, szczęśliwe dla ciebie i dla nas. Powinieneś winszować sobie, admirale, żeś obok pomocy królowéj uzyskał tak znakomitego stronnika. Don Pinzon trzęsie całém pobrzeżem, i nie wątpię już teraz iż wkrótce otrzymamy żądane statki.
— Ponieważ widzę, sennorze Marcinie Alonzo, że naprawdę do nas przystajesz, odezwał się Kolumb, trzeba więc pomyśléć o warunkach. Co mówią mieszkańcy Palos o tych, jakie dawniéj podałem?
— Zgodzonoby się na nie, chociaż obecnie brak u nas pieniędzy, gdyby nie przesądne obawy.
— Co się tyczy ósméj części wydatków, do poniesienia któréj jestem obowiązany, mam nadzieję że się z tego wywiążę.
To mówiąc Kolumb mimowolnie rzucił wzrokiem na mniemanego Pedra.
— Lecz, ciągnął daléj, ze strony przerażonych majtków ważniejsze napotkamy przeszkody. Jeżeli zechcesz udać się zemną do przyległéj izby, pomówimy o tém obszerniéj, zostawiając tego młodzieńca pod opieką gościnności czcigodnego przeora.
— Pragniesz więc rzeczywiście należeć do wyprawy admirała? zapytał Luis’a ojciec Juan Perez po wyjściu Kolumba z Pinzon’em. Ułożenie twoje bardzo jest światowe, powiem nawet pańskie; ale wsiadłszy na okręt, mój synu, trzeba będzie spuścić nieco z tonu.
— Wielebny ojcze, postępować będę pod okiem admirała tak samo, jakbym postąpił przed Ferdynandem aragońskim, lub wreszcie przed Boabdil’em z Grenady, gdyby nieszczęśliwy ten władzca zasiadał jeszcze na tronie swych przodków.
— Szumne to wyrazy, mój młody przyjacielu; lecz wierzaj mi, że powaga Kolumba nie ugięła się nawet przed obliczem królowéj Izabelli.
— Czy znasz królowę? zapytał Luis z żywością, zapominając o przybranéj roli.
— Powinienem znać ją dokładnie, bo nieraz wysłuchałem jéj spowiedzi. Jest ona przedmiotem uwielbienia dla wszystkich Kastylijczyków; wszelako ja najlepiéj ocenić mogę wzniosłe jéj przymioty, jako niewiasty i królowéj.
Don Luis, bawiąc się rękojeścią swéj szpady, zajęty myślą o głównym przedmiocie swych uczuć, postanowił wybadać przeora.
— Nie byłżeś kiedy, zapytał, powoływanym jako spowiednik do młodéj dziewicy bardzo lubionéj przez królowę, a któréj serce, zaręczam, równie jest czyste, jak serce donny Izabelli?
— Sądząc po twém zapytaniu, mój synu, należałoby raczéj wysłać cię do Salamanki, dla poznania zwyczajów i obowiązków religijnych, niż w podróż odkrywczą do drugiéj świata połowy. Czyż nie wiész że spowiedź jest sakramentem, otoczonym najściślejszą tajemnicą? Lecz którażto z dziewic dworskich zajęła cię tak żywo, chociaż zapewne bez nadziei?
— Niestety! przedział między nami jest tak wielki, że może w życiu swojém słowa do niéj nie przemówię.
— Jednakże musi miéć nazwisko?
— I jeszcze jedno z najszlachetniejszych, mój ojcze; nazywa się donna Maria de los Mercedes de Valverde.
Przeor spojrzał na młodzieńca z wyrazem politowania, a potém spuścił głowę, jakby w myślach zatopiony.
— Znam tę damę, rzekł wreszcie, a nawet będąc u dworu, spowiadałem ją kilkakrotnie. Rzeczywiście zasługuje ona na szacunek donny Izabelli; lecz twoje dla niéj uwielbienie nie może opiérać się na rozsądnéj podstawie.
— Kto wié, wielebny ojcze. Jeżeli wyprawa nasza skończy się pomyślnie, czekają nas awanse i zaszczyty.
— Może masz słuszność; z tém wszystkiém donna Mercedes... Zakonnik uciął nagle, aby nie wydać tajemnicy spowiedzi. Wszelako, puściwszy już myśli tym torem, powiedział co było można.
— Zdaje się że dużo bywałeś po świecie; nie napotkałżeś kiedy, mój synu, kawalera kastylskiego don Luis’a de Bobadilla, granda Hiszpanii, noszącego także nazwisko hrabi de Llera?
— Mało mię obchodzą jego tytuły, odrzekł Luis z udaną obojętnością. Widziałem go kiedyś; jestto półgłówek, pełen niedorzecznéj junakieryi, po którym niewiele można się spodziéwać.
— Podobno tak jest, niestety, rzekł przeor, smutnie kiwając głową; a jednak powiadają że to jeden z najwaleczniejszych rycerzów hiszpańskich.
— Być może, odpowiedział Luis; lecz na co się przyda waleczność bez rozumu? Co do mnie, niekorzystne mam wyobrażenie o młodym hrabi de Llera.
— Lepszy on podobno od swéj sławy, dodał zakonnik; znam osoby co go chwalą, a nawet los swój wiążą z jego losem.
— Ojcze przeorze, wymień te osoby! zawołał Luis porywczo.
— Na cóż ci ta wiadomość, młodzieńcze?
— Potrzebna mi z kilku względów. Najprzód jestem sam młody, jak widzisz, a lepszy zawsze przykład od nauki; powtóre mam skłonność do tułactwa i mogę wyczerpnąć korzyść z życia sobie podobnych; potrzecie, serce moje z niecierpliwością... Ale dosyć na ten raz dwóch przyczyn.
Ojciec Juan Perez, pobożny chrześcianin i uczony zakonnik, niedoświadczony był jak dziecko w sprawach i namiętnościach światowych; jednakże uderzyło go dziwne postępowanie młodzieńca. Wzmianka o Mercedes pokierowała jego zdaniem, a przypomniawszy sobie, iż sam doradzał podróż don Luis’a, domyślił się wreszcie prawdy.
— Młodzieńcze, zawołał, jesteś don Luis de Bobadilla!
— Wielebny przeorze, po takiém odkryciu niepodobna już zaprzeczyć sługom bożym ducha proroczego. Jestem Luis, jak mnie widzisz, i wybiéram się w podróż dla zasłużenia na miłość pięknéj Mercedes de Valverde.
— Ależ, sennorze, godziłoż się tak nas zwodzić? Pozwól usłużyć sobie wszystkiém co posiada biédny nasz klasztor.
— Wybacz, czcigodny ojcze; Pedro de Munoz czy Pero Gutierrez niczego nie potrzebuje. Ale teraz, poznawszy mię, mógłbyś cóś powiedziéć o donnie Mercedes.
— Poznawszy cię, hrabio, więcéj jeszcze mam powodów milczenia, odparł z uśmiéchem ojciec Juan Perez. Ciotka twoja, czcigodna markiza de Moya, niech będzie orędowniczką twéj miłości; lecz sługa kościoła do spraw światowych wtrącać się nie powinien.
Po długiéj i poufnéj rozmowie, w któréj zakonnik, nie zdradzając tajemnicy, ukrzepił jednak nadzieję młodziana i pochwalił jego zamiar towarzyszenia Kolumbowi, ten ostatni, z Marcinem Alonzo, wszedł do izby, oświadczając że wszystko już ułożone, i że don Marcin sam weźmie udział w wyprawie.


ROZDZIAŁ XII.

Wiadomość że Marcin Alonzo Pinzon wybiéra się w podróż z Kolumbem, z szybkością błyskawicy rozeszła się po Palos. Przykład człowieka szanowanego w całéj okolicy silniéj niż rozkazy królewskie, silniéj niż nauka Kolumba wpłynął na umysły mieszkańców. Znając Marcina Alonzo jako jednego ze swoich, ufali jego zdaniu i doświadczeniu, gdy tymczasem rozkazy królowéj, kochanéj wprawdzie, lecz nieobecnéj, nosiły cechę przymusu. Co do samego Kolumba, chociaż większa część marynarzów Palos nie taiła dlań poważania, jednakże, straciwszy go z oczu, pomysły jego uważali za marzenie.
Pinzonowie wzięli się do dzieła jak ludzie przywykli gorliwie cudze wykonywać myśli. Kilku członków téj rodziny połączyło się dobrowolnie z Marcinem; jeden z braci jego, Wincenty Yanez, mianowany został dowódzcą okrętu, drugi sternikiem; słowem w przeciągu jednego miesiąca zrobiono więcéj dla urzeczywistnienia planów Kolumba, aniżeli przez lat siedmnaście, w których ony zaprzątały umysł wielkiego odkrywcy.
Pomimo wpływu miejscowego Pinzonów, nie brakło jednak w Palos na silnéj oppozycyi. Rodzina Pinzon miała swych nieprzyjaciół; powstały więc dwa przeciwne stronnictwa, z których jedno starało się niweczyć plany drugiego. Przekonano się wkrótce, że niektóre roboty źle były wykonywane, a rzemieślnicy dla zaradzenia temu przyzwani wzbraniali się pracować. W miarę jak się zbliżała chwila wypłynięcia, wiatr coraz gwałtowniéj dął od zachodu, i Pinzonowie spostrzegli z żalem, iż wielu ochotników zaczęło się wahać.
Takie było położenie rzeczy w końcu lipca, gdy Marcin Alonzo Pinzon powrócił do klasztoru Santa-Maria de Rabida, gdzie Kolumb ciągle przemieszkiwał, by czuwać zblizka nad przygotowaniami do podróży. Luis de Bobadilla, jako na nic w tém nieprzydatny, przepędzał w nudach samotne chwile, wzdychając za sławą wielkich czynów i marząc o wdziękach, wierności i cnocie nadobnéj Mercedes de Valverde. Ojciec Juan Perez starał się ze swéj strony o wspomożenie moralne swych przyjaciół; i rzeczywiście udało mu się, jeśli nie stłumić, to przynajmniéj uspokoić nieco wątpliwości mniéj oświeconych mieszkańców.
Kolumb, dowiedziawszy się że Pinzon chce z nim pomówić, przyjął go nader skwapliwie, wiedząc dobrze iż pomoc tego człowieka bardziéj mu jest potrzebną, od pomocy nawet donny Izabelli. Wprowadzono go więc natychmiast do izby przeora.
— Witam cię, szanowny Marcinie, rzekł zakonnik; co słychać w Palos, i kiedy wybieracie się w drogę?
— Na św. Franciszka, mój ojcze, nikt tego przewidzieć nie zdoła. Dwadzieścia już razy myślałem że wszystkie trudności zostały usunięte, a zawsze nowe napotykam przeszkody. Okręt la Santa Maria, którym popłynąć ma admirał z sennorem Gutierrez czy Munoz, już prawie gotowy. Jestto porządnie zbudowany statek o przeszło stu beczkach ładunku, i mniemam że jego excellencya z całą osadą tak wygodnie się na nim pomieści, jak świętobliwi ojcowie w klasztorze de la Rabida.
— Cieszy mnie to, zawołał przeor zacierając ręce; miejsce pobytu don Kolumba powinno być godne jego dostojeństwa!
— Nie o mnie tu chodzi, ojcze Perez, tylko o sprawę ludzkości. Rad jestem iż cię widzę, sennorze Marcinie Alonzo, bo właśnie wyprawić mam umyślnego do dworu i chciałbym cóś donieść nowego. Utrzymujesz więc że la Santa Maria wykończoną będzie do końca tego miesiąca.
— Tak jest, sennorze. Statek ten może pomieścić sześćdziesięciu ludzi, jeżeli tylko znajdziemy tylu w Palos ochotników. Bóg świadkiem jest naszych starań, i pewnie nam to wynagrodzi obfitością korzyści.
— Korzyścią naszą będzie rozszerzenie chwały bożéj, wtrącił przeor.
— Bez wątpienia, to wspólny nam wszystkim cel, ojcze Juan Perez; lecz biédnemu marynarzowi wolno przecież pomyśléć o żonie i dzieciach. Mniemani że i admirał nasz spodziéwa się z swego przedsięwzięcia korzyści pieniężnych.
— Nie mylisz się, dobry Marcinie, odpowiedział z powagą Kolumb; chcę przelać bogactwa Indyj do skarbca kastylskiego. Tym sposobem, szanowny przeorze, środki ku odzyskaniu grobu świętego pochodzić będą od nas, i staną się zależnemi od naszego powodzenia.
— Prawda, sennorze admirale, i to nas wyniesie w oczach całego chrześciaństwa, a mianowicie w obec zakonników klasztoru de la Rabida. Ale i tak już dosyć znajdujemy trudności w ujęciu sobie marynarzów; potrzebaż jeszcze straszyć ich krucyatą i dowodzić, że ciężko zdobytych zysków najlepiéj użyją na wypędzenie niewiernych? Poczciwi sternicy Franciszek, brat mój Marcin Pinzon, Sancho Ruiz, Pedro Alonzo Nino i Bartłomiej Roldan zapewne szczérze są do nas przywiązani; lecz jeśli za cel podróży wskażemy im krucyatę, już wtedy i wszyscy święci nie wyprowadzą ich na morze.
— Zobowiązanie moje czysto jest osobiste, odpowiedział Kolumb spokojnie, i mnie tylko samego dotyczéć będzie za powrotem. Kto niczego nie ślubował, nie potrzebuje téż ślubu dotrzymywać. Ale co tam nowego o statku twoim la Pinta? czy niezadługo będzie mógł oprzeć się burzom oceanu?
— Jak zwykle, sennorze, w rzeczach przymusowych, robota idzie wolno, nie wsparta tą ochoczą wesołością, co towarzyszyć zwykła pracom podjętym dobrowolnie i na własną korzyść.
— Ci biédni zaślepieni nie wiedzą, że tu chodzi o własne ich dobro, rzekł Kolumb. Wszelako wielkie czyny spełniają się zawsze wbrew woli nawet nieoświeconych ludów.
— Masz słuszność, sennorze, dodał przeor; dlatego téż pierwszym obowiązkiem chrześcianina jest wiara ślepa i głęboka.
— Byćto może, wielebny ojcze, odparł Marcin Alonzo, lecz ciemne umysły rzadko kiedy wierzą w to, czego nie pojmują. Gdy sobie kto wyobraża, że idzie na śmierć nieochybną, napróżno gadać mu będziesz o nagrodzie w przyszłém życiu. Z tém wszystkiém osada okrętu la Pinta gotową jest do podróży.
— Pozostaje jeszcze la Nina, ciągnął daléj Kolumb; gdy i ten statek zostanie wykończonym, będziemy mogli ruszyć w imię boże, dopełniwszy wprzód obowiązków religijnych.
— Tak jest, sennorze; brat mój Wincenty Yanez podjął się jego uzbrojenia, a co przyrzeknie członek rodziny Pinzon’ów, tego święcie dotrzyma. La Nina rozwinie żagle razem z okrętem admiralskim i z moim; toż trzebaby wielkiego nieszczęścia żeby choć jeden z tych statków nie dosięgnął ziemi obiecanéj.
— Pocieszające masz przekonanie, sąsiedzie Alonzo, rzekł przeor radośnie zacierając ręce; nie wątpię już o powodzeniu wyprawy, mimo przepowiedni ludzi nieprzychylnych.
— Bredzą, jak zwykle, ojcze Perez. Wprawdzie żaden z żeglarzów nie zaprzecza, iż na morzu prędzéj widać żagielki zbliżającego się okrętu, niż wielkie żagle umieszczone poniżéj; ale przypisują to zjawisko ruchowi wody, nie zaś kulistości ziemi.
— Czyż żaden z nich nie uważał kiedy cienia ziemi w czasie zaćmienia księżyca? zapytał Kolumb z uśmiechem człowieka, co przekonawszy się drogą naukowych badań o wielkiéj prawdzie, rzuca nieoświeconéj zgrai jeden z dowodów najbardziéj dotykalnych. Czyż nie widzieli że cień ten jest okrągły, i czyż nie wiedzą że każde ciało daje cień odpowiedni swemu kształtowi?
— To dowód tak oczywisty, sąsiedzie, że powinien rozproszyć wątpliwości największych plotkarzów pobrzeża.
— Nie tak łatwa z niemi sprawa, czcigodny ojcze. Najlepszym podobno sposobem przekonania tych poczciwców będzie popłynąć na zachód, dosięgnąć Cipango i szczęśliwie ztamtąd powrócić.
— Spodziéwam się że to niebawem nastąpi, don Marcinie Alonzo, rzekł Kolumb głosem otuchy. Lecz skoro zbliża się chwila naszego wyjazdu, powinniśmy pamiętać o obowiązkach religijnych. Niech każdy z nas wyspowiada się z grzéchów, a zanim wypłyniemy z portu, przyjmiemy wszyscy razem komunią świętą.
Po krótkich jeszcze naradach nad niektóremi szczegółami wyprawy, uczęstnicy téj rozmowy rozeszli się, i kilka dni upłynęło na czynnych przygotowaniach do drogi. Drugiego sierpnia 1492 r., w dzień czwartkowy rano, Kolumb wszedł do izby ojca Juan’a Perez, w ubiorze pokutniczym. Przeor już go oczekiwał, i wielki odkrywca przykląkł w obec zakonnika, przed którym nieraz ugięły się kolana królowéj Izabelli. Religijność Kolumba nosiła barwę wieku; spowiedź téż jego była mięszaniną głębokiéj skruchy i przeciwnych jéj błędów, tak często napotykaną w umysłach szczególniéj mężczyzn owego czasu.
— Nadto, rzekł Kolumb, wyspowiadawszy się z grzéchów najpospolitszych, obwiniam się, ojcze świętobliwy, o zbyteczne zaufanie w swych siłach, o karogodne może przekonanie, że jestem narzędziem Opatrzności, wybraném dla odwiecznych jéj celów.
— Ważny to błąd, mój synu, którego bacznie strzedz się powinieneś. Nie ulega zaprzeczeniu iż Bóg niekiedy czyni nas wykonawcami swéj woli; ale człowiek skłonny jest bardzo uważać podszepty miłości własnéj za wyższe natchnienie.
— Mówię sobie nieraz to samo, wielebny ojcze, odpowiedział łagodnie Kolumb, a jednak głos jakiś wewnętrzny, ułudny czy prawdziwy, każe mi wierzyć, żem jest zesłannikiem nieba.
— Dopóki głos ten skłania cię tylko ku chwale bożéj, posłuchaj go bez obawy; lecz skoro doznasz popędu dumnego zarozumienia, uciekaj przed nim, jak przed pokusą szatana.
— Wystrzegam się tego pilnie, świętobliwy kapłanie. A teraz, ulżywszy sumieniu, mogęż spodziéwać się rozgrzészenia?
— Czy nie masz nic więcéj do wyznania, mój synu?
— Grzéchy moje są liczne, ojcze przeorze, i godne zaiste potępienia, lecz zdaje mi się żem je wszystkie wymienił.
— Nie zawiniłżeś nigdy w stosunkach swoich z płcią, w któréj kształtach częstokroć kusi nas szatan, a niekiedy pocieszają aniołowie?
— Zbłądziłem nieraz jako człowiek, mój ojcze; ale wspomniałem już o tych grzechach.
— Czy pamiętasz o donnie Beatrix Enriquez, o synie swym, Fernandzie?
Kolumb pochylił głowę i westchnął głęboko.
— Prawdę mówisz, wielebny ojcze, jestto wina któréj niczém nie odkupię. Naznacz mi najcięższą pokutę, a zobaczysz jak chrześcianin poddać się umié zasłużonéj karze.
— Kościół tym razem poprzestaje na twojéj chęci, mój synu, gdyż mając na celu dzieło tak ważne dla religii, potrzebujesz swobody umysłu i ciała. Jako sługa boży nakazuję ci tylko przez dni dwadzieścia zmawiać codziennie ojcze nasz na intencyą tego grzéchu.
Po kilku jeszcze uwagach ze strony godnego kapłana przyszła kolej spowiedzi na don Luis’a. Pobożny przeor, jakkolwiek przejęty świętością swych obowiązków, musiał uśmiéchnąć się mimowoli, gdy roztrzepany młodzieniec, idąc za jakimś popędem niepowściągnionym, przyrównywał ciągle przestrogi spowiednika do słodszych uwag wybranki swego serca. Nałożona pokuta dość była surową; wszelako Luis, nieprzywykły do karności konfessyonału, mało nato zważał, przekonanym będąc, że samo już złożenie tak ścisłego rachunku sumienia dostateczną dla niego jest karą.
Po dopełnieniu wreszcie sakramentu spowiedzi przez Marcina Alonzo Pinzon i innych marynarzów, nastąpiła scena nacechowana piętnem wieku, lecz która w każdéj epoce silnie wpłynąćby musiała na ludzi wybiérających się w niebezpieczną podróż.
W kaplicy klasztornéj odprawiono mszę świętą. Kolumb z przykładną skruchą przyjął hostyą z rąk ojca Juan’a, a towarzysze wszyscy poszli za jego przykładem. W tym czasie niezachwianéj wiary ceremonie kościelne uważane jeszcze były za cele, a nie za środki religii. Niejeden z prostych majtków, którego życie dalekiém zwykle było od świętości, w téj chwili przykląkł z pokorą u stóp ołtarza, wzywając miłosierdzia bozkiego. Nie urągajmy modlitwom ludzi będących w niebezpieczeństwie, nie uważajmy takowych za wypływ obłudy, boć ony są hołdem stworzenia, złożonym wszechmocy Stwórcy. Pamiętajmy raczéj o ułomności ogólnéj swojego rodu, i cieszmy się myślą, że istota najwyższa przyjmuje ofiary tych nawet, których życie powszednie nie zgadza się z świętą jéj wolą. Te błyski ulotnych wzruszeń są dziełem ducha bożego; a co wychodzi od Boga, godném jest zawsze uwielbienia.
Wszelako, pomijając już nawet usposobienie ogólne, to pewna, że Kolumb dnia tego niezmyślonym przejęty był zapałem. Przywykły do odnoszenia zawsze swych zamiarów ku widokom świętobliwym, odkrywca z prawdziwą wiarą oddawał się bozkiéj opiece. Wiadomo iż się uważał za narzędzie Opatrzności; a możnaż utrzymywać, że przekonanie jego było mylne, zwłaszcza gdy skutek tak świetnie uwieńczył jego plany? W tym razie rzeczywistość przemawia za nim, i przypuścić należy, iż ręka kierująca niewidzialnie naszemi losami użyła gorącéj jego wiary za środek ku osięgnieniu zamierzonych celów.
Co się tyczy towarzyszów Kolumba, usposobienie ich było odmienne. Chwiejąc się miedzy nadzieją i obawą, żywioną szczególniéj przez kobiéty, podbechtani z drugiéj strony żądzą zysku, gotowi wprawdzie byli odważyć się na wszystko, byle zaczerpnąć z nieprzebranych skarbów krainy wschodu; lecz wrażenie to było nietrwałe, i można powiedziéć że skrucha ich po większéj części wypływała z trwogi.
— Ludzie twoi nie należą do bardzo wesołych, sennorze admirale; rzekł Luis opuszczając kaplicę; powiedziawszy prawdę wolałbym w uczestnikach tak wielkiego przedsięwzięcia znaleźć serca odważne i twarze śmiejące.
— Czy sądzisz, młodzieńcze, że twarz śmiejąca jest dowodem mocy duszy? Ci poczciwi marynarze myślą o swych grzéchach, a niechcąc skalać świętego dzieła, oczyszczają sumienie i poddają się woli Boga. Niepodobna byś i ty nie doznawał jakiegoś wrażenia religijnego.
— Na ś. Piotra, mojego patrona, myślę więcéj o Mercedes de Valverde, niż o czémkolwiek inném: to moja gwiazda polarna, moja religia, moja ziemia obiecana. Odkrywaj w imię Boże nieznane kraje, nawracaj wielkiego chana, ja wszędzie będę ci towarzyszył, i wszędzie dowiodę z mieczem w ręce, że pani mego serca na całym świecie niéma sobie równéj.
Kolumb, chociaż rozśmiészony tą szumną pochwałą, uznał jednak stosownym wyrzec słówko nagany.
— Boleję nad tém, mój młody przyjacielu, że cię znajduję w tak lekkomyślném usposobieniu. Czyż nie przeczuwasz długiéj kolei cudownych następstw naszéj podróży; nawrócenie niewiernych, zdobycie dalekich krajów, rozjaśnienie niektórych wątpliwości naukowych, niewyczerpane bogactwa i w końcu, na uwieńczenie dzieła, odzyskanie grobu Zbawiciela?
— Zapewne, sennorze admirale, zapewne, i to mnie napełnia radością; lecz poza tém wszystkiém widzę postać donny Mercedes. Naco mi złoto? mam go dosyć, lub będę miał wkrótce. Mało mnie téż obchodzi potęga korony kastylskiéj, skoro jéj sam nigdy nosić nie będę? Co do grobu świętego, daj mi Mercedes, a gotów jestem, jak moi przodkowie, zmierzyć się z wyznawcami proroka. Słowem, mistrzu, bądź moim przewodnikiem, a zaręczam, że, lubo z odmiennych pobudek, u jednego staniemy celu.
— Wielki z ciebie wartogłów, Luis, lecz uniewinniam cię przez wzgląd na pobożną dziewicę będącą przedmiotem twych uczuć.
— Poznałeś ją, sennorze, i przyznasz, że zasługuje na uwielbienie nietylko moje, ale całéj młodzieży hiszpańskiéj.
— Piękną jest w istocie, cnotliwą i pełną zapału religijnego, a przymioty te, rzadko z sobą połączone, usprawiedliwiają poniekąd twoje uniesienie; lecz nie zapomnij, że chcąc otrzymać jéj rękę, powinieneś wprzód odkryć Cipango.
— Widzę już okiem wyobraźni uroczą tę wyspę! Mercedes na jéj pobrzeżu wita nas z niewinnym uśmiéchem, czarującym jednocześnie zmysły i duszę. Oby najświętsza panna zesłała nam wiatr pomyślny, byśmy coprędzéj opuścić mogli to smutne pustkowie!
Kolumb nic nie odpowiedział, gdyż mimo pobłażania dla szału rozkochanego młodzika, zbyt ważne zaprzątały go myśli, aby podać mógł ucha wynurzeniom miłosnym.


ROZDZIAŁ XIII.

Nadeszła wreszcie chwila stanowcza, chwila co wynagrodzić miała Kolumbowi tyloletnie zawody i cierpienia. Podczas gdy ogół, porównywając wątłe środki oddane pod jego rozrządzenie z niezmiernemi trudnościami, truchlał o skutek przedsięwzięcia, burzącego w ich przekonaniu wszystkie prawa natury; odkrywca, lubo nie tracił zwykłéj przytomności, znajdował się w stanie zachwycenia, tłumionego jedynie przez roztropność. Ojciec Juan Perez szepnął na ucho Luis’owi, że radość admirała podobną być musi do błogiego uczucia chrześcianina, co z padołu ziemskich cierpień wchodzi w krainę wiecznego życia, którego niezna, a jednak z pewnością dostąpić się spodziéwa.
Drugiego sierpnia po południu podniesiono kotwice i rozwinięto żagle. Sternicy zamierzali w dniu tym poprowadzić okręty tylko do Huelva; ale zawsze byłto początek podróży, uważanéj przez wielu za bezpowrotną. Kolumb, wyprawiając posłańca do dworu, pozostał jeszcze na lądzie; nakoniec i on, w towarzystwie Luis’a i przeora, udał się ku przystani. Trzej przyjaciele postępowali w milczeniu, bo każdy z nich innemi zajęty był myślami; przeor zastanawiał się nad niebezpieczeństwem dzieła, które w téj chwili wydawało mu się nader wątpliwém; Kolumb przebiegał pamięcią szczegóły wydanych rozporządzeń; Luis wreszcie marzył o dziewicy kastylskiéj, jak zwykle nazywał Mercedes, i smucił się długiém z nią rozłączeniem.
Niedaleko pobrzeża towarzysze przystanęli, czekając na czółno. Tu ojciec Juan pożegnać miał podróżników; przerywając zatém długie milczenie, rzekł głosem wzruszonym:
— Sennorze Kolumbie! kilkanaście lat upłynęło od czasu jak przybyłeś poraz piérwszy do klasztoru de la Rabida, a były to dla mnie lata słodzone przyjaźnią i szczérém zadowoleniem.
— Podzielałem takowe, wielebny ojcze, chociaż rzucony na pastwę różnorodnych cierpień. Lecz nie zapomnę nigdy owéj chwili, gdy znużony pieszą podróżą, bez przytułku, bez pożywienia, wzywałem gościnności waszego zakonu. Przyszłość jest w ręku Boga, ale przeszłość niezatarte ślady wyryła w mojém sercu. Byłeś mi przyjacielem, czcigodny ojcze, wtenczas kiedy wszyscy mnie odtrącali; jeżeli kiedykolwiek zdołam przerobić zdanie ogólne.....
— Już ono przerobione na twą korzyść, admirale, przerwał skwapliwie ojciec Perez. Czyż nie zyskałeś pomocy naszych władzców i tego oto młodzieńca szlachetnego? nie towarzysząż ci życzenia wszystkich ludzi oświeconych naszego półwyspu?
— Byćto może, mój ojcze; zawsze jednak większość będzie nas lekceważyć, póki potrwa tułaczka nasza po morzu. W téj chwili nawet, gdyśmy posiedli środki rozwinięcia méj teoryi, gdy dotykamy już stopą progów przedsionka Indyj, mało kto zapewne wierzy w powodzenie wyprawy.
— Masz za sobą donnę Izabellę, sennorze.
— I donnę Mercedes! dodał Luis, nie mówiąc już o méj ciotce.
— Kilka tylko miesięcy cierpliwości! zawołał Kolumb, odkrywszy głowę osiwiałą wiekiem i troską i wznosząc ku niebu pałające spojrzenie; kilka miesięcy, to chwila jedna dla szczęśliwych, lecz dla nas staną się ony wiekami. Świętobliwy przeorze, nieraz już opuszczałem ląd stały z przekonaniem, iż życie moje wisi na włosku, iż prędzéj może wypadnie zginąć, jak szczęśliwie powrócić; dziś tylko najmniejszego nie czuję zwątpienia: los mój jest w ręku Boga; ukończenie zaś szczęśliwe wspólnego dzieła wyrokiem jego z dawna zostało przewidziane.
— Pochwalam to zaufanie w chwili stanowczéj, mój synu i mam nadzieję że ono nie zostanie zawiedzioném. Lecz oto nadpływa czółno: trzeba nam się rozstać.
— Świętobliwy ojcze, nie zapominaj o mnie w swych modlitwach, gdyż, jako człowiek ułomny i słaby, potrzebować będę podpory, a wierzę w skuteczność twego wstawiennictwa.

Marcin Alonzo Pinzon.

— Bądź spokojnym, drogi przyjacielu, użyję na twą korzyść wobec Boga Rodzicy i wszystkich świętych, prócz modeł osobistych, całéj potęgi obrządków kościelnych. Lecz żaden śmiertelnik przewidziéć nie zdoła zrządzeń Opatrzności; przedsięwzięcie twoje, jakkolwiek rozsądne i chwalebne, może nie powieść się.
— To niepodobna, ojcze; Bóg wszechmogący, co dotąd nie odmawiał nam pomocy, pewnie tego nie dopuści!
— Kto wié, mój synu! mądrość nasza, w porównaniu z niezbadanemi wyrokami nieba, jest ziarnkiem piasku w pustyni. W przypuszczeniu więc, że możesz powrócić zawiedzionym w oczekiwaniu, miałem ci powiedziéć, iż klasztor de la Rabida zawsze dla ciebie stać będzie otworem, bo w oczach naszego zakonu chwalebne usiłowanie równa się uczynkowi.
— Dziękuję ci, ojcze wielebny, i proszę o twoje błogosławieństwo.
— Przyklęknij więc, mój synu: w takiéj chwili i piasek pobrzeża stać może za świątynię.
Oczy Kolumba i przeora zrosiły się łzami rozrzewnienia. Genueńczyk kochał zakonnika, co piérwszy dłoń przyjazną podał nieznanemu przybyszowi; ojciec Perez nawzajem czule był przywiązanym do osoby odkrywcy i sprzyjał szczérze jego planom, obydwóch zaś łączyło ściśléj jeszcze głębokie poważanie dla wiary. Kolumb ukląkł na piasku i przyjął z synowską pokorą błogosławieństwo kapłana.
— I ty, młodzieńcze, rzekł ojciec Juan głosem drżącym od wzruszenia, nie odrzuć modeł starego sługi kościoła.
Luis, pomimo żywości wrodzonéj, jak wszyscy niemal ludzie owego wieku, szanował rzeczy święte; przykląkł więc bez wahania i otrzymał również błogosławieństwo.
— Żegnam cię, świętobliwy przeorze, zawołał Kolumb, ściskając rękę przyjaciela. Byłeś mi wiernym gdy wszyscy mię opuszczali; lecz teraz zbliża się dzień wspólnego tryumfu naszego. Zapomnij o mnie na kilka miesięcy, oczekując wypadków co sławą opromienią Kastylią, a w dziejach świetnego panowania Ferdynanda i Izabelli zaćmią zdobycie Grenady.
Słowa te wymówione były nie w sposób szumnéj przechwałki, ale z gorącą wiarą człowieka, co prawdę ukrytą przed innemi tak jasno przeniknął myślą, jakby ją widział okiem cielesném.
Uściskawszy się poraz ostatni, dwaj podróżnicy pożegnali przeora. Tymczasem czółno wysłane po Kolumba przybiło do brzegu i jeden z majtków wyskoczył na ląd dla spotkania admirała, gdy młoda jakaś kobiéta, z oznakami najwyższéj rozpaczy, rzuciła mu się na szyję.
— Pójdź, pójdź, Pepe! krzyczała szlochając; pójdź, dziécię twoje płacze za ojcem!
— Nie, Moniko, odpowiedział majtek, spoglądając ukradkiem na Kolumba, który był jeszcze w pewném oddaleniu. Wiész że nie z własnéj chęci podjąłem się téj podróży; ale mogęż się oprzéć rozkazom królowéj?
— To szaleństwo, Pepe, odrzekła kobiéta, ciągnąc męża za kaftan. Dosyć tego zmartwienia; pójdź uściskać swe dziécię!
— Czyż nie widzisz, Moniko, że admirał się zbliża; zapominamy o winném dla niego uszanowaniu.
Zwykła uległość niższych dla wyższych utuliła chwilowo skargi rozżalonéj niewiasty. Spojrzała na Kolumba błagająco; w jéj pięknych czarnych oczach malowało się uczucie matki i żony stroskanéj.
— Sennorze admirale, zawołała, Pepe nie jest ci już potrzebnym. Dopomógł on w przeprowadzeniu statków do Huelva; teraz wzywają go żona i dziecko.
Kolumb uczuł się rozrzewnionym boleścią młodéj kobiéty, posuniętą aż do obłędu; odpowiedział jéj więc, łagodniéj jak może należało w chwili tak stanowczéj i wobec wezwania niejako do buntu:
— Mąż twój szczycić się powinien, że towarzyszyć mi będzie w téj podróży; tobie zaś, jako żonie dzielnego marynarza, nie należy odstręczać go od szczęścia.
— Nie wierz mu, Pepe; zły duch przez niego cię kusi. On bluźni przeciw słowu bożemu, mówiąc że ziemia jest okrągłą i że płynąc ku zachodowi można się dostać na wschód; on zgubi ciebie i wszystkich!
— Dlaczegóż tak myślisz, dobra kobiéto? zapytał admirał. Cóżby mi przyszło ze zguby twego męża i jego towarzyszów.
— Nic nie wiem i nie troszczę się o to; ale Pepe należy do mnie, i nie popłynie na tę przeklętą wyprawę. Nie można spodziéwać się dobrego skutku z przedsięwzięcia opartego na zaprzeczeniu świętym prawdom religijnym.
— I jakiegożto nieszczęścia tak się obawiasz? Idąc za mąż wiedziałaś że się łączysz z marynarzem, a jednak odrywasz go teraz od służby.
— Niech go wyszlą przeciw Maurom, Portugalczykom lub Anglikom, to nie powiem ani słowa; ale sprzeciwiam się podróży w usłudze złego ducha. Poco nas przekonywać, sennorze, że ziemia jest okrągła, gdy oczy nam mówią przeciwnie? a jeśli naprawdę okrągła, to okręt co się spuścił jednym jéj brzegiem nigdy już nie powróci, bo jakże słaby statek płynąć może pod wodospad? Gdy błąkać się będziesz po oceanie przez kilka miesięcy, jakże potém trafisz napowrót? Ach sennorze! Palos jest małém miasteczkiem; straciwszy je z oczu, pewno już go nie znajdziesz.
— Jakkolwiek dziecinnie brzmią te zarzuty, rzekł Kolumb spokojnie do Luis’a, nie są ony w istocie mniéj zasadne od uwag jakich nasłuchałem się bez liku z ust nawet ludzi uczonych. Gdy umysł człowieka zamroczony jest ciemnotą, myśl jego nagromadza dowody najbardziéj nawet niedorzeczne, w celu obalenia pewników których nie pojmuje. Ale spróbuję zjednać sobie tę niewiastę przez pobudki religijne. Czy jesteś chrześcianką Moniko?
— Matko bozka! jakież zapytanie? Czyż sądzisz, sennorze admirale, że Pepe ożenił się z Maurytanką?

— A ty kolego, rzekł Kolumb, do Sanch’a Munido.....

— Wysłuchaj mię przeto i uznaj, że twoje postępowanie niegodne jest chrześcianki. Nie sami tylko Maurowie pozbawieni są światła wiary; owszem plemię niewiernych po całéj rozrzucone jest ziemi. Na wschodzie szczególniéj tylu znajduje się pogan, co piasku na tém pobrzeżu; bo dotąd mała tylko część świata naszego zostaje w posiadaniu wyznawców Chrystusa: nawet grób Zbawiciela kalają stopy nieprzyjaciół wiary.
— Słyszałam o tém, sennorze, i dziwię się że chrześcianie nie umieją temu zaradzić.
— Czyż nie mówiono ci nigdy, że nadejdzie chwila w któréj słowo boże, jak odgłos trąby dnia sądnego, przemknie do uszu niewiernych, w któréj ziemia cała będzie wielką świątynią, poświęconą czci Przedwiecznego i chwale Jego imienia?
— Pamiętam, sennorze, iż zakonnicy de la Rabida i proboszcze parafialni cieszyli nas tą nadzieją.
— A czy w tych czasach nie poparło jéj ważne jakie zdarzenie?
— Pepe, jego excellencya mówi zapewne o łzach co spłynęły z oczu najświętszej panny w kaplicy klasztornéj.
— Nie myślę o cudzie tak wątpliwym, w który wolno każdemu wierzyć lub nie wierzyć. Ależ zapominasz o czynie naszych władzców, zapewniającym tryumf ewangelii.
— On mówi o wypędzeniu Maurów, Pepe! zawołała niewiasta, spoglądając z zadowoleniem na męża: słyszałam że zdobyto Grenadę i że królowa Izabella weszła tam zwycięzko.
— Tak jest, moja córko, i w tém właśnie zdobyciu widoczną jest wszechmoc Stwórcy. Stolica Maurów posiada teraz chrześciańskie kościoły, a wkrótce wznosić się ony będą i w krajach nieznanego wschodu. Swięteto dzieło, nierozsądna niewiasto! wstrzymując męża od udziału w takowém, pozbawiasz go nagrody w przyszłém życiu, co więcéj, ściągasz przekleństwo na głowę swego dziecka.
Młoda kobiéta zdawała się zachwianą; rzuciła wzrokiem trwogi na admirała i męża, i przeżegnawszy się pobożnie rzekła do Kolumba:
— A ty, sennorze, czy pragniesz rzeczywiście chwały bożéj?
— To cel mój jedyny, dobra niewiasto, i oby przedsięwzięcie moje tak się skończyło pomyślnie, jak słowa moje są prawdziwe!
— I ty także, sennorze? dodała Monika, zwracając się do młodzieńca.
— I ja podobnież idę za natchnieniem, jeśli nie Boga samego, to przynajmniéj anioła, odpowiedział Luis.
— Czy słyszysz, Pepe? Mianożby nas zwodzić, mianożby bezzasadnie tyle złego mówić o admirale?
— Cóż o mnie mówią? zapytał spokojnie Kolumb; powiédz śmiało moja córko, nie będę się gniéwał.
— Sennorze, masz wielu nieprzyjaciół, i nic w tém dziwnego, kiedy matki, żony i narzeczone żeglarzów tego portu ciągle ich niechęć podżegają. Mówią naprzód że jesteś biédny.
— To prawda tak widoczna, moja dobra kobiéto, że niepodobna jéj zaprzeczyć. Ale czyż ubóstwo zbrodnią jest w Palos?
— Nie cenią jakoś w tym kraju ubogich, sama niewiem dlaczego; bo mnie się zdaje iż jesteśmy tak dobrzy jak i drudzy. Daléj, sennorze, powiadają że nie jesteś rodem z Kastylii, tylko z Genui.

Donna Inez Garaza.

— I to także prawda: lecz możeż to być ujmą w oczach tutajszych marynarzów, że pochodzę z rzeczypospolitéj tak słynnéj z odkryć morskich?
— Niewiem sennorze; ale my dumni jesteśmy z tego, żeśmy zrodzeni w Hiszpanii, a mianowicie w Kastylii, ojczyznie cnotliwéj donny Izabelli. Bo jakże téż Genueńczyk może być równy Hiszpanowi? Wolałabym żeby Pepe wyjeżdżał z ziomkiem, a jeszcze pochodzącym z Palos albo Moguer.
— Dowodzenie twoje jest dowcipne, chociaż niebardzo przekonywające, odpowiedział Kolumb z uśmiéchem; lecz godziż się potępiać człowieka, dlatego że ubogi i Genueńczyk?
— Nie zaiste, sennorze! Co do mnie lepsze już teraz mam wyobrażenie o téj podróży. Zawsze przecież jestto wielka ofiara dla biédnéj kobiéty z dziecięciem, puszczać męża w tak niebezpieczną drogę.
— Masz oto przed sobą młodzieńca szlachetnego imienia, kochającego i kochanego, który posiada i bogactwa i zaszczyty, a jednak towarzyszy mi za zgodą, a nawet z rozkazu, swéj kochanki.
— Prawdażto sennorze? zapytała z żywością niewiasta.
— Prawda, moja dobra; co więcéj, całą swą nadzieję zasadzam na téj podróży. Wszak mówiłem że działam z natchnienia anioła.
— Bogdaj tych młodych paniczów, jak oni słodko umieją przemówić! Ale sennorze, powiadają jeszcze że sam tylko z tego przedsięwzięcia odnieść możesz korzyść, podczas gdy takowe innym uczęstnikom zagraża nieszczęściem. Ubogi dotąd i nieznany, zostałeś odrazu admirałem, niektórzy utrzymują, że jeśli spotkasz na morzu galery weneckie, nie omieszkasz ulżyć im ładunku.
— I cóż to wszystko szkodzić może twojemu mężowi? Wszak dzielić z nim będę niebezpieczeństwa i korzyści. Czy zdobędę złoto, czy zasługę w obliczu Boga, zawsze Pepe otrzyma część sobie należną. Na sądzie ostatecznym, moja córko, nikt nie zapyta kto bogaty a kto ubogi, kto Hiszpan a kto Genueńczyk.
— Prawda, sennorze! ale zawsze to ciężko dla młodéj żony rozstawać się z mężem. Mów szczérze Pepe, czy masz ochotę popłynąć z admirałem?
— Wszystko mi jedno, Moniko; jestem w służbie królowéj, a dobry poddany nie powinien opierać się jéj rozkazom. Prócz tego, posłuchawszy wyrazów jego excellencyi, zmieniłem nieco przekonanie.
— Jeżeli ta podróż ma rzeczywiście na celu dobro kościoła, wtrąciła niewiasta, nie powinieneś uchylać się od niéj. Pozwól sennorze, by Pepe noc tę przepędził z rodziną, a jutro skoro świt stawi się na pokładzie okrętu la Santa Maria.
— Jakąż dajecie mi rękojmię?
— Sennorze, jesteśmy chrześcianami, służymy jednemu Bogu i wszystkich nas zarówno odkupiła krew Zbawiciela.
— Masz słuszność, moja córko, polegam na waszém słowie. Pozostań w chacie do rana, poczciwy mój Pepe, a potém spiesz gdzie cię wzywa powinność.
Młodzi małżonkowie, wynurzywszy swą wdzięczność, odeszli, a że osada czółna zajętą jeszcze była niektóremi przygotowaniami, Kolumb przeto, przechadzając się z młodzieńcem wzdłuż brzegu morskiego, toczył znim przyjacielską rozmowę.
— Otóż widziałeś próbkę tych trudności, jakie od lat kilkunastu przychodzi mi pokonywać, rzekł odkrywca smutnie, chociaż bez cierpkości. To zbrodnia być ubogim, być Genueńczykiem, słowem nie takim, jak sobie ludzie uroili! Wspomnij moje słowo, hrabio de Llera, przyjdzie dzień w którym Genua nie uzna się zniesławioną imieniem Krzysztofa Kolumba, w którym Kastylia dopominać się będzie udziału w mojéj chwale. Ty nie wiész, młodzieńcze, ileś wyprzedził drugich na drodze wielkich czynów przez samo urodzenie i dostatki. Spojrzyj na mnie, starca osiwiałego cierpieniem, i wspomnij, że rozpoczynam zaledwo dzieło mające stawić nazwisko moje w rzędzie tych, co się dobrze zasłużyli Bogu i ludzkości.
— Zwykłyto porządek rzeczy, sennorze. Ludzie których położenie społeczne niższe jest od zasługi, usiłują wznieść się do stanowiska jakie im przeznaczyła natura, podczas gdy dziedzice sławy i majątku przodków poprzestają najczęściéj na użyciu tych dóbr przypadkowo nabytych. Widzę w tém tylko słabość człowieka, i w części niesprawiedliwość losu.
— Masz słuszność Luis; lecz co innego zimno rozumować, a co innego znosić cierpienie. Umysł twój, młodzieńcze, jest szlachetny i szczéry; powiédzże mi otwarcie, czy wyżéj cenisz Kastylczyka od Genueńczyka?
— Nie zaiste, jeśli Genueńczyk nazywa się Krzysztof Kolumb, a Kastylczyk Luis de Bobadilla, odpowiedział śmiejąc się młodzieniec.
— Ależ Luis, chcę słyszéć twoje zdanie.
— Co robić, sennorze admirale; ludzie jedni są zawsze, w Hiszpanii, czy we Włoszech, czy w Anglii; podobno wszędzie lepiéj oni trzymają o sobie niż o sąsiadach.
— Mój młody przyjacielu, na proste zapytanie nie odpowiada się ogólnikiem.
— Lecz nie uważa się także zdania objawionego z prostotą za zboczenie. My Kastylczycy siebie jedynie mamy za wzorowych chrześcian, a wszystkich innych za grzészników zatwardziałych. Ale téż, na ś. Jakuba, wolno wynosić się narodowi co wydał taką królowę jak donna Izabella, i taką dziewicę jak Mercedes de Valverde.
— Widzę żeś dumny podwójnie, raz jako poddany, powtóre jako kochanek, i poprzestaję na twém oświadczeniu, choć ono nie zawiéra odpowiedzi na moje zapytanie. Lecz chociaż nie jestem Kastylijczykiem, przyznasz iż żaden nawet z Guzman’ów nie puścił się do Cipango. Wiadomo ci zresztą że Opatrzność wybiéra swe narzędzia bez względu na urodzenie. Większa część świętych męczenników wiary pochodziła ze wzgardzonego plemienia Żydów, sam nawet zbawiciel wyszedł z jego łona. Zobaczysz młodzieńcze, co powié świat po upływie najdaléj trzech miesięcy.
— Sennorze admirale, jeżeli prośby moje zostaną wysłuchane, to podziwiać będzie bogactwa wyspy Cipango i państwa wielkiego chana; w przeciwnym razie, jesteśmy ludźmi co znieść potrafią i zawód w najdroższych nadziejach.
— Zawodu wcale się nie obawiam. Posiadając słowo królewskie i trzy okręty, tak pewny jestem swego, jak rybołówca płynący z Madery do Lizbony.
— Nie wątpię że szczęśliwie dokonasz dzieła; ale ponieważ wszystko w tém życiu podlega przypadkowi, należałoby może nie ufać zbytecznie.
— Droga do Indyj tak jasno przedstawia się oku mojego ducha, jak oku cielesnemu to słońce zachodzące. Widzę ją od lat siedmnastu, nakształt gwiazdy co w trudnéj przyświécała mi pracy. Powinien wszakże myśléć o zawodzie, kto tylokrotnie go doznał i najpiękniejsze lata strawił na ułudnych nadziejach.
— Na ś. Piotra, mojego patrona, smutny, sennorze, był twój żywot i ważna obecnie nadeszła w nim chwila.
— Nie znasz mię, Luis, jeśli przypuszczasz że mam jakąkolwiek wątpliwość. Dzień ten od lat kilkunastu najszczęśliwszym jest w mojém życiu; jakkolwiek bowiem przygotowania do podróży mogą być niedostateczne, jakkolwiek statki nasze są lekkie i niewielkiego rozmiaru, to przecież za ich pomocą stanie się światło nad ziemią i Kastylia wzniesie się ponad wszystkie narody chrześciańskie.
— Przykro ci pewnie, mój mistrzu, że twoja ojczyzna, Genua, nie zbierze spodziewanych z naszego przedsięwzięcia korzyści.
— Słusznie mówisz, młodzieńcze; boleśnie jest rzucać ziemię rodzinną i szukać pomocy u obcych, chociaż my marynarze nietyle tęsknimy za krajem, co podróżnicy stałego lądu. Ale Genua odrzuciła me usługi; toż jeśli dziécię kochać i szanować powinno rodzica, ten zato jest w obowiązku udzielenia mu opieki. Każda powinność ma swoje granice, z wyjątkiem tylko powinności względem Boga, od których nic uwolnić nas nie może. Genua okazała się dla mnie macochą, a témsamém straciła prawo do mojéj osoby. Zresztą gdzie chodzi o sławę bożą, nie należy wybrédzać w środkach. Odtąd donna Izabella jest prawą władczynią moją, któréj wyłącznie, po Bogu, poświęcę życie.
W téj chwili oznajmiono admirałowi że czółno gotowe, i dwaj towarzysze niezwłocznie puścili się na morze.
Potrzeba było niezłomnéj odwagi, niezachwianego przekonania, jakiém natchniony widzieliśmy umysł odkrywcy, aby nie upaść na duchu, przy środkach tak mało odpowiednich niebezpieczeństwom zamierzonéj podróży. Wymieniliśmy już nazwiska trzech okrętów, składających wyprawę: la Santa Maria, la Pinta i la Nina; domieszczamy obecnie niektóre szczegóły o budowie tych statków, a mianowicie pierwszego z nich, przeznaczonego dla Kolumba i młodego Bobadilla, w celu obznajmnienia czytelników z zewnętrzną stroną wielkiego przedsięwzięcia.
Okręt admiralski la Santa Maria, znacznie większy od innych, urządzony był dosyć starannie, przez wzgląd na dostojeństwo Kolumba. Wszelako, chociaż opatrzony pokładem i porządną kajutą, o wiele ustępował w lekkości i wdzięku teraźniejszym statkom przewozowym. Tylna część jego, zwana kasztelem, podobną była do baszty stérczącéj nad wodą: a przód, nadzwyczajnie széroki, równał się prawie jednéj trzeciéj długości pokładu. Kto nie zna kształtu okrętów przed wiekiem jeszcze w Europie używanych, temu pojąć trudno, iż ony żeglować mogły bezpiecznie, wznosząc się tak wysoko nad morze. Wątpliwość tę usuwa jedyne uwaga, że statki owoczesne głęboko się zanurzały, że maszty ich były niższe, korpus krótszy, a żagle i linowanie nie tak ciężkie jak obecnie.
La Pinta i la Nina były bez pokładów; w epoce bowiem, kiedy wycieczki morskie odbywano zawsze prawie wzdłuż brzegów, marynarze chronili się zwykle przed burzą do najbliższego portu; z tego więc powodu pokłady nietyle były potrzebne dla bezpieczeństwa statku i ładunku, tudzież dla wygody, ile w podróżach zaoceańskich. Nie należy wszakże wyobrażać sobie, że te statki żadnego nie miały pokrycia; owszem tylną ich część łączyło zwykle z przednią przejście nakształt pomostu, lub przynajmniéj zasłona z płótna napuszczonego smołą.
Po takiém obejrzeniu statków oddanych pod rozrządzenie Kolumba przyznać należy, że jeśli ogół przesadzał niedostateczność takowych, zawsze jednak, zdaniem doświadczonych żeglarzów, nie były ony odpowiednie wielkiemu zadaniu, którego spełnienia po nich wyglądano.


ROZDZIAŁ XIV.

Kolumb, przybywszy zaledwo na pokład la Santa Maria, udał się do swéj kajuty; Luis przeto tego wieczoru nie miał już sposobności pomówienia z mistrzem. Wprawdzie młodzieniec, pod przybranym tytułem sekretarza, mieszkał w jednéj izbie z admirałem, lecz nie chcąc przeszkodzić mu w pracy, przechadzał się do północy na pokładzie, marząc jak zwykle o Mercedes de Valverde. Gdy wreszcie wszedł do kajuty, zastał Kolumba już śpiącego.
Nazajutrz ostatecznie rozwinąć miano żagle, i nie zawadzi przytoczyć tu nawiasem, że w dzień właśnie piątkowy, okrzyczany przez marynarzów jako feralny, rozpoczęto podróż najśmielszą i razem najszczęśliwszą ze wszystkich jakie kiedykolwiek odbyto na ziemi.
Luis był jednym z piérwszych na pokładzie i zastał Kolumba zajętego już wydawaniem rozkazów. Skoro admirał, czyli don Christoval, jak go nazywali majtkowie, spostrzegł młodzieńca, przywołał go do siebie. Mimo że środki wyprawy ustępowały w sile jednéj szalupie wojennéj dzisiajszego uzbrojenia, imię jednak królowéj, powaga osobista odkrywcy i wreszcie cel tajemniczy, otoczył ją znaczeniem nierównie wyższém od środków materyalnych. Przywykły do panowania burzliwym namiętnościom, Kolumb przekonany był o potrzebie wpojenia w swych towarzyszów głębokiego dla siebie poważania; unikał przeto wszelkiéj poufałości z podwładnemi, używając najczęściéj za pośredników, w swoich z niemi stosunkach, braci Pinzon. Długoletnie doświadczenie nauczyło go, że tylko najsurowsze przestrzeganie form zewnętrznych utrzymać może w karbach posłuszeństwa garstkę ludzi rzuconą w ciasny przestwór okrętu, i dlatego przepisał ścisłe zasady etykiety względem swéj osoby.
— Zostaniesz przy mnie, sennorze Gutierrez, rzekł admirał, używając zmyślonego nazwiska, które Luis udawał że kryje pod imieniem Pedro de Munoz; wiedział bowiem iż na okręcie zawsze się znajdą podsłuchujący, a zależało mu na tém, aby młodzieniec uchodził za pokojowca królewskiego; zostaniesz przy mnie, bo tu nasze miejsce, dopóki Opatrzność nie pozwoli nam dzieła dopełnić. Oto droga jaką przebyć zamyślam po niezmierzonym oceanie.
To mówiąc Kolumb wskazał na mappę, którą trzymał przed sobą, kréśląc na niéj palcem linią w kierunku zachodnim. Byłato mappa znanego wówczas świata. Europa miała na niéj kształt mniéj więcéj zbliżony do prawdziwego; na południe ląd jakiś wybiegał aż po Gwineę, niżéj zaś wszystko było już ziemią nieznaną. Wyspy kanaryjskie i azorskie właściwe zajmowały położenie, lecz stronę zachodnią Atlantyku odgraniczało urojone pobrzeże Indyj, tudzież wyspa Cipango czyli Japonia i archipelag opisany przez Marco Polo. Szczęśliwym błędem Cipango położono na mappie pod stopniem długości odpowiednim dzisiajszemu Washingtonowi, to jest dwieście mil bliżéj na wschód, i temuto zapewne przypadkowi zawdzięcza ludzkość powodzenie wyprawy Kolumba.
Luis, poraz piérwszy od czasu jak postanowił uczęstniczyć w wyprawie, z ciekawością spojrzał na mappę.
— Na św. Gennaro z Neapolu! zawołał, (byłoto nałogiem młodzieńca powtarzać imiona świętych i wszystkie zaklęcia zwidzanych przez siebie krajów); wsławimy się tą podróżą, jeśli tylko powrócić nam się uda.
— Oto pytanie, które najwięcéj podobno w téj chwili zaprząta wszystkie umysły, odpowiedział Kolumb; rzuć tylko okiem na zniechęcone twarze majtków i posłuchaj utyskiwań.
Młodzieniec na tę uwagę obejrzał się wkoło, i wzrok jego uderzył obraz smutny, choć ożywiony. La Nina pod żaglem trójkątnym była już w ruchu, okrążona czółnami, z których żegnano osadę śród oznak najwyższéj rozpaczy. La Pinta tylko co miała podnieść kotwicę, a lubo Marcin Alonzo Pinzon umiał tu powściągnąć głośne objawy boleści, i przy niéj jednak uwijały się czółna, jakich mnóstwo niezliczone otoczyło zdala nawet okręt admiralski, chociaż uszanowanie dla Kolumba nie dozwalało im się zbliżyć. Widocznie ci biédacy mniemali, że ostatni raz widzą odpływających, a tych znowu część większa przygotowaną była nie powrócić już do ojczyzny.
— Czy nie widziałeś dziś Pepe’go? zapytał Kolumb, przypominając sobie zdarzenie z młodym majtkiem. Jeżeli on nie dotrzyma słowa, trzeba nam będzie dobrze pilnować reszty, dopóki tylko jest jakaś możliwość ucieczki.
— Skoro nieobecność jego uważałbyś, admirale, za złą przepowiednię, to przeciwnie obecność powinna dobrze nam wróżyć. Oto poczciwy Pepe siedzi na rei ponad naszemi głowami, rozpinając żagiel.
Kolumb spojrzał w górę i dostrzegł młodego marynarza, jak uczepiony na szczycie trójkątnego żagla, kołysał się z masztem, rozwiązując pletnię przytrzymującą zwinięte płótno. Pepe, to zwracał oczy na admirała, jak gdyby chciał się przekonać, czy zwierzchnik zauważył jego powrót, to w tył się oglądał za jakimś przedmiotem niewidzialnym.
Powitawszy skinieniem młodego majtka, admirał postąpił z Luis’em ku przodowi okrętu, aby się przekonać czy jakie czółno ściąga w tamtę stronę uwagę Pepe’go. Rzeczywiście ujrzeli mały bacik prowadzony przez Monikę, któremu pozwolono zbliżyć się, przez wzgląd zapewne na wioślarkę. Zaledwo żona Pepe’go spostrzegła Kolumba, gdy powstawszy z siedzenia wyciągnęła ku niemu ręce, chcąc, ale nie śmiąc przemówić. Widząc ją przerażoną hałaśliwym zgiełkiem co panował dokoła, odkrywca piérwszy się do niéj odezwał.
— Uważam, rzekł, iż mąż twój umié dotrzymywać słowa. I ty zapewne czujesz teraz, moja córko, że lepiéj jest dopełnić chociażby ciężkiego obowiązku, jak skalać się haniebném zbiegostwem.
— Odkąd objaśniłeś mię, sennorze, względem celu téj wyprawy, rozstaję się z mężem jeśli nie bez boleści, to przynajmniéj bez szemrania. Uboléwam nad wczorajszém zaślepieniem swojém, i prosić będę Boga, aby mężowi mojemu pozwolił usłużyć świętéj sprawie kościoła.
— Oto słowa godne żony-chrześcianki. Opatrzność czuwa nad nami, i Pepe twój powróci szczęśliwie, przyczyniwszy się do wielkiego dzieła.
— Ale kiedy, sennorze, kiedy? zawołała młoda niewiasta, nie mogąc, mimo przybranéj odwagi, powściągnąć uczuć swego serca.
— Kiedy Bóg zechce, moja dobra.... zapomniałem jak ci na imię.
— Monika, sennorze admirale, a dziecię moje nazywa się Juan. W żyłach naszych niema ani kropli krwi maurytańskiéj; jesteśmy czystej rasy Hiszpanami.
— Będę miał staranie o ojcu małego Juan’a, odpowiedział Kolumb z uśmiéchem kryjącym łzę w jego oku. I ja także zostawiam w tym kraju drogie dla siebie istoty, a między niemi syna, który nie zna nawet swéj matki. Gdyby się nam przytrafiło nieszczęście, Diego byłby sierotą, podczas gdy mały twój Juan zostaje przynajmniéj pod opieką macierzyńską.
— Wybacz, sennorze, rzekła wzruszona niewiasta; człowiek zbyt często staje się obojętnym na cudze cierpienia, kiedy myśli o swoich. Zabierz mojego męża i niech was Bóg poprowadzi!
Wymówiwszy te słowa pożegnalne, Monika chwyciła za wiosło, i czółenko jéj zwolna zaczęło poruszać się ku brzegowi. Gdy Kolumb spojrzał za siebie, spostrzegł że większa część majtków pozawieszanych na linach i masztach, chciwie nadstawiając ucha, byli świadkami przytoczonej rozmowy. W téj saméj chwili podniesiono kotwicę i okręt la Santa Maria płynąć zaczął w kierunku wiatru, za nim La Pinta i La Nina. Piérwsze promienie wschodzącego słońca oświeciły rozpięte żagle trzech statków, w ślad których mnóstwo czółen puściło się aż do Saltes. Ztamtąd już okręty ruszyły bez przeszkody na niezmierzony ocean atlantycki, jakby trzy ciała ożywione, pchnięte ręką przeznaczenia ku tajemniczemu celowi, którego ani przewidzieć, ani uniknąć, ani przyspieszyć nie zdołają.
Ranek był piękny i wiatr wesoło dął w żagle od brzegu. Wszystko szło najpomyślniej; ale nieznana przyszłość trwogą jakąś i posępnością przejmowała serca odpływających. Wiedziano że admirał zmierza ku wyspom kanaryjskim, a w przekonaniu wątpiących od tego właśnie punktu zacząć się miały niebezpieczeństwa podróży, których oni z podobnem wyglądali uczuciem, jak oskarżony dnia sądu, jak skazany wykonania wyroku, lub grzesznik śmierci. Część wprawdzie osady, nie poddając się téj słabości, gotową była na wszystko; wszelako i najmężniejsi wahali się między nadzieją a obawą.
Podróż do wysp kanaryjskich lub azorskich uważano wtedy za nader śmiałe przedsięwzięcie. Piérwsze z nich znane już były starożytnym. Juba, król maurytański, miał je opisać pod nazwą wysp Szczęśliwych. Dzieło jego zaginęło; lecz dawni pisarze poświadczają prawdziwość faktu. Podanie niesie, że w owéj już epoce wyspy kanaryjskie zamieszkane były przez ludność dosyć oświeconą. W następstwie atoli czasów, w peryodzie ciemnoty co zamierzchła Europę po świetném Rzymian panowaniu, zupełnie o nich zapomniano, i dopiéro w połowie XIV wieku kilku awanturników hiszpańskich nanowo je odkryło. Późniéj Portugalczycy jednę z nich objęli w posiadanie, puszczając się ztamtąd w wycieczki wzdłuż brzegów Gwinei. Hiszpanie, ukróciwszy potęgę muzułmańską, zwrócili także w tę stronę swą uwagę i obsadzili niektóre wyspy, tak iż w epoce naszego opowiadania cała gromada podzieloną była między dwa te narody chrześciańskie.
Luis de Bobadilla, który najwięcéj żeglował po morzach północnych i po Śródziemném, ze słyszenia tylko wiedział o istnieniu wysp kanaryjskich; Kolumb więc, stojąc z młodzieńcem na pokładzie, wskazał mu ich kierunek, tłumaczył odrębne cechy i rozszerzył się nad ich ważnością pod względem zasobów wewnętrznych, oraz jako miejsca odpływu.
— Portugalczycy, rzekł, wielkie z tych wysp odnoszą korzyści, bo ony wybornym są punktem spoczynku dla nabrania żywności, drzewa i wody; dlaczegóżby więc Kastylia nie miała iść za ich przykładem? Wiész jak daleko sąsiedzi nasi posunęli się na południe i jakie ztamtąd bogactwa wpłynęły do Lizbony; a jednak to wszystko niczém jest w porównaniu następstw wyniknąć mogących z podróży naszéj na zachód.
— Czy myślisz dosięgnąć państwa wielkiego chana, zapytał Luis, nie płynąc daléj na zachód, jak Portugalczycy na południe?
Admirał baczne wkoło rzucił spojrzenie, a widząc że nikt go podsłuchać nie może, odpowiedział:
— Ty znasz, młodzieńcze, usposobienie mych towarzyszów. Nawet w pobliżu stałego lądu nie byłbym pewny ich wierności; bo nic łatwiejszego jak umknąć w nocy pod jakimkolwiek zmyślonym pozorem.
— Marcin Alonzo, odparł Luis, niezdolny jest dopuścić się tak podłego uczynku.
— Zapewne, mój synu, jeżeli przypuszczasz że spowodować go może jedno tylko tchórzostwo. Marcin Alonzo jest zręcznym i nieustraszonym żeglarzem, którego dobre chęci wielce są dla nas pożądane. Lecz oko jego niezawsze może czuwać, a żadna w świecie nauka nie powściągnie wściekłości rozhukanych rokoszan. Nie ręczę nawet za osadę swojego okrętu, dopóki miéć jeszcze będzie nadzieję łatwego powrotu na przypadek podniesienia buntu, a tém bardziéj za ludzi nie zostających pod bezpośrednim nadzorem moim. Gdybym na twoje zapytanie odpowiedział publicznie, strwożeni marynarze już teraz może wymówiliby mnie posłuszeństwo; bo trzeba ci wiedziéć, że podróż nasza nieskończenie dłuższą będzie od wszystkich, jakie kiedykolwiek odbyto na ziemi.
— A jednak, mistrzu, przedsiębierzesz ją z takiém zaufaniem?
— Wiadome ci, Luis, moje myśli. Śmieję się z podobnie niedorzecznych obaw jak ta, że spuściwszy się na dół, nie będziemy potém mogli wdrapać się pod górę, lub że spadniemy z brzegu ziemi; i ty zapewne już takowych nie podzielasz.
— Na Św. Yago! wyobrażenia moje w tym względzie bardzo są niejasne. Prawda żem nigdy nie słyszał aby kto z ziemi zleciał w powietrze, i nie przypuszczam by to przytrafić się miało naszym biédnym okrętom; lecz z drugiéj strony dotychczas teorya tylko przemawia za zdaniem, że ziemia jest okrągła i że płynąc na zachód, dostać się można na wschód. Jestem więc neutralnym; ale chociażbyś posterował prosto na księżyc, Luis de Bobadilla zawsze będzie przy twym boku.
— Młody wietrzniku! udajesz nieświadomego więcéj, aniżeli nim jesteś w istocie. Póżniéj może rozwinę przed tobą szczegółowo swoje plany; dziś skończmy na tém rozmowę.
O godzinie siódméj rano okręty minęły osepy Saltes, a koło południa podróżnicy nie stracili jeszcze z oczu ojczystego wybrzeża. Owoczesne statki mało zwykle rozpinali żagli; to téż największą wtedy szybkością, przy pomyślnym wietrze, były trzy mile angielskie na godzinę.
Tak więc w téj słynnéj podróży słońce poraz piérwszy zapadło w morze, gdy wyprawa, dążąc w kierunku południowym, odbyła zaledwo pięćdziesiąt mil angielskich. Palos zupełnie już znikło w mglistych falach oceanu, a że pobrzeże wybiegało na wschód, wprawne więc tylko oko starych marynarzów rozróżnić mogło wierzchołki gór sewilskich. Kolumb z Luis’em znajdowali się jeszcze na tylnéj części okrętu, śledząc w milczącém zadumaniu ostatnich zarysów stałego lądu Hiszpanii, podczas gdy nieopodal dwóch majtków zajmowało się spojeniem zerwanéj liny.
— Patrz na to słońce, co się nurza w niezmiernym oceanie, sennorze Gutierrez, rzekł admirał, używający zawsze przy innych, jednego ze zmyślonych nazwisk młodzieńca. W codziennym obiegu jego znajduję dowód kulistości ziemi i potwierdzenie teoryi mojéj, że płynąc na zachód dosięgnąć można Indyj.
— Gotów jestem zawsze uznać mądrość twych pomysłów i zasadność twych nadziei, sennorze admirale, odrzekł Luis, nie spostrzegłszy zrazu dwóch majtków; ale wyznać powinienem, że nie pojmuję styczności między słońcem a obraną przez nas drogą. Wiemy że gwiazda dzienna nieustannie przebiega niebo, że rankiem powstaje z morza, by wieczorem powrócić w faliste swe łoże; lecz ma to miejsce równie na brzegach Kastylii, jak w Indyach i wszędzie; zdaje mi się przeto, że nic nie dowodzi ani za, ani przeciw twojemu przekonaniu.
Na te słowa majtkowie z ciekawością zwrócili oczy na admirała, oczekując jego odpowiedzi. Luis w jednym z nich poznał Pepe’go; drugi był typem wytrawnego marynarza, prawdziwym wilkiem morskim, co w języku żeglarzów znaczy człowieka tak zrośniętego z swym zawodem, że cała powiérzchowność jego, umysł, a nawet mowa odrębnéj nabiérają cechy. Majtek ten miał około lat pięćdziesięciu: nizki, krępy i napuszysty, w niezgrabnych rysach twarzy łączył owę mieszaninę dzikości z pojętnością, tak często napotykaną u ludzi przywykłych do życia zmysłowego. Kolumb na piérwsze spojrzenie widział, że ma przed sobą doświadczonego gracza.
— Niepodobna, odrzekł admirał, aby słońce, któremu mądrość Stwórcy krążyć kazała koło ziemi, napróżno w nocy roztaczało swe promienie. Jakoż wiemy z przekonania, że zmiany dnia i nocy posuwają się ku zachodowi, aż po krańce znajoméj nam ziemi; wnoszę więc z tego iż gwiazda dzienna nieustannie ludzi obdarza swém ciepłem i światłem, i w miarę jak znika na jednym punkcie globu, zjawia się na drugim. Tarcza słoneczna, gdy dla nas zapadnie, jest jeszcze widzialną na wyspach azorskich i w Smyrnie; a wyspy greckie ujrzą takową nazajutrz o godzinę od nas wcześniéj. Przyroda żadnéj siły nie marnuje bezużytecznie; przekonany jestem, że kula ognista, co niedawno opuściła nasz widnokrąg, przyświéca Indyom, podczas gdy tutaj panuje ciemność, i z tamtąd, postępując w kierunku wschodnim, przez stały ląd Azyi powraca w nasze strony. Słowem, sennorze Pedro, ten ruch jaki słońce z zadziwiającą szybkością odbywa po niebie, my skromniéj naśladować zamierzamy po ziemi. Dajcie mi czas ku temu potrzebny, a wypłynąwszy na zachód, powrócę z wami przez kraj Tatarów i Persów.
— Pomyślność zatém wyprawy naszéj zawisła od kulistości ziemi?
— Tak jest, sennorze de Munoz, i bardzobym nad tém ubolewał, gdyby ktokolwiek z mych ludzi odmiennego był zdania. Oto dwóch marynarzów wysłuchało naszéj rozmowy; zapytam ich co myślą w tym przedmiocie. Jeżeli się nie mylę, mój młody przyjacielu, jesteś majtkiem z którym wczoraj rozmawiałem na pobrzeżu i nazywasz się Pepe.
— Sennorze admirale, wasza excellencya niezasłużoną pamięcią zaszczyca biédnego człowieka.
— Biédnego, ale dodaj poczciwego. Pewny jestem, że cokolwiek wypadnie, liczyć mogę na twą wierność.
— Wasza excellencya nietylko iż jako admirał może mną rozrządzać, lecz nadto, zjednawszy sobie Monikę, zyskałeś tém przychylność jéj męża.
— Dziękuję ci, dobry mój Pepe, odpowiedział Kolumb. A ty kochanku, dodał, zwracając się do drugiego marynarza; wyglądasz mi na zucha, co nie ulęknie się wody zmąconéj. Jakże się nazywasz?
— Sennorze admirale, rzekł majtek, śmiało patrząc na zwierzchnika; koledzy zwykle wołają na mnie Sancho, a czasem przez grzeczność dodają Mundo; co razem złożone daje Sancho Mundo, jako nazwisko nikczemnéj figury, którą widzisz przed sobą.
— Mundo, (świat) to szumne bardzo nazwisko dla biédnego marynarza, wtrącił admirał z uśmiéchem ujmującym; gdyż jako znawca ludzi pojmował, że jeśli zbyt wielka poufałość uwłacza godności przełożonego, to z drugiéj strony niejakie pobłażanie jedna mu serca podwładnych.
— Excellencyo, powiadam zawsze kolegom, że Mundo to mój tytuł, a nie imię, tytuł nierównie wyższy od królewskiego, bo mocarze téj ziemi w części tylko posiadają, co do mnie należy całkowicie.
— Czy z ojca masz to nazwisko, czy téż przybrałeś takowe, aby zabłysnąć dowcipem przy zdarzonéj sposobności?
— Nie znam nazwiska swych rodziców, sennorze admirale. Znaleziono mnie podrzuconego w koszyku, pode drzwiami warsztatu okrętowego niedaleko...
— Mniejsza o miejsce, przyjacielu Sancho; dosyć że znaleziono cię w koszyku, zamiast w kolebce.
— Nie chciałbym, wasza excellencyo, aby świat kiedyś spiérał się o miejsce mojego urodzenia; choć wreszcie, kiedy kto nie wié gdzie idzie, a my podobno wszyscy jesteśmy w tém położeniu, niepotrzebna mu téż wiadomość zkąd wyszedł.
— Czy dawno służysz, mój poczciwy Mundo?
— Tak dawno, sennorze, że na lądzie ściska mi się oddech i tracę apetyt. Znalezionym będąc przy warsztacie okrętowym, sam nie wiem kiedy i jakim sposobem znalazłem się na morzu, i od tego czasu co wpłynę gdzie do portu, to czém prędzéj z niego umykam.
— A jakimże trafem przyjąłeś udział w téj wyprawie.
— Władza miejscowa w Moguer wcieliła mię do niéj z rozkazu królowéj. Sądzono zapewne, że ta podróż nad wszystkie inne przypadnie mi do smaku, bo jak się zdaje będzie ona bez końca.
— Więc przymuszono cię do służby?
— Nie ze wszystkiém, sennorze admirale. Wszak każdy człowiek życzy sobie choć raz w życiu obejrzéć wszystkie swe posiadłości. Powiadano mi że płyniemy na drugi koniec świata; więc zaciągnąłem się z ochotą.
— Jesteś chrześcianinem, Sancho, i pragniesz niezawodnie upowszechnienia naszéj wiary miedzy poganami?
— Sennorze admirale, mało mnie obchodzi ładunek, byle tylko nie przyszło za wiele pompować i byle starczyło dobrego trunku. Co się tyczy mojego chrześciaństwa, musiałbym o to zapytać tych co mnie znaleźli w koszyku. Wiem, sennorze, że Pepe jest chrześcianinem, bom go widział w ręku księży; a może który staruszek w Moguer będzie mógł to samo powiedziéć o mnie. W każdym razie, szlachetny admirale, nie jestem Żydem ani Muzułmanem.
— Uważam cię, mój Sancho, za biegłego i nieustraszonego marynarza.
— O tém, sennorze, niech świadczą drudzy. Jak przyjdzie spotkać się z burzą, sam się przekonasz czy mnie zbywa na tych przymiotach.
— Dobrze więc; odtąd obydwóch was policzam do rzędu najwierniejszych towarzyszów swoich.
Rzekłszy te słowa Kolumb oddalił się i niezadługo z Luis’em wszedł do kajuty. Przytoczona rozmowa, jak przewidział odkrywca, uzyskała mu rzeczywiście serca dwóch marynarzów, a sprzymierzeniec tak bystrego umysłu i śmiałéj mowy, jak Sancho Mundo, bardzo dla niego był pożądany. Jakże często największe przedsięwzięcia zależą od rzeczy napozór drobiazgowych! W tym razie odkrycie drugiej świata połowy zawisłém może było od humoru podrzutka Sancho.


ROZDZIAŁ XV.

Przy pomyślnym wietrze trzy statki posuwały się szybko w kierunku wysp kanaryjskich. W poniedziałek, szóstego sierpnia rano, Kolumb na tylnym pokładzie rozmawiał wesoło z Luis’em i kilką towarzyszami, gdy nagle la Pinta zwinęła żagle i zwróciła się przeciw wiatrowi. Ruch ten niespodziany domyślać się kazał jakiego przypadku; okręt więc admiralski podpłynął, dla zasięgnienia wiadomości.
— I cóż, don Marcinie Alonzo! krzyknął Kolumb przez trąbę, dlaczego zatrzymałeś się w biegu?
— Nasz stér uszkodzony, sennorze; czekać muszę póki go nie naprawią.
Kolumb zachmurzył się, i poleciwszy Marcinowi Alonzo największy pośpiech, zaczął wielkiemi krokami niespokojnie pokład przebiegać. Osada, widząc admirała zmartwionym, usunęła się, zostawiając go sam na sam z mniemanym pokojowcem króla.
— Spodziéwam się, sennorze, że to małe uszkodzenie nie opóźni naszéj podróży, rzekł Luis po chwili milczenia. Marcin Alonzo dzielnym jest marynarzem; zaradzi więc złemu tymczasowo, a na wyspach kanaryjskich gruntownie wszystko się naprawi.
— Prawdę mówisz, Luis, nie trzeba tracić nadziei. Ale obawa moja z innego wypływa źródła. Wiadomo ci że la Pinta została zabraną z polecenia królowéj, na rzecz owej kary wymierzonéj przeciw mieszkańcom Palos i wbrew życzeniu jéj posiadaczów. Otóż właściciele tego statku, Gomez Rascon i Christoval Quintero, znajdują się na pokładzie i pewny niemal jestem iż rozmyślnie spowodowali ten wypadek.
— Na ś. Jago, sennorze, mam wyborne na to lekarstwo. Pozwól mi udać się do tych panów, a powiem im, że jeśli raz jeszcze ster się popsuje, jednego powiesić każesz na maszcie, a drugiego wrzucić w morze.
— Tylko w ważnych zdarzeniach, mój synu, użyć można podobnéj surowości, i to posiadając jawne dowody występku. Wolę na wyspach kanaryjskich o inny postarać się statek, bo przewiduję że trudno nam będzie uniknąć podstępu tych ludzi, dopóki zupełnie się ich nie pozbędziem. Niepodobna przy tak wzburzonym morzu powierzyć się szalupie, inaczéj sprawdziłbym osobiście to zdarzenie. Zaufajmy jednak biegłości Marcina Alonzo.
W parę godzin późniéj okręty były już w ruchu, i mimo doznanéj zwłoki około siedmdziesięciu mil morskich odbyto w jednéj dobie. Lecz wkrótce stér la Pinty powtórnemu uległ uszkodzeniu. Admirał, widząc w tém dowód zdrady, postanowił nieodmiennie usunąć niechętnych, jeśli tylko na wyspach znajdzie się inny statek.
Nazajutrz rano trzy okręty zbliżyły się do siebie na odległość głosu ludzkiego, i miała miejsce narada, z któréj można było powziąć wyobrażenie o wiadomościach żeglarskich dowódzców. W owym czasie narzędzia żeglugi bardzo jeszcze były niedokładne; wprawdzie od wieku przeszło używano bussoli, lecz nie znano jéj zboczeń, tak ważnych przecież w dalekich podróżach. Marynarze rzadko na otwarte puszczali się morze, a położenie okrętu obliczali podług gwiazd bardziéj, niż podług rachunku. Jeden tylko Kolumb uderzający stanowił wyjątek, bo zgłębił dokładnie wszystkie tajnie nauki, wyższy w tém nieskończenie od współczesnych.
Towarzysze wyprawy przekonali się wtedy, iż sam tylko admirał oznaczyć umié prawdziwe okrętów położenie. Jakoż niezadługo zjawienie się na widnokręgu cyplów kanaryjskich w stronie południowo-wschodniéj potwierdziło jego zdanie. Że jednak na morzu góry widzialne są w wielkiéj odległości, a przytém wiatr nieco się obrócił, dosięgnięto Teneryffy dopiéro we czwartek ósmego sierpnia, czyli w sześć dni po opuszczeniu Palos.
Wysiadłszy na ląd, Kolumb zajął się natychmiast poszukiwaniem innego statku, lecz nie znalazłszy go w miejscu, popłynął do Gomery. I tam wszelako starania jego były daremne; mimo swéj woli przeto odkrywca powrócił do Teneryffy, i zabrawszy naprawiony okręt la Pinta, udał się znów ku Gomerze, zkąd ruszyć miano w ostateczną już drogę.
Tymczasem między majtkami objawiać się zaczęły znaki skrytego niezadowolenia. W przeprawie z Teneryffy do Gomery Kolumb z Luis’em i kilką oficerami znajdował się na pokładzie w tylnéj części okrętu, gdy rozmowa kilkunastu ludzi, zgromadzonych około wielkiego masztu, zwróciła jego uwagę. Noc była ciemna i dosyć spokojna; głos przeto rozmawiających, jakkolwiek stłumiony, rozchodził się daléj, niż sobie tego życzyli.
— Mówię ci, Pepe, rzekł jeden z najgorętszych rozprawiaczów, że przyszłość nasza ciemniejszą jest od téj nocy. Czy słyszał kto kiedy o lądzie poza wyspami azorskiemi? Czyż nie wiemy że Opatrzność ziemię otoczyła wodą, rzucając tu i owdzie gromady wysp, jako punkt oparcia dla marynarzów, a wszystkie opasując niezmierzoném łożyskiem oceanu, zapewne dla położenia granic zuchwałéj ciekawości człowieka?
— To prawda, Pero, odpowiedział Pepe; ale Monika wierzy iż admirał zesłanym jest przez Boga dla rozszerzenia religii chrześciańskiéj.
— Ej, bo Monika twoja powinnaby zająć miejsce donny Izabelli, jeśli tak mądra i wszystkowiedząca. W Moguer powiadają, że ona jest twoją królową, i że chciałaby rządzić wszystkiemi, jak panuje nad tobą.
— Nie dotykaj matki mojego syna, przerwał mu gniewnie Pepe. Umiem znieść docinki przeciw sobie; ale wara temu, kto śmié źle mówić o Monice.
— Tęgi z ciebie gębacz, Pero, gdy się znajdujesz o sto mil od swojéj połowicy, odezwał się głos gruby Sancho Munda; ale wiadomo nam wszystkim kto w twojéj chałupie rej wodzi, i że u siebie w domu jesteś pokorny jak harpunowany wieloryb. Lecz dosyć o tem, pomówmy raczéj o rzeczach żeglarskich; a ty, zamiast obarczać pytaniami tak niedoświadczonego młodzieńca jak Pepe, sprobuj się lepiéj ze mną na języki.
— A więc cóż mi powiész o téj ziemi nieznanéj, leżącéj poza oceanem, któréj nikt nie zwidził i nie zwidzi prawdopodobnie?
— Powiem ci, gaduło, że był czas gdy nie znano wysp kanaryjskich, gdy nasi żeglarze nie śmieli wypływać z ciaśniny, gdy Portugalczycy nie domyślali się nawet istnienia owych kopalń w Gwinei, co tyle ich dziś bogacą.
— I cóż Gwinea może mieć wspólnego z podróżą naszą na zachód? Cały świat wié o tém oddawna, iż na południu Europy rozciąga się Afryka; nic przeto dziwnego że wylądowano w kraju, którego istnienie żadnéj nie podlegało wątpliwości. Ale zkąd pewność iż z tamtéj strony oceanu napotkamy ląd stały?
— Dzielnie, Pero! rzekł jeden z majtków; podobno Sancho dobrze się poskrobie, zanim odpowiedziéć zdoła na twój zarzut.
— Zapewne, odrzekł Sancho obojętnie, babie co miele językiem tylko dla zabawki, przyszłoby to z trudnością; lecz admirał nasz śmieje się z tak błahych zarzutów. Posłuchaj mię, Pero, bo gadasz jak człowiek co tyle razy odbył drogę z Palos do Moguer, że całkiem zapomniał o wielkim trakcie między Sewillą a Grenadą. Każda rzecz musi miéć swój początek, a podróż nasza będzie właśnie początkiem wypraw do Indyj. Płyniemy na zachód, gdyż to jest droga najkrótsza, a nawet jedyna którą udać się można. Powiedzcież, koledzy, czy statek jakichkolwiek rozmiarów może przebyć góry i doliny stałego lądu?
Sancho czekał odpowiedzi, która naturalnie była przeczącą.
— Spojrzyjcież tedy na mappe admirała, a zobaczycie iż po każdéj stronie Atlantyku, od bieguna do bieguna, rozciągają się ziemie tamujące żeglugę w innym kierunku niż w zachodnim; dowodzenie przeto Pera sprzeciwia się naturze.
Pero miał cóś nadmienić, gdy okrzyk trwogi przebiegł po tłumie zgromadzonych. Ostrokręgowy słup Teneryffy, odrzynający się w niewyraźnych zarysach na tle ciemnego widnokręgu, buchnął nagle płomieniem, rzucając ponure światło na wierzchołki gór przyległych. Majtkowie wszyscy przeżegnali się mimowolnie, a kilku z nich, padłszy na kolana, zaczęło odmawiać różańce. Obudzono śpiących i postanowiono zwrócić na to zjawisko uwagę admirała! Pero obrany został mówcą.
Kolumb, znajdujący się wtedy z małym orszakiem oficerów w tylnéj części okrętu, spostrzegł również niespodziany wybuch cypla Teneryffy. Grono otaczających go osób, zbyt światłe by trwożyć się miało tym widokiem, śledziło przebieg zjawiska z natężoną ciekawością, gdy Pero zbliżył się w towarzystwie całéj prawie osady. Nakazawszy towarzyszom milczenie, przystąpił zaraz do rzeczy.
— Sennorze admirale, rzekł, przyszliśmy prosić waszéj excellencyi abyś rzucił okiem na szczyt Teneryffy, który, zdaniem naszém, w téj chwili daje nam uroczystą przestrogę, iż nie należy gwałtem wdziérać się w tajemnice natury. Gdy góry zioną ogniem, wtedy człowiek czuje swą słabosć i korzy się przed potęgą Stwórcy.
— Czy jest między wami taki, co był na morzu Śródziemném i widział wyspy należące do małżonka naszéj królowéj, don Ferdynanda? zapytał spokojnie Kolumb.
— Ja byłem, sennorze, zawołał z żywością Sancho, zwidziłem Cypr i Alexandryą, a nawet Stambuł, stolicę Turka.
— A więc znasz pewnie i Etnę, co bezustannie prawie wyrzuca płomienie, śród okolic bogatych jednak w skarby przyrody?
Kolumb starał się następnie wytłumaczyć swym ludziom przyczynę wybuchów wulkanicznych, wkładając na oficerów obowiązek poparcia krótkich objaśnień jego bliższém wyłuszczeniem. W końcu dodał, że jeśli majtkowie chcą koniecznie w tém zjawisku upatrywać przepowiednię, to powinni uważać takowe za znak, iż Opatrzność sama przyświéca ich podróży.
Otóż z jakiemi przeszkodami walczyć musiał wielki odkrywca, jeszcze wtedy nawet, gdy po tyloletnich usiłowaniach otrzymał wreszcie środki, acz słabe, ku dokonaniu przedsięwzięcia, co miało stanowić erę w dziejach świata i ludzkości!
Okręty przybyły do Gomery 22 sierpnia, i zatrzymały się tam przez dni kilka dla nabrania żywności, zanim opuściły ostatecznie siedzibę cywilizacyi i granice znanego wówczas świata. Przybycie wyprawy Kolumba, w epoce kiedy środki kommunikacyi bardzo były niedokładne, wielkie na wyspach sprawiło wrażenie. Admirała obsypywano zaszczytami, nietyle z powodu godności jaką piastował, ile raczéj dla wielkości dzieła któremu przewodniczył. Mieszkańcy wysp kanaryjskich i azorskich powszechnie prawie wierzyli w istnienie lądu na zachodzie; lecz przekonanie ich w tym względzie, jak zaraz ujrzemy, polegało na dziwném złudzeniu.
Między znakomitościami wyspy Gomera piérwsze miejsce zajmowała donna Inez Peraza, matka hrabi Gomera, otoczona licznym gronem własnych domowników i przybyszów z wysp sąsiednich. Gościnnie w swym domu podejmując admirała, donna Inez zapraszała także znaczniejszych jego podwładnych, a między niemi Pedra de Munoz, czyli Pera Gutierrez, jak naprzemian nazywano znanego nam młodzieńca.
— Rada jestem, don Christoval, rzekła pewnego razu donna Inez Peraza, iż najjaśniejsi państwo zezwolili wreszcie na rozwiązanie téj wielkiéj zagadki, nie dlatego tylko, że ono zapewnić ma tryumf religii chrześciańskiéj i przysporzyć sławy ojczyznie, ale jeszcze w interesie współobywateli swoich, z których wielu na własne oczy widziało ląd jakiś w stronie zachodniéj, i chcieliby oświecić się w tym względzie.
— Słyszałem o tém, szlachetna pani, i pragnąłbym dowiedziéć się szczegółów.
— Dobrze więc, sennorze, jeśli takie jest twoje życzenie, wzywam obecnego tu kawalera Dama, aby ci opowiedział co wiemy o tym kraju tajemniczym.
— Najchętniéj, donna Inez, odrzekł zagadniony z skwapliwością nierzadką u zwolenników rzeczy cudownych, gdy mają sposobność rozszerzenia się nad ulubionym przedmiotem. Słyszałeś zapewne, sennorze admirale, o wyspie Saint-Brandan, położonéj na mil ośmdziesiąt lub sto w kierunku zachodnim od Ferro, którą widziało tylu żeglarzów, a żaden jéj nie dosięgnął.
— Słyszałem o téj wyspie bajecznéj, odpowiedział z powagą admirał; lecz pozwól mi zrobić uwagę, iż niéma na świecie lądu niedostępnego dla ludzi co go ujrzeli rzeczywiście.
— Ujrzeli niezawodnie, szlachetny admirale, odezwało się razem kilka głosów; my wszyscy wiemy że go widziano, a niejeden z żeglarzów naszych poświadczy, iż daremnie na nim wylądować usiłował.
— Człowiek, jako istota rozumna, powinien zbadać to co widzi, odparł Kolumb z niezłomną stałością. Wskażcie mi południk wyspy Saint-Brandan, a po upływie tygodnia wiedzieć będę ile w tém podaniu jest prawdy.
— Nie znam się na południkach, odpowiedział sennor Dama, ale wierzę swoim oczom. Widziałem kilkakrotnie tę wyspę przy zupełnie pogodném niebie, i mogłem dokładnie rozróżnić jéj kształty. Pamiętam nawet, że raz byłem świadkiem jak słońce schowało się za jéj szczyty.
— Zdanie tak zacnego męża zasługuje na wiarę; z tém wszystkiém, sennorze, uważam to zjawisko za złudzenie atmosferyczne.
— To niepodobna! zawołało kilku obecnych; tysiące osób jest corocznie świadkami pojawiania się i nagłego znikania Saint-Brandan.
— Otóż ta właśnie okoliczność, szlachetna pani i czcigodny kawalerze, dowodzić wam powinna że jesteście w błędzie. Wierzchołek Teneryffy na sto mil dokoła widzialny jest przez rok cały, wyjąwszy gdy mglistość powietrza staje temu na zawadzie. Każdy kawałek ziemi wzniesiony ręką Stwórcy spoczywać musi niezmiennie na swych podstawach, dopóki go nie zwali gwałtowne jakie wstrząśnienie, zesłane również przez Boga.
— To wszystko może być prawdziwém, sennorze, lecz niéma reguły bez wyjątku. Zrządzenia Opatrzności często są tajemnicze, a cele jéj dla nas niedostrzegalne. Dlaczegoż naprzykład Maurowie tak długo byli panami Hiszpanii? dlaczego niewierni dzierżą dotąd grób Zbawiciela? dlaczego władzcy nasi przez siedm lat odmawiali ci pomocy w tak świętém przedsięwzięciu? Może téż to zjawienie się Saint-Brandan jest zapowiedzią powodzenia twych planów.
Kolumb był entuzyastą; ale zapał jego ograniczał się na tajnikach wiary. Jak wszyscy prawie spółcześni, wierzył w bezpośrednią skuteczność pobożnych ofiar, pokut i modlitwy. Jednakże męzki jego rozum odrzucał pospolite cuda, a lubo uważał się za narzędzie Opatrzności, nie przypuszczał jednak aby dla jego zachęty porządek natury miał być przerwanym.
— Zaprawdę, przeświadczony jestem głęboko, że najwyższa istota zleciła mi posłannictwo odkrycia drogi morskiéj między Europą i Azyą, odrzekł po chwili; lecz nie posuwam zaślepienia do tego stopnia, abym wierzył w dopuszczenie cudów na mą korzyść. Zgodniejsze podobno z naturalnym biegiem rzeczy, a nawet pochlebniejsze dla mnie, będzie przekonanie, iż rozrządzam temi tylko środkami, jakie zapewnia nauka. Długoletnie rozmyślanie nad tym przedmiotem i wielostronna praca postawiła mię w możności sprostania swojemu zadaniu.
— A towarzysze twoi, czy równie dobrze użyli swojego czasu? wtrąciła donna Inez, spoglądając na Luis’a, którego rycerska i miła powierzchowność powszechnie się, zwłaszcza kobiétom, podobała. Czy sennor Gutierrez trawił także bezsenne nocy na badaniach naukowych, aby zapewnić tryumf ewangelii?
— Sennor Gutierrez jest ochotnikiem; niechże sam wymieni swe pobudki.
— Więc będę go prosić o odpowiedź. Obecne tu damy, sennorze, pragną dowiedziéć się, co mogło skłonić do téj wyprawy kawalera, którego powodzenie na dworze donny Izabelli lub w wojnie przeciw Maurom byłoby niezawodne.
— Wojna z Maurami ukończona, odrzekł Luis z uśmiéchem, a donna Izabella i wszystkie damy jéj dworu sprzyjają tylko ludziom dbającym o chwałę religii i kraju. Nie jestem filozofem, nie zgłębiłem żadnéj nauki, ale cel naszéj podróży jak gwiazda świetna i błyszcząca staje mi przed oczyma i gotów jestem poświęcić życie, byle go dosięgnąć.
Wykwintne grono gości donny Inez Peraza głośne objawiło zadowolenie; bo nic tak łatwo nie zyskuje pochwał, jak odwaga wsparta przymiotami osobistemi. Że Kolumb, weteran morski, skołatany wiekiem, narażał życie, i tak już niedalekie kresu, dla przeniknienia tajemnic zaatlantyckich, to nikogo nie dziwiło; lecz uwielbiano poświęcenie młodziana, który los swój powierzał tyle wątpliwemu przedsięwzięciu. Luis, ucieszony tym objawem współczucia, chciał jeszcze coś dodać, gdy donna Inez, bardzo nie w porę dla miłości własnéj młodzieńca odezwała się w te słowa:
— Jakże szlachetne są te uczucia, obok zamiarów przypisywanych młodemu potomkowi jednéj z najpierwszych familij kastylskich. Korrespondenci moi donoszą mi, że i on także podróżuje, ale w sposób niegodny swojego urodzenia, bezowocnie dla siebie i dla kraju.
— A kto jest ten młodzieniec zbłąkany, sennora? zapytał Luis bez namysłu, nie przewidując w swéj radości jaką usłyszy odpowiédź.

Zajęcie w posiadłość ziem odkrytych przez Krzysztofa Kolumba w imieniu Ferdynanda i Izabelli.

— Imię jego nie jest tajemnicą, bo cały dwór mówi o jego wybrykach; nazywa się Luis de Bobadilla, hrabia de Llera.
Powiadają że kto przypadkiem usłyszy zdanie o sobie, rzadko kiedy znajdzie je pochlebném. Luis sprawdzić mógł na sobie rzetelność tego pewnika. Krew uderzyła mu do twarzy i z największém zaledwo wysileniem powstrzymać zdołał głośny wybuch gniewu, którego początkiem byłoby niezawodnie wezwanie kilkunastu świętych, gdyby rozwaga nie przemogła nad uniesieniem. Tocząc w koło pełne groźby spojrzenie, młodzieniec zdawał się szukać ubliżającego dla siebie uśmiéchu. Szczęściem że właśnie wtedy Kolumb zajmującą rozprawą o wyspie Saint-Brandan ściągnął ku sobie mężczyzn, i Luis nie dostrzegł nic takiego, co upoważnićby mogło zaczépkę. Powodowana tajemniczym instynktem, co zwykle kieruje postępkami młodych niewiast, jedna z pięknych towarzyszek donny Inez, sama o tém nie wiedząc, rozbroiła naszego bohatéra.
— Rzeczywiście, sennoro, odezwała się ładna obrończyni, mówią że don Luis jest wietrznikiem, ale dodają że ma najlepsze serce, że jest wspaniałomyślnym, a przytém najdzielniejszym rycerzem Kastylii, któremu należy się słusznie najpiękniejsza dziewica tego kraju.
— Próżne nauki księży, próżne przestrogi rodziców, rzekła z uśmiéchem donna Inez; młodość zawsze stawiać będzie odwagę i świetne czyny wyżéj od skromnych cnót chrześciańskich. Pokonanie przeciwnika na turnieju, odznaczenie się w boju z niewiernemi, więcéj w jéj oczach jedna zasługi, niż wszelkie pokuty i pacierze.
— Nie możemy wiedziéć, szlachetna pani, czy kawaler o którym mowa unika pokut i modlitwy? odpowiedział Luis; jeżeli posiada dobrego przewodnika sumienia, odbywa niezawodnie i jedne i drugie. Doniesionoż ci także nazwisko jego kochanki?
— Tak, sennorze; jestto donna Maria de los Mercedes de Valverde; blizka krewna Guzman’ów i jedna z najpiękniejszych dziewic hiszpańskich.
— A cnota jéj dorównywa piękności! zawołał Luis z uniesieniem.
— Czy znasz tak blizko tę dostojną osobę, abyś ocenić mógł jéj przymioty?
— Oceniam takowe ze słyszenia. Ale czy korrespondent twój, zacna pani, nie pisze co się stało z przewrotnym jéj kochankiem.
— Mówią że opuścił znów Hiszpanią, lecz nie wiadomo dokąd się udał. Zapewne zwyczajem swoim krąży po morzu, szukając przygód awanturniczych.
Rozmowa inny wzięła obrót, i po niejakim czasie admirał z swym orszakiem opuścił posiedzenie.
— Rzeczywiście, sennorze don Christoval, rzekł Luis idąc z Kolumbem ku brzegowi, człowiek nabiéra sławy nie wiedziéć jakim sposobem. Jeżeli ta wyprawa przyniesie waszéj excellencyi choć połowę tego rozgłosu, jaki zyskały podróże moje bez celu, to niezawodnie potomność przechowa twoje imię.
— Ludzie wyższego stanowiska, odrzekł admirał, opłacać muszą tę daninę opinii publicznéj, że każdy ich postępek bywa roztrząsany.
— I dodaj, sennorze, że wystawieni są na plotki i obmowę. Zabawnato rzecz w istocie, iż młodzieniec z jakiém takiém imieniem nie może podróżować dla własnéj przyjemności, by zaraz kumoszki kastylskie nie doniosły o tém kumoszkom wysp kanaryjskich, zapełniając swe listy pobożnemi westchnieniami nad jego obłąkaniem. Na wszystkich świętych męczenników! gdybym był królem, wydałbym prawo zabraniające rozpisywania się nad czynnościami bliźnich, mianowicie téż kobiétom.
— W takim razie, sennorze de Munoz, musiałbyś wyrzec się przyjemności odbierania listów kréślonych piękną rączką donny Mercedes.
— Mówię tylko o listach kobiét do kobiét, admirale; gdyż pisma młodych panienek do swych oblubieńców uważam za bardzo pożyteczne. Niech sobie pisują kochanki do kochanków, dzieci do rodziców, żony do mężów, ale zasię od plotek kumoszkom; nienawidzę ten ród potwarczy, jak szatan nienawidzi naszę wyprawę.
— W istocie niéma on powodu życzyć jéj powodzenia, bo chodzi o tryumf religii, odpowiedział Kolumb z uśmiéchem. Lecz czego żądasz mój przyjacielu? dodał, ujrzawszy Sancho Munda stojącego nieopodal.
— Sennorze don Christoval, chciałbym waszéj excellencyi powiedziéć słów kilka w zaufaniu.
— Mów otwarcie, poczciwy Sancho; ten kawaler należy do moich przyjaciół.
— Nie potrzebuję wspominać tak wielkiemu żeglarzowi o zamiarach i czynach Portugalczyków, bo wasza excellencya znasz je lepiéj odemnie. Ograniczę się więc na ogólnéj uwadze, że nasi sąsiedzi, pragnąc wszystko zagarnąć dla siebie, starają się wszelkiemi sposobami przeszkodzić odkryciom innych narodów.
— Jan portugalski światłym jest królem i chętnym zawsze do śmiałych przedsięwzięć.
— Tak jest, sennorze, a podobno że i nasza wyprawa trochę go obchodzi, odpowiedział Sancho z przekąsem, dowodzącym iż więcéj wiedział jak mówił.
— Bądź szczerym, Sancho, i spodziéwaj się zato nagrody.

Santa Marya, okręt Kolumba.

— Jeżeli wasza excellencya zechce mnie posłuchać, wyznam mu wszystko jak przy konfessyonale.
— A więc do rzeczy!
— Otóż, sennorze admirale, trzeba ci wiedziéć, że przed jedenastą laty odbyłem podróż z Palos do Sycylii, na statku należącym do Pinzon’ów; nie do Marcina Alonzo, dowodzącego pod rozkazami waszéj excellencyi, tylko do krewniaka nieboszczyka jego ojca, który lepsze budował okręty, jak te oto nasze, niedokładnie podlane, z przegniłemi linami; nie mówiąc już o sposobie jakim żagle....
— Ależ zapominasz, kochany Sancho, przerwał zniecierpliwiony Luis, że noc już zapada i admirał powrócić chce na okręt.
— Jakżeż mogę zapomnieć, skoro widzę zachodzące słońce i sam należę do osady szalupy, co odwiéźć ma jego excellencyą. A więc, wracając do rzeczy, płynąłem z Palos ku Sycylii, a towarzyszem moim obiadowym w téj podróży był niejaki Jose Gordo, rodowity Portugalczyk, ale przenoszący wina hiszpańskie nad ckliwe trunki swego kraju. Nie mogłem nigdy zmiarkować czy Jose w duchu jest Portugalczykiem czy Hiszpanem; tyle jednak uważałem, iż niebardzo gorliwy z niego chrześcianin.
— Przewiduję, wtrącił Kolumb, że masz przytoczyć jego świadectwo na poparcie jakiejś wiadomości, i powinienem uprzedzić cię, iż zły chrześcianin podejrzanym zawsze jest świadkiem.
— Teraz, zaiste, nazwałbym bluźniercą każdego, coby zwątpił o powodzeniu waszéj excellencyi, kiedy tak umiész zgadywać cudze myśli. Otóż Jose, dowiedziwszy się że Sancho Mundo należy do osady la Santa Maria, przybył powitać dawnego kolegę.
— Przywołaj go zatém, i niech się dowiem wreszcie o co tu chodzi.
— Chodzi, sennorze, razem o Jana portugalskiego, o Ferdynanda z Aragonii, o donnę Izabellę kastylską, o waszę excellencyą, o sennora de Munoz i o mnie samego.
— Jakaż dziwna gmatwanina! zawołał Luis, wsuwając sztukę srebra w rękę Sancho Munda; może teraz skrócić zechcesz opowiadanie.
— Dobrze, sennorze; ale, prawdę powiedziawszy, Jose, który tu jest niedaleko, powiedział mi, że wiadomość jego warta dublona.
— Przyprowadź go, rzekł Kolumb, a otrzyma czego żąda.
Sancho usłuchał rozkazu, i po chwili powrócił z Jose’m, a ten, odebrawszy dublona, opowiedział, że wracając z Ferro napotkał trzy statki portugalskie, krążące między wyspami, których celem, jak powszechnie mniemano, było przeszkodzenie wyprawie kastylskiéj. Ponieważ człowiek ten odwoływał się do świadectwa kilku podróżnych, Kolumb przeto z Luis’em udali się niezwłocznie do osób wskazanych, a zdanie ich w zupełności zgodne było z przypuszczeniem majtka.
— Nowy kłopot! rzekł Kolumb do młodzieńca, gdy przybyli na pobrzeże. Ci matacze portugalscy mogą nas zatrzymać, albo puścić się w ślad za nami i wydrzéć nam w części owoc tylu trudów.
— Mniemam, odrzekł Luis, iż bandera kastylska zasłonić nas powinna od napaści.

Ozema.

— Droga moja, niestety, ciężka jest i ciernista, ciągnął daléj odkrywca. Wzywałem kiedyś pomocy tychże samych Portugalczyków, a przedstawienia moje przyjęto z urąganiem; potrzebaż aby w chwili gdy łaska donny Izabelli zbliżyła mię do celu, oni właśnie otoczyli nas zdradą!
— Szlachetny admirale! walczyć będziemy w potrzebie jako dzielni Kastylczycy.
— Zbyt słabi jesteśmy aby oprzeć się przemocy; jedyna nadzieja nasza w szybkiém odpłynięciu. Ruszymy ze wschodem słońca, i byleśmy wyszli z obrębu wysp kanaryjskich, wątpię aby się odważyli pogonić za nami na ocean atlantycki.
Gdy admirał domawiał tych wyrazów, szalupa podpłynęła, i odwiozła rozmawiających na pokład la Santa Maria. Górzyste szczyty Gomery odrzynały się na widnokręgu nakształt olbrzymich wieżyc, a w oddaleniu już tylko trzy plamki niewyraźne wskazywały stanowisko okrętów.


ROZDZIAŁ XVI.

W nocy następującéj po tych wypadkach sprzeczne uczucia miotały sercami podróżnych. Sancho, odebrawszy swą nagrodę, pospieszył zawiadomić kolegów o zamiarach Portugalczyków.
Niektórzy z osady pragnęli potajemnie aby ich zaczepiono i zwyciężono, spodziéwając się tym sposobem uniknąć niebezpiecznéj podróży; większość jednak czekała z niecierpliwością podniesienia kotwic. Sam Kolumb rzucony był na pastwę gwałtownéj boleści; gdyż obawiał się rzeczywiście aby los niezbłagany raz jeszcze nie wydarł mu owocu tylu poświęceń.
Ze świtem wszystkie przygotowania były ukończone, i ledwo słońce wychyliło się z za morza, trzy statki ruszyły w drogę. Przy słabym wietrze, mimo usiłowań majtków, zwolna tylko posuwano się naprzód. Po upływie kilku godzin ujrzano zbliżający się statek w kierunku od Ferro, ostatniéj z wysp kanaryjskich w stronie południowo-zachodniéj.
— Co tam nowego w Ferro? zapytał odkrywca, gdy okręt ów mijał la Santa Maria.
— Czy dowódzcą téj wyprawy jest don Christoval Kolumb, zaszczycony przez królowę godnością admirała?
— Ja sam nim jestem, odpowiedział Kolumb.
— Więc trzeba ci wiedziéć, sennorze, iż Portugalczycy w Ferro uzbroili trzy statki dla przeszkodzenia twym zamiarom.
— Zkąd o tém wiecie? Niepodobna przypuścić aby napastować mieli wysłańców Izabelli kastylskiéj.
— Oni, sennorze, na wszystko gotowi, gdy chodzi o korzyść materyalną. Spotkaliśmy ich w przeprawie i zapytali nas szyderczo, czy nie wieziemy wielkiego admirała, don Christoval’a Kolumba, wice-króla krajów zachodu. Uważaliśmy że mają armaty i dosyć wojska.
— Czy krążą blizko brzegu, czy téż na pełném morzu?
— Wczoraj znajdowali się na zachodzie wyspy, a w nocy zbliżyli się do lądu.
Te ostatnie wyrazy zaledwo mogły być dosłyszane, gdyż napotkany statek coraz bardziéj się oddalał.
— Miałażby sława imienia kastylskiego upaść do tego stopnia, aby te psy zajadłe śmiały skrzywdzić banderę królowéj? zawołał Luis z oburzeniem.
— Nietyle obawiam się siły ile podstępu, odrzekł admirał; bo może te statki, pod pozorem ubezpieczenia praw Jana II, zechcą płynąć za nami do Indyj i wydrzeć Kastylii część spodziéwanych korzyści. Należy tego unikać najusilniéj, i dlatego żeglować będę na zachód, nie zbliżając się ile możności do Ferro.
Mimo pałającéj niecierpliwości Kolumba i większéj części osady niebo zdawało się sprzeciwiać wypłynięciu ich na otwarte morze. Wiatr zwolniał do tego stopnia, iż żagle pochwycić go już nie mogły, i w krótce okręty stanęły w miejscu, kołysząc się tylko na wodzie, podobne do morskich potworów niedbale rozciągniętych na słońcu.
Gorące westchnienia i zdrowaśki majtków pozostały bez skutku; niekiedy wprawdzie wietrzyk lekko wzdymał żagle, lecz zaraz potém zupełna następowała cisza.
Ze wschodem słońca admirał znalazł się między Gomerą i Teneryffą, któréj cypel potężny olbrzymim cieniem zalegał powiérzchnię oceanu. Kolumb obawiał się aby Portugalczycy nie wysłali swych szalup na zwiady: kazał więc zwinąć żagle i usunąć wszystko, co zdaleka zwrócić mogło uwagę. Byłoto w piątek, 7 września, w pięć tygodni właśnie po opuszczeniu Palos.
Wiadomo że przeciw ciszy niéma innego lekarstwa, jak cierpliwość. Kolumb przeto w tym czasie zajmował się spokojnie obejrzeniem niewielu znanych wówczas narzędzi matematycznych i pokazywał takowe wszystkim, raz dla obznajmienia majtków z ich użyciem, drugi raz aby przekonać osadę o nauce dowódzców. Sam admirał w tym względzie ustaloną już miał sławę; to téż majtkowie każde jego słowo przyjmowali z uwielbieniem. Jedni, ufając mu ślepo, wierzyli iż poprowadzić ich może gdzie zechce; drudzy okazywali ślady niedowierzania i chęć przygany, towarzyszącą zawsze przesądnéj niewiadomości.
Luis nigdy wprawdzie nie zdołał zbadać tajemnic żeglugi; umysł jego zdawał się odpychać naukę, jako rzecz niepotrzebną, a raczéj niezgodną z jego usposobieniem; lecz będąc z natury pojętnym, uchodzić mógł za światłego pomiędzy profanami. Głęboko przeświadczony o zdolnościach Kolumba, pełen przytém osobistéj odwagi, młody Kastylczyk był niezawodnie najgorliwszym i najpoświęceńszym z towarzyszów odkrywcy. Miałoto miejsce, jak mówiliśmy, 7 września. Nadeszła noc i zastała małą eskadrę czyli flottę, jak szumnie ją wówczas nazywano, jeszcze między Teneryffą i Gomerą. Dzień następny żadnéj nie przyniósł zmiany: palące słońca promienie, nie łagodzone powiewem wiatru, łamały się o powierzchnię oceanu, błyszczącą jak płynne srebro. Admirał jednak był nieco spokojniejszy, bo czaty doniosły mu, iż nie widać nigdzie Portugalczyków; z czego wnosił, że i oni także skutkiem ciszy nie mogą opuścić brzegu.
— Na św. Antoniego! sennorze don Christoval, rzekł Luis, zbliżając się do admirała; trzeci już dzień kołyszemy się tutaj naprzeciw wierzchołka Teneryffy, który stoi w miejscu jak kopiec graniczny, i służymy za kamień milowy świniom morskim i delfinom. Gdybym wierzył w przepowiednie, to wyobrażałbym sobie, że wszyscy święci przeciwni są naszemu wyjazdowi.
— Polegajmy na takich tylko wróżbach, które wypływają z zasad przyrody, odpowiedział poważnie admirał. Ta cisza niezadługo ustanie, gdyż widzę w powietrzu mgłę lekką, co zapowiada nam wiatr od wschodu.
Kolumb z orszakiem oficerów, tudzież bracia Pinzon, dokładali wszelkiego starania, aby przyspieszyć ruch statków; mimo to wszakże był on nietylko powolnym, ale nadto uciążliwym; każdy bowiem powiew wiatru, pogrążał w falach przednią część okrętów i gwałtowne sprawiał wstrząśnienie. Przesądne wyobrażenia coraz więcéj brały górę w umyśle majtków. Niektórzy objawiali zdanie, iż należałoby zawrócić, skoro sama natura tak wyraźną daje przestrogę. Wszelako te szemrania odzywały się tylko półgłosem; gdyż admirał tyle zjednać sobie umiał uszanowania, że w obecności jego nie śmiano narzekać i wszyscy z ślepém tylko zaufaniem śledzili jego ruchy.
Gdy Kolumb wszedł do kajuty, dla sprawdzenia rachuby żeglarskiéj z dnia poprzedniego, Luis spostrzegł, że twarz jego była nieco zasępiona.
— Bądź dobréj myśli, admirale, zawołał młodzieniec wesoło; rozpoczęliśmy robotę i zbliżamy się, acz powoli, do państwa wielkiego chana.
— Zazdroszczę ci téj swobody, co wszystko w różaném widzi świetle, odrzekł admirał. Lecz doświadczenie każe mi inaczéj zapatrywać się na rzeczy; wiem ile przeszkód materyalnych będziem mieli do zwalczenia.
— Czyż te przeszkody okazały się większemi aniżeli przypuszczałeś, sennorze?
— Posiadam ufność nieograniczoną w Bogu. Ale patrz, młodzieńcze, (tu Kolumb wskazał palcem na mappę) w tém miejscu byliśmy rano, i tyle drogi odbyliśmy w przeciągu kilkunastu godzin. Powiedź okiem po linii oznaczającéj kierunek naszego biegu, i przekonaj się jak niezmierna odległość rozłącza nas od celu téj podróży. Według obrachunku mojego o dziewięć mil tylko postąpiliśmy wczoraj, a mamy ich przed sobą tysiąc. Obawiam się aby nam nie zabrakło wody i żywności.
— Co do mnie, niezachwiane mam zaufanie w wysokiéj nauce twojéj.
— Ja zaś w opiece Boga; spodziéwam się że wszechmocna jego ręka wesprze usiłowania nasze.
Kolumb, nie rozebrawszy się, chciał spocząć kilka godzin, aby w kaidéj potrzebie być na zawołanie. Znakomity ten człowiek żył w wieku, w którym fałszywa filozofia i obłąkanie rozumu nie odarły jeszcze ludzi, pozornie nawet, z wiary w zrządzenia Opatrzności. Mówimy pozornie, bo i dziś jeszcze, mimo ułudy rozumowania, największe niedowiarki rzadko w tym względzie zupełnie się wyzwalają. Zarozumiałość taka przeciwną jest naturze; w sercu bowiem każdego człowieka tajemne jakieś uczucie uznaje wolę kierującą jego losem. Według zwyczaju przeto ówczesnego Kolumb, ukląkłszy, przed spoczynkiem zmawiał pacierze, a Luis de Bobadilla poszedł za jego przykładem. Jeżeli prawdziwą jest uwaga, iż w wieku piętnastym religia zamroczoną była przesądem, to z drugiéj strony ileż wtedy pokory i szczérej pobożności, dziś niestety zatraconéj, objawiało się w umysłach!
Razem z brzaskiem admirał i don Luis wstąpili na pokład. Tyle razy już opisywano wschód słońca na morzu, że nie będziemy tu powtarzać aż nadto znanych obrazów, nadmienimy tylko, iż Luis, jako prawdziwy kochanek, w purpurze jutrzenki uwielbiał tylko rumieniec swéj ulubionéj, podczas gdy admirał, korzystając z dziennego światła, bystrem okiem spoglądał ku Ferro. Po chwili głębokiego milczenia odkrywca rzekł do młodzieńca:
— Czy widzisz tę ciemną bryłę na południo-zachodzie? to wyspa Ferro, stanowisko Portugalczyków. Nateraz cisza nie pozwala im zbliżyć się do nas; jeżeli wiatr będzie dla nas przyjazny, unikniemy ich pogoni. Czy spostrzegasz jaki żagiel na morzu?
— Żadnego, sennorze, chociaż dobrze już widno.
Kolumb nakazał czatom rozpoznać przestrzeń aż do wyspy, a odpowiédź ich również była zadowalającą. Wkrótce téż dąć zaczął pomyślny wietrzyk; rozpięto żagle i posterowano ku północo-zachodowi; admirał bowiem był zdania że Portugalczycy, nie znając jego zamiarów, sztachują[2] na południu Ferro. Flotylla zwolna oddalała się od wyspy, któréj szczyty już tylko w kształcie niewyraźnego obłoczku widzialne były w oddaleniu. Admirał z gromadą oficerów stał na tyle okrętu, badając stan powietrza i morza. Powierzchowny nawet dostrzegacz byłby wtedy zauważył uderzającą różnicę w usposobieniu uczęstników podróży. W orszaku Kolumba wszystko tchnęło nadzieją i radością; nie myślano o przyszłych niebezpieczeństwach, tylko się cieszono uniknieniem obecnego. Sterników, jak zwykle, podtrzymywał stoicyzm marynarski; ale majtkowie, w posępném milczeniu zgromadzeni na pokładzie, wlepiali tęskne spojrzenia w ostatni odłamek znanego wówczas lądu, co już się nurzał w falach Atlantyku. Kolumb zbliżył się do Luis’a, i dotknąwszy ręką ramienia młodzieńca, obudził go z marzeń w jakich był zatopiony.
— Wątpię, rzekł, aby sennor de Munoz podzielał uczucia tych prostaków. Człowiek tak światły powinien być przykładem dla drugich. Dlaczegóż więc tak ponuro patrzysz na zgraję zebranych tu majtków? Czy żałujesz swojego kroku, czy marzysz tylko o wdziękach kochanki?
— Na ś. Yago! sennorze Christoval, nie dopisał ci tym razem zwykły dar przenikania. Daleki jestem od żalu i marzeń miłosnych, ale spoglądam z politowaniem na tych biédnych majtków, rzuconych na pastwę nieprzepartéj bojaźni.
— Niewiadomość zgubnym jest przewodnikiem, sennorze Pedro, i jéjto właśnie mamidła dręczą wyobraźnię tych biédaków. Widzą same tylko nieszczęścia, bo nie są zdolni przeczuć duchem pomyślności. W oczach tłumu każda rzecz niepowszednia jest niepodobną. Ci poczciwcy patrzą na tę wyspę znikającą, jako na sprzęg ostatni wiążący ich z życiem. Istotnie, obawa ich silniejszą jest niżem mniemał.
— To prawda, sennorze: widziałem na własne oczy łzy staczające się po twarzach, które od wielu lat niezawodnie tylko morskie bałwany zrosiły swym bryzgiem.
— Oto dwaj znajomi, Sancho i Pepe, a żaden z nich, jak uważam, nie zostaje pod wpływem silnego wrażenia, chociaż w obliczu ostatniego przebija smutek. Sancho natomiast zupełnie zdaje się obojętnym, jako prawdziwy syn morza, co najszczęśliwszy wśród huku burzy, w nawale grożących niebezpieczeństw. Dla tego człowieka wyspa jest wyspą, bez względu czy ją porzuca, czy do niéj dopływa; on niebo tylko widzi i morze, a reszta świata w jego oczach jest próżnią. Może być że to kawałek szalbierza, ale uważam go za jednego z najlepszych majtków naszéj osady.
Krzyk przerażenia na pokładzie przerwał słowa admirała. Wyspa Ferro zniknęła z widnokręgu, i morze od południa żadnego już punktu oparcia nie przedstawiało dla oka. Majtkowie, po większéj części głośno wyrzekając i załamując ręce, oddawali się rozpaczy tak gwałtownéj, że koniecznie należało ich uspokoić. Kolumb przeto rozkazał wszystkim zgromadzić się na tylnym pokładzie, i wstąpiwszy na podwyższenie przemówił do nich głosem wzruszonym, nacechowanym zarówno głęboką wiarą, jak czułą troskliwością.
— Towarzysze moi! rzekł odkrywca, ta chwila co w sercach waszych tak przykre budzi uczucia, uroczystą jest dla nas, ale radosną. Wyspa Ferro znikła nam z oczu, a z nią i pogoń portugalska. Rzuceni odtąd w niezmierzony przestwór oceanu, oddani w ręce samego tylko Boga, wolni jesteśmy od napaści nieprzyjaciół. Zaufajmy pomocy Najwyższego i własnym siłom, a dokonamy chlubnie wielkiego przedsięwzięcia. Jeżeli który z was pragnie w czém objaśnienia, niech mówi śmiało; będę się starał usunąć jego wątpliwość.
— Sennorze admirale, zawołał Sancho, pochopny zawsze do gawędy, trzeba ci wiedzieć że to właśnie co ciebie raduje, zasmuca mych poczciwych kolegów. Gdyby nieustannie patrzéć mogli na Ferro albo inną jaką wyspę, pożeglowaliby do Cipango tak spokojnie, jak szalupa za swoim okrętem przy pogodzie; ale myśl porzucenia wszystkiego, świata, żon, dzieci, przyjaciół, dotyka ich żalem.
— A ty, mój Sancho, stary marynarz, coś się urodził na morzu?
— Powoli, wasza excellencyo sennorze admirale, przerwał majtek z frantostwem, nie zupełnie na morzu, chociaż zapewne niedaleko; bo skoro mnie znaleziono pode drzwiami warsztatu okrętowego, trudno przypuścić aby poprzednio na ląd mnie wysadzono, gdyż ubytek tak małego ładunku, jakim byłem wtedy, niewieleby ulżył statkowi.
— A więc blizko morza, jeśli tak życzysz; w każdym razie spodziéwam się po tobie czegoś więcéj jak żałośnego kwilenia nad zniknięciem jakiéjś wyspy.
— Wasza excellencya ma słuszność, dla Sancha wszystkoto jedno. Ale gdybyś wytłumaczyć raczył tym poczciwym ludziom gdzie i poco płyniemy, a zwłaszcza kiedy powrócimy, sprawiłbyś im niewymowną pociechę.
— Ponieważ zdaniem mojém starsi wtedy chyba ukrywać powinni swe zamiary podwładnym, gdy to zagraża niebezpieczeństwem, uczynię przeto chętnie czego po mnie wymagasz, i proszę wszystkich posłuchać mnie uważnie. Celem podróży naszéj jest państwo wielkiego chana, położone, jak wiadomo, na wschodnim krańcu Azyi i kilkakrotnie już zwidzane przez Europejczyków, chociaż drogą przeciwną naszéj, bo w kierunku wschodnim. Ale powodzenie nasze zależy głównie od gorliwości i poświęcenia całéj osady, obok wskazówek jakich dostarcza nauka, a które w krótkości wyłożyć wam zamierzam. Przekonany jestem o kulistości ziemi, z czego wypływa że Atlantyk, mając granice od wschodu, powinien je mieć i od zachodu. Otóż rachuba daje mi pewność, iż lądu tego, który uważam za Indye, dosięgnąć można w dwudziestu do trzydziestu dniach żeglugi. Objaśniwszy was jakim sposobem i kiedy przybyć zamyślam do tych krajów nieznanych, przytoczę teraz kilka szczegółów dotyczących korzyści jakie zapewnia ich odkrycie. Według opowiadań niejakiego Marco Polo i jego krewnych, szlachciców weneckich, państwo wielkiego chana nietylko jest obszérne, lecz nadto bogate w złoto srébro i kosztowne kamienie. Osądźcie więc sami jaka nagroda czekać może uczęstników téj wyprawy. Królestwo ichmość już teraz podnieśli mię do godności admirała i wice-króla odkryć się mających krajów; jeżeli szczęśliwie dokonamy dzieła, każdy z was będzie miał prawo do łaski naszych władzców, którzy jéj pewnie nikomu nie odmówią w stosunku do zasługi, a będzie czém zaiste nagrodzić największe wysilenia. Marco Polo, zabawiwszy lat kilkanaście na dworze wielkiego chana, niemałe zebrał korzyści; a chociażto prosty był szlachcic i nie posiadał innych środków transportu, jak juczne zwierzęta, tyle jednak nagromadził skarbów, iż dźwignął upadłą rodzinę i potomkom jeszcze zostawił nieprzebrane dostatki. Nadto wzdłuż brzegów téj części Azyi znajdują się rozrzucone wyspy, obfitujące w kadzidła i rośliny aromatyczne. Zyski więc nasze mogą być niezmierne, przemilczając już o zasłudze poniesienia krzyża niewiernym, chociaż przodkowie nasi szukali chluby w wyprawach celem oswobodzenia grobu świętego.
Kończąc przemowę, Kolumb przeżegnał się i powrócił do grona oficerów. Słowa jego zrazu działały korzystnie; ale wkrótce powróciło smutne usposobienie. W ciągu nocy jedni we śnie marzyli o bogactwach wzmiankowanych przez admirała; drugim zdawało się, że uniesieni przez złego ducha w dalekie strony morza, krążyć tam muszą na wieki za pokutę.
Przed samą nocą admirał przywołał do siebie dowódzców la Pinty i la Niny, aby ich obznajmić z swojemi zamiarami i dać instrukcyą na przypadek rozłączenia.
— A więc rozumiécie mnie, sennorowie, rzekł w końcu; powinniście ile możności trzymać się mego okrętu, a gdyby nas rozłączyła burza, zawsze w kierunku zachodnim popłynąć aż na odległość około siedmiuset mil od wysp kanaryjskich. W tém miejscu nocną porą zwijać należy żagle, gdyż prawdopodobnie znajdować się wtedy będziecie niedaleko archipelagu azyatyckiego. Posuwając się ciągle ku zachodowi, dosięgniecie stałego lądu, i albo już mnie znajdziecie na dworze wielkiego chana, albo téż wkrótce tam przybędę.
— Dobrze, sennorze admirale, odpowiedział Marcin Alonzo, podnosząc oczy utkwione dotąd w mappę; lepiéjby jednak było gdybyśmy razem zostali, bo prostym marynarzom nie przystoi wchodzić w stosunki z władzcą owego kraju.
— Masz słuszność, poczciwy Alonzo; w każdym więc razie czekajcie mojego przybycia, a tymczasem staraj się rozpoznać położenie i płody wysp okolicznych. Cóż mówili twoi ludzie straciwszy z oczu Ferro?
— Osada szemrała tak głośno, iż lękałem się buntu. Chyba tylko obawa gniewu królewskiego wstrzymała ich od powrotu do Palos.
— Czuwaj nad niemi i utrzymuj najsurowszą karność; ale staraj się także wspiérać ich moralnie przez stosowne objaśnienia. Teraz, sennorowie, udajcie się na swe statki, bo noc już zapada.
Kolumb, zostawszy sam na sam z Luis’em w kajucie, usiadł na łożu okrętowém, i ręką podparłszy głowę puścił wodze myślom.
— Ty znasz oddawna Alonza, zawołał wreszcie przerywając milczenie.
— Dawno, jak dla mnie młodego, niedawno może jak dla starca.
— Pomoc jego jest dla nas nieodzowną; trzeba polegać na jego prawości. Dotychczas okazywał się przychylnym i nieustraszonym.
— Marcin Alonzo zapewne nie dla wyższych widoków przedsiębierze tę podróż; lecz byle wierzył w możliwość pomyślnego skutku, to sam już interes osobisty do nas go przywiąże.
— Tobie jednemu tylko mogę powierzyć wszystkie swoje myśli. Spójrz na ten papiér, Luis: od rana ubiegliśmy mil dziewiętnaście w kierunku zachodnim. Gdyby osada po niejakim czasie dowiedziała się ile rzetelnie odbyliśmy drogi bez napotkania lądu, obawa mogłaby przemódz posłuszeństwo. Zapiszę więc do księgi okrętowéj tylko mil piętnaście, a prawdziwy rachunek pozostanie tajemnicą dla wszystkich, wyjąwszy mnie i ciebie. Bóg najwyższy wybaczy mi ten podstęp, ze względu na świętość naszego celu. Ujmując tak codziennie, przebędziem w oczach majtków jakie siedmset lub ośmset mil, podczas gdy rzeczywiście zrobiemy ich tysiąc.
— O takiéj skali na odwagę marynarzów nigdy zaiste nie pomyślałem, wtrącił Luis z uśmiéchem. Na ś. Ludwika, mojego patrona! nietęgi to rycerz, co mierzy niebezpieczeństwo na mile!
— Każda rzecz nieznana wydaje się straszną dla ludzi. Wielkie odległości przerażają nieświadomych! a jeśli droga prowadzi przez ocean bezgraniczny, zachwiać się nawet może umysł oświecony.
Po tych słowach admirał zmówił klęczący modlitwę wieczorną i udał się na spoczynek.


ROZDZIAŁ XVII.

Kolumb zasypiał zwykle spokojnie i głęboko, lecz jako człowiek przywykły panować zwierzęcym popędom, zrywał się regularnie w pewnych przerwach, dla rozpoznania stanu powietrza i położenia okrętu. Po upływie godziny admirał wyszedł na pokład, gdzie wszystko znalazł w porządku. Większa część majtków była we śnie pogrążoną; czuwały tylko straże i sternik z pomocnikiem. Wiatr dął pomyślny, a statek bez przeszkody posuwał się pośród ciszy, przerywanéj tylko szelestem lin okrętowych, łagodném pluskiem fali i trzaskaniem rejów.
Noc była ciemna i oko potrzebowało pewnego czasu, aby rozpoznać przedmioty w tak niepewném świetle: admirał spostrzegł jednak, że okręt poruszał się nie z wiatrem; postąpił więc ku sterowi, i ujrzał go zwróconym na północo-wschód, to jest w kierunku brzegów hiszpańskich.
— Czyś ty marynarz, nierozsądny człowiecze? czy mulnik, przywykły kręcić się tylko po ścieżkach gór kastylskich? zapytał surowo. Jesteś sercem w Hiszpanii, i mniemasz że ten wybieg dziecinny zadość uczyni twym życzeniom.
— Niestety! sennorze admirale, wasza excellencya miałeś słuszność mówiąc że serce moje jest w Hiszpanii, tém bardziéj iż zostawiłem w Moguer siedmioro sierot.
— I ja także jestem ojcem, i ja zostawiłem syna bez opieki macierzyńskiéj; wczémżeś ty lepszy odemnie?
— Sennorze, syn waszéj excellencyi ma ojca admirała, a moje niebożątka biednego tylko sternika.
— I cóżby na tém zależéć mogło mojemu synowi, jeśli zginę, żem zginął admirałem? Jakaż korzyść dla niego w porównaniu z twojemi dziećmi?
— Ta korzyść, sennorze, że królestwo ichmość mieliby o nim staranie, jako o potomku wice-króla, podczas gdy moje robaczki poszłyby w poniewierkę.
— Masz słuszność poniekąd, przyjacielu, odpowiedział Kolumb; lecz powinieneś pamiętać o wpływie jaki wytrwałość w tém dziele wywrzéć może na los twoich dzieci. Podobno obydwaj niewiele obiecywać sobie możemy, jeżeli przedsięwzięcie nasze niepomyślny weźmie obrót; lecz jeśli powrócimy uwieńczeni powodzeniem, przyszłość nasza będzie świetna. Czy mogę odtąd liczyć na twą sumienność, czy téż kierunek okrętu mam zdać w inne ręce?
— Lepiéj to drugie, sennorze admirale. Pamiętny na twe rady, chciałbym zwalczyć tęsknotę; lecz póki nieopodal będą brzegi hiszpańskie, nie ręczę za siebie.
— Co trzymasz o zdolnościach Sancho Munda?
— Sancho jest jednym z najbieglejszych majtków tego okrętu.
— Czy razem z innemi sypia na dole?
— Nie, sennorze, Sancho zawsze nocuje na pokładzie. To człowiek żelazny, nieugięty żadną przeciwnością, który tak nienawidzi ziemię, że cieszyć się będzie gdy popłyniemy na drugi koniec świata.
— Obudź go, i niech przybywa natychmiast; tymczasem ja cię zastąpię.
Kolumb uchwycił za stér i obrócił go w stronę przeciwną. Okręt, idąc z wiatrem, bardziéj się zagłębił, a głośne trzaskanie masztów świadczyło o sile jego ruchu. Po chwili nadszedł Sancho, i wyręczając admirała trzymał się wskazanego kierunku. Ale gdy kolej przyszła na innych, skréślona powyżéj scena powtarzała się z małemi odmianami.
Piérwszego września o południu Kolumb ukończył właśnie postrzeżenia, czynione zwyczajem marynarzów w chwili kiedy słońce stoi w zenicie, gdy straż masztowa zwiastowała zbliżanie się wieloryba. Ponieważ napotkanie tego olbrzyma oceanu przerywa jednostajność życia morskiego, zaraz więc cała osada była w ruchu.
— Czy widzisz go? zapytał Kolumb stojącego niedaleko Sancha. Stan wody mojém zdaniem nie zapowiada blizkości wieloryba.
— Wasza excellencya lepsze ma oko niż ten gawron na maszcie. Ta piana, jako żywo, nie pochodzi od wieloryba.
— Oto jest! oto jest! zawołało kilkunastu majtków, wskazując na ciemny punkt jakiś, stérczący nad powierzchnią wody. Schował głowę, a ogon zadarł do góry!
— Niestety! rzekł smutnie Sancho; przedmiot w którym te krzykały widzą ogon wieloryba, jest niczém inném jak masztem zatopionego okrętu, który zostawił tu kości, posławszy na dno ładunek i osadę.
Ta przygoda, przechodząc z ust do ust, szkodliwie wpłynęła na usposobienie ogólne. Jedni tylko sternicy pozostali obojętnemi i zaczęli naradzać się nad korzyścią jaką odnieśćby można, z rozebrania rozbitego statku; że jednak morze było niespokojne i wiatr pomyślny, jako dobrzy marynarze zrzec się musieli zdobyczy.
— To przestroga dla nas! zawołał jeden z niezadowolonych, w chwili gdy la Santa Maria mijała zatopiony statek. Bóg zesłał znak widomy, aby nas wstrzymać od zuchwalstwa.
— Powiédz raczéj, odrzekł Sancho, iż to zachęta nieba; czy nie spostrzegasz, że widzialna część masztu podobną jest do krzyża?
— Dobrze mówisz, Sancho, przerwał Kolumb; krzyż ten Opatrzność zatkwiła w głębi niezmierzonego oceanu, na dowód że sprzyja świętemu celowi naszemu poniesienia niewiernym światła ewangelii.
Ponieważ podobieństwo rzeczywiście było uderzające, przeto szczęśliwa myśl Sancha wielkie zrobiła wrażenie. Wyższa część masztu z reją ma istotnie kształt znamienia wiary chrześciańskiéj, a że statek prostopadle był zanurzony, przeto sam szczyt tylko stérczał nad wodą, na stóp piętnaście do dwudziestu. Po upływie kwadransu ten ślad ostatni cywilizacyi europejskiéj już tylko w słabych zarysach odznaczał się w oddaleniu.
Przez dwa dnie i dwie nocy następne bieg okrętów niczém nie był przerywany, i przy pomyślnym wietrze posuwano się ciągle ku zachodowi. Jednakże igiełka magnesowa zaczęła lekkie okazywać zboczenie, czego wówczas nie objaśniła jeszcze nauka. Trzynastego września eskadra dosięgła punktu odpowiedniego w oddaleniu conajmniéj wyspom azorskim. W tém miejscu gwałtowne prądy, płynące w kierunku południowo-zachodnim, zagrażały uniesieniem statków ku granicy północnéj obrębu, w którym wieją wiatry peryodyczne. Dnia tego wieczorem, admirał z Luis’em zajmowali zwykłe stanowisko na pokładzie, gdy Sancho zbliżył się do nich z wyrazem twarzy zapowiadającym jakąś ważną wiadomość.
— Co powiész, Sancho? zapytał Kolumb.
— Sennorze admirale, wiadomo waszéj excellencyi że nie jestem rybą co się lęka rekinów lub ludojadów, ani człowiekiem zdolnym zatrwożyć się myślą, że płynie w strony których nikt przedtem nie zwidził; ale tu zachodzą okoliczności tak ważne, iż dobry marynarz lekceważyć ich nie powinien.
— Rozciekawiasz mnie na piękne; mów o co rzecz chodzi, a jeśli chcesz pieniędzy, to je dostaniesz.
— Nie, sennorze, wiadomość jaką przynoszę albo nie warta złamanego szeląga, albo téż nie opłacić jéj złotem. Wiadomo waszéj excellencyi, że starzy marynarze, trzymając stér, lubią sobie marzyć już o powabnym uśmiéchu dziewczyny, już o soczystych owocach, już o tłustéj baraninie, a niekiedy wyjątkowo o grzechach jakie popełnili.
— Wiem o tém wszystkiém, ależ to rzeczy niegodne powtórzenia przed zwierzchnikiem.
— Być może, excellencyo; znałem jednakże admirałów, co bardzo lubili baraninę i ładne kobiéty, a jeśli nie myśleli o dawnych grzéchach, to pewnie dlatego tylko iż ciągle dopuszczali się nowych.
— Pozwól, admirale, abym tego pleciucha wrzucił w morze, zawołał zniecierpliwiony Luis; bo póki ten ladaco będzie na okręcie, nie usłyszemy nigdy porządnego opowiadania.
— Dziękuję ci, hrabio de Llera, odpowiedział Sancho z ironicznym uśmiéchem; lecz jeśli równie dobrze topić umiész majtków, jak wysadzać z łęku rycerzów i gromić niewiernych, to chętnie się wyrzekam zaszczytu jaki mnie przeznaczasz.
— Więc ty mnie znasz, hultaju?
— Wolno kotowi patrzéć na biskupa, jak mówi nasze przysłowie, dlaczegóżby poczciwy marynarz nie miał znać granda Hiszpanii? Bo naco téż bez potrzeby otaczać się tajemnicą; jeżeli dosięgniemy Indyj, to nie powstydzisz się pewnie téj podróży; w przeciwnym razie nie będzie komu rozpowiedziéć, jak wasza excellencya poniosłeś śmierć głodową, lub jak cię fale morskie przeniosły na łono Abrahama.
— Dosyć tego, rzekł Kolumb surowo; powiédz co miałeś powiedziéć, i zachowaj milczenie względem osoby tego młodzieńca.
— Sennorze, wola twoja jest dla mnie prawem. A więc, my starzy marynarze mamy wierną na niebie przyjaciółkę, gwiazdę polarną; patrzyłem na nią przez całą godzinę, i uważałem że położenie jéj nie zgadza się z kierunkiem bussoli.
— Czy pewnym jesteś tego? zapytał admirał z żywością, świadczącą ile do tego spostrzeżenia przywiązywał wagi.
— Tak pewny, sennorze, jak człowiek znający się z gwiazdą polarną od lat pięćdziesięciu, a z bussolą od czterdziestu. Ale wasza excellencya nie potrzebuje polegać na mojéj świadomości: gwiazda jest jeszcze w miejscu gdzie ją rzuciła wszechmoc Boga, a bussolę masz pod ręką; porównaj więc jednę z drugą.
Zaledwo przestał mówić, gdy Kolumb z największą już uwagą przypatrywać się zaczął narzędziu. Piérwszą myślą jego było naturalnie, iż może zewnętrzna przeszkoda jaka tamuje obrót igiełki; lecz wkrótce okazała się bezzasadność tego przypuszczenia. Powtórzywszy próbę na trzech jeszcze innych bussolach, przekonał się że igiełki, zamiast wskazywać na północ, czyli na punkt prostopadle pod gwiazdą polarną leżący, o sześć blizko stopni zbaczały na zachód. Byłoto, według pojęć ówczesnych, rażącém naruszeniem praw zasadniczych przyrody, i dziwne to zjawisko, pozbawiające podróżników jedynéj wskazówki na morzu, niezmiernie utrudnić mogło dokonanie dzieła. Admirał pomyślał zaraz o wrażeniu jakie ta wiadomość sprawi na osadzie.
— Nie wspominaj o tém nikomu, Sancho, rzekł głosem stłumionym. Oto masz dublona.
— Wasza excellencya może na mnie polegać; nie bąknę słowa bez twojego pozwolenia.
Kolumb odprawił majtka, a potém zwrócił się do Luis’a, niemego uczęstnika téj sceny.
— Jesteś pomieszanym, admirale? zawołał młodzieniec. Mojém zdaniem zaufać należy Opatrzności.
— Bóg rządzi naszym losem, lecz wszczepił w serce człowieka chęć przyłożenia się czynem do zmiennych jego kolei. Jednakże niepodobna działać bez rozumnych pobudek. Nie pojmuję tego zjawiska, więc nie wiem jak mu zaradzić; ale przeczuwam, iż ono do ważnych w dziedzinie naukowéj doprowadzi odkryć. Każdy kraj posiada płody wyłącznie sobie właściwe; może w tych stronach po niedalekich wyspach dużo jest kamieni magnesowych, które działają na igiełkę.
— Czy byłeś kiedy świadkiem podobnego zdarzenia, sennorze?
— Nigdy, i przyznaję że to przypuszczenie jest dosyć niepodobne do prawdy. Oczekujmy cierpliwie wyjaśnienia tego zjawiska, przekonawszy się wprzód o jego trwałości.
Rozmowa na tém się skończyła; ale Kolumb noc całą strawił bezsennie na rozmyślaniu. Wstawszy tak rano, że gwiazda polarna była jeszcze widzialną, zaczął ją znów porównywać z bussolą i spostrzegł iż zboczenie jeszcze się nieco powiększyło.
Gdy Sancho zachowywał tajemnicę, a inni sternicy mniéj byli baczni, przeto ta ważna okoliczność uszła powszechnéj uwagi. Dzień i noc 14-go września upłynęły bez przygód, a osada tém była spokojniejszą, że przy słabym wietrze zaledwo kilkadziesiąt mil zrobiono w ciągu doby. Kolumb ruch bussoli zapisywał z najsumienniejszą ścisłością, i wkrótce utwierdził się w przekonaniu, że ona coraz bardziéj zbaczała ku zachodowi.


ROZDZIAŁ XVIII.

W sobotę piętnastego września, to jest w dni dziesięć po odpłynięciu z Gomery, Kolumb z mniemanym sekretarzem swoim wieczorną godziną rozmawiał jak zwykle o wypadkach dziennych.
— La Nina wczoraj o czémś ci doniosła, sennorze, rzekł Luis; lecz będąc wówczas zajętym w kajucie, nie wiem dotąd o co chodziło.
— Majtkowie tego statku ujrzeli kilka ptaków nie oddalający się nigdy zbytecznie od lądu. Być może że jesteśmy w pobliżu jakiéj wyspy; lecz niepodobna nam tracić czasu na szukanie archipelagów, gdy idzie o odkrycie stałego lądu.
— Czy zboczenie bussoli nie ustaje, sennorze?
— Nietylko że nie ustaje, ale ciągle wzrasta; lękam się o wrażenie jakie to sprawi na majtkach, gdy się wreszcie dowiedzą o prawdzie.
Nagła jasność, rzucając jaskrawe światło na okręt i morze, przerwała mowę Kolumba. Ognista kula niezmiernym łukiem przebiegłszy strop nieba, na krańcach widnokręgu zanurzyła się w morze. Byłto meteor, ale tak świetny, jak rzadko widziéć się zdarza; to téż zabobonni marynarze jedni złą, drudzy dobrą upatrywali w nim wróżbę.
— Na św. Yago! zawołał Luis, gdy jasność ustąpiła mrokowi wieczornemu; sama natura naszę podróż uważa za nadzwyczajną, gdy tak cudowne zsyła nam zjawiska!
— Takito zawsze człowiek, odpowiedział Kolumb; skoro wykracza z granic życia powszedniego, w lada fraszce upatruje cudu. Podobne meteory zdarzają się dosyć często pod tym stopniem szérokości, nie mogą więc wróżyć ani za ani przeciw naszemu przedsięwzięciu.
Mimo starań admirała aby osadzie wytłumaczyć to zjawisko, przez całą noc o niem tylko rozmawiano. Jednakże nie wywołało ono szemrania, bo zdania pod względem znaczenia jego były podzielone.
Okręty wciąż posuwały się na zachód, przy wietrze zmiennym wprawdzie, lecz tyle pomyślnym, iż można było w jednym płynąć kierunku. Kolumb w przekonaniu swojém żeglował prosto ku zachodowi, skutkiem atoli zmiany w igiełce magnesowéj, zboczył nieco na południe.
Przez dwa dni następne dwieście mil blizko odbyto, lecz admirał część drogi dziennéj ukrywał przed osadą. Szesnastego września w niedzielę, nabożeństwo zgromadziło wszystkich na pokładzie. Niebo było pogodne, a gdy okręty zbliżyły się do siebie, tworząc jakby świątynię na bezgranicznéj przestrzeni oceanu, majtkowie jednym głosem zanócili pieśń wieczorną. Po tym akcie religijnym wesołość i nadzieja wstąpiły w serca wszystkich.
Kolumb miał właśnie powrócić do kajuty, gdy straż masztowa dała znak że spostrzega coś niezwykłego; jakoż po chwili eskadra ujrzała się pośród gęstéj zarośli krzewów morskich, i głośny wybuch radości powitał tę pozorną zapowiedź blizkości lądu.
Rośliny pokrywające okiem niedościgły przestwór, rzeczywiście usprawiedliwiały nadzieję podróżników, bo większa ich część była jeszcze zielona, jak gdyby świéżo wyrwana z gruntu. Ujrzano także kilkanaście tuńczyków, z których jednego złowiono. Majtkowie ze łzami w wzajemne rzucali się objęcia; nieprzyjaciele nawet w téj chwili uroczystéj braterskie podali sobie dłonie.
— Czy podzielasz ich nadzieje, sennorze? zapytał Luis. Miałyżby te rośliny zapowiadać że jesteśmy niedaleko Indyj?
— Majtkowie mylą się jeśli przypuszczają że dobiegamy kresu podróży; Indye muszą być jeszcze bardzo daleko. Zrobiliśmy około trzystu sześćdziesięciu mil od Ferro, a to podług mojéj rachuby stanowi zaledwo trzecią część drogi. Arystoteles opowiada, że kilka okrętów z Kadyxu gwałtowna burza zapędziła na zachód, gdzie napotkali morze pokryte zielskiem i mnóstwo tuńczyków. O téjto rybie, Luis, starożytni mniemali, że lepiéj widzi na prawe oko niż na lewe; uważano bowiem iż przepływając przez Bosfor ku morzu Czarnemu, trzymała się brzegu prawego, a wracając lewego.
— Na św. Franciszka! trzeba być ślepym na jedno oko, aby zabłądzić tak daleko od brzegu. Czy Arystoteles przypisuje tym stworzeniom skłonności tułackie?
— Filozof grecki mówi tylko o napotkaniu ich w miejscu pokrytém krzewami morskiemi. Marynarze Kadyxu mniemali, że się znajdują w pobliżu zalanéj wyspy i z wielką biédą trafili przecież do domu. Byłto zapewne ten sam obszar, który obecnie przebywamy. Ziemia co wydała te krzewy bezwątpienia jest niedaleko, ale jéj szukać nie myślę. Celem moim, powtarzam, jest odkrycie Indyj, a nie wysp rozpierzchnionych po drodze.
Wiadomo dziś, że jeśli Kolumb słusznie przypuszczał odległość stałego lądu, mylił się przecież utrzymując jakoby w tych stronach znajdowały się wyspy. Nie rozstrzygnięto dotąd pytania czy prądy spławiają te zielska z oddalonych pobrzeżów, czy siła wody wyrywa je z głębi morza; jednakże ostatnie przypuszczenie bardziéj podobném jest do prawdy, bo w części téj oceanu mnóstwo znajduje się szkopułów. Starożytni przeto żeglarze Kadyxu bliższemi byli prawdy, jak zdawać się mogło na pozór; rafa bowiem podwodna różni się od wyspy zalanéj jednym tylko sposobem formacyi.
Okręty, prując zarośle z szybkością kilku mil na godzinę, ciągle posuwały się naprzód i po upływie doby eskadra znajdowała się mniéj więcéj w połowie drogi, chociaż bliżéj jeszcze Afryki niż Ameryki. Morze było spokojne, statki więc płynęły obok siebie. Marcin Alonzo Pinzon doniósł sternikowi admiralskiemu, iż pragnie zmierzyć odrównikowość[3] słońca; postanowiono przeto odbyć tę czynność jednocześnie na trzech okrętach i sprawdzić potém wypadek takowéj.
Byłoto w poniedziałek 17-go września nad wieczorem. Kolumb i Luis spoczywali po nocy bezsennie prawie strawionéj, gdy Sancho wszedł do kajuty.
— Sennorze admirale, rzekł, sternicy chcą zmierzyć odrównikowość słońca. Właśnie stosowna nadeszła pora, bo gwiazda dzienna już się chyli tu zachodowi.
Admirał obudził Luis’a i po chwili obaj byli na pokładzie. Kolumb obawiając się o skutki wyniknąć mogące z odkrycia zboczeń igiełki magnesowéj, nie wziął z sobą bussoli, i zostawił doświadczenie zręczności swoich ludzi. W oddaleniu stu sążni tylko od statku la Pinta, widział dokładnie jak Marcin Alonzo przechodził niespokojnie od jednéj bussoli do drugiéj. W parę minut późniéj spuszczono szalupę, i Pinzon przybył na okręt admiralski, podczas gdy z innéj strony przedziérał się ku niemu Wincenty Yanez, dowódzca la Niny.
— Co znaczy ten pośpiech, sennorze Marcinie? rzucacie się ku mnie, jak gdybyście ujrzeli Indye.
— Bóg raczy wiedziéć, sennorze admirale, czy kiedykolwiek dosięgniemy tego kraju, lub jakiéjbądź ziemi, do któréj poprowadzić może użycie bussoli, odrzekł starszy Pinzon widocznie pomięszany. Porównaliśmy najsumienniéj narzędzia, i wszystkie bez wyjątku zbaczają od prawdziwéj północy o całą przedziałkę kompasową.
— Musieliście popełnić błąd jaki w rachubie.
— Bynajmniéj, szlachetny admirale, wtrącił nadchodząc Wincenty Yanez, ale wszystko nas zawodzi; sternicy moi powiadają, że w nocy gwiazda polarna nie zgadza się z kierunkiem igły magnesowéj.
— Możeto być, sennorowie, lecz okoliczność ta nie zagraża żadném niebezpieczeństwem. Wiemy że wszystkie ciała niebieskie podlegają pewnym ruchom, bądź stałym, bądź czasowym. Słońce na przykład, obiegające naszę ziemię w dwudziestu cztérech godzinach, musi zapewne obracać się koło swéj osi, chociaż tego nie dostrzegamy z powodu oddalenia: astronomowie bowiem widzieli na niém w różnych punktach pojawiające się plamy. I gwiazda więc polarna prawdopodobnie usunęła się chwilowo z swego miejsca, ale wkrótce tam powróci, bez nadwerężenia zwykłéj zgodności z bussolą. Oznaczcie tylko dokładnie teraźniejsze gwiazdy położenie, i zmierzcie takowe jutro, a przekonacie się o jednostajności jéj ruchu. Dalecy przeto od zniechęcenia się tym wypadkiem, cieszmy się raczéj z odkrycia rzeczy, która w następstwach swoich nieocenioną korzyść przyniesie dla nauki.
Marynarze, w braku lepszych objaśnień, poprzestali na tłumaczeniu admirała, lecz długo jeszcze to dziwne zjawisko było przedmiotem ich rozmowy. Gdy ludzie nie posiadający dostatecznych wiadomości zaczynają rozumować, wtedy albo bardziéj się trwożą, albo zupełnie uspakajają: sternicy i oficerowie flotylli w ostatniém byli położeniu. Inaczéj rzecz się miała z majtkami; na wiadomość że stracili jedynego przewodnika niebezpiecznéj podróży, ogólne powstało narzekanie. Wtedy Sancho dowiódł, jak ważne przysługi świadczyć może prosty nawet człowiek. Osada jednogłośnie prawie postanowiła żądać zwrócenia okrętów na północo-wschód; ale zręczny majtek umiał złagodzić obawę kolegów, klnąc się na wszystkie świętości, że mało dwadzieścia razy był świadkiem podobnych wybryków bussoli. Następnie wezwał najstarszych i najdoświadczeńszych, aby dokładnie obliczywszy zboczenie dzisiajszego wieczoru, przekonali się nazajutrz, czy ono w tym samym postąpiło kierunku.
Dnia następnego rano, osada wszystkich trzech statków czekała z niecierpliwością wypadku ponowionych spostrzeżeń. Gnana siłą wiatru i nurtem prądów ku stronie zachodniéj, wyprawa sto kilkadziesiąt mil zrobiła w ciągu doby; przybytek więc zboczenia był widoczny, i przepowiednia Kolumba świetnie się sprawdziła. Nieświadomi łatwo zawsze wierzą w rzeczy jako tako podobne do prawdy; i tym razem przeto ukoiła się trwoga, i mniemano powszechnie, że tylko gwiazda polarna zrobiła poruszenie, igiełka zaś pozostała w miejscu.
Trudno powiedziéć, czy Kolumb sam wierzył w podaną przez siebie teoryą, czy téż takową zmyślił w celu jedynie uspokojenia majtków. Najpewniéj że wielki odkrywca, lubo objaśnienie swoje uważał chwilowo za dostateczne, miał jednak w tym względzie wątpliwości, które przed samym sobą innym tłumaczył sposobem, bo nadzwyczajny ten człowiek, jakby wieszczym duchem, przeczuwał prawdy wówczas jeszcze nieznane.
Na pociechę ogólną ze świtem ujrzano morze pokryte jeszcze krzewami, co w przekonaniu wszystkich zapowiadało blizkość lądu. Wiatr dął w kierunku prądu morskiego, powiérzchnia więc oceanu podobną była do zwierciadła spokojnego jeziora, i okręty płynęły obok siebie w odległości kilku tylko sążni.
— To zielsko, sennorze admirale, zawołał starszy Pinzon, podobne jest do krzewów rosnących na porzeczach; sądzę przeto że się zbliżamy do ujścia wielkiego strumienia.
— Łatwo się o tém przekonać, odpowiedział Kolumb. Każę zaczerpnąć kubeł wody, i zobaczymy jakiego jest smaku.
Właśnie Pepe wykonać miał zlecenie admirała, gdy baczne oko ostatniego między świéżém jeszcze zielskiem dostrzegło raka, którego zaraz jeden z majtków siatką wyłowił z morza.
— Oto szacowna zdobycz, mój dobry Marcinie Alonzo, rzekł Kolumb pokazując raka; podwodny ten mieszkaniec nie zwykł oddalać się od brzegu na więcéj jak mil ośmdziesiąt. A tam, czy widzisz jednego z owych ptaków zwrotnikowych, co nigdy nie nocują na morzu?
Na te słowa osada wydała okrzyk radości, i ludzie ci, przed chwilą jeszcze rozpaczający, przerzucili się nagle w niepomiarkowane uniesienie łudzącéj choć bezzasadnéj nadziei. Na wszystkich okrętach zaczerpnięto wody, i kilkadziesiąt ust razem, po skosztowaniu takowéj, zapewniło, że jest mniéj słoną niż zwykle. Uprzedzenie tak silnie działa na umysły, iż sam nawet Kolumb, tak spokojny zawsze i rozważny, porwany wirem ogólnego zapału, pewnym był niemal ujrzenia wielkiéj wyspy w środku drogi między Europą i Azyą.
— Rzeczywiście, przyjacielu Alonzo, ta woda zdaje się słodkawa.
— Mój język to samo mi powiada, sennorze admirale. I oto widzę że osada la Pinty złowiła znów tuńczyka.
Każdéj z tych pozornych przepowiedni radosne towarzyszyły wołania. Admirał téż, ustępując zapałowi majtków, kazał rozpiąć wszystkie żagle i pozwolił okrętom prześcigać się według woli. Ta walka o piérwszeństwo w odkryciu spodziéwanéj wyspy wkrótce eskadrę rozdzieliła: la Pinta, jako najszybcéj żeglująca, wysunęła się przodem, zostawiając la Santa Maria i la Nina w znaczném od siebie oddaleniu. Wszystko szczęściem tchnęło na pokładzie tych statków samotnie płynących śród niezmierzonéj przestrzeni oceanu; a przecież niebo bezustannie jeszcze przeléwało się w morze, i fale Atlantyku nieskończone wkoło roztaczały kręgi.


ROZDZIAŁ XIX.

Za nadejściem nocy la Pinta zwolniła bieg swój, aby się złączyć z innemi okrętami. Oczy wszystkich zwrócone były z tęsknotą ku stronie zachodniéj, gdzie spodziewano się lądu; lecz noc zapadła bez ziszczenia oczekiwań podróżnych. Wiatr ciągło dął od południo-wschodu; zboczenie bussoli jeszcze się nieco powiększyło, i odtąd nikt już nie wątpił, że sama tylko gwiazda polarna zmieniła położenie. Ale wyprawa, zamiast płynąć na zachód, skierowała się bardziéj ku południowi; i téjto okoliczności zawdzięczyć należy, iż Kolumb nie wylądował na brzegach Georgii albo wysp karolińskich.
Noc przeszła bez żadnego wypadku, i dnia 17 w południe, czyli z końcem dnia żeglarskiego, okręty o kilkadziesiąt znów mil zbliżyły się ku celowi. Krzewy morskie znikły, a z niemi i tuńczyki, żywiące się płodami szkopułów podwodnych, które tu bliżéj są powiérzchni niż w innych częściach Atlantyku. O południu wszystkie trzy statki, według przyjętego zwyczaju, udzielały sobie wzajemnych spostrzeżeń. Gdy la Pinta zbliżyła się dostatecznie do okrętu admiralskiego, starszy Pinzon rzekł do Kolumba:
— Bóg zsyła nam inne jeszcze znaki zapowiadające blizkość ziemi, sennorze don Christoval. Widzieliśmy liczne stada ptaków, a w stronie zachodniéj gęste chmury, podobne do tych jakie zwykle unoszą się nad lądem.
— Dobrato wróżba, don Marcinie Alonzo; ale powtarzam, że w tém miejscu napotkać możemy chyba wyspy rozpierzchnione. Do Azyi mamy jeszcze kilka dni drogi.
— Jeżeli pozwolisz, szlachetny admirale, rozepnę wszystkie żagle i popłynę naprzód, a pewny jestem że przededniem ujrzę się u celu.

Jak Sancho został piérwszym europejskim palaczem.

— Płyń w imię boże, dzielny żeglarzu, gdy takie twoje przekonanie, lecz ostrzegam cię że nie dosięgniesz tak prędko lądu stałego. Wszelako każde odkrycie nasze przyniesie sławę Kastylii; pozwalam przeto, tak tobie jak wszystkim, choćby setkami wynajdywać nieznane kraje.
Majtkowie głośno zaśmieli się z tych wyrazów, bo ludzie szczęśliwi skłonni są zawsze do wesołości. La Pinta puściła się w drogę, i dopiéro z zachodem słońca powróciła. Widnokrąg od północy gęste wieńczyły obłoki, a wyobraźnia ludzi podrażnionych niebezpieczeństwem łatwo w ich kształtach fantastycznych upatrywać mogła to skały urwiste, to głębokie wąwozy, to cyple lub wyzębienia brzegów.
Nazajutrz rano dészcz padać zaczął gęstemi kroplami. Okręty zbliżyły się do siebie i szalupy krążyły już w tę, już w owę stronę.
— Przyszedłem, sennorze admirale, rzekł starszy Pinzon, wysiadając na pokład la Santa Maria, prosić o upoważnienie zwrócenia się na północ, dla odszukania położonych w téj stronie krajów, aby to wielkie przedsięwzięcie ukończyć w sposób godny dostojnych władzców naszych, a razem wykazać prawdę twych pomysłów.
— Życzenie twoje godne jest pochwały, mój dobry Marcinie Alonzo, ale nie mogę na to pozwolić. Nie wątpię, że płynąc w kierunku przez ciebie wskazanym moglibyśmy ważne poczynić odkrycia; lecz zawsze byłobyto zboczeniem od celu. Indye leżą na zachód, a moim zamiarem nie było i nie jest znalezienie gromad podobnych do wysp kanaryjskich i azorskich. Postanowiłem godło chrześciaństwa ponieść w krainę niewiernych, i nie odstąpię téj myśli chyba z życiem.
— Sennorze de Munoz, ty który posiadasz zaufanie jego excellencyi, czy nie mógłbyś poprzéć naszéj prośby?
— Prawdę mówiąc, szlachetny Marcinie Alonzo, odpowiedział Luis z niedbałością raczéj granda Hiszpanii, mówiącego z żeglarzem, aniżeli z uszanowaniem należném drugiemu po Kolumbie naczelnikowi wyprawy; prawdę mówiąc, tak gorąco pragnę nawrócenia wielkiego chana, że niechciałbym zwrócić się ani w prawo ani w lewo. Przekonałem się nieraz, że diabeł tych tylko kusi, co chodzą omackiem po bezdrożach.
— Więc żadnéj nam nie zostawiasz nadziei, sennorze admirale, i zrzec się mamy tylu świetnych przepowiedni, nie przedsięwziąwszy nawet sprawdzenia takowych?
— Niéma nato rady, odrzekł admirał. Lecz oto w kierunku la Pinty szybuje ptak jakiś, jakby spocząć chciał na jéj maszcie.
Wszyscy obecni obejrzeli się i spostrzegli pelikana, który rozpiąwszy potężne loty na dziesięć stóp szérokości, o kilka sążni nad wodą sunął w kierunku la Pinty; lecz błędne ptaszę, jak gdyby gardząc podrzędnem schronieniem, w niespodzianym obrocie zwróciło się nagle ku okrętowi admiralskiemu i usiadło na wielkim jego maszcie.
— Jeżeli ptak ten nie zapowiada nam blizkości lądu, rzekł uroczyście Kolumb, to zawsze obecność jego dobrą dla nas jest wróżbą. To znak widomy od Boga, by wytrwać w zamierzoném dziele; bo nigdy, Marcinie Alonzo, nie widziałem pelikana w odległości więcéj niż dwudziestu cztérech godzin od brzegu.
— I ja uważałem to samo, i mniemam że to pomyślna przepowiednia. Lecz może też Opatrzność skłonić nas chce do przeszukania tych stron oceanu?
— Rozumiem przeciwnie, że ona każe nam postępować ku wytkniętemu celowi. Powróciwszy z Indyj, będziemy mogli spokojnie zwidzić tę część Atlantyku; teraz zawcześnie o tém pomyśleć, gdyż kilkaset mil jeszcze mamy przed sobą. Radbym zgromadzić sterników, dla oznaczenia na mappie w którym jesteśmy punkcie.
Wszyscy sternicy zebrali się na pokładzie la Santa Maria, i każdy z nich igiełką na mappie morskiéj, wykonanéj przez samego admirała, wskazywał położenie okrętów. Wincenty Yanez umieścił igiełkę w oddaleniu czterystu czterdziestu mil od Gomery; Marcin Alonzo położył ją nieco bliżéj na wschód. Gdy przyszła kolej na Kolumba, zatknął on swoję na dwadzieścia mil jeszcze za znakiem Alonza, utrzymując że towarzysze jego musieli się pomylić. Po téj czynności admirał stosowne wydał rozkazy, i każdy powrócił do siebie.
Zdaje się że Kolumb przypuszczał rzeczywiście w tém miejscu bytność wielkiego archipelagu, a historyograf jego, Las Casas, popiéra prawdziwość tego zdania; wszelako, jeśli tam kiedykolwiek istniały wyspy, to ony zniknąćby musiały od dawna, co przecież niebardzo podobnem jest do prawdy. Że mnóstwo ziół morskich napotykano w tych stronach nie ulega zaprzeczeniu; lecz krzewy te naniesione być mogły przez prądy. Co zaś do ptaków, łatwo wytłumaczyć sobie ich obecność przez obfite pożywienie jakiego im właśnie dostarczały zioła i ryby oceanu; wiadomo bowiem iż ptaki morskie odpoczywać mogą na wodzie.
Mimo tylu znaków pomyślnych, majtkowie wkrótce przeszli z nadziei do obawy. Sancho, zostający ciągle w tajemnych z admirałem stosunkach, doniósł mu o tém usposobieniu osady wieczorem dnia 20 września, a więc w dni jedenaście od chwili jak wyspa Ferro zniknęła na widnokręgu.
— Lękają się ciszy, sennorze, rzekł Sancho; utrzymują że pod tym stopniem szérokości niéma wcale wiatru.
— Sancho, pociesz tych biédaków uwagą, że cisze chwilowe na wszystkich panują morzach. Spodziéwam się iż nie podzielasz tych niedorzecznych przypuszczeń?
— Trzymam się jak mogę, sennorze admirale. Ale wyznaję, że najdzielniéj pokrzepia mię myśl o bogactwach Indyj; gdy o nich marzę, uczuwam rodzaj zachwytu religijnego, i wnet zapominam o Moguer.
— Nienasycony jesteś w swych żądzach, przebiegły filucie. Oto masz dublona; patrząc na niego możesz sobie wyobrazić bogactwa wielkiego chana; bo trzeba ci wiedziéć że ten monarcha nietylko ogromne posiada skarby, lecz nadto lubi je rozdzielać przy zdarzonéj sposobności.
Sancho, przyjąwszy podarunek, zostawił Kolumba sam na sam z Luis’em.
— Wahaniu się tych tchórzów, zawołał niecierpliwy młodzieniec, możnaby łatwo zapobiedz płazem lub ostrzem nawet w potrzebie.

Kacyk Kaonabo.

— Surowe środki, mój młody przyjacielu, w ważnych tylko przystoją okolicznościach. Poświęciwszy lat tyle téj wielkiéj sprawie, nie jestem zapewne skłonny ustąpić przed lada szemraniem. Ale Bóg nie obdarzył wszystkich ludzi jednakową zdolnością: przekonałem się o tém przy rozprawach z uczonemi Salamanki; jakżebym więc dziwić się miał sarkaniom tych prostaków, rzuconych w nieznane szlaki, gdzie wzrok wyższego tylko pojęcia upatrzyć zdoła drogę?
— Prawdę mówisz, admirale, a jednak lękliwi nie mają słuszności. Bo jakież, na ś. Piotra, zagraża nam niebezpieczeństwo? Jesteśmy prawda w oddaleniu kilkuset mil od lądu, ale tak nam tu dobrze jak wszędzie. Widziałem nieraz w jednéj rozprawie z Maurami dwa razy więcéj poległych, niżeli flotylla nasza ma ludzi, a krew w niéj rozlana mogłaby spławić ten okręt.
— Niebezpieczeństwa jakich się lęka osada nietyle są głośne, lecz niemniéj przerażające jak w walkach przeciw Maurom. Gdzież znajdziesz źródło coby zwilżyło spieczone ich usta? gdzież owoc coby odżywił zgłodniałych, gdy nasze zapasy będą wyczerpane? Okropna to rzecz umiérać z pragnienia i głodu śród morza, bez pociechy religijnéj. Otóż co niepokoi wyobraźnię majtków.
— Mnie się zdaje, sennorze, że o tém czas będzie pomyśléć, gdy napoczniemy ostatnią beczkę wody i ostatnią baryłkę sucharów; tymczasem zaś radbym prosić waszéj excellencyi o pozwolenie wszczepienia tym mózgownicom rozumu sposobem jaki uznam za właściwy.
Kolumb nadto dobrze znał charakter młodziana, aby te jego słowa przyjąć za prawdę. Obaj, oparci o maszt przodkowy, stali przez chwilę pogrążeni w dumaniu. Noc zapadała i trudno już było rozróżnić twarze majtków, tworzących na pokładzie małe grupy gwarne i niespokojne. La Nina i la Pinta w czarnych zarysach odrzynały się na sklepieniu nieba, jaśniejącém millionami gwiazd; żagle w malowniczych zagubach kołysały się śród masztów. Byłto obraz łagodny i czarujący, lecz samotność nocy, głęboka cisza morza, przerywana niekiedy tylko trzeszczeniem rejów, nadawała mu barwę dziwnéj jakiejś rzewności.
— Czy nie słyszysz Luis, trzepotania pomiędzy linami? zapytał admirał. Zdaje mi się że to szelest sprawiony przez małe ptaszki.
— Tak jest, admirale; widzę na masztach ptaszyny wielkości naszych wróbli.
— Posłuchaj ich śpiewu, wtrącił admirał; jakże on słodko pieści ucho! jak wielką jest dobroć Stwórcy, co wszechświat cały zapełnia harmonią tonów! Ziemia nie może być odległą, kiedy tak wątłe istoty towarzyszą naszéj podróży.
Wkrótce majtkowie spostrzegli obecność téj rzeszy napowietrznéj, i śpiéw jéj silniejsze na umysłach uczynił wrażenie, aniżeli najuczeńsze dowodzenia matematyczne.
— Mówię wam że jesteśmy blizko lądu, zawołał Sancho; oto dowód niezbity. Wesołe te świergotania brzmią tak radośnie, jak gdyby małe koncertanty dziobały winogrona lub figi kastylskie.

Luis broni Ozemę przeciw napadowi Kaonaba i Indyan.

— Sancho ma słuszność, odezwało się kilka głosów. Powietrze nawet niesie nam woń lądową. Bóg nas prowadzi, niech będzie pochwalone Jego imię.
W téj chwili wszyscy z trwogi przerzucili się w nadzieję. Mniemano powszechnie, i sam nawet admirał zdanie to podzielał, że przybycie tak drobnych ptasząt dowodziło sąsiedztwa ziemi żyznéj, przybranéj we wszystkie powaby przyrody; ta zgraja bowiem skrzydlata lubi upatrywać sobie mieszkanie zgodne z słodyczą własnych nawyknień.
Późniejsze spostrzeżenia dowiodły, że Kolumb zostawał w błędzie. Mylimy się częstokroć sądząc o sile zwierząt według ich wielkości. Rzeczywiście z dwóch ptaków niewodnych, co śmiało mierzą przestrzenie oceanu, niniejszy właśnie zwykł puszczać się daléj, bo jemu lada zielsko służyć może za miejsce odpoczynku. Ptaki czysto lądowe nie wylatują wprawdzie na morze; lecz burza niekiedy unosi je poniewolnie.
Jakakolwiek zresztą była przyczyna zjawienia się tych drobnych śpiewaków na okręcie la Santa Maria, zawsze ono uspokoiło umysły majtków. Wszyscy słuchali świergotania ptaszków, z natężoną uwagą i w większéj niezawodnie cichości, jak nasi lubownicy szumnego popisu doskonale wyćwiczonéj orkiestry.
Z brzaskiem jutrzenki śpiewy się ponowiły, i wkrótce całe stado uleciało w kierunku południowo-zachodnim. Wiatr zwolniał i morze zasłane znów krzewami podobne było do niezmiernéj łąki. Dwudziestego drugiego września rano zupełna nastąpiła cisza; a razem z nią ponowiły się szemrania.
— Płyniemy w strony nieznane, mówili niechętni, i oto przybyliśmy na miejsce gdzie niéma już wiatru, gdzie ugrzęźniemy w zaroślach lub piasku, i pomrzemy z głodu.
Obawa ta naturalną była w czasie kiedy najświatlejsi nawet mężowie przedzierali się ku nauce przez grubą pomrokę przesądów, kiedy wiara w potęgę złych duchów była jeszcze powszechną.
Nazajutrz, 23go lekki wiatr zawiał od południo-zachodu; przy jego pomocy eskadra przebyła zarośle, i pragnąc nadal uniknąć téj przeszkody, zwróciła się nieco na północ. Kolumb mniemał wtedy że zmija się z prostą drogą, gdy tymczasem, w skutek zboczenia igiełki magnesowéj, ten właśnie obrót w właściwym prowadził go kierunku. Okoliczność ta zdaje się dowodzić, iż sam odkrywca wierzył w ruch gwiazdy polarnéj; inaczéj bowiem trudno sobie wytłumaczyć, dlaczego przy pomyślnym wietrze przez kilka dni płynął ukośnie ku południowi.
Usposobienie majtków w téj podróży nieustannym podlegało zmianom. Zaledwo okręty na czyste wypłynęły morze, już wszyscy nową krzepili się nadzieją, i lubo wiatr dął w kierunku wysp kanaryjskich, nikt wtedy nie myślał o powrocie. Ale wieczorem wyprawa napotkała znów przestrzeń pokrytą krzewami; ujrzano raki pełzające po zielsku i kilka ptaków, a między niemi turkawkę.
Admirał znajdował się na pokładzie, gdy przystąpił do niego jeden z majtków niezadowolonych, imieniem Marcin Martinez.
— Sennorze, rzekł, nie wiemy co sądzić o tém wszystkiém. Przez kilka dni wiatr z jednéj wiał strony; teraz zupełnie ustaje, a morze wygląda jak pole, na którém tylko patrzéć rychło zjawią się krowy i cielęta. To rzecz straszliwa, jakiéj żaden z nas nigdy nie widział!
— Te krzewy, odpowiedział Kolumb, są zielskiem ruchomém oceanu, i dowodzą tylko żyzności ziemi co je wydala. Wiatr południowo-zachodni zwykle w téj szérokości panuje, jak wiedzą wszyscy co płynęli do Gwinei. Nie upatruję w tém nic trwożącego i przekonany jestem że roztropny nasz Pepe nie podziela twéj obawy.
— Sennorze admirale, odezwał się zagadniony, poprzysiągłem ci wierność i święcie jéj dotrzymam; ale ta cisza, zaledwo słabém przerywana tchnieniem, wszystkich nas niepokoi. Powiérzchnia oceanu jest jakby obumarłą; może téż Bóg otoczył pewne kraje pasem martwéj wody, kładąc tém granicę ludzkiéj ciekawości.
— Rozumowanie twoje jest mylne; bo właśnie istota najwyższa kazała człowiekowi nad całą panować ziemią, i roznieść wszędzie światło ewangelii; granice zaś o których mówisz w wyobraźni tylko twojéj istnieją.
— Dziwię się w istocie, wtrącił Sancho, zawsze gotów popiérać admirała, że majtek tak doświadczony jak Marcin wspomina o wietrze peryodycznym i o zielsku, jako o rzeczach nieznanych. Dla mnie te zjawiska bardzo są powszednie. Płynąc do Irlandyi widziałem nieraz morze pokryte krzewami, a wiatr na jéj brzegach wieje regularnie przez cztery tygodnie z jednéj strony, przez drugie zaś cztéry z przeciwnéj.
— Czy nie słyszałeś nigdy o ławicach tak długich, że ominąć ich niepodobna? zapytał Marcin. To zielsko zapowiada nam blizkość podobnéj zawady.
— Dosyć téj gawędy, rzekł admirał nakazująco; płyniemy śród zielska albo na czystéj wodzie, stosownie do kierunku prądów.
— Ale ta cisza, sennorze admirale, zawołało kilka głosów. Nikt z nas nie widział wody tak nieruchoméj.
— Nieruchoméj! powtórzył Kolumb, otóż sama natura daje wam odpowiédź!
W chwili gdy admirał domawiał tych wyrazów, potężna fala podważyła okręt la Santa Maria; wszystkie maszty skrzypnęły, wszystkie liny zachrzęstły, i bałwany bić zaczęły do wysokości pokładu. Majtkowie, przerażeni, z zadziwieniem obejrzeli się wkoło; w powietrzu bowiem najzupełniejsza panowała cisza. Niezadługo całe morze było w ruchu i wszystkie trzy statki stały się igraszką zapienionych jego fali. Kolumb postanowił zaraz obrócić to zdarzenie na swą korzyść.
— Widzicie, rzekł do osady, że wszechmoc Boga zwalcza waszę obawę. Mógłbym nadużyć niewiadomości waszéj i nagłe to wzburzenie oceanu wystawić jako cud na poparcie mych zamiarów zesłany; lecz święta sprawa, któréj służę z poświęceniem, nie potrzebuje uciekać się do podstępu. To wzdęcie niespodziane jest skutkiem oddalonéj burzy, i ruchu wody w tym właśnie punkcie gasnącego. Zawsze jednak to zjawisko, chociaż zgodne z porządkiem natury, powinno was przekonać, że Opatrzność czuwać nad nami nie przestaje. Bądźcie więc spokojni, i pamiętajcie o tém, iż daléj nam teraz do kraju ojczystego, jak do Indyj. Godzina każda zbliża nas do celu, a ten co wytrwa do końca hojną odbierze nagrodę, podczas gdy opieszałych zasłużona nie ominie kara.
Przytoczyliśmy tę przemowę Kolumba jako dowód, że wielki odkrywca nie wierzył w cudowność wspomnionego zdarzenia, lubo wielu współczesnych i późniejszych pisarzów wystawia takowe jako bezpośrednie zesłanie Opatrzności. Trudno téż przypuścić, aby tyle doświadczony żeglarz nie znał zjawiska tak pospolitego w stronach szczególniéj nadbrzeżnych.


ROZDZIAŁ XX.

W następnéj dobie okręty weszły znów w obręb działania wiatrów peryodycznych, i płynęły w kierunku wskazanym przez bussolę, z szybkością około pięćdziesięciu mil dziennie.
Dnia 25 rano nastała cisza, i statki leniwym biegiem posuwały się obok siebie. Osada la Pinty z osadą admiralską rozmawiała o położeniu obecném i o widokach przyszłości. Kolumb z uwagą słuchał pogadanki, i wreszcie upatrzył sobie chwilę wtrącenia do niéj swych uwag, zbawiennie zawsze działających na umysły majtków.
— Co sądzisz, Marcinie Alonzo, zawołał głośno, o mappie którą ci wczoraj przesłałem? czy nie powziąłeś z niéj nadziei że szczęśliwe dokonamy dzieła?
Zaledwo admirał przemówił, wszyscy z uszanowaniem zamilkli; pomimo bowiem niezadowolenia części osady, osoba jego była przedmiotem największego poważania.
— Piękneto dzieło, sennorze, odpowiedział dowódzca la Pinty, i wielkie daje wyobrażenie o zdolnościach wykonawcy.
— Jest nim niejaki Paweł Toscanelli z Florencyi, człowiek głębokiéj nauki i niezmordowanéj wytrwałości. Pisma jego zawiérają szczegółowe objaśnienia względem wysp tak dokładnie wyrysowanych na mappie. Mówi on między innemi o porcie Zaiton, z którego wypływa rocznie sto okrętów naładowanych pieprzem, i opowiada że papiéż Eugeniusz IV przyjmował ambasadora wielkiego chana. Posłannik ten objawił życzenie swego władzcy, by wejść w przyjazne stosunki z chrześcianami zachodu, jak nas wtedy mianowali przybysze; ale wkrótce nazywać nas tam będą mieszkańcami wschodu.
— Cudowne prawisz nam rzeczy, sennorze, rzekł Alonzo; pytanie tylko czy ony zasługują na wiarę.
— Prawdziwość ich najmniejszéj nie podlega wątpliwości, bo Toscanelli częste miewał stosunki z posłem wielkiego chana, a Eugeniusz IV umarł dopiéro w r. 1477. Od niegoto uczony florentyński dowiedział się o bogactwie Indyj, a szczególniéj zachwalał mu przepych stolicy Quisay i wspaniałość rzéki z marmurowemi mostami, wzdłuż brzegów któréj dwieście miast z górą osiadło. Mappa Pawła Toscanelli przekonywa, iż odległość miedzy Lizboną a Quisay wynosi trzy tysiące dziewięćset mil włoskich, czyli tysiąc naszych, w kierunku zachodnim[4].
— Co mówi uczony Toskańczyk o bogactwach tego kraju? zapytał Alonzo, i wszyscy bacznie nadstawili ucha.
— Wspomina o niezmiernéj obfitości złota, srebra i kosztownych kamieni, i dodaje, że miasto Quisay ma trzydzieści pięć mil obwodu.
— Widzę na mappie dwie wyspy, ciągnął daléj starszy Pinzon; z których jedna nosi imię Antilla, a druga Cipango.
— Tak jest, mój dobry Marcinie Alonzo, i wzajemne ich położenie najściśléj jest oznaczone; odległość między niemi wynosi dwieście dwadzieścia pięć mil morskich.
— Podług mojego obliczenia powinniśmy być niedaleko Cipango.
— Tak się zdaje, ale żeśmy zbaczali kilkakrotnie, trudno więc powiedziéć o ile rachunek zgadza się z rzeczywistością. Pozwól mi mappę, abym na niéj oznaczył obecne położenie nasze.
Pinzon zwinął starannie pracę Pawła Toscanelli, obwiązał ją płótnem żeglarskiém i rzucił na pokład la Santa Maria; poczém la Pinta, przypuszczając żaglów, wysunęła się naprzód.
Kolumb rozwinął mappę na stole ustawionym w tylnéj części okrętu, i kazał zbliżyć się majtkom, chcąc żeby wszyscy wiedzieli w którym punkcie, zdaniem admirała, eskadra się znajduje. Wymierzywszy drogę każdodzienną, z potrąceniem obciętéj przez siebie części, admirał wytknął na mappie miejsce nieopodal już wysp, jakich się spodziéwano od strony zachodniéj stałego lądu Azyi. Człowiek łatwiéj zawsze poddaje się wrażeniom zmysłowym, aniżeli wpływowi rozumowania: majtkowie téż, widząc na mappie Cipango oznaczone kolorem, i nie wątpiąc o sumienności Kolumba w utrzymywaniu zapisków okrętowych, najzupełniéj byli przekonani, że wszystko co im mówiono jest prawdą. I znów ci ludzie przeszli ze zwątpienia do przesadzonych nadziei, które raz jeszcze miały być zniweczone.
Statek la Pinta wyprzedził dwa inne na jakie sto sążni, i podczas gdy majtkowie okrętu admiralskiego radośnie z sobą rozmawiali, rozległ się nagle głos Pinzona.
— Ląd! ląd! zawołał, machając kapeluszem.
— W któréj stronie? rzekł Kolumb z żywością.
— W stronie południowo-zachodniéj, była odpowiédź dowódzcy la Pinty.
Spojrzenia wszystkich zwróciły się ku miejscu wskazanemu, i rzeczywiście ujrzano na krańcu widnokręgu jakąś massę czarniawą, w niewyraźnych zarysach, dobitniéj jednak oznaczoną niż zwykle bywają chmury. Kolumb tyle był biegłym w ocenianiu zjawisk na morzu, że oczy majtków wlepiły się w twarz jego, pragnąc stanowczy wyczytać z niéj wyrok. W rysach wielkiego odkrywcy najczystsza malowała się radość: odkrył głowę i wznosząc ręce ku niebu padł na kolana. Byłoto hasłem dla całéj osady, która przyklęknąwszy pobożnie, z uczuciem niewypowiedzianéj wdzięczności zaśpiewała szczytny hymn: Gloria in excelsis Deo! Poraz piérwszy od stworzenia świata zabrzmiało pienie pochwalne w téj samotni niezmierzonego oceanu, gdzie dotąd szum tylko fali cześć Stwórcy głosił przyrodzie.
— Chwała Bogu na wysokościach! zagrzmiało razem kilkadziesiąt głosów; pokój ziemi i ludziom dobréj woli! Wielbimy cię Boże i czcimy ku chwale Twojego imienia! Królu niebieski, ojcze nasz wszechmogący!
Po spełnieniu tego aktu religijnéj wdzięczności, majtkowie piąć się zaczęli na drabinki linowe, dla rozpoznania domniemanéj ziemi, i utwierdzeni w swych nadziejach, niepomiarkowanéj oddali się radości. Gdy noc zapadła Kolumb, dogadzając życzeniu ogólnemu, kazał sternikom zwrócić się nieco na południe. Wiatr był pomyślny, a że admirał odległość owego lądu obliczył na mil dwadzieścia i kilka, wszyscy więc spodziéwali się ujrzéć go ze świtem. Sam Kolumb podzielał tę nadzieję, lubo niechętnie odmienił kierunek swego biegu.
Téj nocy mało kto oddał się spoczynkowi. Marzenia o bogactwach i cudach krainy wschodu zaprzątały wyobraźnię podróżników, sen nawet chwilowy w rajskie zamieniając widzenie. Majtkowie raz po raz opuszczali swe łoża, i włażąc na drabinki, usiłowali przeniknąć ciemność nocy. Przed wschodem jeszcze słońca kto żyw wybiegł na pokład, w nadziei ujrzenia w świetle jutrzenki cudownéj panoramy odkrytego kraju.
— Już się rozjaśnia na wschodzie, rzekł Luis, i teraz, admirale, nazwać cię możemy chlubą ludzkości!
— Wszystko jest w ręku Boga, mój młody przyjacielu, odpowiedział Kolumb; jednakże, czy blizcy jesteśmy ziemi, czy od niéj daleko, zawsze to rzecz niezawodna, iż ona stanowi zachodni brzeg oceanu, i że prędzéj lub późniéj tam przybędziemy.
— Słońce powinnoby dziś wyjątkowo wzejść na zachodzie, abyśmy w całéj świetności zoczyli tę nową posiadłość naszę.
— Powoli, mości Pedro! Słońce od początku świata odbywa obieg swój koło ziemi od zachodu ku wschodowi, i tak podobno zostanie na wieki. Jestto prawda niezbita, względem któréj zmysły łudzić nas nie mogą, chociaż w wielu razach świadectwo ich może być mylne.
Tak mówił Kolumb, nieskończenie wyższy rozumem i nauką od większéj części spółczesnych, bo sam, jak wszyscy, ulegał sile uprzedzenia. Słynny system Ptolomeusza, dziwaczna plątanina prawdy i błędów, stanowił wówczas wyrocznię astronomów. Kopernik był jeszcze młodzieńcem, i dopiéro w lat kilkadziesiąt po odkryciu Ameryki niewyraźny domysł Pytagorasa potęgą geniuszu swego wyniósł na stanowisko naukowe. Klątwa, którą Kopernik dotknięty został za objawienie prawdy, i złorzeczenia miotane przeciw niemu, nowym są dowodem, jak niebezpiecznie było w tym czasie wstrząsać zastarzałemi przesądami.
Gdy piérwszy promień wschodzącéj jutrzenki ozłocił powierzchnię morza, spojrzenia wszystkich, usilnie lecz napróżno, spodziéwanego szukały lądu. Truchtano na myśl że to nowy był zawód, a jednak przekonano się wkrótce, iż jakieś zjawisko powietrzne stać się musiało przyczyną ogólnego złudzenia.
Przez kilka dni następnych w położeniu wyprawy żadna nie zaszła zmiana. Dwudziestego dziewiątego września ujrzano morskiego ptaka, z rodzaju komoranów czyli fregat; a że, według zdania żeglarzów, mieszkaniec ten napowietrzny nigdy się bardzo od ziemi nie oddala, nową przeto, acz słabą, powzięto otuchę. Napotkano także dwóch pelikanów, a powietrze tak było wonne i łagodne, jak pod szczęśliwém Andaluzyi niebem.
Piérwszego października sternicy okrętu admiralskiego postanowili obliczyć odległość jaką dotąd przebyto. I oni także, podobnie jak reszta osady, nie wiedzieli o wybiegu Kolumba. Ukończywszy rachunek, zbliżyli się smutnie do admirała, stojącego na tylnym pokładzie.
— Znajdujemy się na pięćset siedmdziesiąt ośm mil od Ferro, w kierunku zachodnim, sennorze admirale, rzekł starszy pomiędzy niemi; straszliwato odległość, zwłaszcza gdy się płynie po morzu zupełnie nieznaném!
— Prawdę mówisz, poczciwy Bartłomieju, odpowiedział spokojnie Kolumb; ale tém większą będzie nasza sława. Obliczenie moje przewyższa nawet wasze, bo daje mil pięćset ośmdziesiąt cztéry. Wszelako niewiększa to odległość, jak z Lizbony do brzegów Gwinei; a przecież wyścignąć się nie damy marynarzom Jana II.
— Ach! Sennorze admirale, Portugalczycy trzymają się niedaleko brzegu, podczas gdy my rzuceni jesteśmy w przestrzeń bezgraniczną.
— Wstydź się, Bartłomieju! gadasz jak rybak, co nigdy się nie wychylił za swą rzékę. Objaw osadzie wypadek naszego obliczenia, ale z twarzą wesołą, nie okazując żadnego pomięszania, bo cię wyśmieją gdy niezadługo w indyjskich gajach rozkosznie używać będą chłodu.
— Ten człowiek widocznie się boi, pomruknął Luis, gdy sternicy się oddalili. Ów mały nawet przybytek mil sześciu powiększył brzemię tłoczące jego umysł. Pięćset siedmdziesiąt ośm mil, to w jego oczach straszna była odległość; ale liczba pięćset ośmdziesiąt cztéry zupełnie go zgnębiła.
— A cóżby dopiéro powiedział, gdybym nie taił się z prawdą, któréj i ty, młodzieńcze, pewno się nie domyślasz?
— Spodziéwam się że nie kryjesz jéj przedemną z obawy abym nie stchórzył.
— Daleki jestem od téj myśli, mój młody przyjacielu; ależ tam, gdzie tak święta sprawa na jednym wisi włosku, człowiek oniemal sam sobie nie dowierza. Czy masz dokładne wyobrażenie o drodze jakąśmy przebyli?
— Gdzie zaś, mój admirale; dosyć że jesteśmy daleko od Mercedes, a kilkadziesiąt mil mniéj lub więcéj nic w tém nie stanowi. Jeżeli teorya twoja o kulistości ziemi jest prawdziwą, mogę przynajmniéj cieszyć się nadzieją, iż goniąc za słońcem z przeciwnéj strony powrócimy do Hiszpanii.
— Jednakie, wiedząc o codziennych umniejszeniach moich, powinieneś w przybliżeniu ocenić odległość naszę od Ferro.
— Prawdę mówiąc, sennorze, niewiele mię zawsze arytmetyka obchodziła. Choćby mi przyszło uratować tém życie, nie umiałbym oznaczyć wysokości swych dochodów, lubo prostym bardzo sposobem dobiéram się pustek w kieszeni. Może prawdziwa odległość wynosi jakie sześćset dziesięć albo sześćset dwadzieścia mil, zamiast pięciuset ośmdziesięciu cztérech, które podałeś.
— Dodaj sto jeszcze, a będziesz niedaleko prawdy. Znajdujemy się w téj chwili na siedmset siedm mil od Ferro, i wchodzimy w południk wyspy Cipango. Przed końcem przyszłego tygodnia, albo najdaléj za dni dziesięć, spodziéwam się dosięgnąć stałego lądu Azyi.
— To więcéj jakem przypuszczał, odpowiedział Luis obojętnie; ale naprzód, w imię Boże! jest taki na tym okręcie, co nie będzie narzekał, choćby przyszło okrążyć całą ziemię.


ROZDZIAŁ XXI.

Dwadzieścia pięć dni upłynęło od czasu jak nasi podróżnicy stracili z oczu ziemię, a oprócz przytoczonych zboczeń, i kilku dni ciszy, wyprawa w tym przeciągu posuwała się ciągle na zachód podług bussoli, w istocie zaś na południo-zachód. Nadzieja majtków, posunięta niekiedy do obłędu, tylokrotnie została zawiedzioną, że w końcu ponury smutek opanował wszystkie umysły. Chwilami tylko niepewny okrzyk: „ziemia!” na widok obłoków, przerywał ten stan bezwładnego osłupienia. Spokojność jedynie morza, czystość nieba i woń rozlana w powietrzu wstrzymać mogły wybuch ogólnéj rozpaczy. Sancho, nieustanny rozprawiacz, zwalczał obawę towarzyszów przez kłamstwa naprędce ułożone; podobnież wesołość i niezachwiana wiara Luis’a zbawiennie na nich działała. Kolumb zawsze jednako był spokojny, pełen zaufania w prawdziwość swéj teoryi i silnéj woli dokonania swego planu.
Od drugiego do piątego października żegluga była szybką i pomyślną, lecz żaden wypadek nie urozmaicił podróży. Dzień następny również przeszedł spokojnie; Opatrzność rączym biegiem zdawała się posuwać okręty ku celowi. Wieczorem la Pinta zbliżyła się o tyle, że dowódzca jéj mógł rozmawiać z admirałem bez użycia trąbki.
— Czy don Christoval jest na pokładzie? zapytał Pinzon, bo poznać go nie mogę w ciemności.
— Czego żądasz, kochany Marcinie Alonzo? odrzekł admirał.
— Chciałbym dla wielu przyczyn obrócić się na południe. Wszystkie odkrycia nowoczesne w téj właśnie poczyniono stronie; a mam niepłonną nadzieję, że i mnie się powiedzie.
— Czyż poprzednio zyskaliśmy co na tém, obiérając kierunek południowy? Myśl twoja, czcigodny przyjacielu, często cię unosi w krainę urojenia. Być może iż w prawo lub w lewo znajdują się tu wyspy, ale ląd stały leży na zachodzie. Trudno porzucać rzeczy pewne dla niepewnych, Indye dla jakiéjś wysepki, rozkosznéj może, lecz mało znaczącéj w porównaniu z wielkim celem do którego zmierzamy.
— Jednakże, sennorze, proszę o pozwolenie skierowania się nieco na południe.
— Trzymaj się prostéj drogi, Alonzo, i zapomniéj o swém życzeniu. Ponieś rozkazy moje dowódzcy la Niny, a gdyby przypadek rozdzielił nas w nocy, płyń ciągle ku zachodowi, i staraj się zemną połączyć; bo smutno byłoby błądzić samemu po nieznanym oceanie.
Pinzon, chociaż z widoczną niechęcią, poddał się przecież woli admirała i popłynął ku la Pincie, aby bratu udzielić otrzymane rozkazy.
— Marcin Alonzo zaczyna się wahać, rzekł Kolumb, zostawszy z Luis’em. Śmiałyto zaiste i zręczny marynarz, ale mu brak wytrwałości; trzeba więc aby silna ręka trzymała w karbach jego słabość.
Po północy wiatr się powiększył, i eskadra przez dwie godziny z nadzwyczajną płynęła szybkością. Majtkowie nie rozbiérali się, a Kolumb z Luis’em przepędzili noc na pokładzie, mając za łoże stary żagiel. Z brzaskiem jutrzenki wszyscy byli w ruchu, bo rząd obiecał 10,000 marawedów rocznéj pensyi temu, kto piérwszy spostrzeże ziemię, i każdy pragnął zasłużyć na tę nagrodę.
W miarę jak światło rozléwało się po zachodniéj części widnokręgu, wszystkie trzy okręty zaczęły walczyć z sobą o piérwszeństwo. W tych zapasach równoważyły się mniéj więcéj korzyści i niekorzyści szermierzów: la Nina płynęła najszybcéj przy spokojném morzu, lecz zato małych była rozmiarów; la Pinta miała wyższość przy wietrze nieco silnym; nareszcie la Santa Maria, choć ciężka w ruchach, posiadała najwyższe masztowanie, z którego patrzący rozleglejszą objąć mogli przestrzeń.
— Dziś wszyscy dobréj są myśli, sennorze don Christoval, rzekł Luis zbliżając się do admirała, i każdy radby coprędzéj ujrzéć ziemię obiecaną.
— Pepe, przywiązany małżonek Moniki, zawieszony jest na najwyższym maszcie, i zwraca oczy na zachód, chcąc gwałtem pozyskać nagrodę. W istocie 10,000 marawedów rocznego dochodu, to sumka co może pocieszyć stroskaną wdowę.
— Sennorze! sennorze! zawołał Sancho, siedzący na rei tak swobodnie, jak bywalec salonowy na fotelu; la Nina daje sygnały!
— Prawda, odrzekł Kolumb; Wincenty Yanez zatknął barwy królowéj.
Ponieważ to był znak umówiony w razie odkrycia lądu, nie wątpiono przeto że cel podróży został wreszcie dosięgniętym. Pomni wszelako na doznane zawody, majtkowie milczeli jeszcze, czekając potwierdzenia swych nadziei.
Okręty z rozwiniętemi żaglami pędziły ku zachodowi, jak ptaki zbyt długim znużone lotem, co ostatniém skrzydeł uderzeniem zmierzają do lądu, którego położenie wskazuje im siła instynktu.
Tak upłynęło kilka godzin. Widnokrąg, na zachodzie ciemnemi pokryty chmurami, omylić mógł najwprawniejsze nawet oko. Jednakże około południa, gdy statki odbyły mil pięćdziesiąt, a nie ujrzano pożądanego wybrzeża, niepodobna już było łudzić się dłużéj. Zniechęcenie, jakie nastąpiło po tym ostatnim zawodzie, większe jeszcze było niż poprzednie. Osada nie ukrywała już szemrania, utrzymując że wabieni przez złego ducha w nieznane przestrzenie oceanu, marnie tam wkrótce zginąć będą musieli. Zdaniem niektórych biografów Kolumb zmuszonym był wtedy wejść w układy z towarzyszami, przyrzekając im powrót, jeśli w oznaczonym czasie nie dosięgnie ziemi; ale ta słabość mylnie przypisywaną bywa wielkiemu człowiekowi, który w przeciwności nawet nie przestawał wywierać władzę nad osadą i utrzymywać przynależne sobie posłuszeństwo. Wszelako przezorność kazała mu w pewnym stopniu ustąpić życzeniu ogólnemu.
— Jesteśmy teraz, przyjacielu Luis, rzekł Kolumb w poufałéj pogadance wieczornéj z młodzieńcem, na tysiąc mil od Ferro, według mego obliczenia. Dotąd, mimo przeciwnych oczekiwań Marcina Alonzo, nie spodziewałem się napotkać jak tylko pojedyńcze wyspy; teraz atoli wyglądam stałego lądu, i umyśliłem skierować się za lotem ptaków, których liczne stada ciągną widocznie ku brzegom. Każę więc posterować więcéj na południe, nie tracąc z oczu głównego celu podróży.
Admirał wydał stosowne polecenia dowódzcom dwóch innych statków. Jednakże i nazajutrz nie ujrzano lądu, ale że statki, przy słabym wietrze, na kilka mil tylko przez noc postąpiły, zawód przeto nietyle był przykrym. Mimo niepewności położenia, podróżnicy z rozkoszą wonném oddychali powietrzem. Zioła nie pokrywały już powierzchni morza, lecz przypływały zupełnie świéże, a ptaki, widocznie lądowe, w coraz większych zjawiały się stadach.
Tak przeszedł dzień ósmy października. Nazajutrz wiatr zadął gwałtownie i zmusił eskadrę zwrócić się ku północy. Gdyby zboczenie igiełki magnesowéj jednostajnie się było powiększało, kierunek ten mógłby być najwłaściwszym; lecz okręty znajdowały się wtedy pod stopniem szérokości i długości, gdzie bussola odzyskuje położenie normalne.
Dziewiątego października 1492 roku rano znaki blizkości lądu coraz stawały się liczniejsze. Każdy wlepione miał oczy w niedościgłą dal oceanu, i okrzyk: „ziemia!” tak często się ponawiał, że Kolumb, pod utratą przyrzeczonéj nagrody, zakazać musiał tych wołań bezzasadnych.
Wieczorem niespokojni majtkowie postanowili raz jeszcze żądać od Kolumba powrotu, i chcąc z porządkiem pewnym dokonać tego zamiaru, wybrali mówcami jednego z sterników, Pedro Nino, i starego majtka Marcina. W chwili gdy admirał z Luis’em opuścić mieli pokład, dla udania się do kajuty, wszyscy rzucili się ku nim, wołając razem:
— Sennorze don Christoval!... excellencyo!... sennorze admirale!
Kolumb obrócił się i spojrzał na nich z powagą, przed którą zadrżał Nino.
— Czego chcecie? zapytał surowo.
— Przyszliśmy błagać cię o życie, sennorze, odpowiedział Marcin, o litość nad żonami i dziećmi swojemi. My wszyscy tu zgromadzeni sprzykrzyliśmy sobie tę podróż, i pragnęlibyśmy zakończyć ją jaknajprędzéj.
— Czy wiécie jak daleko jesteśmy od Ferro, wy, co tak nierozsądną zanosicie prośbę? Mów, Nino, bo mimo wahania się twego widzę, że i ty do nich należysz.
— Sennorze, odrzekł sternik, płynąć daléj, znaczyłoby rozmyślnie narażać się na zgubę. Zuchwalstwem byłoby chciéć przebyć ten pas bezgraniczny wody, którym Opatrzność otoczyła ziemię, dla powstrzymania dumnych zamysłów człowieka. Wszak wszyscy duchowni, sennorze, nie wyłączając twojego przyjaciela, przeora klasztoru najświętszéj panny de la Rabida, każą nie targać się rozumkowaniem na wolę wyższéj mądrości.
— Mogę cię zwalczyć własną twoją bronią, mój dobry Nino, odpowiadając, że wierzyć powinieneś światlejszemu od siebie, gdy sam sobie radzić nie umiész. Ustąp ztąd razem z towarzyszami, i nie mówmy już o tém.
— Sennorze! krzyknęło kilku majtków, nie możemy zginąć bez wysłuchania. Już i tak zbyt daleko nas powiodłeś; dziś jeszcze okręty zwrócić chcemy do Hiszpanii.
— To rokosz widzę. Kto między wami śmie tak przemawiać do admirała?
— My wszyscy, odezwało się dwadzieścia na raz głosów. Obowiązkiem jest mówić, gdzie idzie o życie!
— Czy i ty, Sancho, należysz do powstańców? czy i w tobie obawa przemogła żądzę użycia skarbów i rozkoszy Indyj?
— Jeżeli trzymam z niemi, sennorze admirale, to każ mi za karę całe życie smarować tylko maszty i nigdy nie dotknąć się steru. Choćbyś wpłynął okrętem prosto w otwartą bramę piekła, stary Sancho, co się urodził marynarzem, i wtedy jeszcze nie stchórzy.
— A ty, Pepe, mógłżeś do tego stopnia zapomniéć o posłuszeństwie winném dowódzcy téj wyprawy i wice-królowi donny Izabelli?
— Wice-królowi, ale czego? zapytał głos jakiś w tłumie, nim jeszcze Pepe zdążył odpowiedziéć. Wice-królowi ziół morskich, tuńczyków, wielorybów i pelikanów. To niegodnie tak się obchodzić z Kastylczykami.
— Nazad do Hiszpanii! do Palos! krzyknęła cała prawie osada, z wyjątkiem Sancha i Pepe’go, którzy stanęli po stronie admirała. Nie popłyniemy daléj na zachód: to bluźnierstwo przeciw Bogu! Żądamy powrotu, póki czas jeszcze!
— Nędznicy! kto was tych podłych nauczył wyrazów? zawołał Luis, sięgając mimowolnie ręką ku miejscu, gdzie dawniéj nosił szpadę. Ustąpcie, albo....
— Uspokój się, przyjacielu Pedro, przerwał mu Kolumb, i pozwól abym rozstrzygnął tę sprawę. Posłuchajcie, nierozsądni, ostatecznéj odpowiedzi mojéj na wszystkie podobne żądania. Wyprawa ta, zgodnie z wolą królewską, ma na celu przebycie Atlantyku i dosięgnienie Indyj. Póki więc życia we mnie stanie, płynąć będziemy na zachód, aż tego celu dopniemy. Drżyjcie przed gniewem naszych władzców, jeśli przeciwić się ośmielicie ich rozkazom! Jedno szemranie jeszcze, a winny surowo zostanie ukarany. Taka jest wola moja, i ostrzegam, ze kto odtąd wykroczy przeciw posłuszeństwu, gorsze na siebie ściągnie następstwa, niż urojone niebezpieczeństwo jakiém morze zagraża rozhukanéj wyobraźni waszéj. Rozważcie tylko sami obawy i nadzieje: z jednéj strony niepodobieństwo prawie dostania się do Hiszpanii, dla braku żywności i wody, a w najszczęśliwszym nawet razie kara za przestąpienie rozkazu królewskiego; z drugiéj bogata zdobycz, niezawodne odkrycie rozkosznéj krainy, zamieszkanéj przez ludzi spokojnych i gościnnych, nie mówiąc już o zaszczycie dokonania tak wielkiego dzieła.
— A jeśli przez trzy dni jeszcze nie ujrzemy lądu, sennorze, czy przyrzekasz nam wtedy powrót do Hiszpanii, odezwał się jeden z majtków.
— Nigdy! odpowiedział stanowczo Kolumb; płynąć będę do Indyj, choćby drugi jeszcze miesiąc! A teraz idźcie do roboty lub na spoczynek, i niech nie usłyszę więcéj tak niedorzecznych narzekań.
Kolumb tyle wrodzonéj miał godności i nakazującéj powagi, głos jego, podniesiony gniewem, tyle był groźny, że zuchwalstwo nawet buntu ustąpić przed nim musiało; osada więc rozproszyła się, lubo nie bez szemrania. Gdyby wyprawa z jednego tylko składała się okrętu, byłby zapewne jawny wybuchł rokosz; ale nie znając usposobienia osady la Pinty i la Niny, majtkowie nie śmieli do stanowczych posuwać się kroków; postanowili przeto odłożyć wykonanie zamiaru do czasu, aż sobie zapewnią współdziałanie towarzyszów.
— To nie żarty, jak się zdaje, rzekł Luis, wszedłszy z admirałem do kajuty. Na św. Łukasza! chciałbym ostudzić zapał tych łotrów rzuceniem kilku z nich w morze.
— Podobno że oni tę samę przyjemność gotują dla nas obydwóch, odpowiedział Kolumb; tak przynajmniej doniósł mi Sancho. Trzeba być łagodnym póki można; lecz w ostatecznym razie przekonasz się młodzieńcze, że Krzysztof Kolumb równie jest biegły w robieniu szpadą, jak w użyciu kompasu.
— W jakiéj odległości, sennorze, jesteśmy teraz od lądu? Pytam się z ciekawości tylko, nie z obawy: bo choćby ten okręt dosięgnął krańca ziemi i spaść miał w próżnię, nie usłyszysz odemnie skargi.
— Przekonany o tém jestem, szlachetny młodzieńcze, odrzekł Kolumb z przyjazném uściśnieniem ręki. Sądzę że znajdujemy się w odległości tysiąca mil przeszło od Ferro, a zatem dobiegamy punktu, w którym przypuszczam istnienie Indyj, i musiemy wkrótce napotkać jednę z wysp przynajmniéj otaczających pobrzeże lądu azyatyckiego. Księga okrętowa podaje nieco więcéj jak ośmset mil; że jednak w ostatnim czasie sprzyjały nam prądy, przeto w téj chwili przebyliśmy zapewne do tysiąca stu mil od wysp kanaryjskich.
— Mniemasz więc, sennorze admirale, że wkrótce ujrzemy ziemię?
— Jestem tego tak pewny, że byłbym przyjął warunki tych śmiałków, gdyby honor na to pozwalał. Ptolomeusz podzielił ziemię na dwadzieścia cztéry części, każda o piętnastu stopniach; Atlantyk zaś tylko pięć albo sześć takich części obejmuje. Tysiąc trzysta mil niezawodnie wystarczy, aby nas przenieść do Azyi, a zrobiliśmy już tysiąc sto blizko.
— Dzień jutrzejszy wielkie przyniesie nam wypadki, sennorze admirale; a teraz udajmy się na spoczynek. Marzyć będę o najcudniejszéj krainie, jaką kiedykolwiek widziało oko chrześcianina, i ujrzę na jéj pobrzeżu najpiękniejszą z dziewic Hiszpanii..... co mówię! całego świata.
Nazajutrz łatwo było poznać z ponurych twarzy majtków, że w piersi ich wrzała namiętność, gotowa wybuchnąć w każdéj chwili. Szczęśliwie jednak z rankiem nowe i tak stanowcze pojawiły się znaki, iż niezadługo ogólne zwątpienie najświetniejszéj ustąpiło nadziei. Wiatr był dość silny, a co najważniejsza, morze, tak spokojnie w ciągu całéj podróży, zaczęło falować.
Kolumb znajdował się na pokładzie, gdy okrzyk radosny z góry zwrócił jego uwagę. Pepe, siedząc na maszcie, wskazywał jakiś przedmiot płynący nieopodal, i wszyscy, wychylając się, ujrzeli zielone jeszcze sitowie. Z uniesieniem tryumfu powitano tę wróżbę szczęśliwą; bo ta roślina nieomylnie z poblizkiego pochodziła brzegu.
— Rzeczywiście dobra to przepowiednia, rzekł Kolumb, bo jeśli zioła morskie rosnąć mogą na dnie, sitowie potrzebuje światła dziennego.
Ta okoliczność zmieniła usposobienie rokoszan; z ponowioną nadzieją spoglądano na zachód, i wszyscy w gorączkowym byli ruchu. Po upływie godziny la Nina zbliżyła się do okrętu admiralskiego.
— Co nowego, Wincenty Yanez? zawołał Kolumb; zdaje się że przynosisz dobre wiadomości.
— Rzeczywiście, sennorze, odpowiedział dowódzca la Niny; napotkaliśmy krzew dzikiéj róży, ze świéżym jeszcze głogiem. To wróżba niezawodna.
Niepodobna opisać wesołości majtków, gdy posłyszeli te słowa. Śmiano się i żartowano, tam gdzie przed chwilą rozpaczliwe panowało zwątpienie; nikt już nie myślał o powrocie do Hiszpanii, marzono tylko o krainie zachodu. Niezadługo la Pinta, spuściwszy szalupę na morze, zwinęła część żaglów i czekała zbliżenia la Santa Maria.
— I cóż, Marcinie Alonzo? zapytał Kolumb, ukrywając niespokojność swoję pod przybraną obojętnością; jesteście, jak widzę w uniesieniu.
— Możeż być inaczéj!? Przed godziną ujrzeliśmy kawał téj trzciny, co z niéj na wschodzie wyrabiają cukier. Ale to nic jeszcze, bo zaraz potém spostrzegliśmy kilka razem płynących przedmiotów, które warto było wyłowić z morza.
— Przeszlij mi swą zdobycz, czcigodny przyjacielu, abym ocenił jéj ważność.
Marcin Alonzo, wsiadłszy w szalupę, wyskoczył niezadługo na pokład la Santa Maria, a za nim dwóch ludzi niosło wydobyte rzeczy.
— Szlachetni sennorowie, rzekł, oto coś nakształt deski z nieznanego drzewa; daléj kawałek trzciny; a tu oto kij podróżny, z nadzwyczajną wyrobiony starannością.
— Prawda, odpowiedział Kolumb, obejrzawszy wskazane przedmioty. Chwała Bogu na wysokościach za te dowody pocieszające! Teraz niepodobna już wątpić że blizko jesteśmy celu.
— Te rzeczy pochodzą zapewne z rozbitego statku, wtrącił Marcin Alonzo; gdyż, jakem wspominał, płynęły razem. Kto wié czy w pobliżu nie znajdziemy topielców.
— Nie smućmy się takiém przypuszczeniem; odrzekł admirał; przypadek zbliżyć mógł te przedmioty. Ale zkądkolwiek wyszły, zawsze ony dowodzą, że jesteśmy niedaleko okolic zamieszkanych.
Majtkowie z uniesieniem przyjęli to świadectwo nieomylne blizkości podobnych sobie istot. Zdobycz Pinzona przechodziła z reki do ręki, ciekawie przez wszystkich oglądana, i wkrótce ostatki zwątpienia rozpierzchły się przed dotykalną rzeczywistością. Pinzon powrócił do siebie; rozwinięto znów żagle, i wyprawa do wieczora płynęła w kierunku zachodnio-południowym.
Lekka jednak obawa owładnęła umysły lękliwych, gdy słońce po raz trzydziesty czwarty od opuszczenia Gomery zapadając w morze, bezgraniczną oświecało przestrzeń. Osada z niespokojną czujnością śledziła widnokrąg zachodni; ale choć niebo było bez chmury, widziano tylko strop jego ubarwiony purpurą, i powiérzchnię oceanu roziskrzoną światłem ostatnich słońca promieni. Admirał, jak zwykle w téj porze, zgromadził okręty dla wydania rozkazów. Przekonanym będąc, że droga zachodnia jest najkrótszą, postanowił odtąd nie zbaczać już od takowéj.
Zmieniwszy kierunek biegu, majtkowie zanócili pieśń wieczorną: Salve Rogina! — Śród niezmierzonego oceanu głosy śpiewających z tchnieniem wiatru i szmerem fali w uroczystą zlały się całość. Natężone oczekiwanie podróżnych, tajemniczość niedalekiéj przyszłości, powiększała jeszcze wrażenie téj chwili. Nigdy hymn ten wspaniały nie brzmiał tak poważnie i słodko dla Kolumba; lekkomyślny nawet Luis łzy uczuł w oczach. Po skończoném nabożeństwie admirał zgromadził osadę na tylnym pokładzie i zwrócił do niéj pełną zapału przemowę.
— Rad jestem, rzekł, przyjaciele moi, że z tak przykładną pobożnością odśpiéwaliście hymn wieczorny, w chwili nastręczającéj tyle powodów wdzięczności dla Stwórcy, za nieskończoną łaskę z jaką nas dotąd prowadził. Rzućcie okiem w przeszłość, i zapytajcie samych siebie, czy najstarsi z was pamiętają podróż, nie mówię już równie długą, bo takiéj nie było jeszcze na świecie, ale równie pomyślną. Bóg, moi drodzy, obecny zarówno w samotni morza, jak w przybytkach czci Jego poświęconych, zsyłał nam w ciągu takowéj pociechę w zwątpieniu, a dziś szczególniéj niezbity udzielił nam dowód, że ręka Jego kieruje naszym losem. Mam nadzieję téj nocy jeszcze dosięgnąć lądu: za kilka więc godzin powinniśmy bieg swój zwolnić, z uwagi że się zbliżamy do nieznanego brzegu. Wiadomo wam, iż hojność naszych władzców temu co piérwszy odkryje ziemię przeznaczyła rocznie 10,000 marawedów; ja z swojéj strony dołączam bogaty kaftan aksamitny, godny wspaniałością granda Hiszpanii. Nie zasypiajcie przeto sprawy, bo w ciągu téj nocy, powtarzam, wszystko się rozstrzygnie.
Wyrazy te silne na słuchaczach sprawiły wrażenie; majtkowie rozproszyli się po okręcie, szukając korzystnych stanowisk dla pozyskania zapewnionéj nagrody. W oczekiwaniu wielkich wypadków człowiek zawsze jest milczący: wszyscy téż, porzuciwszy gwarną wesołość, z wytężeniem jednemu poświęcili się celowi. Kolumb został na pokładzie, a Luis, wyciągnięty na żaglu, marzył o kochance i o powrocie tryumfalnym do ojczyzny.
Głęboka cisza panująca na okręcie powiększała jeszcze uroczystość téj nocy pamiętnéj. La Nina, z rozpiętemi żaglami, przodkowała wyprawie; za nią płynęła la Pinta, a statek admiralski, dzięki staraniom Sancha, pospiesznie dążył w ich ślady. Niekiedy, gdy wiatr zaszeleścił linami, majtkowie mimowolnie zadrżeli, jak gdyby ich doleciał głos tajemniczy z nieznanego świata. Gdy fale morskie silniéj o bok okrętu uderzyły, rozdrażniona ich wyobraźnia oczekiwała zjawienia się zgrai dziwacznych istot, przybyłych z krainy wschodu.
Kolumb niecierpliwem okiem przedrzeć pragnął zasłonę ciemności. Śledząc nieustannie widnokrąg, po upływie godziny przyzwał do siebie Luis’a.
— Młodzieńcze, rzekł głosem drżącym od wzruszenia, spojrzyj tam oto, i powiédz czy mnie oczy nie mylą.
— Widzę, sennorze, jakieś światło migające i ruchome, jak gdyby człowiek przenosił je po brzegu.
— To nie złudzenie, mój synu! Światło które wzrok nasz uderza pochodzi z ziemi, albo ze statku indyjskiego. Przywołaj Rodriga Sanchez de Segovia, kontrolera floty.
Za przybyciem Rodriga sprawdzono spostrzeżenie admirała. Po upływie pół godziny światło zniknęło, potem znów zabłysło, nareszcie zgasło zupełnie. Majtkowie wkrótce się o tém dowiedzieli; lecz mało kto podzielał zdanie Kolumba względem ważności tego faktu.
— To ziemia, rzekł stanowczo odkrywca; za kilka godzin będziemy u celu. Pewny jestem swego, bo żadne zjawisko morskie nie może wytłumaczyć tego światła.
Mimo ufności admirała, osada niezupełnie jeszcze była spokojną. Gdy Kolumb mówić przestał, nikt nie przerywał już milczenia, i oczy wszystkich tęsknie zwróciły się ku zachodowi. Przez kilka godzin okręty z niezwykłą postępowały szybkością. Nad ranem strzał armatni rozległ się od la Pinty.
— Marcin Alonzo daje nam znak, zawołał Kolumb, zapewne nie bez ważnéj przyczyny. Kto tam zajmuje szczyt masztu?
— To ja, sennorze admirale, odpowiedział Sancho; siedzę tu od modlitwy wieczornéj.
— Czy nie widać nic w stronie zachodniéj? Patrz dobrze, bo jesteśmy u kresu wielkich zdarzeń.
— Widzę tylko że la Pinta zwija żagle, i la Nina także się zbliża.
— Chwała niech będzie najwyższemu! tym razem nie mogli się już pomylić.
Na pokładzie la Santa Maria wszystko było w ruchu, gdy po upływie pół godziny okręt admiralski dosięgnął dwóch innych, co wolnym biegiem płynąc obok siebie, odpoczywać się zdawały po odbytym wyścigu.
— Przybądź tu, Luis, i patrz! rzekł Kolumb.
Noc była jasna, niebo zwrotnikowe błyszczało gwiazd millionami; sam nawet ocean zdawał się rozlewać niepewne jakieś światło, dozwalające rozróżnić przedmioty, szczególniéj na krańcu widnokręgu. Gdy młodzian rzucił wzrokiem w kierunku wskazanym przez Kolumba, spostrzegł wyraźnie ciemną w oddaleniu wyniosłość, w zarysach jakie ziemia nocną porą przedstawiać zwykła na morzu.
— Otóż Indye! zawołał Kolumb. Wielkie zadanie jest rozwiązane! Zapewne to wyspa, ale ląd stały musi być niedaleko. Cześć i chwała imieniu bożemu!


ROZDZIAŁ XXII.

Pozostałe chwile nocy w gorączkowém upłynęły oczekiwaniu. Okręty płynęły ku owéj bryle czarnéj, trzymając się ile możności razem, i mając żagle w części zwinięte. Niekiedy z pokładu na pokład przyjazne wymieniano słowa; ale nikt głośną nie wybuchnął wesołością. Usposobienie ogólne zbyt było uroczyste, aby dać przystęp zwykłym objawom radości, i wszyscy podobno wtedy, z uczuciem wewnętrznéj skruchy, korzyli się przed wyrokiem Opatrzności.
Kolumb milczał, lecz serce jego przepełnione było rozkoszą i wdzięcznością. Przypuszczając że się znajduje na ostatecznym krańcu wschodu, mniemał że ranek roztoczy przed nim wspaniałą panoramę owych krajów opisywanych przez braci Polo i innych odkrywców. Dotychczasowe oznaki dowodziły, że kraj do którego się zbliżano był zamieszkanym; ale reszta za nieprzebytą leżała zasłoną.
Zajaśniał nakoniec dzień pożądany; niebo na wschodzie oblekło się purpurą, i piérwsze promienie jutrzenki, na modre padając fale, rozświeciły zarysy niedalekiéj już wyspy. Oko podróżnych na powiérzchni jéj rozróżniało drzewa, góry i wklęsłości brzegu, wynurzające się kolejno z pomroki. Przekonano się wtedy, że to była wyspa niewielkiéj rozciągłości, obfitująca w lasy i bujną roślinność. Widok ziemi niewypowiedzianie zawsze jest miłym dla żeglarzów oddawna błądzących po morzu; dla naszych zaś podróżników, co już się wyrzekli nadziei dotknięcia jéj kiedykolwiek stopą, musiała ona wydawać się rajem. Wnosząc z położenia téj wyspy, Kolumb przypuszczał że minął inną, na któréj spostrzegł światło, a znajomość szczegółów jego podróży domysł ten potwierdza.
Zaledwie słońce weszło, gdy ujrzano krajowców wychodzących z lasu i patrzących z zadziwieniem na przypływające domy. Wkrótce okręty zarzuciły kotwice, i Kolumb wylądował, dla objęcia wyspy w posiadanie imieniem władzców Kastylii i Aragonii.
W akcie tym starano się rozwinąć tyle przepychu, na ile tylko pozwalały skromne środki wyprawy. Admirał, w szkarłatnéj szacie, niosąc chorągiew królewską, postępował przodem, za nim dwaj Pinzonowie, Marcin Alonzo i Wincenty Yanez, trzymając proporce z krzyżem i początkowemi głoskami imion królewskiego stadła.
Zwykłe w podobnych obrzędach formalności zostały ściśle zachowane. Kolumb nowoodkrytą ziemię objął w posiadanie, i odbywszy dziękczynne modły, widział się otoczonym przez majtków, którzy, zbliżając się z pokorą, wynurzali żal swój z powodu zajścia wczorajszego. Człowiek niedawno jeszcze przeklinany, był teraz przedmiotem niemal ubóstwienia; lecz jak poprzednio nie zatrwożyły go groźby, tak i pochlebstwa obecne zostawiły go zimnym, i tylko bliżéj go znający w oku odkrywcy dopatrzyć się mogli odblasku wewnętrznéj radości.
— Ci ludzie, rzekł Kolumb do Luis’a gdy tłum się rozstąpił, równie są niestali w obawie jak w nadziei. Czy nie uważasz że ci właśnie, co wczoraj przewodzili rokoszowi, dziś mnie najwyżéj wynoszą?
— Tak zwykle bywa, odpowiedział Luis. Tym hultajom zdaje się że ciebie wysławiają, a w istocie cieszą się tylko z własnego ocalenia. Ale Sancho i Pepe nie podzielają widać ogólnego zachwytu, bo ten zbiéra kwiatki na brzegu, a tamten przygląda się krajobrazowi w takiém zamyśleniu, jak gdyby obliczał dublony wielkiego chana.
Kolumb uśmiechnął się, i przystąpił w towarzystwie młodzieńca do dwóch wymienionych majtków. Sancho, zatknąwszy rękę w zanadrze, obojętnie patrzył przed siebie.
— I cóż, mości Sancho? zapytał admirał; spoglądasz cóś równie nieczule na tę rozkoszną krainę, jak na ulice Moguer lub pola Andaluzyi.
— Sennorze admirale, jedna ręka wszystko na ziemi stworzyła. Nie piérwsza to wyspa któréj zwiedzam brzegi, i nie piérwsi ludzie których widzę w szacie natury.
— Ale czyż serce twoje obce jest wdzięczności dla Stwórcy za tak wielkie odkrycie? Rozważ, przyjacielu, że jesteśmy na krańcu Azyi, a przecież płynęliśmy na zachód.
— Ręczyć zato mogę każdemu, bo dosyć często trzymałem stér w naszéj podróży. Czy mniemasz, sennorze, żeśmy dosięgli odwrotnéj strony ziemi i że się teraz znajdujemy pod stopami Hiszpanów?
— Bynajmniéj: stolica zaledwo wielkiego chana zajmuje wskazane przez ciebie położenie.
— To tym sposobem, sennorze, dublony tego władzcy spaśćby musiały w powietrze i trudy nasze byłyby daremne.
— Wszystko w świecie, mój Sancho, podlega prawom przyrodzonym, a natura, jak wiadomo, dobrym jest prawodawcą.

Podczas burzy, Luis daje Ozemie krzyżyk Mercedes.

— To dla mnie zagadka, odrzekł Sancho, pociérając sobie czoło. Jesteśmy prosto pod ziemią lub na jéj boku, a jednak trzymam się na nogach, lepiéj nawet niż w domu, bo strony tutajsze nie zdają się obfitować w Xeres, mój trunek ulubiony.
— Nie rodzisz się z Maura, co gardzi dobrem winem, dorzucił Kolumb. A ty, Pepe, czemuż tak troskliwie zajmujesz się szukaniem kwiatów?
— Sennorze admirale, zbiéram je dla Moniki. Kobiéty więcéj od nas mają delikatności uczucia, i wiem że miło jéj będzie wiedziéć w jaką sukienkę Bóg ubrał drugą świata połowę.
— Czy sądzisz że miłość twoja zachowa te rośliny świéżemi do naszego powrotu? wtrącił Luis z uśmiechem.
— Kto wié, sennorze Gutierrez. Jeżeli serce twoje hołduje jakiéj damie kastylskiéj, to powinieneś sam uszczknąć kilka kwiatów dla ozdoby jéj włosów.
Kolumb oddalił się, gdyż krajowcy okazywali chęć wejścia w stosunki z przybyszami; ale Luis pozostał przy młodym majtku, i niezadługo złożył prześliczną wiązankę, którą w duchu przymierzał już do czarno-lśniących włosów Mercedes.
Zdarzenia dni następnych zbyt znane są z dziejów, abyśmy tutaj przytoczyć je mieli szczegółowo. Przepędziwszy czas jakiś na San-Salvador, jak nazwał piérwszą z wysp nowo-odkrytych, Kolumb popłynął w celu dalszych poszukiwań, i przy pomocy wskazówek otrzymanych od tuziemców 28 października zawinął do Kuby. Przybywszy nad brzeg téj wyspy, mniemał że to ląd stały, i długo w różnych okrążał ją kierunkach. Tymczasem przywyknienie osłabiło urok nowości, a chciwość i żądza sławy odzyskały wpływ swój na umysły podróżników. Marcin Alonzo Pinzon, widząc że podrzędną tylko odgrywa rolę, pozazdrościł sławy Kolumbowi, i przyjazne między niemi stosunki coraz się więcéj rozchwiéwały.
Nie będziemy towarzyszyć wyprawie z wyspy do wyspy, z portu do portu, z rzeki na rzekę: dosyć powiedziéć, że wszędzie napotykano bogatą i żyzną przyrodę, cudowne krajobrazy, ale mieszkańców żyjących w stanie dzikości, a co gorsza, złota ani śladu. Kolumb mniemał iż się znajduje w Indyach, na granicy państwa wielkiego chana, a towarzysze jego nie przestawali dopytywać się dzikich o bogactwa tego kraju, mylnie częstokroć tłumacząc ich odpowiedzi. Śród takich okoliczności dzień każdy nowe przynosił wrażenia, i nie myślano już o Europie, jak chyba mówiąc o pełnym chwały powrocie. Sam Luis nawet nie marzył już ciągle o Mercedes, któréj postać nadobna ustępowała chwilowo przed nawałem przygód obecnych.
Postanowiono nakoniec wyprawić dwóch ludzi w głąb kraju, a Kolumb korzystał z tego czasu dla naprawy okrętów. Gdy nadszedł dzień w którym oczekiwano powrotu wysłańców, Luis, w towarzystwie Sancha i kilku majtków uzbrojonych, poszedł na ich spotkanie i znalazł ich wkrótce otoczonych kilkunastu dzikiemi, którzy śledząc ciekawie ruch każdy zamorskich przybyszów, zdawali się oczekiwać chwili wzbicia się ich ku niebiosom. Zrobiono mały przystanek, a Sancho, równie nieustraszony na lądzie jak na morzu, zboczył do poblizkiéj wioski, gdzie za pomocą znaków usiłował porozumiéć się z krajowcami. Pośród tych synów przyrody, nie znających różnicy między aksamitnym a płóciennym kaftanem, nasz junak doznawał zaszczytów, jakich w Europie dostępuje sławny mąż stolicy, za przybyciem do miasteczka prowincyonalnego. Przez pół godziny już może Sancho z rozkoszą odgrywał rolę wielkiego pana, gdy jeden z dzikich, trzymając w ręce jakieś liście suszone koloru brunatnego, zbliżył się pokornie i podał je gościowi. Sancho gotów był przyjąć ten dziwny podarunek, lubo chętniéj nierównie byłby sięgnął po dublona; ale krajowiec cofnął rękę, i wymawiając kilkakrotnie wyraz: tabacco! zwijać zaczął liście w podłużną trąbkę, i tak przyrządzony wałek ofiarował majtkowi. Sancho odebrał go z łaskawém skinieniem głowy i schował do kieszeni. Nie zadowoliło to jednak hołdowników; po krótkiéj bowiem naradzie jeden z nich, wydobywszy podobny zwitek, włożył go w usta, zapalił i zaczął puszczać kłęby wonnego dymu. Sancho uczynił to samo, ale po chwili zbladł okropnie i dręczony ckliwością, jakiéj nie doznał od piérwszéj wyprawy na Atlantyk, musiał powrócić do swoich.
Taki był wstęp na łono oświeconéj społeczności słynnéj rośliny amerykańskiéj, któréj Hiszpanie niewłaściwie nadali nazwę zwitków skręcanych z jéj liści. Sancho piérwszym był palaczem chrześciańskim; lecz wkrótce licznych znalazł naśladowców, i użycie tytuniu, coraz bardziéj wzrastając, aż do naszych przechowało się czasów.
Za powrotem wysłańców Kolumb pożeglował wzdłuż brzegu północnego Kuby; ale że wiatr był przeciwny, zamierzał więc wpłynąć do przystani nazwanéj przez siebie Puerto del Principe. W tym celu kazał przywołać sygnałami oddaloną nieco la Pintę, i dla wskazania drogi Marcinowi Alonzo, na pokładzie okrętu admiralskiego rozniecić pochodnie.
Nazajutrz ze świtem ujrzano la Ninę sztachującą nieopodal, lecz statku Pinzona nie było ani śladu.
— Czy nie widziałeś gdzie la Pinty? zapytał Kolumb trzymającego stér Sancha.
— Patrzyłem za nią, sennorze, póki patrzéć można za uciekającym z rozpiętemi żaglami okrętem. Szanowny Marcin Alonzo umknął, podczas gdyśmy tu wyglądali jego powrotu.
Ten podstęp człowieka, na którego pomocy wiele sobie zakładał, boleśnie dotknął Kolumba, stanowiąc nowy dowód jak łatwo przyjaźń ustępuje przed interesem osobistym. Tuziemcy wskazali podróżnikom strony złotodajne, admirał przeto mógł się domyśleć, że nieuległy marynarz korzystał z szybkości swojego statku, w nadziei dosięgnienia przed innemi owego celu życzeń swéj chciwości. Że jednak wiatr ciągle był niepomyślny, la Santa Maria musiała w porcie oczekiwać jego zmiany. To rozłączenie miało miejsce 21 listopada, w czasie gdy wyprawa nie posunęła się jeszcze poza wybrzeże północne Kuby.
Do 6 grudnia Kolumb okrążał tę wyspę, poczém wpłynąwszy w tak zwaną ciaśninę wiatru, wylądował na Haiti. W ciągu żeglugi Hiszpanie wchodzili wszędzie w stosunki z krajowcami, i dzięki roztropnym poleceniom admirała, zyskiwali sobie ich przyjaźń. W jedném miejscu dopuszczono się wprawdzie gwałtu przez ujęcie sześciu dzikich, w zamiarze wysłania ich do Europy; czyn ten wszelako w wyobrażeniach owego czasu usprawiedliwiał wzgląd na zbawienie porwanych.
Wyspa Haiti, pod względem powabów zewnętrznych, rozkoszniejszą jeszcze była od Kuby. Mieszkańcy jéj, przyjemnéj powiérzchowności i słodkich obyczajów, już w znacznéj liczbie nosili złote ozdoby; zaraz więc rozpoczęto z niemi handel zamienny, w którym Hiszpanie rządzili się naturalnie chciwością ludzi cywilizowanych, podczas gdy dzicy nad wszystkie inne przedmioty przenosili dzwonki, przyczepiane wówczas do szyi ptaków łowieckich.
Płynąc wzdłuż brzegów do 20 grudnia, Kolumb dotarł nareszcie do punktu wskazanego mu jako sąsiedni stolicy wielkiego kacyki zachodniéj części wyspy. Książę ten, imieniem Gnakanagari, miał kilku lennych kacyków, a sam, o ile można było wnosić z niezrozumiałych podań krajowców, bardzo był kochanym. Dwudziestego drugiego grudnia, w dwa dni po wpłynięciu okrętów do zatoki Akul, ujrzano zbliżające się czółno, na którém poseł wielkiego kacyki przybywał z podarunkami dla cudzoziemców i z prośbą do admirała, aby okręty swe posunąwszy o kilka mil ku wschodowi, zarzucił kotwicę pod stolicą książęcą.
Gdy z powodu przeciwnego wiatru nie można było zaraz życzeniu temu zadosyć uczynić, wyprawiono więc posłańca ze stosowną odpowiedzią. Luis, znudzony długą bezczynnością, pragnął zwiédzić wnętrze kraju, a zapoznawszy się z młodzieńcem należącym do orszaku posła, zwanym przez towarzyszów Mattinao, prosił admirała o pozwolenie towarzyszenia mu w powrocie. Kolumb, chociaż niechętnie, uległ wreszcie natarczywości Luis’a, zalecając mu tylko ostrożność i przydając do boku Sancha.
Ponieważ w ręku tu-ziemców nie widziano dotąd innéj broni prócz strzał przytępionych, młody hrabia de Llera nie chciał włożyć kolczugi, biorąc lekką tylko tarczę i miecz, którego rzeszota doświadczał nieraz na karkach pohańców. Przyniesiono mu rusznicę, ale ją odrzucił jako niegodną rycerza; Sancho jednakże, nietyle sumienny, zabrał takową ukradkiem. Aby nie zwrócić uwagi majtków na ten wyjazd przeciwny prawom okrętowym, admirał kazał wysadzić na brzeg Luis’a z towarzyszem, których w pewném dopiéro oddaleniu zabrała łódź kacyki.


ROZDZIAŁ XXIII.

Mimo wrodzonéj odwagi, Luis, zostawszy sam na sam z Haityjczykami, dziwnego doznał uczucia. Wszelako, dalekim będąc od obawy, usiłował porozumiéć się z niemi za pomocą znaków, a kiedy niekiedy słów kilka po hiszpańsku zwracał do Sancha. Zamiast zdążyć za szalupą la Santa Maria, na któréj znajdował się poseł, łódź obróciła się więcéj na wschód; podług umowy bowiem Luis niepredzéj miał się przedstawić kacykowi, jak po przybyciu okrętów.

Kacyk Mattinao.

Tkliwie kochający nasz bohatér nie mógł pozostać obojętnym nu powaby przyrodzone Hispanioli. Jak na pobrzeżu morza śródziemnego, dzikość okolic łagodzoną tu była wdziękiem niezrównanym, podobnym do tego, jaki uśmiéch nadobny przydaje licu pięknéj kobiéty. Młodzieniec niejednokrotnie wydawał okrzyki uwielbienia, a Sancho wtórował mu po swojemu, mniemając zapewne, że obowiązkiem jest wiernego sługi podzielać zachwyt poetyczny swego pana.
— Przekonany jestem, sennorze, rzekł stary marynarz gdy łódź oddaliła się o mil parę od miejsca w którem szalupa przybiła do brzegu, że waszéj excellencyi wiadomo dokąd płyniemy z takim pośpiechem. Ci nadzy wioślarze muszą przecież dążyć do jakiego portu, w znaczeniu przynajmniéj moralném.
— Czy boisz się, przyjacielu Sancho?
— Jeżeli się boję, mości hrabio, to jedynie dla rodziny Bobadilla, która straciłaby naczelnika, w razie gdybyś wasza excellencya uległ jakiemu wypadkowi.
— Cóżby ci szkodziło ożenić się z księżniczką indyjską i zostać synem przybranym wielkiego chana, zamiast powrócić do Moguer?
— To tak zupełnie, jak gdyby mnie kazano wybiérać czy nosić mam kaftan i jeść zwierzynę, albo chodzić nago i napychać żołądek owocami. Sądzę że wasza excellencya nie zamieniłbyś zamku Llera na pałac wielkiego kacyki.
— Masz słuszność, Sancho; wartość każdego dostojeństwa względną jest do społeczności w jakiéj żyjemy. Szlachetny Kastylczyk nie może pozazdrościć udzielnemu książęciu Hispanioli.
— Mianowicie od czasu kiedy admirał nasz oświadczył uroczyście, że kacyka jest poddanym naszéj królowéj, odpowiedział Sancho. Poczciwy ten naród, a zwłaszcza naczelnik jego, dostojny Guakanagari, nie domyśla się pewnie zaszczytu jaki mu przeznaczono.
— Bądź roztropnym, Sancho, i wstrzymuj się od uwag niepotrzebnych. Lecz oto wioślarze nasi dążą ku ujściu owéj rzéki, i zdają się chciéć wylądować.
W istocie krajowcy skierowali się ku strumieniowi, co płynąc z głębi kraju rozkoszną przerzynał dolinę. Byłato rzéczka niewielka i płytka, ale żeglowna dla lekkich łodzi tuziemców; brzegi jéj wieńczyły gęstwie drzew rozłożystych, a Luis upatrzył niejedno rozkoszne miejsce, w którém chętnie byłby osiadł na zawsze z kochanką. Jednakże, wyobrażając sobie śród téj dziczy postać Mercedes, widział ją przybraną w aksamit i koronki, z urokiem wykwintności, właściwéj osobom wyższego urodzenia.
Gdy łódź wpłynęła do rzéki, Sancho zwrócił uwagę młodego hrabi na kilka czółen przybywających od wschodu w kierunku zatoki Akul, które zdawały się iść na spotkanie cudzoziemców.
Towarzysze ich ujrzeli także owę flotyllę, płynącą pod żaglem bawełnianym. Mattinao wydobył wązką opaskę złotą i włożył ją na głowę nakształt korony. Wtedy wszyscy krajowcy powstali z uszanowaniem, a Luis, wiedząc że ta ozdoba oznacza godność kacyki lennego, poszedł za ich przykładem. Młody kacyka, porzuciwszy za przekroczeniem granic podwładnego sobie kraju skromną rolę wioślarza, przybrał właściwą stopniowi swemu powagę i usiłował zawiązać z gośćmi rozmowę. Wymawiał często wyraz Ozema, a Luis mniemał że to jest imię ulubionéj jego żony; kacykowie bowiem, lubo poddanym wzbraniali wielożeństwa, sami po kilka przybiérali małżonek.
Przebywszy rzeką mil parę, łódź zatrzymała się przy dolinie, odzianéj w cały powab podzwrotnikowéj przyrody. Krajobraz czysto pierwotne miał wejrzenie; ale odwieczna praca mieszkańców okrzesała go z dzikości. Wszystko tu tchnęło owym wdziękiem niezrównanym, który zaciéra się zwykle pod wpływem dopiéro cywilizacyi. Mieszkania były składne, chociaż proste, jak potrzeby ich właścicieli. Kwiaty cudownéj woni i barwy rozkwitały na kobiercu z zieleni, a gałęzie drzew uginały się pod ciężarem wyborowych owoców.
Mattinao z żywą ciekawością przyjęty był przez poddanych swego kraju. Niewinne dzieci przyrody otoczyły Luis’a i Sancha, patrząc na nich jak na zesłańców nieba, chociaż słyszeli o przybyciu ich morzem. Sancho, skutkiem zapewne prostoty swych obyczajów, przypadającéj do naiwnego usposobienia Indyan, został wkrótce ulubieńcem tłumu. Luis udał się do mieszkania kacyki, starego zaś marynarza gromada zaprowadziła do wioski.
Gdy Mattinao pozostał sam na sam z Luis’em i dwoma przybocznikami, powtórzył znów kilkakrotnie imię Ozemy. Po chwili udzielił towarzyszom zlecenie, którego Luis nie zrozumiał; poczém kacyka zdjął złotą opaskę, ubrał się w suknię bawełnianą i dał znak gościowi aby szedł za nim. Zarzuciwszy tarczę na ramię i przypasawszy miecz tak, aby nie przeszkadzał w chodzeniu, Luis udał się w drogę, równie spokojny jak gdyby przebywał ulice Sewilli.
Mattinao powiódł towarzysza przez gaik, w którym pasorzytne rośliny zwrotnikowe wiły się koło gałęzi drzew owocowych, ścieżką idącą wzdłuż strumienia, co w głębi wąwozu wody swe toczył ku rzéce. Po upływie pół godziny na pochyłości małego wzgórza pokazało się kilkanaście chat malowniczo rozrzuconych. Luis domyślił się zaraz, że to było schronienie kobiét, czyli seraj młodego kacyki. Gospodarz wprowadził go do jednego z okazalszych mieszkań, gdzie podano im posiłek prosty, lecz przyjemny i ożywczy.
Niezadługo Mattinao wyprawił posłańca do jednego z domków sąsiednich, i po chwilowym spoczynku wezwał gościa aby mu towarzyszył. Postępując w górę, przybyli do chaty większego od innych rozmiaru i na kilka, jak się zdawało, podzielonéj części. Powiedziawszy coś kobiécie będącéj w izbie wstępnéj, kacyka odsunął zasłonę, zgrabnie z sitowia splecioną, i wprowadził gościa do wewnętrznych pokojów. Hrabia de Llera ujrzał młodą niewiastę, którą Mattinao powitał czule imieniem Ozema. Luis skłonił się przed mniemaną małżonką kacyki tak głęboko, jak kawaler hiszpański przed pięknością swego kraju; lecz wkrótce, przypatrzywszy się bliżéj Indyance, zawołał z uniesieniem:
— Mercedes!
Kacyka powtórzył to imię, uważając je widać za wyrażenie podziwu i radości. Młoda niewiasta uśmiéchnęła się, pokraśniała, i dźwięcznym, łagodnym głosem szepnęła także: Mercedes! bo istoty niewinne lubią odtwarzać wyrazy lub czyny, będące dla nich źródłem przyjemności.
Wypada nam objaśnić dlaczego myśl Luis’a tak nagle przeniosła się do kochanki. Wszystkie opowiadania zgadzają się na to, że mieszkańcy Indyj wschodnich byli kształtnéj kibici i pełni wrodzonego wdzięku. Cerze ich, lubo śniadéj, nie zbywało na świéżości, a ci, których sposób życia nie zmuszał do pracy w skwarze słonecznym, mogli prawie uchodzić za białych. Do téj liczby należała Ozema, nie żona, lecz siostra jedyna kacyki Mattinao. Według praw haityjskich godność panującego przekazywała się przez niewiasty, i syn Ozemy miał być spadkobiercą swego wuja; to téż dziewica była przedmiotem najtroskliwszych starań całego plemienia. Dosięgłszy ośmnastéj wiosny, nie znała ona wcale przykrości znoju fizycznego: słowem posiadała wszystkie powaby, jakie kształtom niewieścim nadaje życie proste lecz dostatnie, łagodny klimat i swoboda umysłu. Tak Ewa, gdy wyszła z rąk Stwórcy, skromna, trwożliwa, a jednak piękna, wydać się musiała oczom piérwszego ziemi mieszkańca.
Haityjczykowie, chociaż nie wstydzili się występować w szacie natury, nosili przecież częściowe ubranie, a naczelnicy ich starali się nawet o wykwintność; jednakże strój ich był raczéj ozdobą i znakiem dostojeństwa, jak przedmiotem codziennéj potrzeby. Ozema nawet nie stanowiła w tym względzie wyjątku. Przepaska z płótna indyjskiego, w żywych usnuta barwach, otaczała smagłą jéj kibić, spadając prawie do kolan. Prosta lecz śnieżnéj białości tkanina bawełniana spływała z ramion, i lekkim węzłem przewiązana na biodrze, dosięgała ziemi. Ozdobne sandały drobną osłaniały nóżkę. Szyję jéj zdobił rząd muszli, na którym zawieszoną była blacha szczéro-złota. Podobne naręczniki okalały ramiona, a wązkie opaski złote błyszczały na toczonych goleniach. Piękność włosów uważaną była w tym kraju jako cecha wyższego urodzenia; to téż Ozema słynęła z czarnych jak heban splotów i gęste ich pierścienie osłaniały ją do pasa.
Chociaż młoda dziewica niezaprzeczenie przewyższała wdziękami wszystkie kobiéty téj wyspy, powaby jéj wszakże nie byłyby może zwróciły uwagi Luis’a, gdyby nie uderzające podobieństwo do Mercedes. Niepewne i obłąkane prawie spojrzenie piękności indyjskiéj nie mogło zapewne iść w porównanie z wyrazem pojętności i słodyczy jaśniejącym na licu Hiszpanki; lecz podobieństwo ogólne tak było wielkie, że na piérwszy rzut oka koniecznie nasunąć się musiało. Rysy Mercedes były wprawdzie szlachetniejsze, uśmiéch jéj wyrazistszy i ruchy zręczniejsze; pod względem wszakże świéżości i kształtnéj budowy Ozema mogła z nią walczyć o piérwszeństwo, a z drugiéj strony prostota i niewinna zalotność młodéj Indyanki miała nawet wyższość nad sztuczną powściągliwością dziedziczki kastylskiéj. U téj zalety ciała i duszy płynęły z wyrobienia pojęć i zapału religijnego, tamta czerpała je z wrodzonego popędu, którego nie tłumiła jeszcze wmówiona przyzwoitość oświaty.
— Mercedes! zawołał młodzieniec.
— Mercedes! powtórzył Mattinao.
— Mercedes! szepnęła cicho Ozema, i kilka razy wymówiła miłe dla siebie brzmienie, uważając takowe za wyraz radosnego zachwytu.
Luis, wybiérając się w drogę, nie przepomniał o podarunkach dla kobiét; ale ujrzawszy Ozemę, wszystkie te drobiazgi uznał zbyt błahemi. W jednéj z wypraw przeciw Maurom zdobył on zawój z lekkiéj lecz bogatéj tkaniny, który zachował na pamiątkę. W wycieczkach swoich na lądzie nosił zwykle tę wspaniałą ozdobę, dla wpływu jaki to wywrzéć mogło na krajowców. I tym razem zawój zdobił jego głowę, a młodzieniec, zachwycony niespodzianém podobieństwem, rozwinął go zręcznie i zawiesił na ramionach pięknéj Ozemy.
Młoda dziewica, rozłożywszy tkaninę na ziemi, powtórzyła kilka razy wyraz Mercedes, z oznakami najżywszéj radości. Zachwycenie jéj, chociaż bardzo podobne do niewinnych uniesień dziecka, niezdolnego ukrywać swych uczuć, nosiło jednak cechę godności, co zawsze i wszędzie towarzyszy postępkom ludzi wyższego urodzenia. Luis, patrząc na pełną naiwności prostotę Ozemy, usiłował wyobrazić sobie sposób w jaki Mercedes de Valverde przyjęłaby drogocenny klejnot z rąk królowéj Izabelli, i zdawało mu się, że powściągliwa radość i wdzięczność Kastylianki mniéj silne może zrobiłaby wrażenie.
Podczas tych myśli młodzieńca Ozema, nie wstydząc się bynajmniéj, zdjęła zasłonę bawełnianą i przymierzyła podarowany sobie zawój, poczém, odwiązawszy naszyjnik, zbliżyła się do Luis’a, ofiarując mu takowy z spojrzeniem stokrotnie od słów wymowniejszém. Luis dar ten wzajemny z rycerską przyjął uprzejmością, a nawet zwyczajem kastylskim ucałował rączkę z któréj takowy otrzymał.
Kacyka, ucieszony świadek téj sceny, powiódł wtedy hrabię do innego domostwa, gdzie przedstawił mu swe żony i kilkoro dzieci. Przy pomocy znaków i niektórych wyrazów, wzajemnie pochwyconych, Luis pojął wreszcie stopień pokrewieństwa między swym gospodarzem a Ozemą, i wyznać trzeba iż rad był z odkrycia że piękna Indyanka niezamężna, co przypisywał, może i słusznie, uczuciu zazdrości jakie w nim budziło podobieństwo jéj do Mercedes.
Luis trzy dni przepędził w siedzibie kacyki, w ciągu których osoba jego była przedmiotem ogólnéj ciekawości. Kobiéty z niewinném zaufaniem dotykały się jego ubrania i podziwiały białość jego w porównaniu ze śniadą cerą tu-ziemców. Jedna tylko Ozema mniéj była śmiałą, lubo bacznym wzrokiem śledziła każdy ruch cudzoziemca. Luis, na wonnych wyciągnięty matach, całemi nieraz godzinami przypatrywał się dziewicy, w zamiarze niby odkrycia nowego podobieństwa z oddaloną kochanką, a rzeczywiście znęcony osobistym powabem Ozemy. Spostrzegłszy wyższość jéj umysłową nad żonami kacyki, pragnął objaśnić się przez nią Względem stosunków krajowych, w czém rzadka pojętność młodéj Indyanki usiłowaniom jego przychodziła w pomoc. Ozema w kilku dniach wyuczyła się mnóstwa wyrazów hiszpańskich i wymawiała takowe z wdziękiem niewysłowionym.
Luis de Bobadilla, chociaż z natury lekkomyślny, gorliwym był jednak chrześcianinem. W téj epoce ogół tchnął jeszcze głębokiém dla religii poszanowaniem, a choć i wtedy nie zbywało na wątpiących, należeli oni raczéj do klassy polityków lub duchownych, ukrywających zasady swoje pod habitem zakonnym. Pożycie młodzieńca z Kolumbem utwierdziło jego wiarę w Opatrzność; skłonnym był przeto uznać w cudownéj prawie łatwości z jaką Ozema go pojmowała, zrządzenie wyższéj woli, dla ułatwienia stosunków z krajowcami i rozszérzenia między niemi ewangelii. Częstokroć, wpatrując się w słodkie i pełne wyrazu oko Ozemy, przypuszczał że jest powołanym do zbawienia wyspiarzy przez pośrednictwo nadobnéj dziewicy. Pamiętny na zlecenie admirała, chciał także zasięgnąć od niéj wiadomości względem położenia złotodajnych kopalń; lecz objaśnienia Ozemy w tym względzie były niedokładne.
Drugiego dnia wyprawiono na uczczenie gościa igrzyska indyjskie, w których i Luis miał pole do popisu, a będąc zręcznym i zaprawnym w turniejach, pokonał z łatwością współzawodników, nie wyłączając samego Mattinao. Młody kacyka nie okazywał jednak zawiści ani wstydu, a siostra jego klaskała w ręce z radości. Powabne jéj lice żywszym zajaśniało rumieńcem, oko tłumionym iskrzyło się blaskiem, a uśmiéch zadowolenia odsłaniał dwa rzędy lśniącéj białości zębów. Ozema czarne miała oczy, Mercedes zaś niebieskie; ale spojrzenie Indyanki, zwłaszcza gdy patrzyła na Luis’a, podobne było bardzo do spojrzenia dziewicy kastylskiéj. Niejednokrotnie téż w ciągu igrzyska młodzieniec zauważył, iż wyraz twarzy Ozemy był jakby odbiciem radości Mercedes podczas turniejów.
Wszelako bohatér nasz nie zobojętniał dla kochanki, gdyż mimo licznych błędów, zawiele rycerskiego miał ducha aby zapomniéć o damie swego serca; lecz będąc młodym i oddalonym od Mercedes, nie mógł okazać się nieczułym na jawne dowody uwielbienia dziewicy haityjskiéj. Gdyby Ozema w postępowaniu z nim używała sztucznéj zalotności, Luis byłby się ocknął natychmiast; ale widząc jéj prostotę daleką od rozmysłu, oddawał się bez obawy chwilowemu uczuciu.
Śród zajęć nowych i silnych czas szybko zawsze ubiega. Luis ani się spostrzegł jak upłynęły trzy dni pobytu jego u kacyki Mattinao. I Sancho w ciągu takowych był bohatérem swego koła, a lubo nie nauczył się ani słowa po haityjsku; lubo żadna z Indyanek nie korzystała od niego pod względem wykładu języka hiszpańskiégo, umiał jednak używać chwili, rozdając dzwonki, a biorąc w zamian złote ozdoby. Stary marynarz niemniéj zdrowe zaiste miał pojęcia o stosunkach handlowych, jak nowocześni ekonomiści. Zasady swoje w téj mierze objawił w następującéj rozmowie z Luis’em.
— Widzę żeś się nie wyrzekł zamiłowania w dublonach, przyjacielu Sancho, rzekł Luis na widok złotego piasku i blaszek zebranych przez marynarza; w worku twoim dosyć jest kruszcu dla wybicia pary tuzinów monet z popiersiem królewskiém.
— Mógłbyś podwoić tę liczbę, sennorze hrabio; a to wszystko dostałem za kilkanaście dzwonków, nie wartujących garści marawedów. Na wszystkich Świętych! zamianato bardzo przyjemna dla biédnego pachołka. Ci ludzie tyle cenią sobie złoto, co wasza excellencya zabitego Maura, a ja znów mało dbam o dzwonki. Nie robimy sobie krzywdy, bo oddajemy nic za nic.
— A czy to uczciwie, Sancho, pozbawiać ich złota za rzecz tak małéj wartości? Przypomnij sobie, że jesteś chrześcianinem kastylskim.
— Pamiętam o tém, sennorze; ależ wartość każdego przedmiotu względną jest do ceny jaką doń przywiązują w miejscu sprzedaży. Wié o tém każdy kupiec, boć to jasne jak słońce. Wenecyanie nabywają w Kandyi za bezcen rodzynki, figi i wina greckie, chociaż płody zachodu na téj wyspie niesłychanie są drogie. Wszystko w danym czasie i miejscu może znaczyć nic albo wiele; najpiérwszą zaś zasadą w handlu jest dawać mało, a brać jaknajwięcéj.
Gdy Sancho wyłuszczał w ten sposób teoryą swą o zamianie, od wioski rozległ się nagle krzyk przerażenia. Przytoczona rozmowa miała miejsce w lasku, na pół drogi między wsią a mieszkaniem kacyki. Obaj Europejczycy byli nieuzbrojeni; gdyż Luis miecz swój zostawił w ręku pięknéj Ozemy, która bawić się nim lubiła, Sancho zaś, nie chcąc dźwigać ciężkiéj rusznicy, złożył ją w swém mieszkaniu.
— To może zdrada, sensorze, zawołał Sancho. Ci hultaje poznali się zapewne na prawdziwéj wartości dzwonków i pragną odebrać swe złoto.
— Mattinao i poddani jego nie dopuszczą się wiarołomstwa; ręczę zato honorem. Ten rozruch inną ma przyczynę. Posłuchaj! zdaje mi się że wołają Kaonabo!
— Tak jest, sennorze; a podobno to imię kacyki Karaibów, śmiertelnego wroga tych pokoleń.
— Ruszaj do wsi po rusznicę, i powróć do siedziby kacyki. Starajmy się obronić Ozemę.
Po tych słowach Luis i Sancho rozłączyli się: piérwszy pobiegł do wsi, a drugi wolnym krokiem zwrócił się ku mieszkaniu kacyki, spoglądając często za siebie i żałując że nie miał pod ręką konia i dzidy, przy których pomocy z łatwością byłby rozpędził całą hałastrę napastników.
Wróciwszy do mieszkania kobiét, Luis zastał tam już trwogę; spłoszone żony kacyki zebrały się w gromadę, wymawiając z przerażeniem imię Kaonabo; jedna tylko Ozema była spokojniejszą. Za przybyciem młodzieńca niewiasty garnąć się zaczęły koło księżniczki, i łatwo było zrozumiéć iż nakłaniały ją do ucieczki, by nie popadła w ręce Karaiba. Luis domyślił się wtedy, że celem niespodzianego napadu było porwanie dziewicy, i przypuszczenie to powiększyło jego zapał. Ozema, ujrzawszy go, przybiegła z załamanemi rękoma; błagające jéj spojrzenie wyrażało ufność i nadzieję. Luis w jednéj chwili uchwycił miecz, a zastawiwszy się tarczą i wywijając orężem, zapewnił tym sposobem księżniczkę o swéj pomocy. Kobiéty pierzchnęły w mgnieniu oka, szukając schronienia dla siebie i dla dzieci, i Luis znalazł się sam na sam z Ozemą.
Niebezpiecznie było pozostać w mieszkaniu, bo silny oddział nieprzyjaciół wdziérał się już na wzgórze, w zamiarze ujęcia pięknéj zdobyczy; Luis starał się przekonać Indyankę o potrzebie ucieczki. Wtedy Ozema, tuląc się do młodzieńca i drżąc z obawy, zawołała:
— Kaonabo! nie! nie!
Dziewica spamiętała wyraz oznaczający przeczenie, i chciała zapewne tym sposobem objawić nienawiść swoję dla naczelnika Karaibów. Luis ten wstręt przypisywał uczuciu Ozemy dla siebie; nasz bohatér bowiem, jakkolwiek pełen rycerskiéj szlachetności, był nieco próżny i wysokie miał o sobie wyobrażenie. W obec jednéj tylko Mercedes odstępowała go zwykła otucha.
Opuściwszy siedzibę kacyki, młody hrabia, jako biegły wojownik, szukał obronnego stanowiska i znalazł takowe o sto kroków zaledwo od domostw. Góry tworzyły tu zakątek z trzech stron otoczony jakby wałem i punkt ten, przy dzielnéj obronie, był prawie niezdobytym. Ozema ukryła się za skałą; lecz wiedziona współczuciem dla Luis’a, lękliwie nieraz wychylała głowę.
Zaledwo Luis zajął tę warownię naturalną, gdy kilkunastu dzikich, uzbrojonych w łuki, maczugi i dzidy, stanęło rzędem o parę set kroków. Młodzieniec samą tylko tarczą mógł się zastawiać od pocisków nieprzyjaciół; ale wiedział że ich strzały, choć rażą zblizka i w nagie wymierzone ciało, w oddaleniu mało są szkodliwe. Nie korzystał więc z bezpiecznego schronienia za skałami, występując w otwarte miejsce, gdzie swobodniéj mógł się poruszać.
Szczęściem dla mężnego obrońcy sam Kaonabo, ścigając za kobiétami, w których gronie spodziéwał się Ozemy, nie był wtedy obecnym; zapalczywa bowiem odwaga groźnego naczelnika Karaibów byłaby może od razu zakończyła walkę na korzyść przewagi liczebnéj. Bez niego napastnicy nie śmieli stanowczo naciérać, ograniczając się tymczasowo na wypuszczaniu strzał pojedynczych, które Luis odbijał końcem swego miecza. Pogardliwe to przyjęcie ich zaczepki dziki okrzyk wzbudziło w szeregu nieprzyjaciół.
Powtórny napad bardziéj był gwałtownym. Ośmiu Indyan, opatrzonych w łuki, napięło jednocześnie cięciwy, a lubo pociski o nadstawioną odbiły się tarczę, obleżeniec jednak otrzymał kilka stłuczeń. Już dzicy nowe nakładali strzały, gdy młoda dziewica opuściła kryjówkę i z założonemi na krzyż rękoma stanęła przed Luis’em.
— Ozema! Ozema! zawołali oblegający.
Napróżno Luis zaklinał księżniczkę aby się usunęła; żadna namowa skłonić jéj nie mogła do opuszczenia drogiego sercu swemu obrońcy. Nie chcąc narazić jéj życia, Luis rad nierad musiał z nią razem schronić się w miejsce bezpieczne.
Zaraz potém w gromadzie napastników zjawił się wojownik dzikiego wejrzenia, któremu hałaśliwie opowiadać zaczęto dotychczasowe wypadki.
— Kaonabo? zapytał Luis Ozemy.
Dziewica czule spojrzała na młodzieńca i potrząsła głową.
— Nie! nie! odrzekła z żywością; Kaonabo, nie! nie!
Luis zrozumiał, że piérwsza część odpowiedzi znaczyła, iż przybysz nie jest Kaonabo, a druga wyrażała wstręt dla jéj osoby naczelnika Karaibów.
Narada przeciwników wkrótce była ukończoną, i sześciu z nich rzuciło się ku schronieniu oblężonych. Wtedy Luis wyszedł z kryjówki i stanął w obliczu nieprzyjaciela. Dwie dzidy uderzyły w jego tarczę; ale miecz młodziana błysnął w powietrzu, i ręka najbliższego wojownika razem z maczugą padła na ziemię.
Tak zręczne i niespodziane cięcie przeraziło nacierających, którzy nie znali jeszcze w boju użycia żelaza, i szybka ta amputacya wydała im się cudem.
W téj chwili okrzyk radości w gronie Indyan zapowiedział przybycie posiłków, na których czele tym razem znajdował się sam Kaonabo. Doniesiono mu zaraz o wszystkiém, i wojowniczy kacyka widocznie był zdziwiony czynami naszego bohatéra. Po upływie kilku minut naczelnik kazał cofnąć się towarzyszom do pewnéj odległości, i złożywszy broń swoję, postąpił ku Luis’owi z oznakami przyjaźni.
Dwaj przeciwnicy zbliżyli się do siebie z grzecznością i wzajemném zaufaniem. Karaib zaczął przemowę, z któréj Luis zrozumiał tylko imię pięknéj Indyanki. Ozema wyszła także z ukrycia, a rubaszny wielbiciel zwrócił do niéj swe słowa, namiętnie często przyciskając rękę do serca. Księżniczka odpowiedziała z pośpiechem osoby co z góry już powzięła postanowienie. Pod koniec, żywo zapłoniona, wskazała na Luis’a i rzekła po hiszpańsku:
— Kaonabo, nie! nie!... Luis! Luis!
Z nieopisanym wyrazem groźnego oburzenia naczelnik Karaibów przyjął to oświadczenie na korzyść cudzoziemca. Gniewnie potrząsając ręką powrócił do swoich, i kazał natychmiast ponowić napaść.
Tym razem wypuszczono znów z daleka grad strzał, przed któremi Luis, troskliwy o życie nie odstępującéj go Ozemy, schronić się musiał za skałę. Dowódzca poprzedni, któremu Kaonabo wymówił bezskuteczność piérwszego natarcia, chcąc zatrzéć tę zmazę, rzucił się z maczugą ku Luis’owi. Pod gwałtownem jego uderzeniem ręka mniéj silna byłaby się ugięła; ale bohatér nasz, zaprawny w tylu walkach, wytrzymał takowe, i wiedząc że wszystko zależy od stanowczego w tym razie zwycięztwa, jedném zawinięciem rzeszota głowę Karaiba odłączył od ciała.
Indyanie spieszący za dowódzcą stanęli jak wryci; lecz Kaonabo, z rykiem rozdrażnionego tygrysa, podżegał upadającą ich odwagę, i już ponowić miano napad, gdy nagle z boku zagrzmiał huk strzelby. Dwóch Haityjczyków padło śmiertelnie rażonych; reszta, mniemając że niebo zesłało swe pioruny na pomoc obleżeńcom, pierzchnęła w jednéj chwili. Podczas gdy nieprzyjaciel w bezładnéj ucieczce szukał ocalenia, z gęstwi przyległego lasu wyszedł Sancho, trzymając rusznicę.
Okoliczności były naglące; z poddanych kacyki Mattinao ani jeden nie dotrzymał placu. Dla ocalenia przeto Ozemy nie pozostawało Luis’owi jak zwrócić się ku pobrzeżu. Zastawszy kilka łodzi blizko lądu, wszyscy troje wypłynęli na morze, a że wiatr był zachodni, w parę więc godzin znajdowali się niedaleko okrętów, gdzie wysiedli ukradkiem; Luis bowiem nie zapomniał o zleceniu admirała, by tę wycieczkę swoję przed osadą trzymał w tajemnicy.


ROZDZIAŁ XXIV.

Przybywszy w miejsce z którego widać było okręty, Luis ujrzał z przerażeniem, że la Santa Maria, którą cztéry dni temu w najlepszym zostawił stanie, rozbita, z potrzaskanemi masztami leżała na piasku. La Nina była wprawdzie nietkniętą; ale młodzieniec uczuł mimowolną trwogę na myśl, że wątły ten statek stanowi odtąd jedyne ich schronienie. Pomorze zarzucone było materyałami budowlanemi, a Hiszpanie, wespół z krajowcami, pracowali widocznie nad wzniesieniem rodzaju twierdzy. Powierzając Ozemę opiece jednego z Indyan, Luis i Sancho pospieszyli do towarzyszów, aby od nich zasięgnąć objaśnień względem tego co widzieli.
Kolumb przyjął młodego przyjaciela serdecznie, lecz z głębokim smutkiem. Opowiedziawszy jakim sposobem okręt admiralski uległ rozbiciu, dodał, że gdy la Nina objąć nie może wszystkich razem podróżników, postanowił zostawić osadę w warowni, a z resztą jaknajspieszniéj powrócić do Hiszpanii. Guakanagari okazał się w téj mierze pełnym dobrych chęci, i wszyscy tak byli pracą zaprzątnieni, że nikt nie pomyślał o młodzieńcu, ani nawet o napadzie Karaibów, którego wreszcie posłuch nie doszedł może jeszcze w te strony.
Tydzień następujący po powrocie Luis’a przepędzono śród zajęć rozlicznych. Rozbicie okrętu la Santa Maria nastąpiło w dzień bożego narodzenia 1492 roku, a czwartego stycznia la Nina gotową już była do drogi powrotnéj. W tym czasie młodzieniec raz tylko widział Ozemę i znalazł ją niemą, zasmuconą, podobną do uszczknionego kwiatka, którego barwy nie straciły jeszcze piękności, chociaż główka już zwiśnięta. Dopiéro trzeciego stycznia wieczorem, gdy się przechadzał pod świéżo ukończoną warownią, Indyanka powtórnie zaprosić go kazała przez Sancha. Za przybyciem bohatér nasz, ku wielkiemu zadziwieniu swojemu, zastał u Ozemy jéj brata, młodego kacykę.
Jakkolwiek rozmawiać z sobą nie mogli, umieli przecież wzajemnie się porozumiéć. Ozema nie była już smutna; uśmiéch wesołości osiadł na powabném jéj licu, i zdawało się Luis’owi, że nigdy nie widział jéj równie miłą i ujmującą. Smagła postać dziewicy, wzór prawdziwy wrodzonego wdzięku, opromieniona radością, zaledwo dotykała ziemi, a staranne, jak na Indyankę, i nieco zalotne ubranie, nowego przydawało jéj uroku.
Wkrótce Luis dowiedział się o przyczynie téj nagłéj zmiany w usposobieniu księżniczki. Brat z siostrą, po odbytéj naradzie, zważywszy grożące niebezpieczeństwo i słabe środki obrony, uznali w ucieczce jedyne ocalenie dla Ozemy. Wiadomo że admirał miał zamiar zabrać do Hiszpanii pewną liczbę krajowców, a trzy kobiéty dobrowolnie już się w tym celu zgłosiły; łatwo więc zgadnąć że i piękna Ozema chętnie przystała na podróż do Europy. Jedna z niewiast mających towarzyszyć Kolumbowi była krewną i przyjaciółką siostry kacyki Mattinao; wszystko zatém sprzyjało jéj zamiarowi, zwłaszcza że drogę do Hiszpanii wyobrażała sobie jako niewiele dłuższą od przeprawy z jednéj wyspy na drugą.
Postanowienie Ozemy ucieszyło razem i zakłopotało Luis’a, który cokolwiek może sam sobie nie dowierzał. Wszelako Mercedes królowała w jego sercu; odtrącał przeto zwątpienie, jako uwłaczające honorowi rycerskiemu, i z silną wolą zachowania wierności oddalonéj kochance, udał się do Kolumba dla zasięgnięcia jego rady.
Kolumb, zajęty obejrzeniem warowni, wysłuchał młodzieńca z przychylnością; lecz pod badawczém spojrzeniem admirała Luis, nie wiedząc sam dlaczego, kilkakrotnie spuścił oczy.
— Siostra kacyki? rzekł Kolumb nareszcie; dziewica szlachetnego urodzenia?
— Tak jest, sennorze, a przytém tyle powabna, iż królowa wysokie z niéj poweźmie wyobrażenie o wartości naszych odkryć zamorskich.
— Czy pamiętasz o tém, mości hrabio, że sercu czystemu czyste tylko nieść można ofiary? Donna Izabella jest wzorem monarchii, żon i matek; anielska jéj dusza nie powinna być skalaną widokiem niegodnego siebie przedmiotu. Radbym wiedziéć czy młoda Indyanka nie stała się czasem ofiarą uwiedzenia.
— Sennorze don Christoval, nie powinieneś tak źle o mnie myśléć. Ręczę że ta dziewczyna jest równie niewinną, jak sama Mercedes, któréj opiece zamierzam ją polecić.
— Zgoda więc, miody mój przyjacielu. La Nina jest wprawdzie małą, ale się pomieścimy jak będzie można. Kajutę dowódzcy przeznaczam dla kobiét, my zaś obędziem się przez te kilka tygodni. Przyprowadź Ozemę i miéj staranie o jéj wygodach.
Nazajutrz rano po téj naradzie młoda dziewica, zabrawszy co miała z kosztowności, a między niemi zawój otrzymany od Luis’a, udała się na okręt. Pożegnanie jéj z bratem było tkliwe i rozrzewniające; łagodny bowiem charakter tych prostych dzieci przyrody do wysokiego stopnia podlegał wpływowi uczucia rodzinnego. Że jednak rozłączenie miało być krótkie, jak sobie obiecywano, oboje rodzeństwo z najlepszą rozstali się nadzieją.
Kolumb pierwiastkowo miał zamiar przed powrotem do Europy daléj posunąć swe odkrycia, lecz strata jednego okrętu i ucieczka drugiego zmusiły go plan ten odroczyć. Czwartego więc stycznia 1493 roku wypłynął na wschód, trzymając się jeszcze pobrzeża. Jedyném życzeniem jego było wtedy dosięgnąć Hiszpanii i ponieść na łono cywilizacyi wiadomość o wielkiém odkryciu. Szczęśliwym zdarzeniem trzeciego dnia zaraz ujrzano zdaleka La Pintę: Marcin Alonzo, nie dopiąwszy swego celu wynalezienia kopalń złota, uznał za stosowne odszukać admirała.
Nie będziemy tu opisywać spotkania obu dowódzców. Kolumb przyjął przestępnego Pinzona z roztropném umiarkowaniem, i wysłuchawszy jego tłumaczeń, dał mu rozkaz przygotowania la Pinty do powrotu. Wkrótce połączone okręty, po nabraniu w jednéj z zatok drzewa i wody, puściły się w kierunku wschodnim, nie odstępując jednak brzegu północnego Hispanioli, czyli małéj Hiszpanii, jak Kolumb nazwał tę wyspę.
Tak nadszedł szesnasty stycznia, w którym podróżnicy nasi, żeglując ku północo-zachodowi, wypłynęli na otwarte morze i stracili z oczu ziemię. Przy dosyć pomyślnym wietrze, zbaczając jednak często z prostego kierunku, wyprawa dziesiątego lutego dosięgła równoleżnika szérokości Palos i weszła w obręb działania wiatrów peryodycznych. W ciągu podróży La Pinta, któréj maszt jeden był uszkodzony, ciągle zostawała w tyle, gdy tymczasem la Nina, słynna z szybkiéj żeglugi przy spokojném morzu, niecierpliwie rwała się naprzód.
Większa część zjawisk spostrzeżonych w piérwszéj przeprawie ponowiła się i teraz; tylko że tuńczyki nie podniecały już nadziei, ani zioła morskie nie budziły trwogi. Przebyto szczęśliwie tę przeszkodę, i po dwóch tygodniach wypłynięto z obrębu wiatrów peryodycznych. Bieg statków ciągle tylu podlegał zmianom, że sternicy, nieprzywykli do tak długiéj podróży, stracili zupełnie rachubę i zawzięte nieraz toczyli spory, gdy szło o wytknięcie położenia okrętów.
— Słyszałeś, rzekł Kolumb z uśmiéchem do Luis’a, rozmowę dzisiajszą Marcina Alonzo, Wincentego Yanez i innych sterników. Częste zmiany wiatru tak dalece zakłopotały tych poczciwych marynarzów, że gotowi naznaczyć statkom każde w świecie położenie, prócz tego, które zajmują istotnie.
— Zaprawdę, sennorze, bezpieczeństwo nasze, a razem przyszłość wielkiego odkrycia od twéj wyłącznie zawisła nauki.
— Prawdę mówisz, Luis; Wincenty Yanez, Sancho Ruiz, Pedro Alonzo Nino i Bartłomiej Roldan, nie mówiąc już o żadnym z rozprawiaczów la Pinty, utrzymują że jesteśmy niedaleko Madery, czyli w odległości stu pięćdziesięciu mil od Hiszpanii; ale poczciwi ci ludzie więcéj podobno idą za swém życzeniem, niż za prawdą.
— A ty, sennorze don Christoval, w jakiémże oddaleniu stawiasz wyprawę?
— Znajdujemy się na dwanaście stopni jeograficznych od wysp kanaryjskich w kierunku zachodnim, pod szérokością Nafe na brzegach afrykańskich; ale nie chciałbym wyprowadzać ich z błędu. Każdemu z podwładnych moich zdaje się teraz, że mógłby zrobić to samo co i ja; a jednak żaden z nich trafić nie umié do domu.
Dotąd, mimo częstych zmian wiatru, niebo było pogodne. Kilka razy wprawdzie morze silniéj się wzburzyło; te małe atoli przejścia wydały się fraszką dla doświadczonych marynarzów. Kolumb, dokonawszy wielkiego dzieła, zaczął teraz lękać się skrycie, aby owoc jego trudów nie został straconym dla ludzkości. Uczucie jego podobném było do niespokojności jakiéj doznaje człowiek, któremu śród grożących niebezpieczeństw drogi powierzono zakład. Ale wolą było przeznaczenia niedaleko już kresu życzeń na ciężką jeszcze wystawić go próbę. Wieczorem 14 lutego straszliwa burza napadła podróżników; wiatr szalał przez noc całą, i nieustraszony admirał, chociaż wobec osady przybiérał twarz pogodną a nawet wesołą, nie ukrywał już przed Luis’em swéj obawy. Jednakże znakomity ten człowiek najzupełniejszą zachował przytomność, a jeśli trwożył się w duchu, to nie o siebie, lecz o swe dzieło.
Takieto myśli zaprzątały umysł admirała, gdy podczas téj nocy okropnéj siedział z Luis’em zamknięty w kajucie. Szum wichru zlewał się z rykiem zapienionych fali w głos jeden groźny i złowrogi. Niekiedy, gdy okręt chwilowo zagrzebany był między wałami, burza zdawała się wolniéć i żagle opadały; lecz skoro następna fala uniosła go na swym grzbiecie, stawał się znów igraszką rozhukanych żywiołów. Luis nawet, lubo zwykle obojętny na niebezpieczeńztwo, dziwnie jakoś zpoważniał. Na zastęp Maurów, choćby najliczniejszy, młodzieniec gotów był zawsze uderzyć bez namysłu; lecz jakże walczyć z żywiołami? Śród burzy morskiéj najodważniejszy człowiek upada na duchu, bo czuje niemoc swoję, w porównaniu z potęgą Stwórcy.
— Szkaradna noc, sennorze, rzekł Luis do Kolumba z udaną obojętnością.
Kolumb westchnął głęboko, podniósł głowę opartą na dłoni i obejrzał się w koło, jakby czegoś szukając.
— Hrabio de Llera, odpowiedział głosem uroczystym, trzeba nam dopełnić ważnego obowiązku. W téj skrzynce znajdziesz pargamin i materyały piśmienne; wywiążmy się z długu dla ludzkości póki czas jeszcze; bo tylko Bogu wiadomo jak długo żyć nam pozwoli.
Luis nie pobladł na te słowa prorocze, tylko zposępniał jeszcze więcéj. Otworzywszy skrzynkę, wydobył z niéj pargamin i rozłożył go na stole. Admirał wziął pióro, podał drugie młodzieńcowi i obaj zaczęli pisać, o ile pozwalało gwałtowne kołysanie okrętu. Kolumb każde słowo powtarzał Luis’owi, a ten na oddzielnym kreślił je pargaminie.
Treścią tego dokumentu było opisanie poczynionych odkryć, wskazanie stopnia długości i szérokości Hispanioli i wysp przyległych, oraz krótka wiadomość o wszystkiém co widziano. Przypisawszy takowy Ferdynandowi i Izabelli, admirał oba pargaminy obwinął starannie w ceratę; następnie schowano je w wydrążone bryły wosku, zalano szczelnie otwór, i same jeszcze bryły włożono w próżne baryłki; poczém admirał i Luis, ująwszy po jednéj z nich każden, udali się na pokład. W téj strasznéj nocy nikt nie pomyślał o spaniu, i większa część majtków zgromadziła się koło wielkiego masztu, jako jedyném miejscu gdzie nie groziło niebezpieczeństwo od fali bijących na okręt; lecz i tam nawet dosięgał ich obryzg bałwanów do niesłychanéj napiętrzonych wysokości.
Zaraz po przybyciu admirała osada otoczyła go, pragnąc z ust jego usłyszéć słowa pociechy. Niepodobieństwem było objawić tym ludziom skołatanym prawdziwy stan rzeczy; Kolumb przeto, rzucając swą baryłkę w morze, powiedział im że spełnia ślub religijny. Luis umieścił drugą na spodzie okrętu, w nadziei iż na przypadek rozbicia wypłynie sama z siebie.
Półczwarta przeszło wieku minęło od téj chwili, a baryłka zniknęła bez śladu w łonie oceanu, gdzie może dotychczas jeszcze płynie, albo rzucona na brzeg dostała się w ręce ludzi nieumiejących ocenić ważności zawartego w niéj dokumentu.
Po wykonaniu tego czynu przezorności Kolumb mógł się zająć koniecznemi rozporządzeniami. Ciemność była tak wielka, że oko z jednego końca pokładu niezdolne było rozróżnić przedmiotów na drugim. Wincenty Yanez oświadczył admirałowi, iż statek nie może już unieść szczątków nawet żagli jakie mu pozostały.
— Czy widziałeś Marcina Alonzo? zapytał Kolumb, spoglądając z obawą w miejsce gdzie się spodziéwał la Pinty. Dlaczego latarnia okrętowa spuszczona?
— Nie zdołałem utrzymać jéj światła śród burzy; dotychczas jednak brat mój odpowiadał na sygnały.
— Zapal raz jeszcze latarnię: jestto chwila w któréj pocieszyć może obecność przyjaciela, chociażby położenie jego było równie rozpaczliwém jak nasze.
Wzniesiono latarnię, i po niejakim czasie ujrzano w oddaleniu migające światełko. Powtórzono kilkakrotnie sygnał, i światło odpowiadało, ale z coraz większéj odległości, aż wreszcie zupełnie zagasło.
— La Pinta zbyt słabą jest w masztach, rzekł Wincenty Yanez; brat mój nie może uchwycić wiatru.
— Każ zwinąć przedni żagiel! zawołał Kolumb.
Wincenty Yanez przyzwał kilku majtków, którzy pod jego kierunkiem wykonali rozkaz admirała. Maszt przedni niebardzo wzniesiony był nad pokład; zwinięcie przeto żagla nie przedstawiało wielkich trudności, lecz wymagało rąk silnych i wprawnych. Sancho i Pepe wspięli się na reję, i przy pomocy dwóch towarzyszów zręcznie się wywiązali z otrzymanego polecenia.
Byłato chwila najgroźniejszego niebezpieczeństwa, w któréj umiejętny tylko kierunek okrętu ocalić mógł podróżników. Sancho, stanąwszy u steru, okazał wtedy biegłość i siłę niesłychaną; pot spływał z jego czoła wielkiemi kroplami, lecz dłoń żelazna starego marynarza skutecznie opiérała się burzy. Wszelako trwoga ogólna do tego doszła stopnia, że osada pragnęła uczynić jaki ślub religijny. W tym celu wszyscy ciągnąć mieli losy na kogo wypadnie pokuta.
— Jesteśmy w ręku Boga, przyjaciele moi, rzekł Kolumb, poddajmy się więc z pokorą Jego woli. Jedna z kartek zawartych w tym kapeluszu oznaczona jest krzyżem; kto ją wyciągnie, przyjmuje obowiązek odbycia pielgrzymki do Najświętszéj Panny w Gwadalupie. Jako admirał wasz i grzésznik żałujący, przystępuję piérwszy do losowania.
Kolumb sięgnął ręką do kapelusza, i zbliżywszy wydobytą karteczkę do latarni, ujrzał na niéj znak krzyża.
— To dla waszéj excellencyi, sennorze admirale, zawołał jeden z sterników. Teraz pozwól abyśmy powtórnie ciągnęli, naznaczając pielgrzymkę do Najświętszéj Panny loretańskiéj.
W chwilach niebezpieczeństwa człowiek skłonnym jest zawsze do uczuć pobożnych; to téż z zapałem wzięto się do nowego losowania, i krzyż tym razem przypadł majtkowi imieniem Pedro de Villa, znanemu z życia niekoniecznie przykładnego.
— Oj, ciężkato i kosztowna podróż, pomruknął majtek; trzeba nato niemałego funduszu.
— Nie kłopocz się, przyjacielu Pedro, odpowiedział Kolumb: trudy cielesne w przyszłém życiu przyczynią ci łaski; koszta zaś podróży ja biorę na siebie. — Burza coraz więcéj się rozsroża, mój dobry Bartłomieju Roldan!
— Widzę to, sennorze admirale, i niebardzo rad jestem, że pokuta wypadła na Pedra. Ślub zakupienia mszy ś. po szczęśliwym powrocie i przepędzenia nocy na modlitwie w kaplicy ś. Klary, lepiéj nam może posłuży, niż pielgrzymka tego ladaco.
Zdanie Roldana znalazło poparcie; losowano po raz trzeci, i dziwnym trafem karteczka z krzyżem dostała się znów Kolumbowi. Jednakże niebezpieczeństwo wzrastało, bo okręt, porwany jakby wirem, nie mógł już walczyć z wściekłością rozhukanych bałwanów.
— Nie mamy dosyć balastu, Wincenty Yanez, rzekł admirał; trzeba wszystkie beczki napełnić wodą morską.
Wykonanie tego rozkazu zajęło kilka godzin, bo z narażeniem tylko życia można było zaczerpnąć wody. Przy silnéj wszelako woli i wytrwałości zdołano przecież napełnić kilkadziesiąt beczek, przezco bieg statku stał się pewniejszym. Nadedniem dészcz lunął potokiem, a wiatr, nie tracąc na gwałtowności, z południa przeskoczył na zachód. Przywrócono przedni żagiel, i la Nina przebiegła mil kilka w kierunku wschodnim.
Ze światłem dzienném nadzieja wstąpiła w serca podróżnych: nie widziano wprawdzie la Pinty, i uważano ją za zgubioną; lecz niebo rozjaśniło się nieco, a burza zwolniała do tyla, że majtkowie nie potrzebowali już czepiać się lin, aby uniknąć porwania przez fale. Rozpięto drugi żagiel, i okręt szybko płynąć zaczął z wiatrem.


ROZDZIAŁ XXV.

Po kilku godzinach, w znacznem jeszcze oddaleniu, ujrzano ziemię: jedni mniemali że to ląd stały Europy, drudzy że Madera; Kolumb zaś utrzymywał iż się zbliżają do jednéj z wysp azorskich; i rzeczywiście byłato wyspa swiętéj Maryi.
Nie będziemy tu opowiadać szczegółowo wypadków nastąpionych po zawinięciu la Niny do portu; dosyć nadmienić że Portugalczycy, jak wprzód tak i teraz, napastowali admirała; lecz wszystkie ich starania spełzły bezskutecznie, i 24 lutego Kolumb popłynął do Hiszpanii.
W piérwszych dniach Opatrzność zdawała się sprzyjać podróżnikom, bo stan powietrza był pomyślny i morze spokojne. Od 24 do 26 wieczorem la Nina około stu mil zrobiła w kierunku Palos; odtąd jednak wiatr stawał się silniejszym, zmuszając admirała do lekkiego zboczenia na północ. Przekonanie wszelako o blizkości Europy podtrzymywało nadzieję majtków. W sobotę 2 marca wieczorem już tylko sto mil, według rachuby Kolumba, rozłączało okręt od brzegów Portugalii, ku którym zwrócić się musiano z przyczyny wiatru południowo-zachodniego.
Nad ranem 3 marca w stronie południowéj groźne skupiły się chmury. Admirał stanął na tylném podwyższeniu, zkąd rozleglejszą wzrokiem objąć mógł przestrzeń. Oznaki burzy były liczne i złowróżbe. Powietrze, białawym napełnione tumanem, przedstawiało widok kłębiącego się dymu, i zaledwo admirał zauważył to zjawisko, gdy w oddaleniu odgłos, jakby tysiąca kopyt końskich tętniących w czwale o pomost, zapowiedział zbliżanie się wichru. Morze zasyczało, i w jednéj chwili burza tak strasznie się rozwścieczyła, jakby duchy piekielne przeszkodzić chciały poniesieniu do Hiszpanii wieści o wielkiém odkryciu.
Łoskot podobny do huku kilkudziesięciu razem wystrzałów zapowiedział przerwanie żagli. Statek pochylił się na bok, tak dalece, że bałwany dotykały końca masztów; lecz wyszedł szczęśliwie z tego szwanku i zaczął szybko biedź z wiatrem.
Byłto początek burzy straszniejszéj jeszcze od poprzednio opisanéj. W piérwszéj chwili trwoga do tego stopnia opanowała majtków, że nic nie przedsiębrali dla zwalczenia groźnego niebezpieczeństwa. Okręt nie przestawał posuwać się z wiatrem, a burza poszarpane szczątki żaglów unosiła kawałkami. Postanowiono raz jeszcze przez pobożną ofiarę okupić przebaczenie nieba, i poraz trzeci los przypadł na Kolumba. Prócz tego cała osada uczyniła ślub suszenia w piérwszą sobotę po szczęśliwém wylądowaniu.
— Rzecz osobliwsza, sennorze, rzekł Luis do admirała, że przypadek wszystkie niemal pokuty wkłada na ciebie. Musi to być skutkiem głębokiéj wiary twojéj.
— Powiédz raczéj moich grzechów. Dumny powodzeniem, mogłem zapomniéć chwilowo, iż jestem tylko narzędziem Opatrzności, pracownikiem w winnicy pańskiéj, przypisując wielkie to dzieło osobistéj zasłudze swojéj.
— Czy mniemasz że obecnie grozi nam niebezpieczeństwo?
— Od opuszczenia Palos nie byliśmy ani razu w równie trudném położeniu. Ląd musi być blizko, a burza coraz bardziéj się rozsroża. Szczęście że dzień niedaleki; miejmy nadzieję iż z jego światłem pojawi się środek ocalenia.
Zabłysnął wreszcie piérwszy promień jutrzenki; bo przyroda, w poważnym majestacie, bez względu na wypadki których widownią jest ziemia i morze, odbywa codzienną swą kolej, wytkniętą od wieków przez Stwórcę wszech rzeczy, dowodząc dumnym padołu tego mieszkańcom, że wyższa mądrość czuwa nad ruchem wszechświata. Wszelako dzień żadnéj nie przyniósł zmiany; la Nina, pchnięta nieprzepartą siłą wiatru i bałwanów, coraz bardziéj zbliżała się do lądu.
O trzeciéj po południu znaki sąsiedztwa ziemi stawały się coraz wyraźniejsze, chociaż nic jeszcze nie widziano, prócz zapienionych fali i ponurego nieba, rozjaśnionego niekiedy owém światłem fosforyczném, co zwykle podczas burzy rozlane jest w powietrzu. Bussola tylko wskazywała miejsce zachodu słońca, lecz oko w gęstym tumanie dojrzéć go nie mogło. I znów zapadła ciemność, i znów podróżnicy, razem z światłem dobroczynném, stracili nadzieję.
— Ta noc, mój synu, jest stanowczą, rzekł Kolumb w parę godzin po zachodzie słońca; jeżeli szczęśliwie doczekamy ranka, będzie to dowód szczególnéj łaski Boga.
— A jednak, sennorze, widzę cię spokojnym.
— Marynarz nie umiejący rozkazywać głosowi swemu i twarzy, zrzec się powinien swojego zawodu. Co do mnie jednak, jestem rzeczywiście spokojnym, bo ufam zrządzeniu Opatrzności.
— Jeżeli zginiemy, sennorze admirale, Portugalczycy staną się jedynemi spadkobiercami tajemnicy naszych odkryć; trudno bowiem przypuścić aby Marcin Alonzo ocalał.
— Smucę się tém, mój synu; ale przedsięwziąłem środki zachowania naszym władzcom należnego im prawa. Resztę zostawiam Bogu.
W téj chwili usłyszano okrzyk: Ziemia! Wyraz ten, zwykle z radością przyjmowany przez żeglarzów, dla osady la Niny zdawał się wyrokiem śmierci. Kolumb i Luis pobiegli na pokład i ujrzeli rzeczywiście ląd w takiéj blizkości, iż można było słyszéć huk bałwanów roztrącanych o skały. Nie ulegało wątpliwości że to było pobrzeże Portugalii; rozbicie zdawało się nieuchronném. Jeden tylko pozostał środek: skręcić okręt na południe i trzymać go przez noc w oddaleniu od brzegów. Zaledwo téż Koluuib objawił nieodzowność tego ruchu, gdy już Wincenty Yanez zajął się jego wykonaniem.
Dla uskutecznienia zbawczego obrotu potrzeba była koniecznie pomocy żaglów; Kolumb przeto dał rozkaz rozpięcia takowych na tylnym maszcie. Śmiałe to postanowienie o mało jednak nie zgubiło statku, bo w chwili gdy żagiel nie był jeszcze dostatecznie przytwierdzonym, wiatr zadął tak gwałtownie, że tylko co nie potrzaskał reji. Szarpnięcie było tak silne, jak kiedy pęka lina kotwicowa; odtąd jednak la Nina, choć nieustannie zagrażana przez fale, zaczęła oddalać się od lądu.
— Luis! zawołał głos słodki na bohatéra naszego, stojącego nieopodal drzwi kajuty kobiécéj; Luis, Haiti lepiéj — Mattinao lepiéj — tu źle, Luis!
Byłato Ozema, która opuściła izbę dla przypatrzenia się wzburzonemu morzu. W ciągu podróży Luis miał sposobność nauczenia jéj nieco po hiszpańsku, a sam obznajmił się jako tako z narzeczem dzikich; rozmowy ich zatém zwykle w obu naprzemian toczyły się językach. Mimo trudności oddania właściwego téj pogadanki charakteru, przytaczamy tutaj niektóre z niéj urywki.
— Biédna Ozemo! odpowiedział młodzieniec, umieszczając dziewicę tak, aby uderzenia okrętu najmniejszą ile możności sprawiały jéj przykrość; biédna Ozemo! musisz żałować Haiti i spokojnego ustronia jego lasów.

Sancho Mundo przedający dzwoneczki dzikim.

— Tam Kaonabo, Luis!
— Niewinna dziecino! Kaonabo nietyle jest straszny, ile wściekłość żywiołów.
— Nie! nie! Kaonabo bardzo zły! — On truje serce Ozemy. — Nie, Kaonabo — nie, Haiti!
— Ozemo, i nad tobą czuwa Opatrzność. Bóg tylko w téj chwili może cię ocalić.
— Co to ocalić?
— Bronić cię, Ozemo, czuwać nad twojém bezpieczeństwem.
— Luis broni Ozemy — Ozema tak chce!
— Drogie dziécię, pragnąłbym to z serca uczynić; ale co robić przeciw burzy?
— Co Luis robił przeciw Kaonabo? — Pobił, i musiał uciekać Kaonabo.
— To łatwa była walka dla rycerza uzbrojonego w miecz i tarczę; lecz taką bronią nie poradzi na morzu. Jedyną nadzieją naszą jest ufność w Bogu.
— Hiszpanie wielcy! — Ich Bóg także wielki?
— Bóg jeden jest wszędzie, Ozemo, w Hiszpanii i na Haiti. Przypominasz sobie com ci powiedział o miłości Jego i śmierci jaką poniósł dla naszego zbawienia; przyrzekłaś mi wtedy, że przybywszy do mojéj ojczyzny przejdziesz na wiarę prawdziwą.
— Ozema zrobi co Luis chce. — Ozema już kocha Boga Luis’a.
— Widziałaś krzyż święty, Ozemo, i obiecałaś go uczcić.
— Gdzie krzyż? Ozema nie widzi krzyża na niebie. — Pokaż krzyż Luis! — Ozema czcić będzie krzyż Luis’a.
Młodzieniec zawieszony miał na piersi upominek pożegnalny Mercedes; sięgnął więc ręką w zanadrze, wydobył ukryty klejnot i ucałowawszy go pobożnie, podał takowy młodéj Indyance.
— Oto, rzekł, krzyż do którego się modlimy.
— Czy to Bóg twój, Luis? zapytała Ozema z zadziwieniem.
— Nie Bóg, tylko znak Jego widomy, biédna, nieświadoma dziecino!
— Co to nieświadoma? przerwała dziewica, któréj umysł pojętny i bystry nie pomijał żadnéj objaśnienia się sposobności.
— Nieświadoma znaczy żeś nie słyszała nigdy o krzyżu i zbawiennym jego wpływie.
— Ozema już teraz nie będzie nieświadoma, zawołała Haitianka, przyciskając krzyż do serca; Ozema kocha krzyż — bo krzyż Mercedes!
Wskutek dosyć naturalnego przypuszczenia młoda księżniczka, będąca nieraz świadkiem mimowolnego zapału z jakim Luis wymawiał imię kochanki, mniemała że wyraz Mercedes oznacza wszystko co piękne i wzniosłe.
— Chciałbym rzeczywiście abyś zostawała pod opieką téj którą wspominasz; ona czyste twe serce łatwo na właściwą powiodłaby drogę. Ten krzyż pochodzi od Mercedes, ale to nie sama Mercedes. Kochaj go, Ozemo, i zawieś na szyi, gdyż to cię może obronić w niebezpieczeństwie.
Młoda dziewica pojęła o co chodzi, tém bardziéj że Luis grzecznie jéj dopomógł w przewieszeniu krzyża, który opadł na piękne jéj łono. Z uwagi na zmiany klimatyczne, jak niemniéj z pobudek przyzwoitości, Kolumb podarował niewiastom indyjskim szérokie suknie jedwabne. Ozema, sądząc że Luis udarował ją krzyżem, chciała go ukryć w zanadrze, a nie będąc jeszcze przywykłą do kroju sukien europejskich, nie umiała sobie jakoś w tém radzić. Luis, machinalnie prawie, dopomógł jéj w umieszczeniu klejnotu; jednocześnie gwałtowne uderzenie okrętu zmusiło go wpół ująć dziewicę. Zachwiana nagłym ruchem, a może ulegając tkliwemu popędowi uczucia, Ozema nie gniéwała się bynajmniéj za tę śmiałość; pochylona na ramieniu młodzieńca, oparła głowę na jego piersi i pełne wyrazu w twarz jego wlepiła spojrzenie.
— Nie trwóż się, Ozemo, zawołał Luis. Wszystko skończy się dobrze.
— Ozema spokojna — nie potrzebuje Haiti — nie potrzebuje Mattinao — Ozema teraz szczęśliwa, bo ma krzyż.
— Obyś nigdy innych nie znała uczuć, drogie dziécię! ufaj zawsze temu godłu.
— Krzyż Mercedes — Luis Mercedes — Luis i Ozema zawsze kochać będą krzyż!
Szczęściem może dla niewinnéj dziewicy la Nina w téj chwili tak gwałtownie została podrzuconą, że bohatér nasz cofnąć się musiał mimowolnie, a zanim odzyskał równowagę, Ozema powróciła do kajuty.
— I cóż, mój synu? zapytał Kolumb powracającego na pokład młodzieńca; czy nasze kobiéty bardzo są przerażone? Prawdę mówiąc, ta burza zatrwożyćby mogła nawet serce amazonki.
— Nie zwracają uwagi na niebezpieczeństwo, którego nie znają. Te dzieci przyrody tak silnie w nas wierzą, że przypisują nam możność uspokojenia nawet żywiołów. Dałem Ozemie krzyż święty, zalecając jéj ufność w to godło chrystyanizmu.
— Dobrześ zrobił, bo ocalenie nasze wyłącznie jest w ręku Boga. — Sancho! zwracaj się ile możności przodem do wiatru; im daléj będziemy od brzegu, tém dla nas lepiéj.
Sancho zapewnił swą gotowość usłuchania rozkazu, i rozmowa na tém się skończyła.
Po nocy bezsennie przepędzonéj nadszedł wreszcie dzień tyle pożądany; lecz światło jego nie przyniosło podróżnikom pociechy. Gęsty tuman, nawiany przez burzę, zalegał niebo, zniżając do połowy wysokość jego sklepienia, a morze kipiało pianą. Niezadługo w bok okrętu ujrzano ciemną wyniosłość, w któréj majtkowie poznali skałę Lizbony. Zapewniwszy się o tém naocznie, admirał kazał zwrócić statek ku ujściu Tagu, oddalonemu na mil nie więcéj jak kilkanaście; lecz zamiar ten, ze względu na gwałtowność wiatru, z najwyższém połączony był niebezpieczeństwem. Zapomniano już wtedy o zatargach politycznych z Portugalczykami, bo wszyscy wiedzieli, że mają tylko wybór między portem jakimkolwiek, lub rozbiciem.

Sancho Mundo wręcza list Kolumba Izabelli Katolickiéj.

W godzinę późniéj la Nina tak blizko dotarła lądu, iż dobre oko mogło rozróżnić na nim ludzi. Byłato chwila zawieszenia między zgubą a ocaleniem, między śmiercią a życiem. W miarę jak statek posuwał się ku brzegowi, słyszano huk fali roztrącanych o skałę i widziano bałwany bijące u stóp jéj do wysokości dwupiętrowéj. Lizbona od strony morza zupełnie jest odsłoniętą, a brzegi portugalskie należą do najniebezpieczniejszych w Europie. Szczególniéj uragany południowo-zachodnie niejeden corocznie rozbijają tu okręt. Burza, któréj igraszką stali się nasi podróżnicy, niezmiernie była silną, zwłaszcza że zmienność wiatru stała się powodem niejednostajnego kołysania, tak zgubnego zawsze dla statków małego rozmiaru.
— Dobrze idzie, sennorze! zawołał Luis; kwadrans jeszcze, a wszystko będzie skończone.
— Masz słuszność, mój synu, odpowiedział Kolumb spokojnie; jeżeli fala rzuci nas na skałę, za kwadrans z kadłubu la Niny dwie deski ledwo zostaną razem. Żwawo, żwawo, mój dzielny Wincenty Yanez! Możemy teraz zaniechać stéru, bo wszystko zależy od żaglów.
— To prawda, sennorze, lecz okręt pędzi z szybkością szaloną.

Don Pedro Martin.

— Nie lękaj się o to; niéma tu mielizn, a statek nasz mało się zanurza.
Osada w uroczystem milczeniu oczekiwała rozstrzygnięcia swego losu, a okręt tymczasem, gnany wiatrem południowo-zachodnim, z rączością strzały zbliżał się ku brzegowi. Kipiące fale, rozpryśnięte o twardy grzbiet skały, tworzyły odmęt wirowy, grożący pochłonięciem skołatanemu statkowi; ale la Nina zręcznym obrotem minęła niebezpieczne miejsce, i w kilka minut dosięgła Tagu. Wtedy zwinięto wielki żagiel, a marynarze, pewni już ocalenia, głośnéj oddali się radości.
Taki był koniec najśmielszéj z odbytych dotąd morskich podróży. Kolumb dokonał olbrzymiego pomysłu, i wieść o powodzeniu jego wkrótce rozeszła się po półwyspie pirenejskim. Wiadomo jak go przyjęto w Portugalii, a mianowicie w Lizbonie, gdzie zarzucił kotwice 4 marca. W dziewięć dni późniéj la Nina opuściła brzegi portugalskie, i dnia 15 ze wschodem słońca znajdowała się pod Saltes, po dwustu dwudziestu cztérech dniach niebytności.


ROZDZIAŁ XXVI.

Mimo szlachetnych pobudek Kolumba, mimo wytrwałości i odwagi jakiéj wymagało dokonanie jego dzieła, podróż ta śród nawału ważnych spraw miejscowych, mało dotychczas obudziła zajęcia. Na miesiąc właśnie przed podpisaniem ugody z Kolumbem wydany został słynny edykt dwojga władzców względem wygnania Żydów. To wytrzebienie znacznéj części narodu hiszpańskiego samo przez się dostateczném już było do odwrócenia ogólnéj uwagi od dzieła tak wątpliwego, jak wyprawa odkrywcy genueńskiego. Koniec lipca 1492 r. ostatecznym był kresem, w którym prześladowani inowiercy ustąpić mieli z półwyspu; w czasie więc kiedy Kolumb zamierzał wypłynąć z Palos, Hiszpania zadrgnęła pod dotknięciem téj klęski narodowéj. Podobni do braci swych uciekających niegdyś z Egiptu, Żydzi rojami zalegali gościńce, nie wiedząc gdzie ponieść swe kroki tułacze.
Królewskie stadło opuściło Grenadę w maju. Po dwóch miesiącach pobytu w Kastylii, na początku sierpnia udali się do Aragonii, gdzie przebywali w chwili odpłynięcia wyprawy. W październiku zwidzili niespokojną Katalonią, i całą zimę przepędzili w Barcelonie. Siódmego grudnia nastąpił zamach zbrodniczy na życie króla, któremu zapaleniec jakiś zadał w szyję głęboką ranę. Izabella czuwała przy łożu małżonka z całém poświęceniem przywiązanéj kobiéty, póki życie jego zdawało się być zagrożoném. Późniéj przez parę miesięcy ciągnęło się śledztwo; nic dziwnego przeto, że w takich okolicznościach królowa zapomniała o Kolumbie, zwłaszcza gdy Ferdynand dawno już zwątpił o skutku przedsięwzięcia śmiałego żeglarza.
Urocza wiosna krajów południowych w końcu marca 1493 r. rozwinęła się z całą świetnością pod szczęśliwym Katalonii niebem. Król od kilku już tygodni zaczął zajmować się sprawami państwa, a Izabella, wolna od kłopotów stroskanéj małżonki, wróciła do kółka zwykłych zatrudnień domowych. Nigdy może pożycie jéj z dziećmi i powiernikami nie było tyle wylaném. Piérwsze miejsce w rzędzie jéj przyjaciółek zajmowała, jak zawsze, markiza de Moya. Podobnież Mercedes cały swój czas poświęcała królowéj albo jéj dzieciom.
Pewnego dnia w maju, po przyjęciu wieczorném, królowa zgromadziła w swych pokojach grono poufnych osób. Niedaleko już było północy, a król, zwyczajem swoim, pracował jeszcze w przyległym gabinecie. Oprócz członków rodziny królewskiéj, oraz donny Beatrix z siostrzenicą; towarzystwo składało się z arcybiskupa Grenady, Luis’a de Saint-Angel i Alonza de Quintanilla. Dwóch ostatnich przyzwał prałat, dla roztrząśnienia jakiéjś sprawy skarbowo-duchownéj, wobec dostojnéj monarchini. Narada była ukończoną i nastąpiła przyjacielska pogadanka.
— Czy niémasz wiadomości o nieszczęśliwych wygnańcach, księże arcybiskupie? zapytała Izabella, któréj tkliwe serce uboléwało nad surowością prawa przeciw Żydom, ogłoszonego z podszeptu spowiedników. Modły moje nie przestają im towarzyszyć, chociaż obowiązek chrześciański i polityka wymagały ich usunięcia.
— Miłościwa królowo, odrzekł Ferdynand de Talavera, służyć oni będą mammonie pomiędzy Maurami lub Turkami, podobnie jak w Hiszpanii. Niech wasza wysokość nie troszczy się bynajmniéj o tych wrogów Zbawiciela, którzy słusznie pokutują za zbrodnie swych ojców, jeśli tylko nazwać to można pokutą. Chciéj raczéj zapytać, najjaśniejsza pani, obecnych tu przyjaciół Kolumba co się z nim stało i kiedy ujrzemy go z powrotem, w towarzystwie wielkiego chana.
— Nic o tém nie wiemy, świętobliwy prałacie, odezwał się Luis de Saint-Angel. Od czasu jak opuścił wyspy kanaryjskie straciliśmy go z oczu.
— Wyspy kanaryjskie!? wtrąciła królowa z zadziwieniem. Czy macie ztamtąd wiadomość?
— Mamy ustne tylko doniesienia, miłościwa pani. Słychać że admirał z Gomery, gdzie doznał prześladowania od Portugalczyków, popłynął na zachód; lecz od téj chwili los jego jest nieznany.
— Któż waszéj eminencyi zaręczy, dodał Quintanilla, że podróżnicy nasi nie powrócą?
— Genueńczyk, sennorowie, który z łaski naszych władzców otrzymał tytuł admirała, nie będzie pewnie skłonny do pozbycia się téj godności; odpowiedział prałat z urąganiem. Nikt dobrowolnie nie zrzeka się władzy i znaczenia, zwłaszcza gdy w oddaleniu spokojnie używać ich może.
— Niesprawiedliwym jesteś w sądzie o tym człowieku, odparła królowa. Nie wiedziałam o przybyciu jego do wysp kanaryjskich, i rada jestem żem usłyszała choć tyle. Jakże straszne w tych czasach mieliśmy burze, sennorze Saint-Angel!
— Tak straszne, miłościwa królowo, że marynarze Barcelony podobnych nie zasięgają pamięcią. Nie sądzę jednak aby Kolumb znajdował się wtedy w obrębie działania uraganów naszego pobrzeża.
— Ręczę, zawołał arcybiskup, że popłynął na brzegi afrykańskie, co spowodować może zatargi z Janem portugalskim.
— Oto król, nasz małżonek, rozwiąże tę wątpliwość, przerwała Izabella. Nie mamy oddawna wiadomości o Kolumbie; czy zapomniałeś o nim zupełnie don Ferdynandzie?
— Zanim odpowiem na to zapytanie, rzekł król z uśmiéchem, pozwólcie mi wytoczyć sprawę etykiety. Odkądto wasza wysokość dajesz publiczne posłuchanie po północy?
— Publiczne, sennorze? Wszak niéma tutaj nikogo prócz naszych dzieci, donny Beatrix z wychowanicą i kilku wiernych poddanych.
— To prawda, donna Izabello, lecz zapominasz o tych co czekają w przedpokoju.
— Wasza wysokość żartujesz; nikt o téj godzinie żądać nie może wstępu.
— Więc chyba paź waszéj wysokości, Diego de Ballesteros, fałszywie mnie zawiadomił. Nie chcąc przerywać wam rozmowy, przybył do mnie z doniesieniem, że jakiś człowiek dziwnéj powiérzchowności domaga się gwałtem widzenia z królową, utrzymując że pora spóźniona nic niéma do tego, gdyż Bóg zarówno noc jak i dzień przeznaczył na użytek człowieka. Kazałem go wprowadzić, i chcę być świadkiem posłuchania.
— Możeto zdrada, don Ferdynandzie?
— Nie lękaj się, droga Izabello; ramię moje i oręż obecnych tu rycerzów wystarczy na obronę nas wszystkich. Lecz słyszę kroki w przyległym pokoju: spodziéwam się w każdym razie, że nie okażesz obawy.
Drzwi się rozwarły i Sancho Mundo stanął w obliczu królewskiego stadła. Uderzająca zewnętrzność posłańca Kolumba ubawiła zgromadzonych, i wszystkich oczy z ciekawością zwróciły się na niego. Sancho dla większéj okazałości ustroił się w niektóre ozdoby indyjskie, a mianowicie w kilka złotych obręczy; trudno więc było poznać w nim marynarza. Jedna tylko Mercedes, przeczuwając łączność tego człowieka z wyprawą Kolumba, stłumionym okrzykiem zdradziła swoję radość. Królowa spostrzegła mimowolny ten objaw uczucia, i domyśliła się prawdy.
— Jestem królowa Izabella, rzekła, a tyś posłaniec Kolumba.
Sancho, mimo trudności jakich doznał w otrzymaniu posłuchania, dopiąwszy raz celu był jakby u siebie. Zaczął od przyklęknięcia, jak mu polecił admirał, a że przywykłym już był do palenia i żucia tytuniu, nie zapomniał wsunąć w usta kłaczek ulubionego ziela. Następnie, poprawiwszy ubrania, gotował się do stosownéj odpowiedzi.
— Miłościwa królowo! zawołał dość rubasznie, wiadomo każdemu że jestem Sancho Mundo, rodem z Moguer, jeden z najwierniejszych poddanych waszéj królewskiéj mości.
— Czy przynosisz wiadomość od don Kolumba?
— Tak jest, najjaśniejsza pani. Don Christoval wysłał mnie z Lizbony, sądząc że te łotry Portugalczyki nietyle zwrócą uwagi na biédnego marynarza, jak na gońców waszéj wysokości o bótach z ostrogami. Ciężkato przeprawa, bo między Lizboną a pałacem królewskim w Barcelonie niepodobna znaleźć lichego nawet muła.
— Musisz zapewne mieć listy?
— Tak jest, miłościwa pani; ale dublonów jakoś ubyło mi w drodze. Oberżyści uważali mnie pewnie za granda Hiszpanii, bo niemiłosiernie obeszli się z moją kieszenią.
— Daj temu człowiekowi pieniędzy, sennorze Alonzo; on pragnie widać zapłaty przed wywiązaniem się z poselstwa.
Sancho najspokojniéj przeliczył odebraną kwotę, a znalazłszy takową według życzenia, schował ją w zanadrze.
— Gadaj! zawołał król; i nie śmiéj nadal stroić sobie żartów!
Ostry głos Ferdynanda większe zrobił wrażenie na starym marynarzu, jak łagodne przemówienie królowéj.
— Bacz wasza wysokość zapytać, a nie omieszkam odpowiedziéć, rzekł pokornie.
— Gdzie przebywa admirał? odezwała się Izabella.
— Był niedawno w Lizbonie, miłościwa królowo; ale teraz znajduje się pewnie w Palos de Moguer.
— Coście robili od czasu opuszczenia Hiszpanii?
— Zwidziliśmy Cipango i państwo wielkiego chana, w odległości czterdziestu dni od Gomery; jestto kraj przedziwny i bogaty.
— Czy możemy zaufać twoim słowom?
— Gdybyś wasza wysokość znała Sancho Munda, pewniebyś o tém nie wątpiła. Powiadam waszéj miłości i wszystkim osobom tu zebranym, że don Christoval Kolumb popłynął na drugą stronę ziemi, która jest okrągła, jak wiemy teraz z doświadczenia. Zrobił nadto odkrycie, iż gwiazda polarna wędruje po niebie, i zajął w posiadanie wyspy tak wielkie jak Hiszpania, gdzie rośnie złoto, i z czasem przyjąć się może ziarno ewangelii.
— Oddaj list, Sancho! Kolumb nie wysłał cię pewnie z ustném tylko sprawozdaniem.
Majtek rozwinął paczkę złożoną z kilku kawałków płótna i papiéru, wydobył z niéj pismo admirała i klęcząc ciągle podał je królowéj, która dla odebrania go zmuszoną była postąpić parę kroków. Wywiązawszy się tym sposobem z odebranego polecenia, Sancho poprawił się na kolanach, nauczonym będąc przez Kolumba, że wstać nie powinien bez wyraźnego rozkazu, i wyciągnąwszy pieniądze, zaczął je znów przeliczać. Tymczasem królowa z natężoném zajęciem przebiegała list własnoręczny żeglarza. W ciągu téj czynności wszyscy stali nieruchomie, z spojrzeniem wlepioném w wyrazistą twarz Izabelli, na któréj żywe malowało się uniesienie. Dokończywszy czytania, królowa wzniosła oczy ku niebu i składając ręce, jakby w modlitwie dziękczynnéj, zawołała:
— Nie ludziom, lecz tobie, Panie, niech będzie cześć i sława za to wielkie odkrycie!
Rzekłszy te słowa, rzuciła się w krzesło i cicho zapłakała. Ferdynand wziął list z rąk małżonki i odczytał go z uwagą. Twarz jego wyrażała zrazu zadziwienie, potém gorącą pożądliwość, nareszcie radość bez granic.
— Sennorowie Saint-Angel i Alonzo de Quintanilla, zawołał, oto wiadomość która cieszyć was powinna. I ty, świętobliwy prałacie, chociaż dotąd przeciwnik Genueńczyka, rad będziesz takowéj w interesie kościoła. Oczekiwania nasze zostały przewyższone, bo Kolumb rzeczywiście dosięgnął Indyj, i powiększył tém znakomicie rozległość naszych dzierżaw.
Don Ferdynand nigdy nie okazywał podobnego w mowie zapału; jakoż spostrzegł się wkrótce, i ująwszy rękę królowéj, zaprowadził ją do swego gabinetu. Opuszczając salę dał znak arcybiskupowi i dwom obecnym urzędnikom korony, że mają iść za nim.
Niezadługo dzieci opuściły również pokój królowéj, w którym zostali tylko markiza de Moya, Mercedes i Sancho. Majtek ciągle jeszcze klęczał; ale mało zwracał uwagi na słowa i czyny otaczających go osób, gdyż myślał tylko o zysku dzisiajszego wieczoru.
— Możesz powstać, przyjacielu, rzekła donna Beatrix; ich królewskie wysokości już wyszły.
Sancho podniósł się ociężale, obtarł starannie kolana i zaczął rozglądać się wkoło, jak gdyby gwiazdy badał na morzu.
— Musiałeś należéć do wyprawy Kolumba, sądząc z twojego opowiadania?
— Wasza excellencya wątpić o tém nie powinna, bo przysięgam, że większą część swego czasu przepędzałem u stéru, o kilka kroków tylko od sennora admirała i sennora de Munoz.
— Czy znajdował się z wami jaki sennor de Munoz? odrzekła markiza, spoglądając na siostrzenicę wzrokiem porozumienia.
— Tak jest, szlachetna pani, a nadto sennor Gutierrez, i jeszcze sennor don..... mniejsza oto jaki; a wszyscy trzéj nie więcéj zajmowali miejsca, niż zwykle jeden człowiek. Ale racz wasza excellencya objaśnić mię gdzie znajdę na tym dworze wysoko urodzoną damę, imieniem Beatrix de Cabrera, markiza de Moya.
— Ja sama nią jestem, przyjacielu. Może masz do mnie zlecenie od owego sennora de Munoz.
— Dalipan, nie dziwię się już teraz że są na świecie wielcy panowie i biedni marynarze; toż tutaj ludzie, nim jeszcze gębę otworzę, już wiedzą co mam powiedzieć! Na wszystkich świętych! sądzę że don Christoval nawet, z całym rozumem swoim, nie da sobie rady w Barcelonie.
— Powiédz nam co o Pedrze de Munoz.
— A więc, sennoro, przynoszę ukłony od synowca waszéj excellencyi, hrabi de Llera, który na okręcie posiadał dwa nazwiska, jedno fałszywe, a drugie nieprawdziwe.
— Miałżeby mój synowiec nie dochować tajemnicy? Czy znał kto więcéj jego godność?
— Bezwątpienia, sennoro; najprzód on sam, powtóre don Christoval, potrzecie ja, poczwarte Alonzo Pinzon, jeżeli żyje, co jednak bardzo jest wątpliwe; nareszcie wasza excellencya i ta oto nadobna sennorita.
— Dosyć; spodziéwam się że ogół przynajmniéj nie został wtajemniczonym, chociaż trudno pojąć dlaczego mój synowiec zrobił wyjątek na twą korzyść. Czy niémasz listu od niego?
— Sennoro, don Luis zapóźno dowiedział się o mém wysłaniu. Admirał powierzył mu opiekę nad książętami i księżniczkami indyjskiemi; młody więc hrabia mało ma czasu do pisania, inaczéj byłby pewnie cały arkusz zapełnił wylaniem uczuć swoich dla tak szanownéj damy.
— Książęta i księżniczki!? Co znaczą mój przyjacielu, te szumne tytuły?
— Nic innego, tylko żeśmy przywieźli dostojne te osoby dla złożenia hołdu ich wysokościom. Nie zapuszczamy sieci na małe rybki, wolemy grube poławiać sztuki.
— Nie wiem prawdziwie czy wierzyć mam twoim słowom.
— Bez żadnego wahania, sennoro; dodam nawet, że towarzyszy nam dama haitijska tak rzadkiéj piękności, iż mogłaby zaćmić najładniejszą Kastyliankę: jestto oko w głowie i serdeczna przyjaciółka don Luis’a.
— O kim mówisz? zapytała Beatrix głosem wyniosłym; zkąd się wzięła ta księżniczka i jakie jéj nazwisko?
— Nazwisko jéj, wasza excellencyo, jest donna Ozema z Haiti, w którymto kraju brat jéj, don Mattinao, piastuje godność kacyki czyli króla. Sennora Ozema jest domyślną następczynią tronu. Don Luis i sługa najniższy waszéj excellencyi złożyli swe odwidziny na dworze jéj brata.
— To wcale niepodobne do prawdy! Jakżeby mój synowiec mógł wybrać takiego jak ty towarzysza?
— Wolno szlachetnéj pani myśleć o tém co się podoba, a przecież to rzecz tak święta, jak że jesteśmy na dworze Ferdynanda i Izabelli. Wiadomo zapewne waszéj excellencyi iż młody hrabia liczne odbywał podróże: otóż w jednéj z nich poznał Sancho Munda de Moguer, którego odtąd zaszczycał swą przyjaźnią. Gdy przeto don Luis wybiérał się odwidzić kacykę, zażądał mojego towarzystwa. Następnie, gdy król Kaonabo zrobił wyprawę dla porwania księżniczki Ozemy, hrabia de Llera i przyjaciel jego Sancho bronili jéj przeciw całéj armii Karaibów, i równie świetne odnieśli zwycięztwo, jak don Ferdynand nad Maurami.
— I skończyło się na tém, nieprawdaż, żeście ją sami porwali? Przyjacielu Sancho, zmyślasz śmiało lecz niezręcznie. Należałoby w istocie za te kłamstwa uczęstować cię chłostą.
— Lękam się, sennoro, wtrąciła nieśmiało Mercedes, że w opowiadaniu tego człowieka zbyt wiele, niestety, jest prawdy.
— Niéma powodu do obawy, piękna sennorito, ciągnął daléj Sancho, niezmięszany bynajmniéj groźbą markizy, bośmy bez szwanku wyszli z téj potrzeby. Dostojna sennora, któréj wszystko wybaczam, ze względu że jest ciotką najlepszego przyjaciela mojego, raczy przypomniéć sobie, iż Haitijczycy nie znają użycia strzelby; otóż przy pomocy takowéj pokonaliśmy Kaonaba. Wszak hrabia de Llera sam nieraz rozbijał całe hufce Maurów.
— Tak jest, odrzekła Beatrix; ale wtedy mój synowiec miał konia, zbroję i oręż, co zwyciężył Alonza de Ojeda.
— Czy rzeczywiście uwieźliście tę księżniczkę? zapytała Mercedes z żywością.
— Przysięgam na wszystkich świętych naszego kalendarza że mówię prawdę. Jest ona piękniejsza od córek królowéj, co niedawno wyszły z téj sali.
— Dosyć tego! zawołała Beatrix z oburzeniem. Dziwię się bardzo, że don Luis tak zuchwałego użył posłańca. Odejdź ztąd i powściągnij nadal swój język, bo nawet łaska admirała nie uchroni cię od kary. Już późno, Mercedes, idźmy na spoczynek.
Sancho sam został w pokoju, i po chwili paź królewski wskazał mu miejsce noclegu. Stary marynarz, pomruczawszy trochę na unośliwość markizy, i przeliczywszy raz jeszcze pieniądze, miał właśnie zająć swe łoże, gdy został przyzwany do Mercedes de Valverde. Dziewica przyjęła go z oznakami żywego wzruszenia.
— Odbyłeś długą i przykrą drogę, przyjacielu Sancho, rzekła przerywając milczenie; weź to złoto, jako dowód mojéj przychylności.
— Sennorito! zawołał Sancho, spoglądając z udaną obojętnością na dublony złożone w swéj dłoni; sądzę że wasza excellencya nie uważasz mnie za prostego najemnika. Zaszczyt iż jestem posłańcem admirała i mogę rozmawiać z tak pięknemi damami, więcéj dla mnie znaczy niż zapłata.
— Ale możesz potrzebować pieniędzy, i nie odmówisz ich przyjęcia kobiécie.
— Na takie wezwanie gotów jestem wziąć choćby dwa razy tyle.
Po tych słowach Sancho schował najspokojniéj odebraną kwotę, oczekując dalszych rozkazów. Mercedes znajdowała się w położeniu na jakie narażony jest każdy, co przedsiębierze rzecz siły jego przechodzącą; krótko mówiąc, zapewniwszy sobie środek objaśnienia swych wątpliwości, w stanowczéj chwili użyć go nie śmiała.
— Sancho, rzekła wreszcie, towarzyszyłeś admirałowi w téj podróży nadzwyczajnéj; chciałabym dowiedziéć się od ciebie jakich szczegółów zajmujących. Powiédz mi, czy to prawda coś wspomniał o książętach i księżniczkach?
— Taka prawda, jak dzieje pisane, sennorito. Kto był obecny w jakiéj bitwie i czyta potém jéj opis, ten zaraz pozna różnicę między faktem a opowiadaniem..... Znajdowałem się wtedy....
— Mniejsza o twoje przygody, Sancho. Wróćmy się raczéj do tego, czy istnieje jaki książę Mattinao i księżniczka Ozema, a bardziéj jeszcze czy oni z admirałem popłynęli do Hiszpanii.
— Jam tego nie mówił, piękna Sennorito; don Mattinao został w swym kraju, i tylko nadobna jego siostra wybrała się z admirałem i don Luis’em do Palos.
— Czy don Kolumb i hrabia de Llera tyle mają wpływu, aby skłonić księżniczkę krwi królewskiéj do opuszczenia ojczyzny?
— Możeto niezgodne z zwyczajami Kastylii, Portugalii albo Francyi; lecz Haiti jest państwem pogańskiém, gdzie księżniczka nie więcéj znaczy od naszéj szlachcianki. Zawsze jednak co piękna kobiéta, to nie brzydka; a przytém donna Ozema jest tak pojętna, że już szczebioce po kastylsku, jak gdyby się uczyła w Toledo lub Burgos. Ale téż don Luis bardzo gorliwym jest nauczycielem; zanim ten diabeł Kaonabo popsuł nam szyki, przez trzy dni był z nią sam na sam w pałacu, i wtedyto donna Ozema musiała znaczne uczynić postępy.
— Czy ona chrześcianka, Sancho?
— Jeszcze nie, sennorito; ale na dobréj jest drodze, bo nosi na szyi krzyż, wprawdzie niewielki, lecz kosztowny, który dostała w podarunku od hrabi de Llera.
— Co mówisz, Sancho!? zawołała Mercedes, zaledwo zdolna ukryć swe wzruszenie.
— Tak jest, sennorito, krzyżyk z kosztownych kamieni, który przedtém nosił sam hrabia.
— Nie byłyżto turkusy oprawne w złoto?
— Mogę zaręczyć tylko za drugie, bo nie znam się na kamieniach; wiem jednak że są niebieskie, jak błękit nieba Hispanioli. Donna Ozema nazywa ten klejnot Mercedes, na znak zapewne że wzywa miłosierdzia bozkiego.[5]
— Widać że oboje niewiele cenią to godło, skoro wiadomość o niém dostała się aż do ciebie.
— Z przeproszeniem, sennorito; na pokładzie okrętu, przy wzburzonem morzu, stary marynarz więcéj trochę znaczy jak w Barcelonie. Przytém donna Ozema ceni mnie osobiście, z powodu żem ją wybawił z rąk Kaonaba; pokazała mi więc swój krzyżyk gdyśmy wpłynęli do Tagu, i przyciskając go do serca, zawołała: Mercedes!
— Czy ta księżniczka ma orszak odpowiedni swéj godności?
— Wasza excellencya zapominasz, że la Nina jest małym statkiem, w którym nié ma pomieszczenia dla znacznéj liczby kobiét. Zresztą damy haitijskie niebardzo w tym względzie są wymagające; pod palącém niebem tego kraju łatwo się obejść bez pokojówek, bo niepotrzeba żadnego ubrania.
Ostatni ten szczegół obraził skromność dziewicy; ale ciekawość jéj tyle już była podrażnioną, że pragnęła dowiedziéć się wszystkiego.
— Czy don Luis de Bobadilla w téj podróży, jak zawsze, mężnie stawiał czoła niebezpieczeństwu?
— Wasza excellencya mówisz jakby świadek naoczny. Oj, gdybyś go widziała jak kropił Karaibów, broniąc donny Ozemy ukrytéj za skałą! To było godne uwielbienia.
— Donna Ozema za skałą!?
— Tak jest, sennoro; lecz odważna księżniczka, widząc że strzały sypią się jak grad, nie wysiedziała w ukryciu, tylko stanęła przed hrabią, i tym sposobem wymogła zawieszenie broni; gdyż nieprzyjaciel, rzecz naturalna, nie mógł strzelać do téj, o któréj posiadanie głównie mu chodziło. Można powiedziéć że oboje ocalili sobie życie.
— Ona mu życie ocaliła! Luis de Bobadilla, ocalony przez księżniczkę indyjską!
— Nieinaczéj, szlachetna pani; dobra to dziewczyna, jeśli wolno tak się wyrazić o wysoko urodzonéj osobie. Wasza excellencya sama ją pewnie pokochasz.
— Sancho, rzekła Mercedes zapłoniona, czy hrabia de Llera, prócz pokłonów dla markizy de Moya, nic więcéj ci nie polecił?
— Nic, sennorito.
— Czyś pewny tego, Sancho? Przypomnij sobie; czy nie wymienił innego nazwiska?
— Żadnego, szlachetna pani. Ktoś wprawdzie, nie pamiętam czy don Luis, czy stary sternik Diego, wzmiankował o jakiéjś Klarze, trzymającéj gospodę w Barcelonie, gdzie dobre jest wino; ale to pewnie musiał być Diego, bo jakżeby hrabia miał mówić o takiéj drobnostce?
— Możesz odejść, Sancho, rzekła Mercedes; zobaczymy się jutro.
Sancho, rad z ukończenia rozmowy, powrócił do swéj izby, nie domyślając się bynajmniéj ile złego sprawiły jego słowa, w których prawda z przesadą chaotycznie były splątane.


ROZDZIAŁ XXVII.

Wiadomość o powrocie Kolumba i ważnych jego odkryciach szybko rozeszła się po Europie, stanowiąc, zdaniem ogólném, najważniejsze epoki téj zdarzenie. Przez kilkanaście lat, a mianowicie od czasu odkrycia oceanu spokojnego przez Nunez’a de Balboa, wierzono że Kolumb, płynąc na zachód dosięgnął Indyj, i uważano kulistość ziemi za fizycznie udowodnioną. Cudowne szczegóły téj podróży, żyzność zwidzanych krajów, bogactwo ich i łagodność klimatu, ciekawości wreszcie przywiezione przez admirała stanowiły przedmiot niewyczerpany powszechnéj rozmowy.
Hiszpania od kilku wieków niesłychane czyniła wysilenia w walce przeciw Maurom; szczęśliwe atoli ukończenie takowéj było wypadkiem długoletnich zapasów, i niczém się zdawało w porównaniu z aureolą sławy, jaka nagle okoliła odkrycia wschodnie. Słowem, pobożni cieszyli się spodziewaném rozszerzeniem ewangelii; chciwi marzyli o skarbach nieprzebranych; politycy obliczali korzyści z przyrostu gruntowego; uczeni przewidywali wzbogacenie swych wiadomości; a nieprzyjaciele Hiszpanii z zazdrością spoglądali na jéj świetność. Piérwsze dnie po przybyciu posłańca Kolumba poświęcone były ogólnéj radości. Zaproszono admirała urzędownie aby przyjechał conajrychléj, rozkazano przygotowanie powtórnéj wyprawy i wszystkich usta brzmiały jego sławą. Po upływie miesiąca Genueńczyk w towarzystwie siedmiu Indyan przybył do Barcelony, gdzie obsypany został największemi honorami. Oboje królestwo przyjęli go w sali posłuchalnéj na tronie, powstali z miejsca za jego wejściem i kazali mu podać krzesło, któryto zaszczyt tylko książętom krwi z prawa był przynależnym. Odkrywca opowiedział swą podróż, okazał przywiezione przedmioty i rozwinął możliwe korzyści; poczém wszyscy obecni na klęczkach, pod przewodem chóru kaplicy królewskiéj, odśpiéwali Te Deum. Surowy nawet Ferdynand w téj chwili uroczystéj uronił łzę rozrzewnienia.
Długo jeszcze Kolumb był ogniskiem skupiającém promienie chwały i tryumfu. Nie przestawano otaczać go uwielbieniem, aż do drugiéj podróży jego na Wschód, jak się wówczas wyrażano.
W sam dzień przyjęcia admirała don Luis de Bobadilla zjawił się w sali posłuchalnéj, w bogatym stroju granda Hiszpanii. Uważano że Izabella mile się doń uśmiéchnęła, gdy tymczasem markiza de Moya posępną zachowała powagę.
Sancho, który pozostał w Barcelonie do przybycia zwierzchnika i któremu położone zasługi zjednały przystęp u dworu, zadziwiał wszystkich używaniem tytuniu. Niejeden już z dworzan, pragnąc go naśladować, przykrych nabawił się następstw; co wszakże nie przeszkodziło na późniéj szybkiemu upowszechnieniu téj rośliny.
Posłuchanie było skończone, i Sancho razem z tłumem opuszczał salę, gdy jakiś człowiek już nie młody, lecz szlachetnego ułożenia, zaprosił go na wieczerzę. Stary marynarz, lubo nieprzywykły do podobnych honorów, nie odmówił jednak wezwaniu. Towarzysz bezzwłocznie zaprowadził go do jednéj z sal bocznych pałacu, gdzie kilkunastu najpiérwszéj młodzieży czekało ich przybycia; bo w owym czasie wszyscy dobijali się o sposobność pomówienia choćby z podrzędnym uczęstnikiem wyprawy. Sancho przyjęty był z uprzejmością, a towarzysz jego, znany dziś dziejopisarz Pedro Martir, któremu królowa powierzyła wychowanie młodych paniczów dworskich, z uszanowaniem.
— Usiłowania moje, sennorowie, zawołał Pedro Martir, powiodły się zupełnie. Sam admirał z oficerami wieczerza dziś u króla, lecz ten oto godny marynarz zaszczyca nas swoją obecnością. Wydziérając go ciżbie zapraszających, nie miałem nawet sposobności zapytać o jego nazwisko.
Sancho poważną nastroił minę, i wiedząc czego po nim wymagano, gotował się pokazać światu jakiéjto mądrości nabywa człowiek przez podróż koło ziemi.
— Nazywam się Sancho Mundo, sennorowie, rzekł głosem napuszystym; ale radbym miéć przydomek Sancho indyjski, rozumié się jeśli admirał nie przybierze tego tytułu, bo jego prawa lepsze są od moich.
Przedstawiono następnie majtkowi kilku członków najpierwszych rodzin hiszpańskich, a w końcu całe towarzystwo udało się do sali jadalnéj, gdzie wspaniałą przygotowano biesiadę. W ciągu uczty Sancho, oddany całkiem rozkoszom gastronomicznym, głębokie zachowywał milczenie. Raz tylko, żywo zagadnięty, przerwał takowe, położył widelce i rzekł uroczyście:
— Sennorowie, jadło jest darem bożym; kto więc przeszkadza w jedzeniu, uwłacza poszanowaniu dla Stwórcy. Don Christoval podziela to zdanie, i wszyscy podwładni jego poszli za przykładem wielbionego zwierzchnika. Jak tylko skończę, odpowiadać będę chętnie na wasze zapytania.
Po obniesieniu wetów Sancho odsunął się trochę od stołu i temi słowy zagaił rozmowę:
— Jestem człowiek nieuczony, sennorowie; ale com widział, tom widział. Marynarz może miéć swoje zdanie tak dobrze, jak doktór z Salamanki. Zapytujcie mnie, proszę, gotów jestem odpowiedziéć.
— A więc, odezwał się Pedro Martir, życzylibyśmy usłyszéć szczegóły téj podróży. Objaśnij nas, sennorze, które z widzianych zjawisk uważasz za najciekawsze.
— Podług mnie nic nie wyrównywa zboczeniu gwiazdy polarnéj, odrzekł z żywością Sancho. To ciało niebieskie uważano dotąd za równie nieruchome, jak katedrę sewilską; teraz wiadomo że krząta się po niebie, nakształt staréj kumoszki roznoszącéj plotki sąsiadom.
— To rzecz cudowna! zawołał Pedro Martir, nie wiedząc jak przyjąć te wyrazy. Ale może to było złudzenie?
— Zapytaj don Christoval’a, sennorze; on zauważył to zjawisko, a późniéj razem wyciągnęliśmy z tąd wniosek, że nié ma na świecie nic stałego.
— Rozmówię się o to z szlachetnym admirałem. Lecz oprócz téj gwiazdy, mości Sancho, coś widział godnego uwagi?
Sancho przemyślał jeszcze nad odpowiedzią, gdy wszedł don Luis de Bobadilla. Młodzież przywitała go przyjacielsko, a Pedro Martir postąpił ku niemu kilka kroków.
— Pragnąłem, rzekł, zaszczytu obecności twojej, sennorze hrabio, jakkolwiek oddawna nie zostajesz pod moim kierunkiem; bo przypuszczam że tak zawołany zwolennik podróży rad będzie posłuchać opowiadania o cudownem odkryciu don Kolumba. Szanowny ten marynarz, obdarzony zaufaniem admirała, zezwolił na przyjęcie skromnéj wieczerzy naszéj. Przedstawiam ci, mości Sancho, don Luis’a de Bobadilla, hrabię de Llera, który niemało także tułał się po morzu.
— Wiem o tém, odparł Sancho, oddając z uszanowaniem lekki ukłon Luis’a, i cieszę się bardzo że go poznaję. Jeżeli wasza excellencya będziesz kiedy w okolicach Moguer, to racz nawiedziéć i chałupę starego Sancho Munda.
— Najchętniéj to uczynię, odpowiedział Luis z uśmiéchem. Lecz nie przerywam rozmowy tak zajmującéj w chwili mojego przybycia.
— Dobrze wszystko zważywszy, odezwał się Sancho poważnie, po ruchu gwiazdy polarnéj najwięcéj mnie to uderzyło, że w Cipango niéma dublonów. Trudno pojąć dlaczego w kraju gdzie tyle jest złota nie biją wcale piéniędzy.
Pedro Martir i uczniowie jego rozśmieli się z tego wyskoku.
— Pomińmy to pytanie, raczéj polityczne niż przyrodzone, zawołał Martir; ale coś widział szczególnego w sposobie życia tamecznych mieszkańców?
— Pod tym względem wyspa kobiét najwięcéj zasługuje na uwagę. U nas niewiasty zamykają się w klasztorach, lecz w Indyach całe wyspy zajmują w posiadanie.
— Prawdaż to? zapytało kilka głosów, czy rzeczywiście odkryliście taką wyspę?
— Widzieliśmy ją w oddaleniu i kontent jestem żeśmy tam nie wysiedli; bo mojém zdaniem w Moguer aż nadto jest kumoszek. Odkryliśmy potém rodzaj chleba rosnącego w ziemi. Dalipan; smacznato potrawa; nieprawdaż, sennorze de Llera?
— Mości Sancho, skoroś rzucił zapytanie, to chciéj sam na nie odpowiedziéć. Czyż mogę sądzić o płodach Cipango, kiedy nie byłem jak w Kandyi?
— To prawda, sennorze hrabio; zapomniałem iż temu tylko co widział godzi się mówić, a drudzy powinni słuchać i wierzyć.
— Czy Indyanie używają mięsa? zapytał jeden z obecnych.
— Tak jest, sennorze pożérają się wzajemnie. Wprawdzie ani ja ani don Christoval nie byliśmy nigdy proszeni na te biesiady; ale podług dokładnych obliczeń na wyspie Bohio spożywają corocznie tylu ludzi, ile w Hiszpanii wołów.
Słuchacze wydali okrzyk przerażenia, a Pedro Martir z niedowierzaniem potrząsnął głową.
— Co myślisz o ptakach przywiezionych przez admirała? ciągnął daléj rozmowę.
— Znam je, sennorze, a mianowicie papugi: to stworzenia tak mądre, że mogłyby odpowiedziéć na wszystkie zapytania wasze.
— Żartujesz, mości Sancho, odparł uczony z uśmiéchem; ale nic to nie szkodzi: puść wodze wyobraźni, i jeśli nie możesz oświecić, zabaw nas przynajmniéj.
— Bóg świadkiem, sennorowie, iż chciałbym z serca wszystko dla was uczynić; ale z natury tak jestem w prawdzie zamiłowany, że zmyślać zupełnie nie umiem. Trudno niewierzyć swoim oczom; byłem w Indyach i patrzyłem na wszystkie cuda tego kraju. Między innemi napotkaliśmy morze podobne do łąki, z którego wybrnęliśmy tylko cudem.
Młodzieńcy spojrzeli na swego nauczyciela, chcąc wyczytać z jego twarzy wyrok o słowach marynarza; lecz Pedro Martir, jakkolwiek światły, sam nie wiedział co trzymać o tém wszystkiem.
— Jeżeli pozwolicie, sennorowie, wtrącił Luis, zaspokoję waszę ciekawość. Wiadomo wam, że jestem w przyjaznych z don Kolumbem stosunkach. Po swoim powrocie czcigodny admirał objaśnił mnie o wszystkiém co dotyczy jego podróży; gotów więc jestem powtórzyć com słyszał od niego.
Ogólny poklask przyjął te wyrazy, i młodzieniec, z zapałem naocznego świadka, rozpoczął świetną opowieść wyprawy, przerywaną częstokroć głośném uwielbieniem słuchaczów.
Niewinny ten wybieg Luis’a dobrze mu posłużył. Wymowną łatwość z jaką posłyszane, jak mniemano, przytaczał rzeczy, uważano za niemałą zaletę. Pedro Martir, którego zdanie wielką miało powagę i młodzi uczniowie jego głosili wszędzie sławę hrabi de Llera.
Uwielbienie dla Kolumba tak było powszechne, iż na każdego co w bliższém zostawał z nim zetknięciu spływała przez to samo cząstka czci ogólnéj. Ponieważ widywano Luis’a w towarzystwie odkrywcy, zapomniano o lekkomyślnych jego postępkach, myśląc tylko o tém, że człowiek tak wielki zaszczyca go swą przyjaźnią. Tym sposobem Luis de Bobadilla doznał już następstw pomyślnych z swojego przedsięwzięcia, a od woli jego zależało podnieść takowe do wysokości tryumfu, objawieniem osobistego udziału jaki wziął w dziele Kolumba.
Zobaczymy poniżéj o ile ta zasługa poparła go w oczach pięknéj Mercedes de Valverde.


ROZDZIAŁ XXVIII.

Dzień przyjęcia Kolumba napełnił ruchem Barcelonę, a serce niewinne królowéj Izabelli szczérém zadowoleniem. Ona główną była sprężyną tego przedsięwzięcia, a teraz w wielkości otrzymanych wypadków znajdowała nagrodę swych starań.
Wieczorem, złożywszy Bogu modlitwę dziękczynną i zajrzawszy do dzieci, królowa wzięła lampę, wyszła na korytarz i zastukała lekko do drzwi przyległego pokoju. Gdy wewnątrz głos kobiécy zaprosił ją do wnijścia, władczyni Kastylii po upływie sekundy znajdowała się sam na sam z powierną przyjaciółką swoją, markizą de Moya. Skinienie odwidzającéj wskazało donnie Cabrera, że na ten raz zaniechać powinna wszelkiego ceremoniału; ulegając przeto życzeniu królowéj, powitała ją jakby rówienniczkę.
— Byłam dziś tak radośnie zajętą, markizo córko moja, rzekła Izabella, stawiając na stole srébrną lampeczkę, że mało nie przepomniałam o ważnym obowiązku. Synowiec twój, hrabia de Llera, po swoim powrocie tyle jest skromny, iż nie domaga się nawet należnych mu pochwał za uczęstnictwo w dziele Kolumba.
— Wiem, sennoro, że Luis przebywa w Barcelonie; o skromności zaś jego niech sądzą osoby bezstronniejsze odemnie.
— Uważam go za młodzieńca pełnego nadziei, i przyszłam rozmówić się z tobą względem młodego Bobadilla i twojéj wychowanki. Teraz, gdy twój synowiec tak świetny dał dowód odwagi i wytrwałości, nic nie przeszkadza związkowi dwojga serc kochających. Wiadomo ci że Mercedes dała mi słowo, iż nie rozrządzi swoją ręką bez mojego zezwolenia: otóż zamierzam téj jeszcze nocy uszczęśliwić ją oświadczeniem, że pragnę jaknajprędzéj donnę Valverde powitać hrabiną de Llera. Wybrałam się do ciebie w tak niezwykłéj godzinie, bo chciałabym aby wszyscy w téj chwili podzielali moję radość. — Gdzież jest Mercedes?
— Opuściła mię przed samém przybyciem waszéj wysokości; ale mogę ją przywołać natychmiast.
— Wolę ponieść jéj sama tę radosną wiadomość, rzekła królowa, postępując ku podwojom: wskaż mi drogę, bo znasz ją lepiéj odemnie. Wyprawiamy się, jak Kolumb, bez zewnętrznéj wystawności, by udzielić twéj wychowance wieść tyle dla niéj pożądaną, ile ciekawém było dla mnie opowiadanie admirała. Te korytarze i galerye wyobrażam sobie jako szlaki nieznanego Atlantyku.
— Dałby Bóg abyś wasza wysokość nie uczyniła odkrycia równie zadziwiającego jak podróż Genueńczyka! Co do mnie, nie wiem sama ile w tém jest prawdy.
— Pojmuję to, moja droga; ostatnie wypadki wszystkich nas olśniły, odpowiedziała królowa, nie rozumiejąc znaczenia słów przyjaciółki. Idźmyż zachwycić serce niewinnéj dziewicy, która uległém znoszeniem przeciwności zasłużyła sobie na szczęście.
Donna Beatrix westchnęła, lecz nic nie odrzekła. W téj chwili weszły ony do małego salonu obok sypialni Mercedes i zastały tam pokojówkę, która cożywo pobiegła uprzedzić swą panią o przybyciu dostojnego gościa. Izabella jednak, poufała zawsze w obejściu z osobami kochanemi, uchyliła drzwi sypialni, zanim dziewica wyjść mogła na jéj spotkanie.
— Moje dziécię, rzekła siadając z uśmiéchem życzliwości, przyszłam dopełnić świętego obowiązku; uklęknij tu przy mnie i wysłuchaj mnie jak matki.
Mercedes zajęła wskazane sobie miejsce, a monarchini czule objęła jéj głowę, przytulając twarz młodéj dziewicy do składów swéj sukni.
— Jestem z ciebie zadowolona, moja córko, ciągnęła daléj królowa, i powracam ci otrzymane przyrzeczenie; jesteś odtąd panią swoich czynów.
Mercedes lekko tylko drgnęła, lecz zachowała milczenie.
— Nie odpowiadasz, moje dziécię? Więc pragniesz aby kto inny zajął się twojém szczęściem? Niech i tak będzie! — Dowiédz się przeto, że jako królowa twoja i przyjaciółka chcę abyś została małżonką Luis’a de Bobadilla, hrabiego de Llera.
— Nie, miłościwa pani! nigdy, nigdy! szepnęła dziewica głosem stłumionym od wzruszenia.
Izabella z zadziwieniem, ale bez gniewu, spojrzała na markizę de Moya, znając bowiem charakter Mercedes, nie przypuszczała z jéj strony dziwactwa ani zmienności.
— Wytłumacz mi to, jeśli możesz, Beatrixo, zawołała wreszcie. Miałażbym tyle być nieszczęśliwą, że zamiast uradować to dziécię, boleśnie podrażniłam jéj uczucia?
— Nie, nie, sennoro! wyłkała Mercedes, ściskając konwulsyjnie kolana królowéj; wasza wysokość nie chcesz i nie możesz dotknąć nikogo, bo jesteś pełną dobroci.
— Cóż więc wywołać mogło tę nagłą zmianę wyobrażeń?
— Niestety, sennoro, serce mojéj wychowanki pozostało niezmienne; niestałość w miłości cechuje tylko mężczyzn.
Pogodne oko Izabelli zabłysło oburzeniem.
— Czy podobna, rzekła z żywością, aby poddany Kastylii naigrawać się miał z niewinnéj dziewicy, a razem z swéj królowéj? Miałżeby on uchybić słowu rycerskiemu? Dziwię się twojéj spokojności, markizo, bo wiem że nie lubisz ukrywać swoich uczuć.
— Luis, szlachetna pani, jest synem mego brata; ta okoliczność w części gniéw mój rozbraja.
— Ależ stworzenie tak młode, piękne i pełne szacownych przymiotów nie mogło być porzuconém bez ważnego powodu.
— Zwyczajnie, najjaśniejsza królowo, odpowiedziała markiza z goryczą; lekkomyślny mój synowiec przywiózł z sobą jakąś księżniczkę indyjską....
— Księżniczkę, mówisz? Admirał przedstawił nam wprawdzie Indyankę tego stopnia, lecz ona nie może współzawodniczyć z donną Mercedes de Valverde.
— Ach, miłościwa puni! Indyanka o któréj mówisz ani równać się może z Ozemą. Gdyby wdzięki osobiste usprawiedliwić mogły niewiarę, z trudnością zaiste przyszłoby potępić Luis’a.
— Skądże ją znasz, Beatrixo?
— Luis przyprowadził ją do pałacu, gdzie Mercedes życzliwie ją przyjęła.
— Sennoro! zawołała Mercedes; Luis mniéj winnym jest jak się zdaje. Piękność Ozemy i ułomność moja spowodowały jego niewiarę.
— Piękność Ozemy? powtórzyła zwolna królowa; miałażby ona być tak powabną, że zaćmić zdoła ozdobę dziewic kastylskich?
— Wasza wysokość zna mężczyzn, wtrąciła Beatrix; oni lubią odmianę i chętnie się poddają urokowi nowości. Na Św. Jakuba! Andrzej de Cabrera niemało w tym względzie nagrzészył, a podobno i wasza miłość....
— Wstrzymaj się, markizo, przerwała królowa. Don Andrzej dobrym był mężem i poddanym; co zaś do króla, pamiętam zawsze że jest ojcem moich dzieci i monarchą. Ale wracając się do Ozemy; mogęż ją zobaczyć, Beatrixo?
— Rozkaż tylko, najjaśniejsza pani, a stanie się zadosyć twéj woli. Ozema jest ztąd niedaleko; czy mam ją przyprowadzić?
— Nie, Beatrixo; winnam uwzględnić jéj urodzenie. Uprzedź ją, Mercedes, o moich odwidzinach.
Młoda Indyanka od czasu przybycia do Barcelony, znacznie postąpiła w znajomości języka hiszpańskiego; pojęła więc łatwo, że ma oglądać uwielbioną monarchinię, o któréj Luis i Mercedes tylokrotnie jéj wspominali. Ozema jednak wyobrażała sobie Izabellę jako władczynię całego chrześciaństwa, gdyż dla niéj Luis i Mercedes byli już osobami dostojeństwa królewskiego.
Jakkolwiek Izabella przygotowaną była ujrzéć kobietę niezwykłego powabu, wdzięk przecież przyrodzony, ruch pełen szlachetności i wymowne oblicze Ozemy głębokie na niéj uczyniły wrażenie. Indyanka przywykła już zupełnie do odzieży europejskiéj, a otrzymawszy od Mercedes kilka ozdób kosztownych, umiała niemi podwyższyć piękność swą naturalną. Zawój Luis’a, jako klejnot najdroższy, otaczał jéj ramiona, a krzyż Mercedes błyszczał na łonie dziewicy.
— To dziwnie, Beatrixo, rzekła królowa, podczas gdy Ozema pełnym uszanowania pokłonem witała ją z oddalenia; któżby przypuścił, iż tak ponętna istota nie wierzy w Boga i Zbawiciela? Ale choć umysł jéj pogrążony w pomroce niewiadomości, pewna jestem że nieskażone bije w niéj serce.
— Niewątpliwie, sennoro. Kochamy ją téż szczérze, pomimo że się stała niewinnym powodem udręczenia dla biédnéj Mercedes.
— Księżniczko, zawołała królowa, postępując ku miejscu gdzie Ozema stała nieruchomie; witam cię w moim kraju! Admirał słusznie postąpił nie wystawiając cię na ciekawość ogólną. Dowód to jego roztropności, a razem poszanowania dla krwi panujących.
— Admirał, powtórzyła Ozema; admirał Mercedes! Izabella Mercedes! Luis Mercedes!
— Co to znaczy markizo! Dlaczego księżniczka imię twéj wychowanki z innemi łączy imionami?
— Miłościwa pani, ona mniema że wyraz Mercedes oznacza doskonałość; przydaje go więc do wszystkiego co pragnie pochwalić.

— Jak szczególne wyobrażenie! Ależ myśl ta nie mogła wyrodzić się z przypadku. Jeden tylko synowiec twój, Beatrixo, znał imię Mercedes; on przeto musiał wystawić je księżniczce jako godło doskonałości.
Arcybiskup.

— Sennoro, rzekła Mercedes, zakwitając słabym rumieńcem nadziei; sennoro, miałożby to być prawdą?
— Czemuż nie, moje dziécię? za żywośmy osądziły tę sprawę, biorąc poszlakę niestałości za dowód.
— To niepodobna, sennoro! Ozema tak go kocha!
— Zkądże wiész, moja miła, że księżniczka żywi dla hrabiego inne uczucie, prócz wdzięczności zato iż ją powiódł na drogę zbawienia? Tu jakieś zachodzi nieporozumienie, Beatrixo?
— Wątpię, najjaśniejsza pani, bo łatwo jest przeniknąć serce Ozemy. Niewinne to stworzenie, nie umiejące ukryć swoich myśli, zaraz prawie po przybyciu wyznało nam miłość swoję dla Luis’a, miłość gorącą jak rodzinne jéj niebo.
— Czyż podobna, sennoro, dodała Mercedes, zostawać w bliższych z nim stosunkach, poznać piękne przymioty jego duszy, a nie pokochać go szczérze?
— Mówisz o pięknych przymiotach, odparła królowa; ależ on ciebie zdradza. To wcale nie po rycersku, moje dziécię.
— Miłościwa pani, nieśmiało odrzekła Mercedes, któréj uraza osobista ustąpiła przed chęcią obronienia kochanka; księżniczka opowiedziała nam jak Luis wybawił ją z rąk napastnika, tamecznego kacyki Kaonabo, i nachwalić się nie mogła jego męztwa.
— Odejdź ztąd, Mercedes; pomódl się do najświętszéj panny, i szukaj w spoczynku zapomnienia swych cierpień. Beatrixo, chciałabym pomówić z księżniczką na osobności.
Markiza i Mercedes wyszły jednocześnie, zostawiając Ozemę sam na sam z królową. Widzenie się ich, z powodu trudności rozmowy, trwało przeszło godzinę. Młoda Indyanka, nie będąc przywykłą do tajenia swych uczuć, nie byłaby umiała ukryć przed Izabellą stanu swego serca, gdyby nawet możliwość takiego postępku wchodziła w zakres jéj pojęć; ale to serce proste i niewinne nie znało jeszcze obłudy, i wkrótce królowa dowiedziała się wszystkich jéj tajemnic.
— Księżniczko, rzekła Izabella, wysłuchawszy opowiadania dziewicy; rozumiem co chcesz wyrazić. Kaonabo jest naczelnikiem sąsiedniego wam szczepu; on żądał abyś została jego żoną, aleś ty odmówiła. Wtedy Kaonabo chciał gwałtem dopiąć swego celu; lecz hrabia de Llera....
— Luis, Luis! przerwała niecierpliwie dziewica; nie hrabia, tylko Luis!
— Dobrze, moje dziécię; ale hrabia de Llera a Luis de Bobadilla to jedna przecież osoba. A więc Luis, skoro tak życzysz, znajdował się w pałacu twego brata i zwyciężył groźnego kacykę. Późniéj brat cię nakłonił do opuszczenia czasowo Haiti, don Luis został twym opiekunem i powierzył cię tu staraniom swéj ciotki.
Ozema skłoniła głowę na znak przyświadczenia, i rzeczywiście pojęła wyrazy królowéj, bo chodziło o rzeczy z którémi dokładnie była obeznaną.

Doświadczenie z jajkiem.

— A teraz, księżniczko, ciągnęła daléj Izabella, pozwól mi przemówić z otwartością matki. Czy kochasz tyle don Luis’a, abyś dla niego zapomniéć mogła o kraju rodzinnym i przybrać inną ojczyznę?
— Ozema nie rozumié co to przybrać, szepnęła zakłopotana dziewica.
— Chciałam się dowiedziéć czy pragniesz być żoną Luis’a de Bobadilla.
Wyrazy mąż i żona należały do najpiérwszych których znaczenie Indyanka poznała: uśmiéchnęła się więc niewinnie, pokraśniała i skinęła głową potakująco.
— Masz przeto nadzieję poślubić hrabiego, bo niewiasta tak skromna nie wyznawałaby swéj miłości bez dostatecznéj przyczyny.
— Tak, sennoro! Ozema żona Luis’a.
— Chcesz powiedziéć że spodziéwasz się niezadługo z nim połączyć?
— Nie, nie! Ozema teraz żona Luis’a; Luis już poślubił Ozemę!
— Niepodobna! zawołała królowa, spoglądając badawczo na Indyankę; ale w otwartém jéj oku nie było ani śladu skrytości lub wybiegu. Jednakże Izabella, nie dowierzając sama sobie, na rozmaite sposoby powtórzyła to samo pytanie i zawsze jednę otrzymywała odpowiedź.
Wychodząc, królowa uściskała księżniczkę i zaniosła gorące do Boga życzenie o pokój duszy téj młodéj dziewicy, przerzuconéj nagle z pierwotnéj prostoty obyczajów w łono nieznanéj społeczności. W powrocie do swych pokojów spotkała markizę de Moya, oczekującą niecierpliwie wypadku rozmowy.
— Gorzéj jest, Beatrixo, jak sobie wystawiałam, rzekła Izabella z westchnieniem; wiarołomny twój synowiec poślubił Indyankę, która w téj chwili jest prawą jego żoną.
— Szlachetna pani, to musi być pomyłka. Luis nie śmiałby do tego stopnia naigrawać się z nas wszystkich.
— Markizo, córko moja, łatwiéj podobno przypuścić że hrabia polecił ci swą małżonkę, jak obcą dziewicę. Nie jestem w błędzie, bądź tego pewna. Wypytywałam Ozemę najtroskliwiéj, i wątpliwości moje znikły wobec jéj odpowiedzi.
— Najjaśniejsza pani, czyż chrześcianin może wejść w związek małżeński z poganką?
— Ozema musiała przyjąć chrzest święty, bo mówiąc o twym synowcu spoglądała ciągle na krzyżyk który nosi na szyi.
— A godło to, miłościwa królowo, Mercedes ofiarowała lekkomyślnemu kochankowi w chwili rozstania!
— Świat, moja droga, tyle dla mężczyzn ma powabów, że niczém dla nich poświęcenie kobiéty. Błagajmy najwyższego aby twéj wychowance udzielił potrzebnéj siły do zniesienia próby, na jaką wola jego wystawia młodociane jéj serce.
Donna Beatrix, żegnając królowę, dotknęła ustami jéj ręki; lecz Izabella uściskała przyjaciółkę i tkliwy na jéj czole złożyła pocałunek.
— Żegnam cię, droga Beatrixo, rzekła z wylaniem; jeżeli na świecie są ludzie niestali, przynajmniéj ty do nich nie należysz.
Po tych słowach królowa i markiza de Moya udały się każda do swych pokojów, nie wiedząc wszakże czy znajdą pożądany spoczynek.


ROZDZIAŁ XXIX.

Dzień następujący po téj rozmowie był dniem, w którym kardynał Mendoza urządził dla Kolumba wspaniałą biesiadę. Najpiérwsi panowie dworu zebrali się w zamiarze uczczenia admirała, przyjmowanego wszędzie z królewskiemi niemal zaszczytami. Genueńczyk w podobnych uroczystościach zachowywał skromne, choć pełne godności ułożenie; ale wszystkich oczy z zajęciem zwrócone były na niego, każdy jego wyraz chwytano chciwie i wyścigano się w głośném dlań uwielbieniu.

Don Luis de Bobadilla w ubiorze dworskim.

Biesiadnicy oczekiwali naturalnie, że Kolumb w téj okoliczności udzielić im zechce niektórych szczegółów téj podróży. Byłoto trudne zadanie dla odkrywcy, bo stawiało go w konieczności wspomnienia o własnych czynach, o rozumie swym i nauce, nieskończenie wyższéj od nauki współczesnych. Wszelako admirał umiał zręcznie ominąć ten szkopuł, wyświecając głównie tę stronę przedsięwzięcia, z któréj zaszczyt spływał na Hiszpanią i jéj władzców.
Pomiędzy zgromadzonemi znajdował się Luis de Bobadilla, zaproszony przez kardynała ze względu na stanowisko jakie zajmował w społeczeństwie i na przyjazne stosunki łączące go z admirałem; bo w owych dniach upojenia postępowanie Kolumba było jakby modłą, do któréj stosowali się wszyscy, nie pytając sami siebie dlaczego. Luis, w poczuciu że uczynił to, czego nikt z równych mu położeniem byłby nie śmiał uczynić, przybrał wyraz szlachetnéj powagi, zgodnéj z statecznością swych postępków. Przypominano sobie sprawozdanie młodzieńca z podróży Kolumba u don Pedra Martir, i już w wyobrażeniu ogólném postać jego zespoloną była z tajemniczą wyprawą. Dzięki takiemu usposobieniu, bohatér nasz zbiérać zaczął owoce swego czynu, w sposób którego nie przewidział. Jakże często tak bywa na świecie, iż ludzie jedni drugich potępiają albo wynoszą za rzeczy zupełnie urojone.
— Piję zdrowie jego excellencyi admirała, zawołał Luis de Saint-Angel, wznosząc puhar do góry. Hiszpania zawdzięcza mu największe z odkryć tegoczesnych, i każdy mieszkaniec tego kraju uczcić powinien wysoką jego zasługę.
Spełniono zdrowie admirała, który w kilku wyrazach objawił swoję wdzięczność.
— Sennorze kardynale, ciągnął daléj poborca dochodów kościelnych; świetny to tryumf dla religii chrześciańskiéj, jeśli zważymy ile umysłów zbłąkanych wejdzie na drogę zbawienia; bo Rzym nie zaniecha pewnie stosownych ku temu środków.
— Masz słuszność, kochany Saint-Angel, odrzekł kardynał; ojciec święty zrobi wszystko co do niego należy. Poznanie prawdziwego Boga wyszło ze Wschodu, a teraz wiara, oczyszczona objawieniem, powróci w miejsce gdzie była jéj kolébka, ale powróci przez Zachód, nieznaną dotąd drogą.
Jakkolwiek napozór pomiędzy uczęstnikami biesiady najszczérsza panowała zgoda, ułomność wszakże ludzka i tu wyszła na jaw, a zazdrość, najpowszechniejsza z ziemskich namiętności, niejedno nurtowała serce. W kole biesiadników zasiadał szlachcic hiszpański imieniem Juan d’Orbitello, którego korcił szafunek tylu pochwał na korzyść cudzoziemca.
— Czy wasza eminencya mniemasz, zawołał, że Opatrzność nie byłaby znalazła środka ku dopięciu swych celów, gdyby usiłowania don Kolumba spełzły na niczém?
— Nikt z nas, sennorze, nie śmié w tym względzie ograniczać potęgi Stwórcy, odpowiedział z powagą kardynał; ale człowiek nie powinien rozbiérać wyroków najwyższéj mądrości.
— To prawda, sennorze kardynale, odparł d’Orbitello, zmięszany nieco napomnieniem prałata; nie taki téż był mój zamiar. Pragnąłbym tylko wiedziéć, czy don Christoval uważa się za wyłącznie przeznaczonego do spełnienia tego dzieła.
— Czułem zawsze w sobie jakiś popęd tajemniczy, odezwał się Kolumb z uroczystą powagą, w którym widziałem głos nieba, i sądzę że moje usiłowania były Bogu przyjemne a ludziom pożyteczne.
— Przypuszczasz więc, sennorze admirale, że w Hiszpanii niéma drugiego człowieka, coby z równém powodzeniem dokonał wyprawy do Indyj?
Śmiałość téj jakby zaczepki zwróciła ogólną uwagę, i wszyscy z ciekawością wyczekiwali odpowiedzi Kolumba. Odkrywca przez chwilę zachował milczenie; potém wyciągnął rękę, wziął jajko z stojącego przed sobą półmiska i rzekł uprzejmie:
— Czy umié kto z was, sennorowie, ustawić jajko na końcu?
Pytanie to niepomału zadziwiło obecnych; jednakże śród śmiéchu i żartów wzięto się do próby. Lecz nadaremnie: za odjęciem palców jajko natychmiast upadało.
— Na ś. Łukasza! sennorze don Christoval, to rzecz niepodobna do wykonania, zawołał Juan d’Orbitello.
— A jednak łatwą będzie dla wszystkich, i dla ciebie sennorze, gdy was nauczę sposobu.
To mówiąc Kolumb lekkiém o stół uderzeniem spłaszczył koniec jajka, które, na obszérniejszéj spocząwszy podstawie, utrzymało się w równowadze. Powszechny poklask przyjął tę trafną naukę, a Juan d’Orbitello, zawstydzony, zaprzestał dalszéj szermierki.
W téj chwili wszedł do sali posłaniec królowéj i szepnął słów kilka admirałowi, a następnie don Luis’owi de Bobadilla.
— Królowa przyzywa mnie do siebie, sennorze kardynale, rzekł Kolumb, wybacz więc wasza eminencya, że powołany obowiązkiem opuszczam to zgromadzenie.
Kardynał odpowiedział kilka słów grzecznie-ceremonialnych i odprowadził gościa do podwojów. Admirał opuścił salę, a za nim zdążył niebawem hrabia de Llera.
— Gdzie idziesz, Luis? zapytał Kolumb młodzieńca. Czemu rzucasz biesiadę, jaką znaleźć chyba można w pałacu królewskim?
— Na św. Yago! wątpię, mój mistrzu, sądząc po zwyczajach naszego króla, aby stół jego równie był smaczny i obfity; ale stawić się muszę na rozkazy donny Izabelli, i serce moje przeczuwa, że powołano nas obu w drogiéj dla mnie sprawie. Zapewne królowa, przed zezwoleniem na związek mój z donną Mercedes, chce zapytać waszéj excellencyi o zachowanie się moje w podróży.
— W ostatnim czasie tak byłem zajęty, że nie miałem nawet sposobności zapytania cię, Luis, o zdrowie donny Valverde. Kiedyż ona nagrodzi twoję stałość?
— Nie wiem rzeczywiście co na to odpowiedziéć. Od powrotu naszego trzy razy tylko widziałem Mercedes i znalazłem ją pełną dobroci, jak zawsze; lecz ciotka moja zimniejszą była niż zwykle, i zbywała mnie półsłówkami gdym nalegał o przyspieszenie związku. Zdaje się że pragnie wprzód zasięgnąć zdania jéj wysokości.
— Nie wątpię, mój młody przyjacielu, że istotnie nas powołano w tym celu; trudno inaczéj wytłumaczyć tak nagłe i przeciwne zwyczajom dworskim poselstwo.
Młodzieniec oddawał się téj myśli z przyjemnością, i wszedł do pokojów królowéj, tak lekko i radośnie, jak gdyby stanąć już miał z kochanką na ślubnym kobiercu. Po krótkiém oczekiwaniu obaj znaleźli się wobec monarchini.
Izabella miała u siebie tylko markizę de Moya, Mercedes i Ozemę. Na piérwszy rzut oka Kolumb i Luis spostrzegli, że zaszło coś niezwykłego. W twarzach osób obecnych łatwo było wyczytać jakiś przymus nienaturalny: królowa usiłowała przybrać właściwą sobie słodycz oblicza, lecz czoło jéj było nachmurzone. Twarz donny Beatrix nosiła piętno smutku, i Luis uważał że ona odwraca się od niego, jakby mocno zagniéwana. Śmiertelna bladość powlekała piękne rysy Mercedes; oczy jéj były w ziemię wlepione i cała postać wyrażała nieśmiałość i upokorzenie. Jedna tylko Ozema zachowała wrodzoną swobodę: ożywione jéj spojrzenie niewinną malowało radość, a ujrzawszy Luis’a, którego po przybyciu do Hiszpanii raz tylko widziała w Barcelonie, stłumiony okrzyk wydała zachwycenia.
Izabella postąpiła kilka kroków na spotkanie Kolumba, a gdy ten chciał przyklęknąć, wyciągnęła doń rękę.
— Nie przystoi, sennorze, rzekła, aby człowiek tyle zasłużony podobne składał nam hołdy; jestem królową twoją, lecz bardziéj jeszcze przyjaciołką. Kardynał Mendoza niełatwo mi pewnie wybaczy, że go pozbawiam przyjemności twojego towarzystwa.
— Jego eminencya i szlachetni biesiadnicy mają nad czém rozmyślać w téj chwili, odpowiedział don Christoyal z uśmiéchem, i bardzo pewnie radzi z pozbycia się méj osoby. Lecz w razie nawet przeciwnym nie wahałbym się opuścić ich grono, dla usłuchania rozkazu waszéj wysokości.
— Nie wątpię o tém, sennorze; dziś jednak mam z tobą pomówić o rzeczach bardziéj osobistych niż publicznych. Donna Beatrix poleciła méj opiece tę młodą Indyankę, któréj powaby i przymioty korzystne o twém odkryciu dają wyobrażenie. Jakiż jéj stopień i co ją skłoniło do opuszczenia kraju rodzinnego?
— Urodzenie Ozemy, miłościwa pani, pośrednie jest między królewskiém a szlacheckiém; co się zaś tyczy przybycia jéj do Hiszpanii, o tém don Luis de Bobadilla najlepiéj waszę wysokość objaśni.
— Nie, sennorze, chciałabym wszystko z własnych ust twoich usłyszéć; z hrabią de Llera późniéj będzie rozprawa.
— Kolumb, zdziwiony tą odpowiedzią, pospieszył żądaniu królowéj uczynić zadosyć.
— W Haiti, rzekł, są kacykowie piérwszego i drugiego rzędu, czyli wielcy i mali. Guakanagari, o którym wspominałem waszéj miłości, jest wielkim kacyką, Mattinao zaś, brat Ozemy, jego hołdownikiem. Don Luis znajdował się u kacyki Mattinao w chwili napadu Kaonaba, naczelnika Karaibów, zamierzającego porwać młodą księżniczkę, która obecnie ma zaszczyt zostawać pod opieką waszéj wysokości. Hrabia postąpił sobie jak przystało szlachetnemu rycerzowi kastylskiemu; pogromił naciérających i ocaloną ofiarę ukrył na okręcie. Postanowiliśmy zabrać ją do Hiszpanii, już aby.....
— Wiem o tém wszystkiém, sennorze, ale chciéj mnie objaśnić dlaczego Ozema nie znajdowała się w gronie swych rodaków podczas przyjęcia twego w Barcelonie?
— Don Luis życzył sobie aby księżniczka pod jego strażą opuściła Palos, a ja podzielałem zdanie młodzieńca, że nie wypada wystawiać jéj na spojrzenia ciekawych.
— Byłoto słusznie po części, ale niebardzo roztropnie, wtrąciła królowa; tym sposobem Ozema przez kilka tygodni zostawała sam na sam z hrabią de Llera.
— Tak jest, miłościwa pani, do chwili kiedy don Luis powierzył ją staraniom markizy de Moya.
— Jak mogłeś być tyle niebacznym, admirale?
— Sennoro!... zawołał Luis, nie będąc już panem siebie.
— Milcz, młodzieńcze, rzekła królowa nakazująco, dopóki nie będziesz pytany. Czy nie uznajesz słuszności méj uwagi, don Kolumbie?
— Najjaśniejsza pani, pytanie waszéj wysokości i jego powody są dla mnie zagadką. Przekonany jestem o prawości młodego hrabi; wiedziałem nadto że serce jego oddawna już zajęte; zresztą, miłościwa królowo, zaprzątnionym będąc ważniejszemi sprawami, nie pomyślałem nawet o rzeczy tak mało znaczącéj.
— Pojmuję to, admirale, i tłumaczę cię przed sobą; zawsze jednak zbłądziłeś zbyteczném zaufaniem w stateczność lekkomyślnego młodzieńca. Teraz, hrabio de Llera, kolej przypada na ciebie. Czy potwierdzasz słowa admirała?
— Niewątpliwie, sennoro; don Christoval niezdolny jest do wybiegów. Dom Bobadillów, najjaśniejsza królowo, nie wykraczał nigdy przeciwko honorowi.
— Być może; lecz choćby jaki członek twéj rodziny zgrzeszył złą wiarą, to z drugiéj strony (i mówiąc to królowa rzuciła okiem na markizę) wydała ona serca poświęcone, których szlachetne przymioty godne są najwznioślejszych wzorów starożytności. Nie myślałżeś, hrabio, w tych czasach o związku małżeńskim?
— Myślałem, sennoro, licząc na najłaskawsze waszéj królewskiéj mości zezwolenie.
— Niestety, Beatrixo, zawołała Izabella, przewidywania moje aż nadto były zasadne; niewinne to stworzenie zostało uwiedzioném; bo niepodobna przypuścić aby poddany Kastylii śmiał w mojéj obecności mówić o zamierzonym związku z dziewicą dostojnego rodu, wiedząc że już należy do innéj. Największy nawet rozpustnik nie urągałby w ten sposób kościołowi i monarchini.
— Miłościwa pani, wtrącił Luis, wasza wysokość przemawiasz surowo, lecz w sposób zagadkowy. Poważam się zapytać czy te wyrzuty mnie dotyczą?
— Nieinaczéj, młodzieńcze? Daremnie się zastawiasz pozorem niewinności; sumienie własne wskazuje ci całą niegodziwość twego czynu.
— Sennoro, nie jestem aniołem jak Mercedes, ani świętym; ale, na honor rycerski, nie wiem o co tu chodzi. Bacz wasza wysokość objawić, o jaką oskarżono mię zbrodnię.
— O podstępne uwiedzenie przez ślub udany niewinnéj dziewicy, lub szydzenie z swéj królowéj, z którą mówiłeś o małżeństwie, rozrządziwszy już swoją ręką.
— A ty, moja ciotko, ty Mercedes, czy także uznajecie mnie winnym?
— Tyle mamy dowodów, że trudno zaiste nie wierzyć w twą przewrotność, odpowiedziała zimno markiza.
— A ty, Mercedes?
— Nie, Luis, odrzekła dziewica z zapałem, wykraczającym z granic powściągliwości, jaką zwykle zachować umiała w swych wyrazach; nie, Luis; nie posądzam cię o przewrotność lub podłość, lecz conajwięcéj o lekkomyślność. Zanadto dobrze znam twoje serce, abym przypuścić mogła rozmyślne z twéj strony wiarołomstwo.
— Dzięki za to Bogu i najświętszéj pannie! zawołał młodzieniec, chociaż nic z tego nie rozumiem.
— Czas już zakończyć tę sprawę, Beatrixo, rzekła królowa; idźmy prosto do celu. Przystąp tu, Ozemo, i niech świadectwo twoje usunie wszelką wątpliwość.
Młoda Indyanka usłuchała rozkazu, nie wiedząc sama dobrze czego po niéj wymagają. Rozmowa któréj była świadkiem żywo ją zajmowała; lecz Mercedes tylko, z bystrością właściwą sercom kochającym, spostrzegła grę ożywioną jéj twarzy, ilekroć królowa czyniła wyrzuty Luis’owi, lub gdy ten odpowiadał.
— Księżniczko, ciągnęła daléj Izabella, mówiąc powoli i z przyciskiem, aby Indyanka tém łatwiéj ją rozumiała; czy jesteś małżonką Luis’a de Bobadilla?
— Ozema żona Luis’a, odrzekła dziewica zapłoniona; Luis mąż Ozemy.
— To dosyć jasno, don Kolumbie, a zawsze tę samę daje odpowiédź. — Gdzież Luis cię poślubił i jakim sposobem?
— Luis poślubił Ozemę religią hiszpańską; Ozema poślubiła Luis’a miłością i obowiązkiem, jak robią w Haiti.
— To rzecz nadzwyczajna, sennoro, wtrącił admirał; jeżeli wasza wysokość pozwolisz, starać się będę o zgłębienie téj tajemnicy.
— Czyń jak ci się podoba, odparła obojętnie królowa; co do mnie, pewną jestem swego.
— Hrabio de Llera, zapytał Kolumb z powagą, czy jesteś istotnie małżonkiem księżniczki Ozemy?
— Przenigdy, szlachetny admirale. Jestem jéj przyjacielem, lecz nie myślałem nigdy o związku z kimkolwiek na świecie, prócz z donną Mercedes.
Słowa te wymówione były głosem prawdy i szczérości.
— Czy łudziłeś ją kiedy przyrzeczeniem swéj ręki?
— Nie, sennorze; szanowałem ją zawsze jak siostrę, w dowód czego dosyć jest przytoczyć, żem ją powierzył staraniom swéj ciotki i umieścił obok Mercedes.
— Podzielam w tém jego zdanie, miłościwa pani, i mogę zaręczyć, że Luis zachowywał zawsze należne słabszéj płci względy.
— Przeciw tym pięknym słówkom, sennorze, i przeciw téj cnocie sumiennéj, stawiam zeznanie Ozemy, niezdolnéj zaiste do kłamliwych wybiegów. Ty, droga Beatrixo, przyznasz mi słuszność.
— Sama nie wiem co myśléć, najjaśniejsza królowo. Luis niejednego dopuścił się błędu, lecz nigdy nie uchybił honorowi. Radabym bliżéj jeszcze wybadać Ozemę.
— Dobrze mówisz, odrzekła Izabella, w któréj uczucie gniewu ustępować zaczęło wobec wymagań słuszności; sprawiedliwość wkłada na nas obowiązek podania oskarżonemu sposobności oczyszczenia się z winy. Hrabio de Llera, pozwalam ci wypytywać Ozemę stosownie do swego uznania.
— Sennoro, nie wypada rycerzowi walczyć z kobiétą, zwłaszcza z cudzoziemką, odpowiedział Luis nieśmiało. Poważam się przeto błagać waszéj wysokości, abyś konieczne w tym względzie badanie zleciła komu innemu.
— Ponieważ do mnie należy przykry obowiązek sądu, rzekła królowa spokojnie, więc się podejmę i śledztwa. Utrzymujesz, księżniczko, że jesteś małżonką don Luis’a; czy to małżeństwo nastąpiło przed kapłanem.
Ozema tyle już słyszała o religii chrześciańskiéj, że wyrazy dotyczące jéj obrządków niemal wszystkie były jej znane, chociaż ony w jéj myśli miały znaczenie tajemnicze i nieokreślone. Pojęła więc pytanie królowéj, i przyciskając rękę do serca, odrzekła z właściwą sobie prostotą:
— Luis poślubił Ozemę krzyżem chrześcian. — Luis myślał że umrze. — Ozema także — i Luis dał krzyż Ozemie, a Ozema poślubiła go sercem, jak czynią kobiéty w Haiti.
— To widoczne nieporozumienie, wynikające z różnicy języka i zwyczajów, zawołał Kolumb. Wiem że don Luis, śród burzy grożącéj niebezpieczeństwem, w pobożnym celu ofiarował księżniczce krzyż który nosił na szyi; lecz niewiadomość tylko dziewicy w tym darze niewinnym upatrzyć mogła godło małżeństwa.
— Czy w celu jedynie zbawienia i obrony ofiarowałeś jéj, hrabio, ten datek? zapytała królowa.
— Tak jest, sennoro. Wobec nieuniknionéj prawie śmierci chciałem pocieszyć to serce osierocone, pozbawione światła świętéj naszéj wiary, a nie mając nic innego pod ręką, oddałem jéj godło męki Zbawiciela, godło odkupienia, jako najskuteczniejszą obronę w wszelakiéj dolegliwości.
— Czyś nie nadużył nigdy jéj zaufania?
— Gardziłem zawsze obłudą, miłościwa pani, i wyznam, otwarcie jak na spowiedzi, w czém sądzę żem zawinił. Piękność i prostota obyczajów Ozemy, a mianowicie podobieństwo jéj do Mercedes, silnie mnie zajęły. Lecz serce moje nie było już wolne, i to właśnie podobieństwo nasunęło mi porównanie, którego wypadek nie mógł być korzystnym dla Indyanki. Otaczałem ją czułą troskliwością, bez ujmy wszelako swych uczuć dla Mercedes. Jeżelim więc zgrzészył, to przezto tylko, żem nie zwalczał skłonności jaką ku mnie powzięła Ozema; alem jéj nigdy nie ubliżył, ani słowem ani czynem.
— Beatrixo, wyznanie jego zdaje się prawdziwe. Znasz lepiéj odemnie swego synowca i wiedziéć powinnaś o ile zasługuje na wiarę.
— Ręczę sumieniem za jego niewinność, miłościwa pani. Serce Luis’a nie zna obłudy, i cieszę się niewymownie, iż cofnąć nam wolno potępiający go wyrok. Ozema, posłyszawszy o ślubnych obrządkach, i znając cześć chrześcian dla krzyża, mniemała, nieboga, że Luis ją poślubił.
— Być może iż tak jest rzeczywiście, rzekła królowa łagodnie. Starajmy się wyprowadzić z błędu to niewinne stworzenie; a że tu chodzi o uczucia niewieście, tylko kobiéty przeto powinny być obecne. Ustąpcie, sennorowie, i dajcie mi słowo rycerskie, iż nie wspomnicie nikomu o dzisiajszéj rozmowie. Jutro, hrabio de Llera, objawię swą wolę względem ciebie i Mercedes.
Po tych wyrazach Izabelli Kolumb i Luis opuścili posiedzenie, a królowa z kobiétami długą jeszcze prowadziła rozmowę, któréj treść podajemy poniżéj.


ROZDZIAŁ XXX.

Zostawszy sama z markizą de Moya, Mercedes i Ozemą, Izabella zaczęła mówić o mniemaném małżeństwie z oględną troskliwością, lecz w sposób jasny i stanowczy. Ponowione zapytania objaśniły ją wkrótce, jakim sposobem młoda Indyanka stała się ofiarą tak dziwnéj i smutnéj w następstwach pomyłki. Pełna zapału i ufności, przywykła nadto do uwielbienia rodaków, Ozema mniemała iż hrabia podziela jéj uczucia. Od piérwszego zaraz widzenia odgadła instynktem kobiécym, że korzystne na nim zrobiła wrażenie; w przekonaniu więc że doznaje wzajemności, oddała się bezwzględnie złudzeniu, do którego niemało także przyczyniła się nieznajomość języka, (jak naprzykład w mylném tłumaczeniu wyrazu Mercedes) i rycerska o nią troskliwość naszego bohatéra.
Do tylu powodów przypadkowych dodajmy jeszcze usiłowania Luis’a w wyłożeniu jéj zasad chrystyanizmu i pomięszanie pojęć w wrażliwym umyśle dziewicy. Ozema przypuszczała że Hiszpanie cześć bozką oddają krzyżowi; widziała go we wszystkich uroczystościach religijnych; widziała że przed nim klękają, że rycerze całują krzyż rękojeści swego miecza; admirał wznieść kazał to godło w zajętym przez siebie kraju; słowem wyobraźnia jéj upatrywała w krzyżu jakiś zadatek miłości i wiary. Podziwiała często błyszczący na piersi Luis’a klejnot, a że w Haiti ceremonia ślubu odbywała się przez zamianę kosztownych podarunków, mniemała przeto, że odbiérając krzyżyk, została żoną tego, który jéj wręczył ów przedmiot drogocenny.
Szczegółów tych dowiedziała się królowa po godzinie zaledwo umiejętnego badania, jakkolwiek Ozema, z otwartością dziecięcia nie taiła żadnéj z swych myśli. Pozostawał jeszcze najtrudniejszy obowiązek, obowiązek zniszczenia jéj złudzeń. W pełnych względności wyrazach Izabella dała jéj poznać, że hrabia dawno już kocha Mercedes i jest jéj narzeczonym. Skutek tego objawienia był straszny i przeraził królowę, która nigdy nie widziała tak gwałtownego wybuchu namiętności.
Kolumb i młody Bobadilla przez tydzień nie wiedzieli co zaszło. Luis odebrał wprawdzie nazajutrz kilka słów zachęcających, pisanych ręką ciotki, a Mercedes odesłała mu krzyżyk; resztę jednak zostawiono jego domysłowi. Siódmego dnia dopiéro młodzieniec został przyzwany do markizy.
Wszedłszy do salonu ciotki, Luis nie zastał tam nikogo. Zbyteczna cierpliwość nie była nigdy grzéchem naszego bohatéra: po półgodzinném przeto oczekiwaniu, zmierzywszy kilkaset razy pokój długiemi krokami, miał właśnie zawołać służącego i kazać mu powtórnie zawiadomić markizę o swém przybyciu, gdy niespodzianie drzwi boczne uchyliły się i stanęła przed nim Mercedes.
Na piérwszy rzut oka Luis zauważył, że w sercu dziewicy gwałtowna toczy się walka. Ręka jéj, którą ucałował z zapałem, zadrżała pod jego dotknięciem, a twarz płonęła i bladła na przemiany. Z bolesnym uśmiéchem wskazała mu fotel, zajmując sama miejsce na małym taborecie.
— Zaprosiłam cię na tę rozmowę, Luis, rzekła Mercedes, stawszy się panią swojego wzruszenia, bo tak między nami pozostać nadal nie może. Posądzono cię o niewierność, o zawarcie związku małżeńskiego z Ozemą....
— Ale ty, droga Mercedes, nie uwierzyłaś temu oskarżeniu?
— Znam cię, sennorze, i wiem że don Luis de Bobadilla nie zaparłby się nawet błędu; mniemane przeto małżeństwo uważałam zawsze za bajeczne.
— Dlaczegóż się więc odwracasz? dlaczego spuszczasz oczy, zamiast pocieszyć mnie słodkiém ich wejrzeniem?
Mercedes milczała przez chwilę, nie wiedząc czy będzie dość silną na wykonanie powziętego zamiaru; potém, uzbroiwszy się w odwagę, rzekła głosem słabym i przerywanym:
— Wysłuchaj mnie, Luis, cierpliwie; niewiele ci mam powiedziéć. Opuszczając Hiszpanią, dla wzięcia udziału w chwalebnéj wyprawie, kochałeś mnie szczérze, kochałeś mnie tylko jednę. Rozstaliśmy się z zapewnieniem wzajemnéj wierności; a odtąd codziennie błagałam Boga na klęczkach o wasze powodzenie.
— Nie dziwię się teraz droga Mercedes, żeśmy szczęśliwie dokonali dzieła. Wstawiennictwo twoje nie mogło być bezskuteczne.
— Nie przerywaj mi, sennorze, proszę cię o to na wszystko. Do dnia powrotu waszego miotaną byłam najżywszą niespokojnością: mimo udręczeń wszakże tęsknego oczekiwania, przyszłość w świetnych przedstawiała mi się barwach. Przybycie dopiéro posłańca admirała rozwiało te ułudne nadzieje i wykryło smutną rzeczywistość. Dowiedziałam się wtedy, że hołdujesz wdziękom Ozemy, żeś życie naraził dla jéj ocalenia.
— Na ś. Łukasza! czyżby ten nędznik Sancho śmiał podać w wątpliwość uczucia moje dla ciebie?
— Nie potępiaj go, Luis, bo powiedział prawdę. Tym sposobem, dzięki najwyższemu, przygotowaną byłam na wszystko, a ujrzawszy Ozemę usprawiedliwiam nawet poniekąd twą niestałość. Mogłeś oprzéć się jéj piękności; lecz poświęcenie bez granic, niewinna prostota i skromność Indyanki mimo woli cię usidłały.
— Mercedes!
— Powiadam ci, Luis, że niémam do ciebie żalu. Gdyby mnie cios podobny spotkał po zostaniu twą żoną, byłabym może zgnębiona, nieszczęśliwa: dziś klasztor przedemną otwarty. Nie przerywaj mi, proszę, dodała Mercedes z łagodnym uśmiéchem. Nie umiałeś panować nad sobą; powab nowości, dziecięca zalotność Ozemy podbiła twoje serce. Przyjmuję z pokorą to zesłanie Opatrzności, w przekonaniu że tak jest najlepiéj, że wyrok Boga, zamiast krótkich rozkoszy ziemskich, wieczne przeznaczył mi zbawienie. Co mówię! nie będę nawet obraną z przyjemności doczesnych, bo znajdę takowe w modlitwie za ciebie i Ozemę.
— Wszystko to jest tak dziwne, Mercedes, a razem tak przykre i niesłuszne, że nie wiem rzeczywiście co myśléć.
— Wszakżeż cię nie obwiniam! Przymioty zewnętrzne Ozemy dostatecznie twą słabość usprawiedliwiają; bo mężczyzni w swych uczuciach idą więcéj zwykle za skłonnością zmysłową, niż za sercem. Haitianka (mówiąc to Mercedes żywo się zapłoniła) mogła cię wabić niewinną zalotnością, któréj użycie wzbronioném jest chrześciance. Ozema cierpi w téj chwili, mówią nawet że chora niebezpiecznie; ale od ciebie zależy przywrócić jéj życie. Jedno twe słowo, Luis, uszczęśliwi tę młodą istotę: powiédz że ją zaślubisz skoro przyjmie chrzest święty, a wkrótce rumieniec zdrowia zakwitnie na powabném jéj licu.
— Mówisz mi to, Mercedes, tak spokojnie i stanowczo, jak gdybyś własne wyrażała życzenie!
— Postanowienie moje jest stałe; idź za popędem serca, a na mnie nie zważaj zupełnie.
Luis z zadziwieniem spojrzał na dziewicę, któréj oczy, wbrew słowom, najtkliwsze wyrażały przywiązanie; potém powstał z siedzenia i zaczął szybko przechadzać się po izbie, jak gdyby ruchem ciała stłumić chciał boleść duszy. Ochłonąwszy nieco, powrócił na miejsce, i biorąc rękę Mercedes, tak do niéj przemówił:
— Zbyteczne rozmyślanie nad przedmiotem nader prostym zbłąkało twoje zdanie, Mercedes. Ozema nigdy nie posiadała mego serca; czułem dla niéj ulotną tylko przychylność. Gdybym ciebie nawet nie znał, nie mogłaby ona zapewnić mego szczęścia; lecz wobec czystéj miłości jaką pałam ku tobie, związek z nią byłby dla mnie wyrokiem potępienia.
Na te słowa kochanka promień radości rozświécił rysy Mercedes; ale chwilowe to wrażenie wkrótce przeminęło.
— Godziż się tak postąpić z Ozemą? rzekła głosem wyrzutu. Czyż owa przychylność ulotna nie dawała jéj otuchy? a tém samém czy honor nie nakazuje ci spełnienia wzbudzonych nadziei.
— Najdroższa moja! gdybyś wiedziała jak często pamięć o tobie wspiérała mnie w położeniu, gdzie łatwo było zapomniéć o głosie obowiązku, wtedy umiałabyś ocenić różnicę między prawdziwą miłością, a tém uczuciem ulotném, o którém z taką wspominasz goryczą.
— Luis, nie powinnam cię słuchać! Słodkie to dla mnie wyrazy; lecz niepodobna gubić dziewicy, co z narażeniem własnego bezpieczeństwa broniła twego życia.
— I tybyś w miejscu Ozemy uczyniła to samo.
— Chciałabym pewnie, ale kto wie czybym mogła, odpowiedziała Mercedes zapłoniona.
— Ozema w własnéj broniła mnie sprawie; tybyś mnie zastawiała bez względu na okoliczności.
Mercedes zamyśliła się; spojrzenie jéj, pod wpływem namiętnych zapewnień kochanka, odzyskało część swego blasku, i czułość brała górę nad zwątpieniem.
— Pójdźmy do Ozemy, rzekła wreszcie; widząc ją cierpiącą, zdasz sobie sprawę z swych uczuć; cokolwiek jednak postanowisz, bądź pewnym mojego pobłażania.
Luis przycisnąć chciał do serca płaczącą kochankę, lecz ona zlekka go odtrąciła. Po chwili oboje weszli do pokoju Ozemy, gdzie zastali królowę i admirała.
Młodzieniec zadrżał, widząc na licu Indyanki ślad trawiącego cierpienia. Rumieniec jéj ustąpił sinéj bladości, lecz oko świéciło blaskiem gorączkowym. Ujrzawszy go, zakryła twarz rękoma; jak dziecko wstydzące się wyznać swoje myśli. Luis z uszanowaniem pochwycił rękę Ozemy, i dotknął jéj ustami z braterską tkliwością.
Nakoniec królowa przerwała uciążliwe dla wszystkich milczenie.
— Nakłoniliśmy, rzekła, księżniczkę do przyjęcia dziś chrztu świętego. Arcybiskup robi potrzebne w tym względzie przygotowania, i, dzięki Najwyższemu, dusza jéj będzie zbawioną.
— Wasza wysokość troskliwą jesteś zawsze o dobro osób powierzonych jéj opiece, zawołał Luis, kłaniając się nizko, dla ukrycia łez rozrzewnienia. Lękam się tylko czy klimat nasz w ogólności na zdrowie Indyan zgubnego nie wywiéra wpływu; bo mówią że stan zapadłych w Sewilli i Palos bardzo jest także niebezpieczny.
— Prawdaż to, admirale?
— Tak jest, niestety, miłościwa pani; lecz pamiętano o ich zbawieniu; Ozema ostatnia z rodaków przyjmie najświętszy sakrament.
— Sennoro, wtrąciła markiza z wyrazem zadziwienia, opuszczając łoże Ozemy; nadzieja nasza omylona. Księżniczka oświadczyła stanowczo, że zanim sama przyjętą zostanie w poczet chrześcian, pragnie być świadkiem ślubu Luis’a i Mercedes.
— To myśl ulotna, o któréj zapomni po przybyciu arcybiskupa.
— Wątpię o tém, najjaśniejsza pani; bo chociaż Ozema zwykle jest słodka i uległa, w tym razie jednak upiéra się na swojém.
Królowa przystąpiła do choréj i długo z nią rozmawiała. Luis tymczasem zbliżył się do Mercedes, a kilka słów jego, wymówionych półgłosem, upewniło dziewicę o niezmiennéj kochanka miłości.
Po upływie kwadransa paź dworski, otwierając drzwi od kaplicy, oznajmił obecnym, że arcybiskup ukończył przygotowania.
— To dziecko obstaje przy swojém żądaniu, rzekła Izabella do markizy, i nie wiem jak temu zaradzić. Okrucieństwem byłoby pozbawiać ją dobrodziejstwa wiary; a jednak niepodobna wymagać, aby synowiec twój i Mercedes tak nagle przystąpili do ślubu.
— Co do Luis’a, miłościwa królowo, nie wątpię o jego gotowości; idzie tylko o zjednanie dziewicy.
— Zgrzészymy może przyspieszając zbytecznie ten obrządek. Młoda chrześcianka przed zawarciem małżeństwa powinna przygotować się modlitwą.
— A jednak, sennoro, ileżto osób przystępuje do ołtarza bez żadnych przygotowań. Pamiętam nawet chwilę, w któréj don Ferdynand aragoński i donna Izabella kastylska nie byliby uważali na podobne formalności.
— Masz zwyczaj, Beatrixo, wspominać dnie méj młodości, ilekroć pragniesz przeprowadzić nierozważny jaki zamiar. Czy sądzisz rzeczywiście, że wychowanka twoja przystanie na myśl Ozemy?
— Nie mogę tego przewidziéć, sennoro; wiem tylko, że jeśli w Hiszpanii jest kobiéta gotowa w każdéj chwili przyjąć przenajświętsze sakramenta, to najprzód wasza wysokość, a potém Mercedes.
— Daj pokój, Beatrixo! pochlebstwa źle brzmią w twoich ustach. W tym względzie żadna z nas pewną być siebie nie może. Ale niech donna Mercedes wejdzie do mego gabinetu; rozmówię się z nią sam na sam.
Po tych słowach królowa opuściła Ozemę, a za nią nieśmiało postąpiła Mercedes. Gdy obie były bez świadków, dziewica ze łzami rzuciła się na kolana i uściskała stopy monarchini. Po przejściu dopiéro téj słabości chwilowéj powstała, czekając przemówienia Izabelli.
— Spodziéwam się, moja córko, rzekła królowa, że czasowe nieporozumienie między tobą a hrabią de Llera zupełnie już usunięte. Polegaj na doświadczeniu swéj opiekunki i na mojém; bo my w téj sprawie bezstronnemi jesteśmy sędziami. Don Luis kocha cię niezmiennie; dla młodéj zaś Indyanki ulotną conajwięcéj czuł skłonność.
— Wiem o tém, sennoro, z własnego wyznania Luis’a.
— Przykreto było przejście, moje dziécię: ale lepiéj teraz niż późniéj. Lekarze wyrokują, że Ozema niedługo pożyje.
— Ach! miłościwa pani, jakże smutno być musi umiérać pośród obcych, w kwiecie młodości i z sercem złamaném bezwzajemną miłością!
— A jednak, Mercedes, jeśli niebo pozwoli jéj przejrzéć przed zakończeniem doczesnéj pielgrzymki, śmierć będzie dla niéj zbawieniem. Istota tak młoda, niewinna i szczéra, któréj zbywało tylko na właściwém pokierowaniu, dostąpi niezawodnie królestwa niebieskiego. Ale potrzeba jéj przyjęcia na łono naszego kościoła.
— Jego eminencya arcybiskup wkrótce, jak sądzę, dopełni obrządku chrztu świętego.
— Zależéć to będzie od ciebie, moja córko. Wysłuchaj mnie z uwagą i objaw swoję wolę.
Królowa nadmieniła następnie o żądaniu Ozemy, lecz z taką oględnością, że dziewica, jakkolwiek zmięszana, dosyć jednak spokojnie przyjęła tę wiadomość niespodzianą.
— Donna Beatrix rzuciła pomysł, którego wszakże po dojrzałéj rozwadze nie pochwalam. W zamiarze osłodzenia ostatnich chwil młodéj Indyanki, radziła aby Luis ją poślubił. Co myślisz o tém, moje dziécię?
— Sennoro, gdybym wierzyła, jak niedawno jeszcze, że Luis kocha księżniczkę tą miłością, bez któréj małżeństwo staje się katuszą, samabym oto na klęczkach błagała waszę wysokość, bo pragnę przedewszystkiém jego szczęścia; ale w obecnym stanie rzeczy byłoby to znieważeniem sakramentu.
— Tak samo i ja rozumiem; nie mówmy więc o tém nadal. Pozostaje nam tylko rozstrzygnąć drugie zapytanie. Czy zezwalasz, moja córko, na życzenie Ozemy?
Mimo przywiązania dziewicy do kochanka, tak nagłe dopełnienie obrządku ślubnego przeciwne było jej uczuciu. Wszelako namowa królowéj, lękającéj się odpowiedzialności przed Bogiem gdyby Ozema umarła poganką, usunęła wszystkie trudności. Gdy Mercedes zezwoliła, zawiadomiono o tém markizę, a królowa z narzeczoną przepędziły godzinę na modlitwie. Przygotowane duchowo, lecz nie myśląc o marności stroju światowego, udały się następnie do kaplicy, gdzie przeniesiono także Ozemę. Przez wzgląd jedynie na powagę ołtarza i kapłana, markiza przypięła młodéj dziewicy białą do ślubu zasłonę.
Kilkanaście osób dostojnych znajdowało się już w kaplicy, a gdy narzeczeni przystąpić mieli do ołtarza, król wszedł pospiesznie, trzymając w ręce ozdobę honorową, którą zawiesił na szyi Luis’a.
— Teraz, szlachetny młodzieńcze, rzekł z uroczystą powagą, przyjm moje życzenia, i obyś zawsze pamiętał o powinnościach względem Boga, jak dotąd wiernie pełniłeś obowiązki poddanego.
Przystąpiono niezwłocznie do obrządku ślubnego, wobec króla i Kolumba. Izabella nie opuściła łoża Ozemy, w któréj twarzy wyrażała się walka przyjaźni z miłością. Po odbyciu ceremonii król z dworzanami opuścił kaplicę, i pozostały tylko osoby wtajemniczone w wypadki dni poprzednich.
— Gdzie krzyż? zapytała Ozema, gdy Mercedes szła ją uścisnąć. — Daj krzyż Ozemie. — Luis nie poślubił z krzyżem.
Mercedes sama odebrała krzyż od małżonka i wręczyła go Indyance.
— Teraz Ozema chce prędko być chrześcianką, zawołała księżniczka, przytulając do łona otrzymany klejnot.
Na znak udzielony przez królowę arcybiskup rozpoczął obrządek, i wkrótce Izabella cieszyć się mogła przekonaniem, że dusza młodéj cudzoziemki nie ulegnie potępieniu.
— Czy Ozema teraz chrześcianka? zapytała nowoochrzczona z prostotą dziecinnéj niewiadomości.
— Otrzymałaś, moja córko, zapewnienie łaski najwyższego, odpowiedział prałat. Powinnaś obecnie szukać pociechy w modlitwie.
— Chrześcianin niéma żony poganki? chrześcianin poślubia chrześciankę?
— Mówiono ci to nieraz; Ozemo, rzekła królowa, że kościół nie pozwala na małżeństwo między chrześcianinem a poganką.
— Chrześcianin poślubia najprzód kobiétę którą kocha najlepiéj?
— Bez wątpienia; inaczéj obraziłby Boga zmyśloną przysięgą.
— Tak téż myśli Ozema; ale trzeba poślubić drugą żonę, tę którą potém kocha się najlepiéj. — Luis wziął Mercedes za pierwszą żonę; — Ozema będzie druga. — Ozema teraz chrześcianka, więc niéma grzéchu.
Izabella westchnęła, a Mercedes, rzewnemi zaléwając się łzami, prosiła Boga o zesłanie swego światła na duszę biédnéj cierpiącéj. Wszelako arcybiskup uważał się w obowiązku sprostowania błędnych jéj wyobrażeń.
— Żadnemu chrześcianinowi, rzekł głosem surowym, nie wolno dwóch żon jednocześnie pojmować w małżeństwo; sama myśl o tém ciężkim jest występkiem. Nie możesz być drugą żoną hrabiego, dopóki piérwsza zostaje przy życiu.
— Ozema chce być żoną Luis’a, chociażby ostatnią ze wszystkich.
— Powtarzam ci, że to nigdy nastąpić nie może. Uwagi twoje znieważają ten święty przybytek. Ukorz się, nieszczęsna, albo....
— Dosyć arcybiskupie! przerwała markiza de Moya. Ta którą napominasz stanęła przed obliczem sędziego, który pewnie nie odmówi jéj pobłażania. Ozema już nie żyje!
Rzeczywiście młoda Indyanka, zatrwożona groźną przemową prałata, powikłana w nieprzystępnych dla siebie pojęciach chrystyanizmu, zgnębiona wiadomością że nie może połączyć się z kochankiem, ostatnie Bogu oddała tchnienie; lecz martwe jéj lice nosiło jeszcze piętno sprzecznych namiętności, jakie nią miotały przed śmiercią.
Taki był koniec piérwszéj z owych istot niewinnych, które odkrycie Kolumba wydrzéć miało potępieniu. Izabella, boleśnie tym wypadkiem dotknięta, przeczuwała już wtedy, że śmierć Ozemy jest wróżbą przyszłego spaczenia świętych zasad Zbawiciela, poprzednikiem srogich zawodów, na jakie pobożna jéj gorliwość miała być narażoną.


ROZDZIAŁ XXXI.

Rozgłos podróży Kolumba dziwnym urokiem otoczył morskie wyprawy. Nie uważano ich już za niegodne ludzi wyższego urodzenia, i wycieczki po oceanie weszły niejako w modę. Panowie, których posiadłości graniczyły z morzem śródziemnym lub Atlantykiem, na małych statkach krążyli nieopodal brzegów, przesadzając się w wystawności i przepychu; słowem duch epoki był zupełnie marynarski. Współubieganie się Portugalczyków pobudzało czynność Hiszpanów, i przyszło na to, że młodzieńców którzy domowéj pilnowali strzechy nazywano piecuchami, nie szczędząc im przycinków, jakie dawniéj spotykały przedsiębiorczych właśnie podróżników.
W końcu września 1493 roku na ciaśninie rozdzielającéj Europę od Afryki i łączącéj morze śródziemne z niezmierną przestrzenią oceanu atlantyckiego płynęło kilka okrętów, w różnym celu i kierunku, z których jeden bliżéj nas obchodzi. Byłto statek niewielkich rozmiarów, pod malowniczym żaglem trójkątnym, sunący w promieniach wschodzącego słońca, nakształt ogromnego ptaka, co z rozpiętemi skrzydły spieszy do gniazda. Zewnętrzne jego rozmiary nosiły cechę smaku i wykończenia. Na tylnéj części kadłubu widać było napis: Ozema; a sam właściciel, hrabia de Llera, z młodą małżonką znajdował się na pokładzie. Luis, zaprawny w częstych podróżach morskich, osobiście wydawał rozkazy, chociaż Sancho Mundo, dowódzca tytularny, krzątał się między majtkami z przybraną powagą zwierzchnika.
— Daléj dzieci! zawołał były sternik la Pinty, przytwierdzić dobrze tę kotwicę; bo mimo pomyślnego wiatru nie można zaufać wybrykom Atlantyku. W podróży z don Kolumbem wyjście nasze pod żagle było nader szczęśliwe, a jednak piekielny mieliśmy powrót. Donna Mercedes, jak widzicie, dzielnie się trzyma na morzu, i nikt przepowiedziéć nie zdoła jak daleko popłyniemy. Mówię wam, bracia, że w służbie takiego pana czekają nas zaszczyty i bogactwa; pamiętajcie tylko mieć zawsze dzwonki, gdyż ony zwabiają złoto, jak dzwony katedry sewilskiéj pobożnych chrześcian okolicznych.
— Mości Sancho, odezwał się głos Luis’a; niech jeden z majtków wlézie na przednią reję i niech rozpozna morze w kierunku północno-zachodnim.
Słowa te przerwały gawędę Sancha, który dopilnował wykonania rozkazu. Gdy majtek był na szczycie, Luis zapytał go co widzi.
— Sennorze hrabio, przy ujściu Tagu ocean pokryty jest żaglami.
— Czy możesz je zliczyć?
— Widzę ich szesnaście; a teraz oto wynurza się siedmnasty.
— A więc przybywamy w porę, moja droga! rzekł Luis radośnie, zwracając się do Mercedes; będę mógł raz jeszcze uścisnąć dłoń admirała przed powtórną jego wyprawą do Indyj. I ty zapewne jesteś tém ucieszoną?
— Przyjemność twoja, Luis, jest moją przyjemnością.
— Droga Mercedes, to chętne towarzyszenie mi w podróży tak ściśle nas połączy, że tylko w tobie żyć będę i zrobisz ze mnie co sama będziesz chciała.
— Dotychczas rzecz ma się przeciwnie, odpowiedziała hrabina; ty więcéj masz widoku nakłonienia mnie do tułaczki, niż ja zatrzymania cię w domu.
— Miałażby ta wycieczka być przeciwną twojemu życzeniu? zapytał Luis z żywością.
— Nie, drogi mężu; w tym razie spełnienie twych życzeń osobistą sprawia mi przyjemność. Ileż silnych i nieznanych odbiéram tu wrażeń!
Po upływie pół godziny z pokładu Ozemy ujrzano okręt admiralski, a zanim jeszcze słońce stanęło w zenicie, statek Luis’a wpłynął w szeregi floty. Admirał, dowiedziawszy się o przybyciu młodéj pary, pospieszył odwidzić ich osobiście, i z szczérą przyjęty został radością.
Trudno zaiste większą wyobrazić sobie sprzeczność, jak powtórną tę wyprawę w porównaniu z piérwszą. Niegdyś Kolumb odpływał samotny, prawie nieznany, z trzema źle opatrzonemi statkami; dziś mnóstwo żagli snuło się po morzu i admirał otoczony był wyborem szlachty hiszpańskiéj.
Jak tylko rozeszła się wiadomość, że hrabina de Llera obecną jest na statku Ozema, spuszczono zewsząd łodzie i Mercedes śród morza znalazła się otoczoną jakby na dworze królowéj Izabelli. Dwie damy z jéj orszaku dopomogły hrabinie w przyjmowaniu szlachetnych kawalerów cisnących się tłumnie na pokład. Przez całą godzinę scena ta, pełna ruchu i wesołości, ożywiała mały statek, a czyste i wonne powietrze oceanu tém większego przydawało jéj uroku.
— Hrabino, rzekł jeden z rycerzów, nieszczęśliwy kiedyś pretendent do ręki Mercedes, okrucieństwo twoje, jak widzisz, przywiodło mnie do rozpaczy, i chronię się przed niém aż na drugą świata połowę. To szczęście dla don Luis’a, żem nie należał do piérwszéj wyprawy; bo którażby Kastylianka wzgardziła ręką towarzysza don Kolumba?
— Być może, odpowiedziała Mercedes; wolę jednak aby małżonek mój nie oddalał się bardzo od brzegu, chociażby dlatego tylko, że wtedy mogę mu wszędzie towarzyszyć.
— Sennoro, odezwał się Alonzo de Ojeda, don Luis zwyciężył mnie na turnieju; ale dziś ja go przewyższam, jeśli nie w szczęściu, to w zasłudze.
— Dosyć zaszczytu dla mego męża, że raz pokonał tak dzielnego rycerza.
— Ależ hrabino, gdyby don Luis popłynął z nami i wrócił po roku, zadziwiwszy swém męztwem poddanych wielkiego chana, to jeszczebyś go lepiéj pokochała.
— Admirał, sennorze, i tak go szanuje; w téj chwili oto samotną w méj kajucie toczą rozmowę, a podobnego zaszczytu don Christoval nie wyświadczyłby lada komu.
— Ta przyjaźń don Kolumba dla hrabi, wtrącił odrzucony wielbiciel, już w Barcelonie ogólną zwracała uwagę. Zapewne dawniéj spotkać się musieli na morzu.
— Przebóg! zawołał śmiejąc się Ojeda, jeżeli spotkanie admirała z don Luis’em było tego rodzaju co ze mną, to nic dziwnego że w dobréj mają się pamięci.
Podczas gdy na pokładzie w ten sposób lekko i wesoło dowcipna szła pogadanka, hrabia de Llera z Kolumbem poważniejszą w kajucie prowadzili rozmowę.

— Don Luis, rzekł admirał, znasz mą przychylność dla siebie, i ja wzajemnie pewny jestem twojego poważania. Obecna wyprawa niebezpieczniejszą jest od piérwszéj; bo wtedy byłem przedmiotem pogardy i litości, dziś przeciwnie opuszczam Hiszpanią ścigany przewrotnością zawistnych. Skryci nieprzyjaciele będą mnie tu podkopywać; i ci nawet, co w oczy płaszczyli się przedemną, spotwarzą i oczernią moje imię. Zostawiam wszakże kilku gorliwych przyjaciół, a mianowicie Ojca Juan’a Perez, Luis’a de Saint-Angel, Alonza de Quintanilla i ciebie. Liczę na was, nie w celu dostąpienia zaszczytów, lecz w interesie prawdy i słuszności.
Paź Mercedes wręcza mu krzyżyk który tak długo nosił przy swojém sercu.

— Sennorze, o ile słabe me siły pozwolą, stawać będę gorliwie w twéj obronie.
— Byłem o tém przekonany, Luis, odpowiedział Kolumb, ściskając przyjaźnie rękę młodzieńca. Fonseca, który teraz tyle ma wpływu, niebardzo dla mnie przychylny. Jest także twój imiennik, co szkodzić mi będzie przy każdéj sposobności[6].
— Znam go, sennorze; to zakał naszego domu.
— Lecz ma znaczenie u króla, którego zjednać koniecznie należy.
— Niestety, sennorze! król coraz bardziéj skłania się ku podszeptom pochlebców. Liczę tylko na donnę Izabellę; choć zresztą i moja ciotka stać może za armią posiłkową.
— Bóg wszystkiém rządzi i grzéchem byłoby zwątpić o jego sprawiedliwości. A teraz, Luis, słówko jeszcze o tobie. Opatrzność powierzyła ci szczęście kobiéty, jakich mało zaiste na świecie. Komu Bóg znaleźć pozwolił dobrą i cnotliwą żonę, tego serce codziennie wezbrać powinno wdzięcznością; bo ze wszystkich skarbów doczesnych posiada najobfitszy, najczystszy i najtrwalszy, byle tylko umiał go szanować. Żona twoja równie jest rozsądna jak cnotliwa; niechże wzgląd na nią miarkuje twą nierozwagę; niech czystość jéj będzie twym wzorem, a miłość przewodnikiem.
Admirał udzielił Luis’owi swoje błogosławieństwo i czule pożegnał Mercedes. Łodzie jedna po drugiéj opuszczać zaczęły statek, przesyłając zdaleka znaki pożegnalne. Chwil kilka jeszcze, a flota odpłynęła na południo-zachód, w kierunku krainy którą wówczas uważano za Indye. Przez godzinę jeszcze statek pozostał w miejscu, i młode stadło śledziło wzrokiem oddalających się przyjaciół; potém, rozpiąwszy żagle, szybko sunął ku Palos.
Wieczór był prześliczny, a powiérzchnia oceanu, gładka i spokojna, miała pozór ogromnego zwierciadła. Na tylnym pokładzie stał rozłożony namiot, w którym hrabiostwo zwykle przesiadywali; zewnętrzna jego powłoka składała się z płótna napuszczonego smołą, lecz w środku kosztowne makaty pokrywały jego ściany, tworząc salonik pełen wykwintności i wdzięku. Od strony okrętu schronienie to było zamknięte; od morza zaś wspaniała zasłona ukryć mogła małżonków przed wzrokiem ciekawych. W téj chwili uchylone jéj składy dozwalały oku bujać swobodnie po niezmierzonéj przestrzeni i przyjrzeć się słońcu zachodzącemu w barwie purpury.
Mercedes spoczywała na wezgłowiu, spoglądając tęsknie ku morzu, a Luis u stóp jéj przebierał po strunach gitary.
— Smutną jesteś, Mercedes, rzekł młodzieniec, pochylając się ku małżonce.
— Słońce zapada nad ojczyzną biédnéj Ozemy, drżącym głosem odpowiedziała Mercedes; okoliczność ta i widok bezgranicznego oceanu, uzmysłowienia wieczności, przypominają mi śmierć Indyanki. Istota tak dobra i niewinna nie będzie zapewne potępioną przed sądem Najwyższego, lubo ciemnota pojęć i namiętność nie dozwoliły jéj przeniknąć tajemnic naszéj wiary.
— Wolałbym, moja droga, abyś o tém tak często nie myślała; modlitwy twoje i msze odprawione za jéj duszę powinny cię były uspokoić.
— Czy prosiłeś admirała, rzekła Mercedes ze łzami, o czuwanie nad bratem Ozemy?
— Nie zapomniałem o tém, mój aniele, i pewny jestem że don Kolumb wywiąże się z przyrzeczenia. Pomnik dla młodéj Indyanki już jest ukończony: możemy żałować jéj straty, lecz niéma powodu opłakiwania tych, którzy doczesną pielgrzymkę na wieczny zamienili żywot. Ja sam, gdybym nie był twym mężem, zazdrościłbym może jéj doli.
— Serce moje, Luis, z rozkoszą przyjmuje tę myśl tak dla mnie pochlebną; lecz jestże ona prawdziwą? Szczęście jakiego doznajemy w wzajemnéj miłości, w połączeniu na zawsze swego losu, niczém jest obok błogości królestwa niebieskiego, któréj właśnie pragnę dla Ozemy.
— Nie wątp o tém, Mercedes; odbierze ona nagrodę niewinności i cnoty. Ale na honor! jeśli dusze zbawione doznają choć połowy tego szczęścia, jakiem bije me serce gdy ciebie przyciskam do łona, żałować ich niéma przyczyny.
— Nie mów tego, Luis! każemy w Sewilli, Burgos i Salamance odprawić jeszcze msze święte za jéj duszę.
— Jak chcesz, moja droga; niech je odprawią co rok, co miesiąc, co tydzień, byleś ty tylko była spokojną.
Mercedes wdzięcznie się uśmiéchnęła, i rozmowa małżonków stała się nieco swobodniejszą. Godzina upłynęła na owéj pogadance szczéréj i wylanéj, właściwéj tylko sercom prawdziwie kochającym. W chwili gdy słońce zanurzało się w morze, Sancho oznajmił że zarzucono kotwicę.
— Przybiliśmy do brzegu, sennorze hrabio, niedaleko Palos, o jakie sto sążni od miejsca z którego don Christoval w roku zeszłym odpłynął do Indyj. Czółno gotowe do przewozu, sennoro, a na pobrzeżu naszem, choć niéma wspaniałych pałaców i tumów; wasza excellencya znajdziesz jednak Palos, kościół Ś-téj Klary i warsztat okrętowy, trzy miejsca godne wspomnienia: Palos, że z jego portu wypłynął don Kolumb; święta Klara, że nas ocaliła w niebezpieczeństwie, skutkiem pobożnych ofiar złożonych u stóp jéj ołtarza: warsztat nareszcie, że w nim zbudowano okręt admirała.
— I dla innych jeszcze nader ważnych powodów: nieprawdaż, poczciwy mój Sancho? dorzucił śmiejąc się hrabia.
— Tak, wasza excellencyo, i dla innych jeszcze nader ważnych powodów. Czy sennora rozkaże wylądować?

Zgon Ozemy, księżniczki Hajti.

Mercedes zezwoliła, i po upływie dziesięciu minut oboje małżonkowie znajdowali się już na brzegu, w tém właśnie miejscu, z którego przed rokiem odpłynęła wyprawa Kolumba. Ożywiona rozmowa kilku kobiét miejskich zwróciła ich uwagę, i wkrótce przekonali się, że przedmiotem takowéj była podróż do Indyj.
— Dziś, rzekła jedna z niewiast głosem podniesionym, don Christoval opuścił Kadyx. Dla tak wielkiéj wyprawy jak obecna, port nasz byłby za mały. Możecie mi wierzyć, bo mąż mój, jak wiadomo, ważny piastuje urząd na okręcie admiralskim.
— Szczęśliwaś, sąsiadko, że tak wielki człowiek zaszczyca go swoją łaską, odezwało się kilka głosów.

— Jakżeby mogło być inaczéj? Pepe towarzyszył mu w piérwszéj podróży i zawsze okazywał się przywiązanym. „Moniko, moja dobra Moniko,” mówił do mnie admirał po powrocie, „dzielny z twego męża marynarz! jestem z niego zadowolony, i myślę mianować go starszym na okręcie.” Takie były jego słowa, i Pepe mój pełni dziś obowiązki starszego przy boku admirała.
Mercedes leżała na kanapie i patrzyła na morze. Luis zaś grał na gitarze siedząc przy jéj nogach.

Luis, postąpiwszy kilka kroków, pozdrowił gwarliwe grono i objawił życzenie usłyszenia szczegółów piérwszéj podróży. Monika, jak łatwo było przewidziéć, w bogato ustrojonym rycerzu nie poznała sennora Munoz, i chętnie przytoczyła wszystko co wiedziała, a nawet więcéj jeszcze. Rozmowa z tą kobiétą nowym dla młodzieńca stała się dowodem, ile stanowczą i zupełną była zmiana sądu względem Kolumba, w niższych nawet klassach społeczeństwa.
— Słyszałem wiele, zapytał w końcu, o niejakim Pinzonie, który podobno dowodził na jednym z okrętów wyprawy; cóż się z nim stało?
— Umarł, sennorze, odpowiedziała Monika. Ten człowiek dawniéj u nas bardzo był poważanym; lecz teraz stracił honor razem z życiem. Wiarołomny względem admirała, zagryzł się, jak mówią, widząc w porcie la Ninę; bo myślał że sam zbierze wszystkie zaszczyty i korzyści.
Luis, pożegnawszy Monikę, puścił się z żoną w dalszą drogę ku miastu.
— Oto kościół świętéj Klary, rzekła Mercedes. Chciałabym, mój drogi, podziękować Bogu za szczęśliwy twój powrót, i błagać go razem o powodzenie dla Kolumba.
Małżonkowie weszli do kościoła i przyklękli przed wielkim ołtarzem; bo w owym czasie najdzielniejsi wojownicy nie wstydzili się jeszcze ukorzyć publicznie wobec najwyższéj istoty. Po spełnieniu téj pobożnéj powinności młode stadło opuściło pobrzeże, udając się z powrotem na okręt.
Nazajutrz rano statek Ozema popłynął do Malagi, i małżonkowie, wysiadłszy na ląd, pospieszyli do Valverde, głównéj posiadłości donny Mercedes. Zostawmy ich tam w użyciu szczęścia, jakie sercom poczciwym zapewnia miłość czysta i poświęcona.
Hiszpania późniéj wydała wielu im podobnych; lecz jedna tylko Ozema zabłysła na półwyspie, jak gwiazda, światłem łagodném lecz nikłém. Życie jéj było krótkie, a imię zaginęło w falach potoku dziejowego.
Z tegoto w części powodu byliśmy zmuszeni w zbutwiałych dokumentach owego czasu odszukać materyałów będących podstawą niniejszego opowiadania.



KONIEC.

Don Luis i Mercedes weszli do kościoła i klękli razem przed wielkim ołtarzem.

Przypisy

  1. Kolumb był synem tkacza w Cigureto, wiosce niedaleko Genui.
  2. Sztachować w języku żeglarskim znaczy obrócić okręt tak, aby płynął na pół z wiatrem, na pół przeciw wiatrowi.
  3. Odrównikowość (amplitudo) znaczy odległość od równika wschodu lub zachodu jakiego ciała niebieskiego.
  4. Godną jest uwagi okoliczność, że dzisiajsza Filadelfia leży właśnie w miejscu, gdzie zdaniem poczciwego Pawła Toscanelli znajdować się miało mniemane miasto Quisay.
  5. Mercedes po hiszpańsku znaczy miłosierdzie.
  6. Admirał mówi tu o Franciszku de Bobadilla, mianowanym w r. 1500 jeneralnym gubernatorem Indyj, który Kolumba, na fałszywe oskarżenie, kazał okuć w kajdany i odesłać do Hiszpanii.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: James Fenimore Cooper i tłumacza: Ludwik Jenike.