Król Husytów/XVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wincenty Rapacki
Tytuł Król Husytów
Wydawca Kasa przezorności i Pomocy Warszawskich Pomocników Księgarskich
Data wydania 1913
Druk Tłocznia L. Bogusławskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XVIII.

Mistrz Marcin otrzymał listy z Pragi.
Zajadła Czeszka pisała mu, że dopóty do niego nie powróci, dopóki nie ujrzy na tronie Korybuta.
Obracał na wszystkie strony papier, który palił mu ręce.
— Szalona niewiasta. I co ja biedny człowiek mam robić z sobą. Mamże rzucić to wszystko tu? — popatrzył z bólem na swoje księgi i sprzęty. — Mam rzucić i polecieć za tą nieszczęśnicą? boć czuję, że bez niej już żyćbym nie mógł. Niech dyabli porwą wszystkich Husytów!
Przestraszył się słów własnych i obejrzał na wszystkie strony.
— Korybuta ona chce widzieć na tronie. Korybuta, którego ścigają jak dzikie zwierzę, aby go zamknąć w lochu. Mam lecieć do niej w chwili, kiedym znów odzyskał łaskę krfólewską, kiedy mi tu dobrze, jak nigdy jeszcze nie było. Ha, to dyabelska sprawa. Toć ta ananke przeklęta, która mi widać pisana.
I wciąż biedny Marcin odczytywał list Elżbiety po raz może dwudziesty, kiedy na progu ukazała się postać owinięta płaszczem i zasłonięta kapturem.
— Kto tu?
— Cicho! to ja!
— Wasza Wysokość?!
— Mistrzu Marcinie, użyj jeszcze twojej cudownej sztuki i spraw to, abym ją mógł widzieć choć na chwilę.
— Księżniczkę? Jest że to w mojej mocy? Takiej siły ja nie posiadam.
— Ty musisz to sprawić. Widzisz, co ze mną uczynili, wydarli mi wszystko, ją truli, aby odemnie oderwać i mamże odejść, nie ujrzawszy jej więcej? Pomyśl, że to może jej wrócić zdrowie, a mnie szczęście zapewnić. Ona, to gwiazda mojego życia, bez niej niema dla mnie korony, niema szczęścia na tym świecie. Bez niej stanę się złym, okrutnym, pomyśl!
— Ach, czegożbym ja dla Was i dla Niej nie uczynił, Mości Książe... ale jak? Wszakże Ona jeszcze nie opuszcza komnaty. Strzeżona bacznie przez nową ochmistrzynię, panią sędzinę z Kurozwęk.
— Choćby stu czartów trzymało ją na uwięziach — syknął z wściekłością książę — ja widzieć ją muszę, bo inaczej podpalę was, zniszczę, z ziemią zrównam. Po za murami stoją moje zastępy, gotowe się rzucić na każde moje skinienie. Radź! myśl, wszakże masz do niej przystęp?
— Cóż z tego.
— Powiedz jej, żem tu przybył dla niej! tylko dla niej, bo żadna siła nie byłaby mocną wywieść mnie z Pragi, że chcę słów parę rzec nadziei na przyszłość. Ona mnie zrozumie i przyjdzie. Idź, spiesz! Każda chwila droga. Mogą mnie odkryć. Tu w tej pracowni czekać będę.
Mistrz Marcin, wypchnięty z domu, znalazł się na dziedzińcu zamkowym bezradny. Załamał ręce z rozpaczy, patrząc w niebo, jakby tam szukał natchnienia. Na raz coś sobie przypomniał, uderzył się ręką w czoło i pobiegł szybko do zamku.
Jadwiga wiedziała o przybyciu Korybuta.Wiedziała, że król przyjął go gniewnie i srogo, ale nie przeczuwała, co go czeka. Już chciała biedź do mistrza Marcina, jedynego jej dziś powiernika. Zamknięta w swej komnacie, chodziła po niej niespokojna, gdy ukazał się Marcin.
— Czekałam na was. Mówcie mi o nim...Co się stało? Jam spragniona wieści. Jabym go widzieć rada. Dlaczego mnie zostawiacie tak samą? Czyż i wy już opuszczacie mnie birdną?
Mówiła gorączkowo. Mistrz Marcin podziwiał tych dwoje tak jednakowo myślących i czujących w tej chwili.
Ona go wzięła za ręce i, trzęsąc niemi, domagała się odpowiedzi.
— Sto języków musiałbym mieć, nie jeden, aby Wam odpowiedzieć. Oto w tej chwili jest u mnie książę Korybut, który pragnie Was widzieć. Wypchnął mnie z domu, abym biegł do Was i oto jestem. Przyszło mi na myśl, żeście rada widzieć moje astrolabium.
— Już, już wiem! Pójdę z wami i zobaczę go...
— Sama?
— Z ochmistrzynią.
I tak mistrz Marcin pokazywał pani sędzinie gwiazdy, podczas gdy młodzi prowadzili rozmowę.
—...Drogi nasze nigdy się nie zejdą — mówiła Jadwiga. — Ja umrę, bo się nie dam okuć w żadne związki...
— Nie. My będziemy żyć i królować Czechom. Przyjdę tu z wojskiem mojem i wezmę was. Tymczasem ufajcie mistrzowi Marcinowi, on o was będzie miał staranie i jak raz was wybawił od śmierci, tak i nadal ustrzeże od złego. Gdy wrócę do Pragi, wyprawię do was je^o żonę. To dzielna kobieta... Kocha cię całem sercem...
— Pamiętajcie, że życie moje jakby na włosku tylko wisi. Wiadomości od ciebie, to balsam na me cierpienia. Okrutna macocha nie szczędzi mi dokuczliwych razów. Mści się za upokorzenie, jakiego doznała nie z mojej winy. A ta zbrodniarka, która zniknęła, Agata? Jakże ona potrafiła mnie otumanić! Powiadają, że to przez zazdrość o was. Czy to prawda?
Korybut się zmieszał.
— Mogęż ja wiedzieć, co w duszy tej potwornej dziewki się kryło?
— Ja was tak bardzo miłuję... Niema dla mnie życia na tym świecie, gdy was nie stanie...
— O, droga Jadwigo! Toć ty jesteś moją gwiazdą przewodnią! Gdy patrzę na to niebo usiane gwiazdami, jak w tej chwili, ciebie tam szukam.
— A może-m ja tą oto, która leci gdzieś w przepaść?
Pokazała mu smugę na niebie.
— O nie! tyś tą, która błyszczy pięknie na zachodzie, darząc ludzi nadzieją...
Mistrz Marcin rzucił im w tej chwili znak ostrzegawczy. Korybut ucałował podaną rękę i znikł w ciemościach nocy.
Biedna Jagiellonka patrzała długo za uchodzącym cieniem swego ukochanego. Złowrogie przeczucie owładnęło jej duszę i jęk bolesny wyrwał się z piersi.
— Nigdy! nigdy go już nie zobaczę. O, czemuż nie mogę biedź za nim? Czemu nie mogę dzielić jego losów? Czemu?...
Rozpłynęła się we łzach. Stara ochmistrzyni była przestraszona. Mistrz Marcin począł uspakajać i napominać po cichu, wreszcie wziął ją w ramiona jak dziecię i poniósł do zamku.
— Do więzienia mnie niesiesz, — wołała. — Czemuś nie zostawił tam pod gwiazdami, gdziebym patrzeć mogła za nim i czekać?...
— Przez Boga żywego Was zaklinam.W imię tego, który dla Was tylko żyje i o Was myśli w każdej dnia godzinie, raczcie się opamiętać i uspokoić.
— Już będę spokojna, nie obawiajcie się.
— Będę tu czuwać nad Wami.
— O tak.
Księżniczka przebyła noc w gorączce. Marcin rwał włosy z głowy. Wschodzące słońce przyniosło pokrzepienie.

Na dworze nie zajmowano się nią. Stara ochmistrzyni przywykła do częstych objawów smutku i płaczu. Wreszcie mistrz Marcin uspokoił ją zupełnie, ale nie potrafił uspokoić własnego sumienia.



Wieść o powrocie Korybuta, jako króla Czech, lotem piorunu obiegła Polskę. Zagotowało się tak dobrze w dworach szlacheckich, jak i w pańskich zamkach. Cała plejada husyckich panów jak Spytek, Dziersław, Puchała, Abram ze Zbąszyna, Jakób Przekora, Władko z Domobarza, Siestrzeniec werbowała zaciężnych, garnęła stronników. Korybut objeżdżał zamki i dwory, przyjmowany jak król. Płonęły dobra duchowne. Napadano klasztory i zamki stronników biskupich. Istny sądny dzień nastał.
Dekret banicyi na Korybuta i konfiskata jego księstw na Litwie, rozżarzyła większy jeszcze ogień.
— Oto stryjaszkowie zajrzą korony młodemu księciu! — krzyczano głośno prawie na ucho królowi. — Nie chcemy nic słyszeć o Krzyżakach! Kto wywołał tę wojnę, niech ją prowadzi! Gdy pobijem Zygmunta w Czechach, pójdziemy z Husytami na Krzyżaków!
Tymczasem rabunki, pożoga duchownego dobytku szerzyły się straszliwie.
Korybut, nim pociągnął z siłą dziesięciotysięczną do Pragi na swoje królestwo, zapukał do celi ojca Mikołaja, Żelaznej Głowy w Tyńcu.
Starzec pochylił się bardzo, choć nie tak dawno żegnał Korybuta. Troski snać przybiły go do ziemi.
Na powitanie gorące księcia, chłodno podał dłoń, i posadził na twardym zydlu.
— Nim wrócę tam, gdzie mnie obowiązek powołuje, chciałbym was jeszcze widzieć i podziękować za wasze dobre słowa i rady, któreście mi tak życzliwie dawali.
Starzec patrzał nań długo, jak gdyby chciał uprzytomnić sobie w pamięci jego rysy, potem rzekł smutnie:
— Jeżeliś Wasza Książęca, czy Królewska Mość, bo nie wiem jakim tytułem mam mianować, przyszedł mi podziękować za moje dobre słowa i rady, to one nie warte Waszego trudu.Bierzcie je jak dotąd za próżne gawędy zrzędliwego starca, o których pamiętać nie warto.
— Jam jednak o nich pamiętał i w ciężkich trudach życia wspominałem ze czcią i żałowałem, żem was nie miał przy sobie.
Starzec spojrzał mu w oczy bystro, i jak gdyby wyczytał w nich szczerość rzekł łagodnie i z żalem.
— Tak, gdybym był przy Was, nie dałbym Wam popełnić ciężkiego grzechu, który na całem życiu Waszem kamieniem zacięży i będzie Was parł do coraz większych, bo pamiętajcie, że zło wszelakie tylko dobrem złagodzić można.
— I ja tak pragnę. Pragnę za ten grzech dobro działać.
— A idziesz ku złemu.
— Ja?
— W pogoni za tą koroną wleczesz po za sobą zastępy rozbójnicze. Śmierć i pożogę siejesz wraz z niemi i Ty dobro pragniesz działać na ziemi? Na zgliszczach pożogi, na stosach trupów, cóż się urodzić może?...
— Urodzi się nowa siła, która oczyści świat...
— I zrodzi zdrajców, krzywoprzysiężców, łupieżców! Oh, jakże mi Was żal!
— Nie żałujcie, a raczej błogosławcie moim czynom...
— Nie — ja Wam błogosławić nie będę.Jak podeptaliście wiarę swoją, tak dalej będziecie deptać wszystko, co czcić należy.
— Więc was żegnam. Nadchodzą czasy, których wy już pojąć niezdolni.
Wyszedł i zatrzasnął drzwi swego losu. Zastanowił się jeszcze po za temi drzwiami celi, jak gdyby niewidzialna ręka go powstrzymała, postąpił ku drzwiom, uczynił ruch, jak gdyby je otworzyć pragnął, gdy rozległ się odgłos trąbki długi, smutny i popłynął przez wzgórza, jary i lasy i odbił się gdzieś daleko u wrót Wawelskiego grodu. Wtedy się wstrząsnął, pobiegł z góry i złączył z oddziałem zbrojnym.

Starzec popatrzał przez otwarte okno swojej celi i widział, jak hufiec rozszalałej szlachty popędził z nim w górę Wisły, którą zachodzące słońce ubrało w krwawą wstęgę, otarł łzę rękawem habitu i wyszeptał:
— Zginiesz niesławnie, jak tylu, tylu innych, na których oczy moje patrzały. Szkoda! Dużo tam darów Bożych zmarnieje!.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wincenty Rapacki (ojciec).