Kozaczyzna (Zimorowic, 1857)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Bartłomiej Zimorowic
Tytuł Kozaczyzna
Pochodzenie cykl Sielanki
ze zbioru Sielanki Józefa Bartłomieja i Szymona Zimorowiczów
Data wydania 1857
Wydawnictwo Nakładem Michała Dzikowskiego
Miejsce wyd. Przemyśl
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XV. Kozaczyzna.
Dorosz, Ostafi, Wojdyłło.
Dorosz.

Żywo widać panowie?


Ostafi.

I sami nie wiemy,
Czyśmy nieboszczykami, czy jeszcze żyjemy.


Dorosz.

Czemuż to?


Ostafi.

Jeszcze pytasz, jakobyś przychodniem
Niedawnym był do ruskich krajów przed tygodniem.


Wojdyłło.

Zaź niewiesz, co nas wszystkich i naszą ojczyznę
Potkało w nieszczęśliwą teraz kozaczyznę?
Kiedy zbójcy domowi, znajomi naszyńcy,
Zprzysiągłszy się na swą krew z brzydkiemi hordyńcy,
Ze wszystkiego do skóry zdarłszy nas dostatku,
I samych zaprzedali pohańcom w ostatku?


Ostafi.

Nigdy tak zajuszeni nie są i zażarci
Na krew uciekających myśliwców lamparci,
Nawet tak okrutnemi nad biednemi brańcy
Nie byli i nie będą nigdy bisurmańcy,
Jako nasi sąsiedzi i pobratymowie,
Co się z nami kumali; z nami hej! surowie

Postąpili złupiwszy nas samych, i dziatki
Wydali nasze niecnym Tatarom na jatki;
Na chudobę, na duszę, na krew swojej braci
Niewinną nastąpili niezbłagani kaci.


Wojdyłło.

Tak się z nami obiema tego roku stało:
Zdarto nas do koszule, potem grzeszne ciało
Haniebnie skatowawszy, gorzej niż na męce,
Za lada co w pogańskie zaprzedano ręce.
Tak to wierni druhowie, nie, raczej psi wściekli;
Sam tylko nam bóg pomógł, iżeśmy uciekli
Z więzów nieprzyjacielskich; już to trzy niedziele,
Nic nie uniosłszy, tylko trochę duszy w ciele.


Dorosz.

Cóż mi to powiadacie, jakobym w tej szkole
Nie był i ja i w tymże nie leżał rosole!
Nie uszedłem powszechnej z wami tarapaty,
Popalono mi gumna, stodoły, pnie, chaty,
Czeladkę, jakoby proch, na który wiatr wionie
Gwałtowny, rozpuszczono w jednejże godzinie.
Bydła mi nie zostało ani żadnej sierci,
Sam także wróciłem się zaledwie od śmierci.


Ostafi.

O Doroszu, Doroszu! na jakieśmy czasy
Przyszli, o których starsi nie słychali nasi,
Czegośmy nieszczęśliwi ludzie doczekali!
Słudzy nam, hej niestetyż, słudzy panowali,
Nasi właśni najmyci, smrodliwi gnojkowie,
Nam panom swym dziedzicznym usiedli na głowie:
Ono chłopstwo nikczemne, bezecni hultaje
Szczęśliwe niegdy ruskie splondrowali kraje,
Które miodem i mlekiem przedtem opływały,
Dziś się łzami gorzkiemi, krwią swoją zalały.


Dorosz.

Kto się kiedy spodziewał, żeby wypaść miały
Z tak maluchnej iskierki tak wielkie zapały,
Których ani obfite łzy ugasić mogą,
Ani krew wytoczona powodzią tak srogą!
Nie umiano tej iskry zalać wody kropią,
Teraz pożóg jej wielki rzeki nie zatopią.
Do takiej więc niewoli zbyteczne swobody
I łakomstwo przywiodło do tak znacznej szkody,
Że wszystkie zbiory nasze i ozdoby pańskie
Poszły na łup poddanym i w ręce pogańskie!
Wyrabowano miasta prawie aż do gruntu,
Które nie pomagały zdrajcom tego buntu,

Splondrowano fortece, zamki, twierdze, dwory,
Zburzono monastery i wszystkie klasztory,
A, nad co żałośna rzecz żadna bydź nie może,
Splugawiono ołtarze, także domy boże,
Pohańbiono świątości, pobożne świątynie
W łotrowskie obrócono (żalu nasz!) jaskinie;
Starzy hospodynowie, cerkiewni śpiewacy
I, nie wiedzieć kędy się rozbieżeli, diacy:
Jedni pokatowani z duszami się męczą,
Niektórzy w Perekopie kajdanami brzęczą;
Czernice poślubione bogu jawnej psoty
I małżeństwa nie uszły wszetecznej sromoty,
Wstyd panieński na niewstyd psom krymskim wydany,
Niewinne obrócone dziateczki w pogany.


Ostafi.

Gdzie przedtem stały karczmy, folwarki, wsie ludne,
Teraz wszystko pokryły popioły popudne;
Gdzie one pyszne dwory, niedobyte grody?
Gdzie słomiane chałupy i wiejskie zagrody?
Poszły z dymem do nieba, zginęło Podole
Nasiadłe, tylko z niego niebo dziś a pole!


Wojdyłło.

Żaden kąt od pogańskiej i chłopskiej nawały
We wszystkiej Rusi zdrowy nie został i cały,
Skryte tajniki, lochy, pieczary tajemne
I głębokie zmacano wnętrzności podziemne;
Już to przez zabobony, gusła rozmaite,
To przez próby i pytki nader wyśmienite
Zbadano utajone po jamach chudoby,
Nawet zmarłych odkryto nieboszczyków groby;
Trupów ropą ociekłych, przebutwiałych drugich,
Odarto wespół z skórą zgniłą z koszul długich.
Nie inaczej, jak stado paskudnych świń z głodu
Kiedy płot rozrzuciwszy wpadnie do ogrodu,
Pyrcia, biega, wierci się, pyskiem ryje wszędy,
Aż wywróci nogami wzgórę wszystkie grzędy:
Tak hałastry zadnieprskiej skozaczone tłumy
Kraj ruski obróciły w perzyny i rumy.


Ostafi.

A takiej im roboty i nieznośnych zbrodni
Duchowni pomagali wspomnienia niegodni,
Prawie, aby nas żywcem i całkiem pożarli,
Samego piekła na nas paszczękę rozdarli.


Dorosz.

Czego nas nabawiły domowe rozruchy!
Nie tylko nam dojadły ukraińskie muchy,
Ale i wielkim panom, aż musieli stadem
Na rączych przed tym umknąć za Wisłę owadem.

Przecie powołoszczyzny i tam im dobodły,
Ledwie na ostatni hak Polskiej nie przywiodły,
Że już na cienkiej nici Korona wisiała,
Sam tylko bóg ją trzymał, że się nie urwała,
Jakom słyszał od księdza lackiego w niedzielę,
Kiedym był na kazaniu z sąsiady w kościele;
Tenże przypomniał krówkę, co się lągnie w gnoju,
Skarabrusem ją nazwał, jakoby do boju
Przyszedłszy z bystrym orłem tak długo swojemi
Glutami nań strzelała zawsze smrodliwemi,
Aż one czerepachę pan lotnego ptastwa
Musiał jednać niemogąc znosić jej plugawstwa;
Bowiem i na wysokie drzewa za nim lazła
I na Jowiszowym go podołku nalazła —
Tak, prawi (kaznodzieja tenże mówił) dzieci!
Z szpetnym nieprzyjacielem wojna państwa szpeci.


Wojdyłło.

Raczej to panom, niźli nam należy wiedzieć,
Chociaż przed tą gawędzią i my się wysiedzieć
Nigdzie nie mogli jako żywi, tak umarli;
Dobrze, że się do nieba samego nie wdarli
Niezbożni olbrzymowie; aleć nie potrzeba
Na wojnę świętokradzką chodzić im do nieba,
Naleźli i na ziemi, jako z bogiem mieli
Walczyć, kiedy czartowskie ręce podnieść śmieli
Na kapłany i służby bogu poświęcone,
Na budynki imieniu jego wystawione;
Gdy świaszczeników, chociaż do cerkwi uciekli,
Przy ołtarzach jak bydło na ofiarę siekli.
Że krew, która z tułowów ściętych wypryskała,
Nieraz oczy Przeczystej w obrazie zalała,
Gdy malowanym świętym gęby wycinali,
Oczy kłóli, z janczarek jak żywe strzelali;
Kiedy piekielnym ogniem i pańskie przybytki
I trupy w nich pobite zapaliwszy wszytki,
Jako całopalone przed dawnemi laty,
Z dymem prosto ku niebu puszczali obiaty.


Dorosz.

Wierzę, że to nie ludzie w złościach tak uparci,
Raczej byli w człowieczech ciałach skryci czarci,
Ponieważ na cześć boską, tajemnice święte
I pomazańce ręce rzucili przeklęte,
Do tego prawosławnych cbrześcian tak wiele
Pomordowali oraz na duszy i ciele.


Wojdyłło.

Ludzieć byli, ale tak z ludzkości obrani
Właśnie, jakby z podziemnej wypadli otchłani,
Oprócz wierzchniej postawy i głosu ludzkiego
Nic więcej niemający w sobie człowieczego;

Okrutniejsi nad tury i dzikie bestyje,
Zjadlejsi nad jaszczurki, padalce i żmije;
Ktokolwiek się nagodził, z tej samej przyczyny,
Że był człowiekiem, a nie chłopem z Ukrainy,
Zabijali bez braku, i wszystekby byli
Gmin pospolity oraz na głowę wybili,
Tylko że Tatarowie przed śmiercią tyrańską
Wiele jeńców kupili w niewolą pogańską.


Ostafi.

Ba nawet którymkolwiek przechodzili śladem,
Parą swoją piekielną i szatańskim jadem
Włości całe, powietrza, wody, gumna, pola,
Obory zarażali i wszystkie żywioła,
Że więcej po odejściu pospólstwa pomarło,
Niżeli w bytności ich żelazo pożarło;
Jeszcze od tego czasu wszędy bydło padnie,
Jeszcze i pomarlica panuje szkaradnie.


Dorosz.

Wprawdzieć moja czeladka ze wszystką oborą
Do Derewacza uszła i tamże pod górą
W zasieczy wysiedziała przed tą burzą, ale
Skoro tylko do domu powróciła w cale,
Na pował chorowała, ledwo przebolało
Kilkoro, a z bydła mi rogu nie zostało.


Wojdyłło.

I mnie odeszły dojne czabanki i owce,
Tylko dwie zimowane zostały jałówce,
Dla tegośmy tu bydła dokupować przyszli.


Dorosz.

I ja toż przedsięwzięcie mam dawno na myśli,
Przysposobić cokolwiek macior dla przypłodku,
A że jutro krasny targ będzie pewnie w Gródku,
Pójdziemy rano z sobą wszystko troje w kupie;
Dziś przenocujcie zemną pospołu w chałupie,
A póki nam wieczerzy skrzętna gospodyni
I kołaczów z słoniną świeżą nie uczyni,
Usiadłszy na murawie pod wierzbami w cieniu
Pogadajmy o przeszłem naszem utrapieniu;
Wszak i jaskółki, skoro na wiosnę wylecą,
Bez przestanku się głośno witając szczebiecą
Rachując, wiele żywych, wiele zmarłych w wodzie;
Miło wspomnieć przypadki przeszłe na swobodzie.


Wojdyłło.

Lepiejby zapamiętać wiecznie kozaczyzny,
Niźli ją odnawiając, zagojone blizny

Drażnić; lecz, że inaczej wam się dwiema zdało,
Więc ja powiem najpierwej, co się ze mną działo.
Jako przyszłą nawałność żeglarzom na morzu
Gwiazdy opowiadają, tak na Zaporożu
Burdę kozacką, gdy się zaczynała właśnie;
Wiele praktyk domowych wróżyło nam jaśnie;
Nie było żadnej nocy, śmiele to rzec mogę,
Którejby nie trąbili kundysi na trwogę;
Nie było dnia, żeby weń stare wrony wieszcze
Nie miały krakać rano, a, co powiem jeszcze,
Żadnego roku wilcy większemi kupami
Nie wili się naszemi między koszarami;
Nawet się z domowemi spąchawszy sobaki,
Szkody w trzodach czynili — azaż to nie znaki
Unii niezwyczajnej, która biesa z krzyżem
Pobratała, Krym dziki zjednoczywszy z Niżem?
Nuż, gdy najwięcej chmielu w zapustne ostatki
Zażywaliśmy, azaż w tenże czas na klatki
Wiejskie i na pałace pańskie z wschodniej strony
Szturmowny wiatr i wicher wypadłszy szalony,
Oddzierając poszycia, łupiąc domy z dachów,
Prędko następujących nie był wieszczkiem strachów?
Lecz, kogo bóg pokarać chce, zdrową mu radę
Odbiera; tęż ja miałem na rozumie wadę,
Nie pokładałem sobie w pamięci tych wróżek,
Ani obawiałem się niebieskich przegrożek —
Aż kiedy jednym razem zza Dniepru wypadła
Z trzaskiem i błyskawicą straszna chmura nagła,
Kiedy przed jej potopem i kamiennym gradem,
Kędy kto mógł, uciekał: dopiero ich śladem
Nie dowierzając bagnom, ani trzęsawicy,
Umknąłem z domem wszystkim do ruskiej stolicy.
Tam proskurnica cerkwie krotoszyńskiej w bramie —
Pocobym się tak cisnął usilnie? spyta mię.
Gdym powiedział: Kącika poszukać niewieście —
Nie osiedzisz się, rzecze, nieboraku w mieście,
Jako zdzierżą potęgę mury ladajakie,
Której nie mogły wojska wydołać trojakie?
Płacz mi nie daje mówić, ale miasto zginie
I ktokolwiek się wtenczas żyjący nawinie;
Raczej, iż są Kozacy jednej z nami wiary,
Jednegoż zażywamy chrzęstu i ofiary:
Do katedry władyczej świętojurskiej radzę
Uchodzić wam i sama tam się wyprowadzę,
Przecieć i na krew swoję i mirrę władyczą
I na świątnicę będą mieć wzgląd męczenniczą. —
Co ja słysząc, i widząc ludzie rodu mego
Z miasta, jako z okrętu już już tonącego,
Wynoszące sprzęty swe i różne tłómoki,
Ustąpiłem na górę z żoną bez odwłoki,

Alem trafił pod samę rynnę z deszczu; bowiem
Nazajutrz po wtargnieniu (że co prawda, powiem)
Tatarowie z Kozaki jako gęsta chmura
Najprzód na cmentarz wpadłszy do świętego Jura,
Kilka tysięcy ludzi, którzy tam uciekli,
W oczemgnieniu pobili i na śmierć posiekli,
Niektórych powiązali Tatarzy w surowce;
Tak, kiedy kupa wilków wpadnie między owce,
Żadnej całej nie puszczą; abo gdy jastrzębie
Ze wszystkich stron uderzą na stado gołębie,
Choć się z strachu tęgiego przyczają do ziemi,
Przecie wszystkich poszarpią pazurami swemi:
Tak tu najmniejsza dusza śmierci abo łyków
Nie oszła suchą nogą jawnych rozbójników;
Bałuch okropny z wrzasku, lamentów i pisku
Umierających, jako na pobowisku;
Tu dzieci, tu niewiasty, tu leżą tułowy,
Tu pomieszane w kupę walają się głowy.
Wozów liczba bezmierna już pozakowanych,
Tamże nie mało widać skrzyń porabowanych.
Bacząc my to (a było nad tysiąc nas więcej)
W cerkwi drzwi zamknęliśmy drągami copręcej
Rozumiejąc, że nas dóm boży z onej toni
Swojem poszanowaniem od szwanku obroni —
Lecz prędko nas otucha oszukała błaha,
Bowiem do cerkwi wszystka przypadłszy wataha
Ze czterech stron poczęła łamać oraz mury,
Jedni z nich lud gromadny strzelali przez dziury,
Drudzy tłukli ciężkiemi fórtę taranami,
Niektórzy dziurawili ściany kilofami;
Insi przebiwszy zwierzchne młotami sklepienie
Spuszczali na gęsty lud orklowe kamienie,
Aż niektórzy od strachu napoły pomarli;
Aż kiedy się oprawcy drzwiami do nich wdarli,
Przesiecze siekierkami przez nacisk on srogi
I przez ciała czynili martwe sobie drogi:
Tamże jeden drugiego dusił w tym hałasie,
Jeden drugiego krwią swą napawał w tej prasie,
Że niezadługo cerkiew pospołu z przytworem,
Krwawą sadzawką, ciepłem stała się jeziorem;
Dopiero jako snopy biorąc z wiejskiej kupy,
Przerzucali na stronę obnażone trupy
I tak gołe za nogi na podwórze wlekli,
Jeźli duszę zataił który, znowu siekli.
Jako w tym żona z dziećmi zginęła nierządzie,
Nie będę wiedział pewnie, aż na bożym sądzie;
Ja przez ten czas w maclochu nieznacznie zakryty
Siedziałem za obrazem świętego Mikity;
Z razu widząc te mordy serce we mnie drżało,
A potem jako kamień od żalu ztrętwiało,

Żem dalej nie mógł patrzyć; dopiero pojźrałem,
Kiedy ihumen głosem zawołał niemałym:
Hej! Proboh chrestyjane! Temu horylicą
Polawszy plesz na głowie przepalali świecą,
Żeby wyśpiewał, kędy stare ryze schował,
Albo srebro; on z niemi o wierze rokował,
Lecz mu jeden powiedział: Bateńku choroszyj!
Nechoczem twojij wiry, łysze ditczych hroszyj.
Insi ustawnie Ilałaj, bre Guar, wołali,
Żeby się Tatarami, nie Rusią bydź zdali.
Takowe wyprawiwszy do południa sztuki,
Ci odjachali, graty powiązawszy w juki,
Po nich zaraz nadeszli z rydlami kopacze,
I nad pierwszych trzy razy ciekawsi badacze.
Ci już kruszcu szukając otworzyli groby,
Ruszyli wszystkie trumny i zgniłe osoby,
Z których zdzierali ropą obewrzały szmaty
I zaraz się dzielili zbutwiałemi płaty;
Naostatek wołając: Proszczaj światyj Juru!
Oberwali na ziemię obraz jego z muru,
Większe tablice rąbiąc jako drwa łupali,
Aż mię też w skałubinie onej wymacali,
Natychmiast żegnając się krzykną: Boh ne mara,
Ja na to: Ej czołowik, ta i wasza wiara.
Ale masz denhy lackie, — skoro to wyrzekli,
Jako mysz z onej jamy za łeb mię wywlekli
I obrali do naga; jedni za kaletę,
Drudzy za trzos, aże w nim naleźli monetę.
Ho, ho, ho krzyknęli, ty mużyku kozackie
Nieprzyjaciele nosisz z sobą, zdrajce lackie,
Gardłowa to jest sprawa i nie ladajaka ,
Ale żeś chrześcianin, a nie Lach sobaka,
Czynią ci atamani łaskę (dziękuj bogu),
Abyć trochę czupryny przycięto na progu.
Już mię jeden z siekierą do progu przywodził,
Aż się we drzwiach Tatarzyn z trafunku nagodził,
Ten opończę kilijską z konstrubatych sierci
Dawszy im, wybawił mię od zabitej śmierci;
Sam na smyczy jako psa prowadził do koszu,
Kędy com przez półroka ucierpiał Doroszu!
Nie spisałbyś wszystkiego na wołowej skórze;
Dam pokój , bo już widzę blisko podwieczorze,
Niech też o swojej biedzie powie nam Ostafi.


Ostafi.

A któż to wypowiedzieć wszystko dobrze trafi!
Powiem to, co pamiętam; ja ni o czem zgoła
Nie wiedziałem, aż wpadli Tatarzy do sioła;
Tam gdy jedni za dzieci, a za żonę drudzy,
Ledwiem się na pastewnik wymknął, za mną słudzy,

I uszliśmy do lasa, ztamtąd bez odwłoki
Przyszliśmy na rozświcie pod zamek wysoki.
A już pełno w kurniku ludzi było onym,
Ni strzelbą, ni żywnością słusznie opatrzonym:
Byłoć w czapkach baranich drabów niemal dwieście,
Których około jatek nazbierano w mieście;
Umieli z kobył strzelać, tylko z kapitanem
Porucznik ich już dawno dyszeli za Sanem,
Przez co i nierząd mógł bydź bez pasterzów w trzodzie;
Zbiegło też tam Podzamcze i wszystko Podgrodzie,
Stało i parę działek bez kul i bez prochu,
Inszego było ze trzy tysięcy motłochu.
Wszyscy pijacy głodni, którzy miasto walki
Wytrząsali biesagi babom i kobiałki,
Miasto warty hajducy wodę szynkowali,
A drożej ją niźżli miód pity przedawali.
Kiedy się tak morzymy na onej wierzchnicy,
Piątego dnia przypadli do nas buntownicy,
Okrywszy zewsząd górę jako mgłą szarawą,
Jedni strzelali, drudzy bieżeli knam ławą.
Tamże Tatarzy z góry puszczali nawiosy,
Huk wielki z obydwu stron w same bił niebiosy.
Skoro tedy w pół góry wbiegła ta lichota,
Najpierwej wypaliła z muszkietów piechota,
Potem na odsiecz z muru puszczono pociski:
Leciały tam kamienie, cegły, garnki, miski,
A wziąwszy pochóp z góry, kogo tylko w drodze
Potkały, witały go po głowie, po nodze —
Ten grad chmurę rozpędził chłopską, część jej wielka
Poszła w zad wywracając aż na dół koziełka.
Drugi raz niespodzianie, aniśmy postrzegli,
Kiedy Krzywonosowi łotrowie przybiegli
I poczęli dziurawić bindasami mury;
Tatarowie też strzały pościli jak chmury,
Że po wszystkim jako szczeć gęsto tkwiały dachu,
Wtenczas nabraliśmy się aż po uszy strachu,
Otoli to ognistą strzelbą, to cygańską,
Ledwieśmy odegnali szarańczę szatańską,
Miasto południowego broniło też boku,
Parząc do nich ustawnie z hakownic po oku.
Potem głód niesłychany piechocie dokuczył,
Że wielu do Kozaków przedawać się uczył.
Naostatek nie stało prochu im i lontów,
Aż musieli niektórzy knoty robić z gontów;
Przetoż nocą do miasta ustąpił burgrabi
Rzkomo dla potrzeb, za nim poszli wszyscy drabi —
A nieprzyjaciel w zamek opuszczony marnie
Wpadł, jako wilcy zwykli wpadać do owczarnie,
I tam gmin pospolity krzyczący żałośnie
Siekierami na ziemię walił jako sośnie;

Nie przepuścił białej płci, ani dziatkom małym,
Niby w lesie gęstym drwa, siekł wszystkich zahałem,
Naostatku pobitych odzierał z odzieży;
Jam na wierzchu narożnej wysiedział się wieży,
Od strzał tatarskich deszczką przeciem się zakładał,
Aż kiedą już samopał Kozak do mnie składał,
Musiałem na dół zstąpić; a on mnie do naga
Obłupiwszy kiścieniem jak smaga, tak smaga,
Abym powiedział, kędym pieniądze zachował.
Gdym go prosił, żeby mi jak swemu folgował,
Rzekł na to, żeś ty Rusin kotiuho! niedoszły,
Bo mięsem lackiem ruskie kości twe obrosły,
Przeto jeźli się dostać chcesz z nami do nieba,
Obić ci mięso lackie z kości ruskich trzeba.
Jakoż mię tak okładał bez wszelkiej litości,
Że mię niekędy mięso odstało od kości;
Zbiwszy mi tak na miazgę onym basałykiem,
Zawołał na Tatary mijające krzykiem:
Kardasim, daj mi który szmailską kulbakę,
A ja mu za nię tego daruję sobakę.
Prędko się nalazł kupiec, który gdy mię zwodził
Z zamku, w posocem ludzkiej śród goleni brodził,
Bo tam była obfitym krew wylana stokiem,
Że na dół wypadała przez bramę rynsztokiem.
Zaprawdę nic tańszego nie było w one dni
Nad człowieka i żywot ludzki bardzo biedny;
Lada szuja, by śmierdział kobużnikiem tylko,
Mógł zamordować ludzi na każdy dzień kilko
Bez karania — i owszem, tem się więcej chlubił,
Że swą ręką tak wiele głów niewinnych zgubił;
Żaden się nie obawiał za to boskiej kary,
Trzymając to, że milszej natenczas ofiary
Nie mógł bogu uczynić, jako lackie plemię
Wybiwszy, oswobodzić z niego ruską ziemię;
Przetoż wszędy leżało pełno, jako cielców ,
Porzezanych ciał ludzkich od onych wisielców.
Nie było i nie będzie (prawdę wyznać muszę)
Okrutniejszych tyranów nad ruskie katusze;
Jeszcze dotychczas pomsty krew niewinna woła,
Ta sama kiedykolwiek Ruś zagubi zgoła.
Nierychły bóg, lecz łuczny, każdemu wygodzi,
Za przestępstwem niemałem wielka pomsta chodzi.
A niedługo czekając samo chłopstwo grube
Widzi, że się porwało na swą własną zgubę.
Już to Rusi zginęła niemal połowica,
Po większej części pusta stoi ich ziemica,
Nie tak od szabli polskiej, jako swoich zbójców;
Bilić to bracia bracią, a synowie ojców,
Więcej ich niż milion zabrali Tatarzy,
Więcej Rusi, niż bydła, w Turczech na bazarze,

Wszystkie hordy pogańskie, Tehinie, Stambuły,
Azye obie śmierdzą już od ruskiej smoły.
Więc o wiarę wojują, cóż będzie po wierze,
Kiedy się pokolenia ruskiego przebierze?
Pewnie wróblom, nie ludziom wschodnia cerkiew święta
Przyda się, kiedy wierni wyginą do szczęta.


Dorosz.

Dosyć o tem dziś będzie, już też słońce zsiada,
Już i wieczór w ciemnej mgle z za lasów wypada;
Jutro sobie ostatek tej burdy powiemy,
Teraz ją (proszę z sobą) wieczerzą zajemy.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Bartłomiej Zimorowic.