Burda ruska

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Bartłomiej Zimorowic
Tytuł Burda ruska
Pochodzenie cykl Sielanki
ze zbioru Sielanki Józefa Bartłomieja i Szymona Zimorowiczów
Data wydania 1857
Wydawnictwo Nakładem Michała Dzikowskiego
Miejsce wyd. Przemyśl
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XVI. Burda ruska.
Dorosz, Ostafi, Wojdyłło.

Jeszcze czujna jutrzenka po nocnej kąpieli
Wczasowała spotniałe członki na pościeli,
Zaledwie co na ziemię upragnioną rosy
Wycisnęła rękoma z utrafionej kosy,
A już goście wczorajsi myśleli o drodze,
Odprawiwszy on nocleg w niesłychanej trwodze;
Bowiem, nabiwszy sobie głowy przeszłą wojną,
Dla snów straszliwych i noc mieli niespokojną:
Ledwie który z nich chcąc się uspokoić zdrzemie,
Zda się mu, że go wiążą, sieką, tłuką w Krymie.
Wyszli tedy na drogę, jeszcze nie przygasły
Gwiazdy zaranne, które słońcu w drogę zaszły,
Tam gdy ich Dorosz spytał, jakoby uciekli
Z tatarskich oków, oraz obydwa mu rzekli:
Aby on im porządnie pierwej wypowiedział,
Kiedy się przed tak walnym pogromem wysiedział,
Obiecując mu potem sposób opowiedzieć
Wyjścia swego; w tem Dorosz na to:


Dorosz.

Macie wiedzieć,
Kiedy się podobało najwyższemu bogu,
Zbytkom Roksolańczykow dumnych przytreć rogu,
Aby łacniej okrócił umysły ich harde
I odwetował prostych odrzutków pogardę;
Jako za dawnych czasów górnomyślne głowy
Karał przez muchy, żaby i owad domowy:
Tak i tu ukraińską pobudził szarańczę,
Przydawszy jej szerszenie, krymskie obrzezańce,
Żeby zapalczywości jego bez odwłoki
Na karkach wykonali niekarnych wyroki.
Ażci ona hałastra, drużyna zbierana,
Słysząc, na jaką służbę , do jakiego pana

I pod czyją chorągiew zaciąg uczyniła,
Na wszelkie się niewczasy i śmierć odważyła.
Z onych wzgardzonych huńków, koziarzów, rolników
Namnożyło się wodzów, strzelców, pułkowników,
Którzy chodzili przedtem jakoby umarli,
Z wojskiem niezwyciężonych Sarmatów się starli,
A że im kredensował w potrzebie gniew boski,
Sam im serca dodawał, a straszne przegróżki
Puszczał na wojska polskie: nie ich broń, nie oni,
Ręka boska wygrała, która przy ich broni
Wtenczas biła, która ich biczami chłostała
Syny zapamiętałe, ta plac otrzymała.
Przetoż nie tak przed chłopstwem i siłą pogańską,
Jako przed straszną ręką uchodzili pańską,
Unosząc głowy całe i głowy niezbite,
Na sercach tylko mając sztychy nie odbite.
Co ja widząc (bom wtenczas przy gościńcu właśnie
Rolą podkładał), że się grobla rwała strasznie,
Spodziewając się prędko walnego potopu,
Kazałem służebnemu dnia doorać chłopu,
A sam coprędzej wziąwszy na kolasę dzieci
I samą, także trochę domowych rupieci,
Ujachałem do Lwowa; tam już pełno wszędy
Było żołnierstwa, żem też niemiał stanąć kędy,
Musiałem odpoczywać z dziatkami i żoną
Na błotnem targowisku kilka dni przed broną,
Kędy słyszałem, że się pokrzepić wojskowi
I mieli dać pod miastem wstręt nieprzyjacielowi.
Lecz zaledwie tatarskie zagony w pogoni
Przyśpiały, rzuciło się co żywo do koni
I niesłychanym pędem odbieżało miasta.
Wtenczas się moja z dziećmi wemknęła niewiasta
Do bramy, ja niżelim dobieżał na błonie,
Porwali mi ciurowie na pasy dwa koni.
W tem powrócę do miasta, a tam pełno trwogi,
Aż mi z przestrachu febra uderzyła w nogi,
Bo kilką oraz bębnów zbierano piechotę
Tak z pospólstwa luźnego domową, jako tę,
Która z piławieckiego zabiegła pogromu;
Mieszczanie też na ten huk każdy z swego domu
Armatno wypadali, a już pułkownicy
Z chorągwiami pieszemi stali na ulicy.
Ci gmin wszystek na pułki rozdzieliwszy cztery,
Każdemu z nich na wale rozdali kwatery:
Na czele, co przedniejsi, i celniejsi męże,
W arkabuzy donośne i insze oręże
Wojenne opatrzeni, a w tyle nich różni
Z kosami, oszczepami swoi i podróżni;
Po basztach okolicznych i murowych blankach
Cechowi rzemieślnicy stali w swoich szrankach.

Gdy tak uszykowana warta nocy czeka,
Ognie się pokazały wieczorem z daleka,
Znak tatarskich zabiegów; przetoż uderzono
Z dział, które już na wały za dnia wywieziono.
Potem całą noc ognie widać było srogie,
Które wsi w okolicy paliły ubogie.
Nazajutrz koło miasta tatarskie zagony
Stanęły pod szkapiemi zdaleka ogony,
Do nich skoro pod same śniadanie z poranku
Poczęto bić z armaty wielkiej bez przestanku:
Skoczyli do przedmiejskich wielkim pędem szlaków,
Lecz ich tam przedmieszczanie razili z półhaków.
Śmiele jednak Tatarzy konno nacierali,
Aż mieszczanie przedmiejską straż posiłkowali
Strzelcami ochoczymi; tymczasem dokoła
Codzień gorzały bliskie folwarki i sioła.
Dopiero czwartego dnia kozackie tabory
Okryły wszystkie pola przedmiejskie i góry,
Konni opanowali pagórki, a piesza
W dół się puściła prosto ku przedmieściu rzesza.
A jako Niestr gdy z brzegów wzbierze, oraz topi
Bydło, ludzie, osady: tak i oni chłopi
Przypadłszy z strasznym wrzaskiem, z niewymownym szumem
Oboje zawalili przedmieścia swym tłumem.
Tam kto się im nawinął na podwórzu, w domu,
W pień siekli nie folgując nikomu, nikomu.
Właśnie kiedy do lasa gromada więc wpadnie,
Waży żelazem drzewa na kupę szkaradnie:
Tak oni, nie borgując i najmniejszej duszy,
Walili ciała ludzkie pobite na stosy,
Nie patrząc na stan, na płeć, na dziecinne lata,
Nic tam było nie słychać, tylko przebog! rata!
Nic nie widzieć tylko krwią płynące potoki,
A ludzi konających żałośne widoki;
Jeźli dziecię ratować matka zkąd przybiegła,
Nie pochybnie z dzięcięciem pospołu poległa.
Nawet starce zgrzybiałe, baby niewidome
I szpitalne kaleki, niedołężne, chrome,
Ludzie chore do śmierci nie życia podobne,
W ichże łożach rąbali na bigosy drobne.
Ci, którzy z rąk kapłańskich ciało pańskie brali,
Wtenczas w kościołach krwie swej własnej popijali.


Ostafi.

Przebóg! groza i słychać, ani temu wierzę,
Aby ludzie zrodzeni w chrześciańskiej wierze
Takie bogu wyrządzać zelżywości mieli,
Których i sami diabli czynićby nie śmieli.


Wojdyłło.

Co za dziw, chociażby się Dorosz z prawdą minął,
Ponieważ się do Lachów z bojaźni przekinął,
Teraz Ruś jako może podaje w ohydę.


Dorosz.

Bóg mi świadkiem, że prawdą, a nie fałszem idę
I najmniej nie przyczyniam, anim się do Lachów
Zaprzedał dla przegróżek abo próżnych strachów;
Ale, widząc postępki takie naszej Rusi,
I o wierze swej człowiek powątpiewać musi.
Gdyż jeźli się przypomnieć słowa boskie godzi,
Dobre drzewo owocu złego nie urodzi;
Matka nasza jest cerkiew powszechna, tej matki
Widząc tysiąckroć gorsze nad pogany dziatki,
Musiałem sobie bractwo tych wyrodków zbrzydzić,
Muszę się matki takiej (odpuśćcie mi) wstydzić;
Nie dobre towarzystwo, gorsze bractwo z czarty.


Ostafi.

Przecie ty praw puściwszy mimo się te żarty,
Zwłaszcza, co Tatarowie natenczas robili?


Dorosz.

Zewsząd wieńcem przedmieścia gęstym otoczyli,
Ktokolwiek się za tylne opłotki wychynął,
Żaden rąk i zasadzek tatarskich nie minął,
Niektórzy obaczywszy sąsiad swoich mordy,
Dobrowolnie przed śmiercią bieżeli do hordy;
Jakoż miłosierniejszych pohańców doznali,
Którzy i posieczonym rany zawijali
I wielu okupili z onych niedobitków
Od zabicia jawnego i katowskich zbytków;
Bowiem badając na nich, jeźli czego w ziemię
Nie zakopali, jednym chłopstwo ono ciemię
Wiciami dębowemi zakręcało, że też
Oczy im wyłaziły z ciemienia, niestetyż!
Drugim sypali węgle i prysk za pazuchę,
Niektórych goło na drwa posadziwsze suche
Podpalili; każdy tam rad nie rad powiedział,
Jeźli kędy o dobrach utajonych wiedział.
Skoro się tak krwią ludzi niewinnych zajuszą,
Ku miastu się pułkami niezmiernemi ruszą,
Część ich w domy pobliższe skradłszy się, do wałów
Często bardzo poczęli pukać z samopałów,
Że kilkanaście z straży miejskiej głów poległo.
Potem chłopstwo ze wszystkich ulic wraz wybiegło
Krzycząc: Nute mołojcy, nute! wielkim hurmem
Sypało się na wały chcąc wpaść jednym szturmem.

Jam rozumiał zaprawdę, że w onej godzinie
Już miasto z kilkądziesiąt tysięcy dusz zginie,
Iż gdy miejska gwardya na one bieguny
Wypuściła swe ręczne i dzielne pioruny
Z takim grzmotem, żem mniemał jako nie świadomy,
Iż z obłoków wypadły błyskawice z gromy,
Bowiem ziemia zagrzmiała wszystka z gruntu prawie,
A dzień i słońce w onej zginęło kurzawie.
Tenże strach i kozackie szeregi roztrzasnął,
Niejeden przecie w błoniu postrzelony zasnął,
Niemało rannych uszło, że ich drugim razem
Trudno było do szturmu zagnać i żelazem;
A mieszczanie na domy stojące pod wały
Rzucili jeszcze za dnia coprędzej podpały,
Które pożarły domów onej nocy dwieście,
Ledwie zdrowe zostały kamienice w mieście.
Od rozżarzonej wiatrem gwałtownej pożogi
Tak był zewsząd otoczył miasto płomień srogi,
Że się szczeroognistym murem opasało;
Tenże też ogien strawił kościołów nie mało
Przedmiejskich, insze wszystkie złupione zostały,
Sam tylko bernardyński stoi jeden cały,
Którego zakonnicy bronili odważnie
Odpierając najazdy ruskie strzelbą raźnie.
Częstokroć potem głupią czerń i biednych branców
Tatarowie do miejskich naganiali szańców,
Sami nawałem strzały wypuszczając z łuku,
Im się czołgać kazali chyłkiem na bałuku.
Wtąż starszyna kozacka kusiła ustawnie
Wpaść od miasta fortelem raz, drugi raz jawnie —
Osobliwie Krzywonos i pułk jego przedni,
Który wszystkie wołhyńskie fortece zniósł w te dni,
Sam obiecał ubieżeć chyżo miejskie szranki
I murowane wytrząść z dostatkiem lepianki.
Jakoż swój rozbójniczy ufiec średnim szykiem,
A czerń stronami puścił z niesłychanym krzykiem;
Ale i tu mieszczanie, także ich dragoni
Ognia dawszy, chorążych dwu zwalili z koni
I kilku atamanów; sam Krzywonos przecie
Serdecznie przywodził ich, aż kulą po grzbiecie
Dano mu, toż ustąpił, za nim wszyscy w nogi,
Potem żaden przywódźca nie chciał bydź tak srogi;
Owszem głośno poczęli przysięgać na wiru,
Że już z oblężeńcami życzą sobie miru.
Toż hetman ich oświadczył listem, by igrzyska
Ogniste odłożywszy mieszczanie, a z bliska
Co prędzej z nim czynili targ z strony okupu,
Uchodząc klęski miasta wszystkiego i łupu.
Już też w mieście z nacisku wielkiego i głodu,
Także wody odjętej, pełno było smrodu;

Jeszcze nie przeminęło całe pół miesiąca,
A już śmierć dobierała piątego tysiąca;
Przetoż wszystkim się zdało, by i skórą własną
Ubłagać psów zajadłych archandyą straszną.
Jako gdy więc na korab misurski ładowny
Uderzy zapalczywie Boreas sztnrmowny,
Wyrzuca szyper w morze najbogatsze kupie:
Tak miasto postąpiło sobie w tym okupie,
Żeby nie poszło wszystko w drobiuchne robaki;
Nie tylko suknie z grzbietów, a z głów swych kołpaki,
Lecz musiało z skrzyń złoto, z sklepów dać towary,
Nawet srebro kościelne wydano od fary:
Poszły na łup Tatarom kadzielnice, krzyże,
Tabliczki srebrne, ruskie ramoty i ryze;
Z tych na większą zelżywość obrzydli złodzieje
Dali koszulki wierzchne robić i teleje:
Z których nas kubków przedtem przyczaszczali popi,
Gorzałkę niemi pili nieszlachetni chłopi.
Otóż nam prawosławni cerkiewni miernicy
Pięknie wiary bronili greckiej i świątnicy:
Nie dosyć było cerkwie przedmiejskie im złupić,
Że się każda musiała jako bóbr okupić,
Którakolwiek zostawać nie chciała popiołem —
Ale i miejską cerkiew odarli ogółem.
Tymczasem gdy rokują starsi o pokoju,
Młodsi nie przestawają zaczętego boju,
Codzień siarczystym gradem często plują na się,
Wiele ich z obydwu stron ginie w tym hałasie,
Ryczą bez odpoczynku moździerze i działa,
Nawet za wały czynić wycieczki młodź śmiała
Wypadłszy w małym poczcie, łupieżników straży
Z klasztorów osadzonych wyparła dwa razy,
Gdzie nabrawszy zdobyczy, farbownych proporców,
I samych prowadziła żywcem petyhorców,
Którzy nie poruszeni żadnej śmierci strachem
O to tylko prosili, by jednym zamachem
Dusze z nich wystraszono, a w śmiertelnem ciele
Nie dano się im bawić długo, męczyć wiele.
Takie ich bespieczeństwo było i na kraju
Życia, tak rozumieli, że prosto do raju
Iść mieli, którzykolwiek w tej wojnie polegli;
Przetoż na śmierć z ochotą jako na miód biegli,
Ani sobie tej burdy za grzech poczytali;
Kto był onej przyczyną, tego winowali,
Owszem jawnie mówili, że te wszystkie zbrodnie
Z woli boskiej czynili i słusznie i godnie.
Sam hetman pierwszej nocy, skoro słońce zgasło:
Strach boży bije Lachy, dał setnikom hasło,
A kiedy go proszono, żeby swym zakazał
Niewinnej krwie przelewać, do nieba ukazał

Mówiąc: Trudno ja rękę boską mam hamować,
Musi ogień przy suchych drwach zielone psować.
Nakoniec skoro trąby pokój wykrzyknęły,
Handlować obleżeńcy z Kozakami jęli,
Ci im bydła, legumin, dodawali jarzyn
(Że i jeńców przywodził na okup Tatarzyn)
A mieszczanie ich za to to dymem, to parą
Częstowali gorzałką i tabaką szarą —
Zwłaszcza kto miał tabakę, i prędko i tanie
Wszystkiego od nich dostał nad własne mniemanie;
Tabakę duszą zwali kozacką, a zgoła
Nie wstydał o nią prosić żaden assawoła,
Bo lubo wszystkie miało kozactwo niecnoty,
Nie miało jednak w sobie buty i pieszczoty:
Wodą a spleśniałemi żyli sucharami,
Koczowali nie w domach, lecz pod kotarami,
Ani przeli, że w mażach łubianych z Kaniowa
Wozili pszono, połcie, małdrzyki do Lwowa;
Jakoż najwięcej u nich było ochotników
Z skoromosów, leśniczych, powozan, budników,
Nawet dziegciarze brzydcy, i którzy z prasołki
Żyli, mieli swe czaty i włościańskie pułki.
Dla tegoż tak komonni bojarowie w te dni
Najmniej się nie wstydzili handlować, gdy jedni
Głowy kapustne w worach do wałów nosili,
Drudzy świnie stadami na przedaż pędzili.
Kto się też ułakomił, a z niemi daleko
Szedł od miasta, wrócił się bez odzienia lekko;
Insi szyją śmiałości zbytnie przepłacili,
Niektórzy perekopskie pola nawiedzili.
Tak to był nieprzyjaciel srogi i obleśny,
Gadał tak jako człowiek, kąsał jak zwierz leśny.
Nakoniec, gdy odstąpić już od miasta mieli,
Które obiegli byli półczwartej niedzieli,
Ostatki popalili przedmiejskich polanek;
Kto im posłał tabaki, a gorzałki dzbanek,
Wykupił od ich swoję drewnianką podniaty,
Insze wszystkie na potaż popalili chaty.
Przez dwa dni ona zgraja, jako smoła z piekła,
Straszliwą processyą od miasta się wlekła.
Skoro to ustąpiło łotrowskie mrowisko,
Pokazowało się oczom smutne widowisko:
Przedmiejskie spustoszone pożarem osady,
Splondrowane folwarki, okopciałe sady.
Gdzie przedtem budynkami ozdobne ulice
Stały, kędy ogrody były i winnice,
Wszędzie pustki okropne straszne obaliny,
Wszędzie rumy okryły i gęste perzyny;
Nie było miejsca, gdzieby pobitego chłopa
Nie leżało kupami, jak na tłoku snopa,

Tu widać ciał niedawno pobitych mogiły,
Tu z trunien wyrzyconych trupów stos przegniły!
Z tych przeprawy na błoniach, pomosty przez drogi
Porobił odjeżdżając nieprzyjaciel srogi.
Żaden z mieszkańców nie był przedmiejskich, któryby
Wysiedział w lochu skrytym żywo bez pochyby;
Ci tylko, którzy wcześnie do miasta zabiegli,
Natenczas z płaczem swoje majętnostki grzebli —
Ale i tym psi długo nie dali się bawić,
Którzy się zewsząd zbiegli ścierwy one trawić,
Bowiem, zasmakowawszy martwe ciała sobie,
Na żywe napadali ludzie w onej dobie.
Ledwie tak świat ztrętwieje, śmiele to rzec mogę,
Kiedy trąba ostatnia uderzy na trwogę,
Kiedy się słońce z jasnym księżycem zachmurzy,
A ogień wszystkie miasta, wsi, zamki poburzy.
Sam przeciwnik Chrystusów najwięcej, ja wierzę,
W towarzystwo Kozaków z Tatary nabierze,
Bowiem żadne furye piekielne z szatany
Gorsze już bydź nie mogą nad te dwa kompany.


Ostafi.

A naszego Symicha kochane derewnie
Zostałyli i wirydarz w cale, piękny pewnie?


Dorosz.

Jakoż to sam miał zostać całym, miły swatu!
Kiedy wielki gościniec, co do Arelatu
Prowadzi, tak wszystek był końskiemi kopyty
Częścią z błotem zmieszany, częścią na proch zbity,
Że nie tylko ja obcy, ale ktoś świadomy
Nie mógł poznać, gdzie stały przedtem gęste domy?
Gdzie niegdy stroił wdzięczny Symich delicye,
Teraz pokrzywy rostą, świnia trawę ryje;
Gdzie słowicy od niego przejmowali pieśni,
Dziś zgrzytając świerszczkowie lamentują leśni.
Jako każdą rzecz niszczy pożar, woda topi,
Tak też wysforowani z posłuszeństwa chłopi
Kędykolwiek swe straszne zapuścili tłuszcze,
I najludniejsze kraje obrócili w puszcze
Nie bojąc się ni boga, ni własnego pana,
Z tą ochotą, że sprawa już zawojowana.


Wojdyłło.

O Symichu! dajbyś był jeszcze nie umierał,
A z sobą oraz pociech naszych nie zabierał,
Tybyś nam w tem nieszczęściu naszem wdzięcznie śpiewał,
Miasto trenów wesołe pieśni w ucho wlewał.
Niemasz cię teraz, kiedy najlepiej potrzeba,
Poszły z tobą ucieszne radości do nieba.


Dorosz.

A to co za gromada idzie knam? dla boga!
Czy nie kozacka z czaty wraca się załoga?
Prawiebyśmy do saku zapadli im sami,
Gdyby słyszeli takie gadki między nami,
Przyjdzie milczkiem ich minąć nadstawiając uszy,
Wszak mówią, że mołczanka nikogo nie puszy.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Bartłomiej Zimorowic.