Korynek (1912)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Korynek
Pochodzenie Pisma Henryka Sienkiewicza tom XXXV
Data wydania 1912
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na Commons
Inne Cały tom XXXV
Pobierz jako: Pobierz Cały tom XXXV jako ePub Pobierz Cały tom XXXV jako PDF Pobierz Cały tom XXXV jako MOBI
Indeks stron

KORYNEK
W roku 1655 świeże było wspomnienie Tymoszkowej wyprawy weselnej i Batoha, a stary, krwawy Bohdan żył jeszcze. Jednakże coś się już przesiliło w burzy kozackiej, i ludzie mieli poczucie, że najgorsze już przeszło i że, jeśli przyjdą nowe klęski, takie, jak n. p. była szkłowska, to raczej z innych rąk i z innej strony. Tymczasem Warszawa czuła się bezpieczną. Miasto nie widziało nigdy pod swymi murami nieprzyjaciela, bo za czasów napadów litewskich, zresztą pokrytych już zupełnym zmierzchem niepamięci, było zaledwie mieściną w ziemi Czerskiej, nie zaś potężnym grodem, który od niedawna został stolicą jednego z największych państw w Europie. Przed kilku laty zbliżyła się wprawdzie ku niemu kozacko-tatarska nawała, ale, odbita od niezłomnych murów Zamościa, cofnęła się z powrotem do dalekich ruskich krain. Więc, powtarzamy, stolica czuła się bezpieczną, a choć kraj uginał się pod brzemieniem klęsk, roiło się w niej od ludzi — i życie wrzało nawet potężniej, niż zwykle. Liczne były tego powody. Naprzód od kilku już lat zebrało się w Warszawie sporo szlachty ukrainnej, tak zwanych exulów, których majętności zniszczyła »rebelia«, a którzy pod bokiem sejmów i króla spodziewali się uzyskać prędzej jakoweś wynagrodzenie za poniesione straty i szkody. Powtóre, odbywał się właśnie sejm: zaczem zjazd posłów i senatorów. Wszystkie jurydyki i pałace prywatne były zajęte przez dwory senatorskie i przez »poczty« wojskowe, z których niejeden liczono po kilkaset żołnierzy. Zjechało się i mnóstwo prywatnej szlachty, którą przygnała ciekawość lub różne sprawy osobiste. Na ulicach i przedmieściach ruch nie ustawał od rana do wieczora. Oczy bolały od patrzenia na pozłociste karoce pańskie, na hajduków, pajuków, węgrzynów i nadwornych kozaków w świetnych »barwach«, szamerowanych srebrem i złotem, na żołnierzy z pod rozmaitych znaków, na połyskliwe zbroje rycerskie, na lamparcie skóry, zwieszające się z ramion usarzy, na srebrne skrzydła, na wschodnie tyftyki, spływające ku ziemi po bokach końskich, na farbowane purpurowo grzywy, na pióra, aksamity i bezcenne klejnoty, iskrzące się, jak gwiazdy, na deliach i czapkach senatorskich.

Król był w Warszawie, a z nim i królowa z całym dworem, ta bowiem z chęci mieszania się do spraw publicznych i nadawania im pożądanego sobie kierunku nie wyjeżdżała nigdy podczas sejmów. Na przyjęciach i zabawach łatwo było porozumiewać się z senatorami, przeprowadzać różne tajemne roboty, zmawiać się, szeptać, jednać między posłami stronników, ujmować podarkami lub świetniejszemi jeszcze od podarków obietnicami, przywiązywać przyjaciół, waśnić między sobą przeciwników dworskiej polityki, ba, nawet swatać i, przy wielkich sprawach, załatwiać małe, nawet najmniejsze, czysto niewieście.
To też zabaw nie brakło. Pani koniuszyna koronna wyprawiała wielkim kosztem rozmaite balety i »maszkarye«. Dwór jeździł do Nieporętu na łowy, w których prócz Ichmościów królestwa i dygnitarzy brały udział damy i świetni kawalerowie dworscy. Wracano z tych łowów długim szeregiem sani z trabantami po bokach, którzy nieśli pochodnie, i z muzyką na czele, a gdy starczyło ochoty, bawiono się potem w Zamku do późnej nocy, często do białego dnia.
Nazajutrz zaś domysły i nowiny balowe krążyły nie tylko między uczestnikami pląsów, ale podawane z ust do ust, rozchodziły się szerokiem kołem, jako pokarm zawsze dla ciekawości ludzkiej smakowity. Kto był bohaterem lub bohaterką zabawy? na kogo szczególniej padły promienie łaski królewskiej? kto odznaczył się strojem, tańcem, dowcipem, dwornością? która z dam podbiła najwięcej serc, lub za którym z kawalerów goniło najwięcej spojrzeń i »supirów«? — oto były pytania, które, szczególniej dla niewiast, większą miały wagę, niż to, co mógł uchwalić sejm, i niż dalekie echo wrzącej jeszcze wojny ukrainnej.
Podobno bywa tak zawsze, że przed przyjściem wielkich i niebywałych publicznych nieszczęść, ludzie najlepiej się bawią i najchętniej zajmują się rzeczami błahemi. Tak było i wówczas, przed potopem szwedzkim. Nie psuła ochoty ni niedogasła jeszcze chmielniczczyzna, ni paląca się wojna na wschodzie kraju. Liczne grody rzeczypospolitej leżały w popiołach, a w Warszawie, obok intryg i kłótni sejmowych, przychodziła między dworzany i wśród rycerskiej młodzi, mającej na dworskie zabawy dostęp, do sporów i pojedynków o to, której pannie należy przyznać palmę piękności.
W świecie niewieścim niemniejsze było tego rodzaju sprawami zajęcie — ale, o dziwo! — większa zgoda, albowiem cały ów świat niemal wszystkimi głosami uznał, że jeden kawaler tak dalece gasi blaskiem wszystkich innych, jak właśnie księżyc gasi błyszczące obok niego gwiazdy.
Tym zaś rycerzem był młody starosta jaworowski, Jan Sobieski. Gdziekolwiek się ów młodzian pokazał, na sejmie, czy na pokojach królewskich, oczy ludzkie mimowoli zwracały się ku niemu, choćby z tej naprzód przyczyny, że wzrostem nad całem otoczeniem górował. Liczył dwadzieścia pięć lat i smukły był jeszcze, ale już jego pierś i ramiona zdawały się być jakby ze śpiżu, w potężniejszych rozmiarach, niż u zwykłych ludzi, ukute. Mówiono też, że talary giął w palcach i naciągał łuk, którego nikt inny przygiąć nie umiał. Lecz piękność jego twarzy większy jeszcze budziła podziw. Cerę miał smagłą, czuprynę i wąs czarne, jak pióra krucze, oczy błyszczące, zarazem harde i słodkie, chwilami tęskne, chwilami pełne błyskawic i gromów, to znów, zwłaszcza gdy padły na młode liczko niewieście — wprost swawolne. Było jednak w tej młodej rycerskiej głowie o orlim nosie i wysokiem czole coś tak szczególnego, jak w owych głowach, rzniętych na kameach rzymskich: mimowoli przychodziła myśl, że najlepiej przystawałby jej wieniec dębowy.
A ponieważ był przytem dziedzicem wielkiego imienia i fortuny, ponieważ słynął z wymowy i męstwa, ponieważ z dalekich podróży i ze służby przy dworze francuskim wyniósł niezwykłą dworność i ogładę, więc leciały też biedne ćmy niewieście na ów jasny płomień, choć łatwo było sobie w nim skrzydła opalić. Nie cieszył się pod tym względem dobrą sławą pan starosta i miał ją nawet tak złą, że o żadnym z jego rówieśników nie podawano sobie od ucha do ucha tylu szpetnych wieści, o żadnym nie krążyło tyle anegdot i paszkwilów, zarówno pisanych, jak i nawet głoszonych drukiem.
Smoki, które w zamierzchłych czasach, mieszkając wedle miast i grodów, żywiły się ciałem dziewiczem, były wedle tych paszkwilów barankami w porównaniu z zapalczywym panem starostą.
Ale przysłowie mówi: »Nosił wilk owce, ponieśli i wilka«.
Na pewnym balu w Zamku wystąpiła po raz pierwszy w świat czternastoletnia szlachcianeczka francuska, panna d’Arquien, trochę ni z pierza, ni z mięsa, choć z mięsa więcej, niż z pierza, ale wychowanka i faworytka królowej Maryi Ludwiki.
Niedorosłe to było jeszcze licho, różowe jak letni poranek, o czarnych i bystrych, jak u piegży, oczkach, o purpurowych ustach, a rączkach i nóżkach tak małych, jak u owych figurek z »porcyneli«, które, jako już wówczas modne, sprowadzano z zamorskich krajów.
Przyszedł także na ów bal i ów »smok« jaworowski; świetniejszy jeszcze, niż zwykle, cały w aksamitach i klejnotach — ze swoją cudną głową zwycięskiego cezara — przyszedł, spojrzał — i w jednej chwili runął do stóp Marysi.
Ze zwycięzcy stał się niewolnikiem, z przeniewierczego uwodziciela wiernym Celadonem.
Zapomniał o wszystkich czerkieskach i wołoszkach, które wedle pogłosek hodował tam gdzieś w Jaworowie, i odtąd jedyną »passyą« jego życia miał być ów mały »korynek«, jak w późniejszych listach nazywał pannę d’Arquien.
W Warszawie, na dworze i w pałacach magnackich opowiadano sobie dziwy o nagłości owej »passyi«. Mówiono, że przysiągł jej tego samego wieczoru, iż się ożeni z nią, albo nie ożeni z żadną. Dodawano jednak, że i ona rozkochała się w nim na umór — i że mu także przysięgła. Powszechne było wszelako mniemanie, że przysięgi dotrzyma tylko ona — on bowiem złamał już dużo podobnych przysiąg o same serca kochanek.
Mniemania tego nie dzielił tylko jenerał gwardyi królewskiej, pan starosta kałuski.
Kto był starosta kałuski?
Był to pan »sobiepan« i zarazem pan największy w Rzeczypospolitej: «le prince Zamoïsky» jak go pisali Francuzi. Miał koło miliona liwrów rocznego dochodu, «et les plus belles maisons du monde meublées admirablement», według słów królowej Ludwiki, a oprócz tego trochę wsi i miast, — razem: skromny kawałek ziemi, równy mniej więcej Saksonii.
A prócz tego był także młody i przystojny, także peregrynat; tańcowywał także na dworze królewskim w Luwrze, rad rozmawiał po francusku, wiedział, kto jest, co znaczy i nic sobie z nikogo nie robił, z wyjątkiem króla i królowej, których łaski wprawdzie nie potrzebował, ale których kochał.
On powstrzymał murami swojego Zamościa falę kozacką, on odrzucił jakby kopnięciem nogi Chmielnickiego do krain południowych. Dzięki jemu elekcya, na której Jan Kazimierz został obrany, mogła się spokojnie odbyć w Warszawie.
Panna Marysieńka podobała mu się także okrutnie, a że człowiek nie rad wierzy w to, co mu niemiłe, więc dozwalał sobie wątpić o tem, czy panienka już tak koniecznie przeznaczona jest Sobieskiemu, i czy nie można już u niej nic wskórać.
Czułe dusze francuskich dworek, które może i słyszały jakieś wyznania panny d’Arquien, były jednak pewne, że wszystko na nic się nie zda, i że czysta Astrea pierwej umrze, niż odda rękę innemu, albowiem serce jej bije tylko wyłącznie dla młodego półbożka, »qui était le seul et le premier, qui l’avait touché».
Mężczyźni szeptali też między sobą, że staroście jaworowskiemu lepiej w drogę nie wchodzić, ale pan na Zamościu o niebezpieczeństwa jakoś nie dbał, a dworkom odpowiadał, że w gonitwach pafijskich niekoniecznie ten pierwszy do mety dobiega, kto z miejsca pierwszy wysunął się naprzód.
I tak rzeczy stały, gdy nagle, w tym samym jeszcze roku ziemia zarwała się pod ludzkiemi nogami.
Przeszedł najazd szwedzki, niesłychane opuszczenie króla przez naród, niesłychane klęski — niesłychane pomocnicze szwedzkiemu najazdy pruskie i węgierskie, a potem również niebywały, lwi wybuch narodowego gniewu, przed którym pierzchnął strwożony wróg, ale nie pierzchnął już bezkarnie, gdyż wszędy w ślad za nim poszły w dalekie ziemie zwycięskie i dyszące zemstą zastępy polskie.
W tem morzu zdarzeń poginęły prywatne sprawy ludzkie, jak strumienie i rzeczki giną w bezbrzeżnym oceanie.
24-go sierpnia 1656 r. była już ostatnia w granicach Rzeczypospolitej potrzeba ze Szwedami pod Trzemeszną, gdzie sześć tysięcy skandynawskich wojowników wycięto tak, że jak mówi pan Pasek: »nec nuntius cladis» nie pozostał. W 57-ym zniesiono Rakoczego, a wcześniej jeszcze pan marszałek koronny poniósł miecz i ogień w jego ziemię. W tymże mniej więcej czasie elektor brandenburski całował znowu nogi Rzeczypospolitej. Groziła jeszcze tylko wojna od wschodniej strony, która kilka lat później miała się skończyć piorunującym pogromem Chowańskiego i Szeremetiewa.
Ale wewnątrz kraju — choć traktaty nie zostały dotychczas podpisane, było już spokojnie.
Odetchnęła nakoniec i Warszawa.
Lecz »quantum mutata ab illa», którąśmy widzieli w czasie mięsopustu w roku 1655! Zajęli i obdarli ją Szwedzi, później szturmowali Polacy, złupił, nim samego złupiono, Rakoczy. — Piękne pałace pańskie na Krakowskiem Przedmieściu, w których w czasie pamiętnego szturmu bronili się Szwedzi a do których darły się z taką wściekłością zastępy Mazurów, — zmieniły się w zwaliska. Pałac Kazimierowski leżał w ruinie, Koniecpolskich również. Ze słynnego z przepychu i opisywanego nawet i zagranicą »palatium Radzieiowskianum«, przeciw któremu zwróciła się głównie zemsta i nienawiść Polaków, nie został kamień na kamieniu. Kościół Bernardynów był nawpół zburzony. Z dzwonnicy pozostały tylko osmalone mury. W innej stronie miasta kamienica Gdańska, nawylot przebita, sterczała, jakby olbrzymia naściężaj otwarta brama; dom Daniłowiczowski był w gruzach; kościół św. Ducha w perzynie. Wiele pomniejszych domów i jurydyk zburzono do cna. Stare miasto podziurawione dla łatwiejszej obrony domów jak sito, przedstawiało jeden obraz zniszczenia. Ludność została rozproszona, sklepy, gospody i składy pozamykane. Wszędy cisza, głód, nędza i spustoszenie.
Tak wyglądała Warszawa po najściu szwedzkiem.
Lecz w niedługim czasie żywotne miasto poczęło przychodzić do siebie. Uprzątano gruzy, ogarniały się kościoły i domy, podnosiły się z upadku mury pałaców, ludność poczynała się ściągać — napływali kupcy, nie tylko dawni polscy, armeńscy, żydowscy, niemieccy, ale nawet i perscy.
A trzeciego maja 1658 roku odbyła się już w stolicy wielka uroczystość, wprawdzie prywatna, ale tak świetna, pełna przepychu i wspaniała, jakiej dawno nie oglądały oczy ludzkie.
Było to wesele pięknej Marysieńki d’Arquien z... panem starostą kałuskim, a obecnie wojewodą kijowskim.
Tłumy, którym nie szczędził ani pieniędzy, ani poczęstunku ów «prince», pewnie jeden z najmożniejszych w Europie, nazywały go szczęśliwym panem. Niezliczone jego majętności zakwitły znów szybko po spustoszeniach; szwedzkie wojska połamały zęby tak, jak poprzednio Chmielnicki, na Zamościu. Szwedzcy wodzowie: Wrangel młodszy, Horn, Erskin, Loewenhaupt, Forgell, a nadewszystko sam potężny feldmarszałek Arfuid Wittenberg kołatali się właśnie za kratą w jego dziedzicznej fortecy. Po wojnie wzrósł jeszcze wpływ pana starosty, i oto brał teraz za żonę kobietę, którą ukochał: słusznie mówiono, że temu człowiekowi udawało się wszystko w życiu.
I udało mu się wszystko — prócz żony.
Bo oto dzieci, z niej urodzone, marły; sama grymasiła w Zamościu i rada umykała za byle pozorem do Warszawy, a co więcej, już w rok po ślubie pani wojewodzina rozpoczęła przyjazną korespondencyę z Sobieskim.
Przeznaczenie musiało się spełnić, a widocznie panna d’Arquien była przeznaczona Sobieskiemu, w którym »z niczem nie porównana pasya« trwała statecznie i który w dalekich obozach, wśród niewypowiedzianych trudów, w ciągłych bojach wiernie dochował, złożonej w warszawskim królewskim Zamku przysięgi.
Więc gdy śmierć wojewody usunęła wreszcie potrzebę rozwodu i wszelkie nieprzezwyciężone dotychczas trudności, jakże mu pilno było do swego »Korynka«! i jakże chciałby się »pomścić na tym kochanym Korynku wszystkich impaciencyi«, chociażby nawet przed uroczystem związaniem rąk stułą kapłańską!
Trudno dziś wiedzieć, jak tam było; dość, że wkrótce po śmierci wojewody ujrzała Warszawa drugą wspaniałą uroczystość, a szlachcianeczka francuska zaślubiła drugiego polskiego magnata.
Ten zaś nie zapewnił jej tak bogatej, jak pierwszy, oprawy, ale natomiast przyniósł jej w kilka lat później to, o czem nietylko w najzuchwalszych marzeniach, ale nawet i we śnie nie śmiała za swych panieńskich czasów marzyć: tytuł Królowej polskiej, W. Ks. litewskiej, mazowieckiej, pruskiej i t. d. i t. d. i t. d.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.