Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t.35.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—  146  —

tania, które, szczególniej dla niewiast, większą miały wagę, niż to, co mógł uchwalić sejm, i niż dalekie echo wrzącej jeszcze wojny ukrainnej.
Podobno bywa tak zawsze, że przed przyjściem wielkich i niebywałych publicznych nieszczęść, ludzie najlepiej się bawią i najchętniej zajmują się rzeczami błahemi. Tak było i wówczas, przed potopem szwedzkim. Nie psuła ochoty ni niedogasła jeszcze chmielniczczyzna, ni paląca się wojna na wschodzie kraju. Liczne grody rzeczypospolitej leżały w popiołach, a w Warszawie, obok intryg i kłótni sejmowych, przychodziła między dworzany i wśród rycerskiej młodzi, mającej na dworskie zabawy dostęp, do sporów i pojedynków o to, której pannie należy przyznać palmę piękności.
W świecie niewieścim niemniejsze było tego rodzaju sprawami zajęcie — ale, o dziwo! — większa zgoda, albowiem cały ów świat niemal wszystkimi głosami uznał, że jeden kawaler tak dalece gasi blaskiem wszystkich innych, jak właśnie księżyc gasi błyszczące obok niego gwiazdy.
Tym zaś rycerzem był młody starosta jaworowski, Jan Sobieski. Gdziekolwiek się ów młodzian pokazał, na sejmie, czy na pokojach królewskich, oczy ludzkie mimowoli zwracały się ku niemu, choćby z tej naprzód przyczyny, że wzrostem nad całem otoczeniem górował. Liczył dwadzieścia pięć lat i smukły był jeszcze, ale już jego pierś i ramiona zdawały się być jakby ze śpiżu,