Kobieta o aksamitnym naszyjniku/Rozdział VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Kobieta o aksamitnym naszyjniku
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1928
Druk Drukarnia Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ VII
JAKO MUZEA I BIBLJOTEKI BYŁY POZAMYKANE, I JAKO OTWARTY BYŁ PLAC REWOLUCJI

Pokój mający służyć przez dwa tygodnie za raj dla Hoffmana, mieścił łóżko, jak wiemy, stół i dwa krzesła.
Posiadał kominek ozdobiony dwoma wazonami z niebieskiego szkła, wypełniony kwiatami sztucznemi. Genjusz Wolności, zrobiony z cukru, paradował pod kloszem kryształowym, odbijającym trójkolorową chorągiew geniusza i jego czerwoną czapkę.
Lichtarz miedziany, szafka w murze ze starego drzewa różanego, kotara z dwunastego wieku zamiast firanek, oto całe umeblowanie, jakie ukazało się przy pierwszym blasku dnia.
Kotara ta przedstawiała Orfeusza grającego na skrzypcach dla odzyskania Eurydyki, a skrzypce przypominały naturalnie Hoffmanowi Zacharjasza Wernera.
— Kochany przyjaciel — myślał nasz podróżny — on jest w Paryżu, ja także; jesteśmy razem, i zobaczę się z nim dziś, a najdalej jutro. Od czego zacznę? Jak się urządzę, ażeby nie tracić bożego czasu i wszystko we Francji obejrzeć? Od wielu dni widzę tylko żywe obrazy bardzo brzydkie; trzeba pójść do salonów Luwru ex-tyrana, zobaczę same piękne obrazy, jakie posiadał: Rubensów, Poussin‘ów. Idźmy prędzej.
Wstał, ażeby tymczasowo obejrzeć panoramiczny obraz ze swej kwatery.
Niebo szare, zamglone, czarne błoto pod białemi drzwami, ludność zaprzątniona, chciwa biegu i jakiś szelest, podobny do spływającej wody, oto wszystko co odkrył Niebardzo to kwiecisto wyglądało. Hoffman zamknął okno, posilił się śniadaniem, i wyszedł dla zobaczenia się najprzód z Zacharjaszem Wernerem.
Ale w chwili wybrania kierunku, przypomniał sobie, że Werner nigdy mu nie dał swego adresu, bez którego trudnoby się było z niem zejść.
Nie była to najmniejsza przykrość dla Hoffmana.
Ale niebawem:
— Jakiżem nierozsądny — pomyślał; — co ja lubię, lubi także Zacharjasz. Ja mam chęć oglądać obrazy, będzie ją miał i on. Znajdę albo jego, albo ślad jego w Luwrze. Idźmy do Luwru.
Luwr widać było z parapetu. Hoffman skierował się ku pomnikowi.
Lecz z boleścią dowiedział się u drzwi pałacu, że francuzi, od czasu jak zostali wolni, nie rozgnuśniewają się widokami malowania niewolników, i że, przypuszczając, co jest nieprawdopodobne, że gmina Paryża nie zużyła już tych wszystkich łachmanów na podpałki dla działolejni, to całym tym olejem żywić będzie szczury, przeznaczone na pokarm dla patrjotów, wówczas, gdy prusacy przyjdą oblegać Paryż.
Hoffman uczuł pot występujący mu na czoło; człowiek tak mu to objaśniający, miał pewien sposób mówienia tracący powagę. Kłaniano się bardzo temu świetnemu mówcy.
Od jednego z obecnych Hoffman dowiedział się, że ma zaszczyt rozmawiać z obywatelem Simonem, wychowawcą dzieci Francji i konserwatorem muzeów królewskich.
— Nie zobaczę obrazów — rzekł sobie z westchnieniem; — wielka szkoda! Ale pójdę do bibljoteki zmarłego króla, a jeżeli nie obrazy olejne, to zabaczę ryciny, medale i rękopisma; zobaczę grobowiec Childeryka, ojca Chlodwiga, globusy niebieskie i ziemski Cornellego.
Przybywszy, z boleścią dowiedział się Hoffman, że naród francuski naukę i literaturę uważając za źródło zepsucia i złego obywatelstwa, pozamykał wszystkie przybytki, gdzie spiskowali rzekomi uczeni i rzekomi literaci, a to ze względu na ludzkość, by sobie oszczędzić konieczności gilotynowania tych biedaków. Wreszcie, nawet za czasów tyrana, bibljoteka otwarta była tylko dwa razy na tydzień.
Hoffman musiał odejść nic nie widząc; zapomniał nawet zapytać się o przyjaciela Zacharjasza.
Ale ponieważ był wytrwały, zaciął się i chciał zobaczyć muzeum Saint-Avoye.
Uwiadomiono go wtedy, że właściciel został gilotynowany onegdaj.
Zmordowany i zniechęcony, wrócił do mieszkania, by dać nieco spoczynku nogom, pomarzyć o Antonji, o Zacharjaszu, i w samotności wypalić jaką dwugodzinną fajeczkę.
Ale, o cudo! Ten plac Kwiatowy, tak spokojny, pusty, aż się czernił od tłumu pospólstwa, które gziło się, pchało, wrzeszczało jak w obozie.
Niewielkiego wzrostu, Hoffman nie widział nic poprzez te głowy; przebił się czemprędzej spiczastemi łokciami przez tłum i wszedł do swego pokoju.
Tam stanął w oknie.
Wszystkie oczy natychmiast zwróciły się ku niemu, co go przez chwilę zaniepokoiło, tembardziej, że bardzo mało widział okien otwartych. Jednakże ciekawość obecnych zwróciła się niebawem na inny punkt, niż okno Hoffmana, a młodzieniec poszedł także oczyma za ciekawymi, i patrzał na podjazd do wielkiego budynku czarnego o deskach spiczastych, którego kampanilla dźwigała wielką wieżę kwadratową.
Hoffman zawołał gospodynię.
— Obywatelko — rzekł — co to za budynek, proszę?
— To pałac, obywatelu.
— A co robią w tym pałacu?
— Sądzą.
— Ja myślałem, że trybunały już nie istnieją.
— Owszem, istnieje trybunał rewolucyjny.
— Ah! prawda... a wszyscy ci poczciwi ludzie?
— Czekają na przybycie wózków.
— Jakto, wózków? Nie rozumiem dobrze; wybaczcie mi, jestem cudzoziemcem.
— Wózki, obywatelu, to jakby tak mówiący, karawany dla ludzi, którzy mają umrzeć.
— Ah, mój Boże!
— Tak, zrana przybywają więźniowie, którzy się każą sądzić w trybunale rewolucyjnym.
— Rozumiem.
— O godzinie czwartej wszyscy więźniowie są osądzeni, pakują ich w wózki, jakie obstalował dla nich obywatel Fouquier.
— A kto jest ten obywatel Fouquier?
— Oskarżyciel publiczny.
— Bardzo dobrze, a potem?
— Wtedy wózki jadą stępa na plac Rewolucji, gdzie stoi bez przerwy gilotyna.
— Doprawdy?
— Jakto! Wychodziłeś za miasto, obywatelu, i nie poszedłeś zobaczyć gilotyny? To pierwsza rzecz, którą zwiedzają cudzoziemcy zaraz po przybyciu; zdaje się, że tylko u nas, we Francji istnieją gilotyny.
— Winszuję pani.
— Trzeba mówić: obywatelko!
— Przepraszam.
— Widzisz oto, wózki nadchodzą.
— Odchodzicie, obywatelko?
— Tak, nie lubię już na to patrzeć!
I obywatelka gospodyni odeszła od okna.
Hoffman wziął ją lekko za rękę.
— Pozwólcie mi na jedno zapytanie — rzekł.
— Bardzo proszę.
— Dlaczego mówicie, nie lubię już na to patrzeć? Jabym powiedział, nie lubię wcale na to patrzeć?
— Historja jest taka, obywatelu. Z początku gilotynowano arystokratów bardzo złych, jak się zdaje. Ludzie ci trzymali głowy tak prosto, wyglądali tak zuchwale, wyzywająco, że litość niebardzo nam łzy wyciskała. Patrzyło się więc chętnie. Pięknie było widzieć tę walkę dzielnych wrogów narodu przeciwko śmierci. Ale oto raz zobaczyłam na wózku starca, którego głowa tłukła się o boki wózka. To było bolesne. Nazajutrz widziałam zakonnice. Potem znowu chłopca 14-letniego; nareszcie spostrzegłam dziewczynę na jednym wózku, matkę jej na drugim, a te dwie biedne kobiety przesyłały sobie pocałunki, nie mówiąc ani słowa. Były tak blade, patrzyły tak smutno, z tak bolesnym uśmiechem na ustach, te palce poruszające się jedynie dla wyciśnięcia na ustach pocałunku, były tak drżące i tak białe, że nie zapomnę nigdy tego strasznego widoku, i przysięgłam sobie nigdy się na niego nie narażać.
— Aha! więc to tak — rzeki Hoffman, oddalając się od okna.
— Tak, obywatelu! ale co to robicie?
— Zamykam okno.
— Dlaczego?
— Ażeby nie widzieć.
— Wy, mężczyźni!
— Widzicie, obywatelko, ja przybyłem do Paryża, ażeby się uczyć sztuki i oddychać wolnem powietrzem. Otóż, gdybym nieszczęściem zobaczył taki widok podobny do tego o jakim mi mówiłaś, gdybym zobaczył młodą dziewicę, lub kobietę wleczoną, na śmierć, a żałującą życia, obywatelko, ja myślałbym wtedy o mojej narzeczonej, którą kocham, i która być może... Nie, obywatelko, nie pozostanę ja długo w tym pokoju; czy macie jaki inny od tyłu?
— Cicho! nieszczęśliwy, mówicie za głośno; gdyby was usłyszeli moi urzędnicy?
— Cóż to za jedni ci wasi urzędnicy?
— To tak się po republikańsku nazywają słudzy.
— I cóżby to było, jakby mnie usłyszeli wasi słudzy?
— Byłoby to, że za trzy lub cztery dni, mogłabym was widzieć na jednym z tych wózków, o godzinie czwartej po południu.
To rzekłszy tajemniczo, dobra kobiecina zeszła żywo ze schodów, a za nią posunął się i Hoffman.
Prześliznął się koło domu, gotów na wszystko, by uniknąć widowiska ludowego.
Gdy był już na rogu placu, błysnęły szable żandarmów, ruch się zrobił w tłumie, masy zawyły i puściły się pędem.
Hoffman, ile nóg mu starczyło, dobiegł do ulicy Saint-Denis, w którą wpadł jak szalony; jak młoda sarna przebiegł wpoprzek kilka rozmaitych uliczek i znikł w labiryncie zaułków gmatwających się między placem Feraille i halami.
Odetchnął nareszcie widząc się na ulicy Ferronerie, gdzie z przenikliwością poety i malarza, odgadł miejsce słynne zabójstwem Henryka IV-go.
Potem, wciąż idąc, wciąż szukając, przybył na środek ulicy S.-Honoré. Wszędzie przy jego przejściu zamykały się sklepy, okna niektórych domów zamykały się także jak gdyby otrzymały jakiś znak.
Niebawem Hoffman dowiedział się przyczyny. Widział zwracające się dorożki wjeżdżające w ulice boczne; usłyszał cwał koński i poznał, że to żandarmerja; za niemi, w pierwszym mroku wieczornym, dostrzegł ohydną mieszaninę łachmanów, rąk podnoszonych, potrząsanych pik i iskrzących oczu.
Przed tem wszystkiem wózek.
Z tego wiru, który szedł ku niemu, tak, że nie mógł już ani się schronić, ani uciec, usłyszał Hoffman wychodzące okrzyki tak ostre, tak żałosne, że nic tak przerażającego w życiu aż do dnia dzisiejszego o uszy mu się nie obiło.
Na wózku siedziała kobieta w bieli. Okrzyki te wydzierały się z ust, z duszy, z całego podniesionego ciała tej kobiety.
Hoffman uczuł, że nogi zginają się pod nim. Te wycia rozerwały u niego wiązadła nerwowe, upadł pod domem głową na okiennicę sklepową źle domkniętą z pośpiechu.
Wózek nadjechał wśród eskorty łotrów i kobiet ohydnych, swych zwykłych satelitów; ale rzecz dziwna! cały ten kał nie wrzał, wszystkie te gady nie syczały, jedna tylko ofiara wiła się w ramionach dwóch ludzi i wołała do nieba, do ziemi, do ludzi i rzeczy.
Hoffman usłyszał naraz w ucho, przez szczelinę okiennicy, te słowa smutno wymówione głosem jakiegoś młodzieńca:
— Biedna Dubarry! i ty tu!
— Pani Dubarry! — zawołał Hoffman — to ona, to ona siedzi na tym wózku?
— Tak, panie — odpowiedział cichy i bolesny głos w ucho podróżnego, tak zbliska, że przez deski czuł gorący oddech swego rozmówcy.
Biedna Dubarry trzymała się skurczona ruchomego przodu wózka; kasztanowate jej włosy, duma jej piękności, obcięte miała przy samym karku, ale spadały one na skronie w długich zwojach oblanych potem. Piękna ze swemi wielkiemi oczyma błędnemi, z małemi usteczkami, zamała na wielkie okrzyki, jakie jej się wydzierały, nieszczęśliwa kobieta od czasu do czasu potrząsała głową w ruchu konwulsyjnym, by oswobodzić twarz od zasłaniających ją włosów.
Przejeżdżając około rogu domu, przy którym upadł Hoffman, krzyknęła: „Ratunku! ratunku! jam nic złego nikomu nie uczyniła! ratunku!“ i omało nie przewróciła podtrzymującego ją czeladnika kata.
Tego okrzyku: Ratunku! nie przestawała wydawać wśród najgłębszego milczenia obecnych. Furje te, nawykłe znieważać dzielnych skazańców, czuły się poruszone rozpaczliwemi wybuchami niewieściego lęku; czuły że ich wycia nie zdołałyby pokryć tej gorączki stykającej się z obłąkaniem, a sięgającej tragicznych szczytów trwogi.
Hoffman powstał, nie czując już serca w piersi; puścił się za wózkiem równo z innymi, niby nowy cień dodany do tej procesji widm, stanowiących ostatnią eskortę faworyty królewskiej.
Spostrzegłszy go, pani Dubarry wołała jeszcze:
— Życia! życia!... oddaję cały majątek narodowi! Panie!... ratunku!...
— Oh! — pomyślał młodzieniec — ona przemówiła do mnie! Biedna kobieta, której spojrzenia kosztowały tak drogo, której słowa nie miały ceny; ona przemówiła do mnie!
Stanął, wózek zajechał na plac Rewolucji. W mroku zgęstwionym przez zimny deszcz, Hoffman widział tylko dwie sylwetki: jedną kobiety — to ofiara; drugą czerwoną — to szafot.
Widział oprawców ciągnących białą suknię po schodach. Widział tę postać łamiącą się dla oporu. Potem nagle, wpośród przerażających okrzyków, biedna kobieta straciła równowagę i upadła na pomost.
Słyszał ją Hoffman krzyczącą: — „Zmiłuj się, panie kacie, jeszcze choć minutę, panie kacie...“ — I po wszystkiem, nóż spadł rzucając blask płowy.
Hoffman padł w rów okalający plac.
Śliczny to był obraz dla artysty, który przybył do Francji poić się wrażeniami i ideami.
Bóg ukazał mu zbyt srogą karę tej, która także ze swej strony przyczyniła się do zguby monarchji.
Ta oburzająca śmierć pani Dubarry wydała mu się rozgrzeszeniem nieszczęsnej kobiety. Nie miała więc nigdy godności w sobie, skoro nawet nie umiała umrzeć. Umieć umrzeć, niestety! w owych czasach było najwyższą cnotą jedynie tych, którzy nigdy nie znali występku.
Tego dnia rozmyślał Hoffman, że jeśli przybył do Francji dla zobaczenia rzeczy nadzwyczajnych, to podróż mu dopisała.
Wtedy pocieszony nieco przez filozofję dziejową;
— Pozostaje teatr — powiedział do siebie — idźmy do teatru. Wiem, że po tej aktorce, którą tylko com widział, artystki opery lub tragedji nie zrobią na mnie wrażenia, ale będę pobłażliwy. Nie trzeba zbyt wiele żądać od kobiet umierających na żart. Muszę wszakże dobrze zapamiętać ten plac i jego okolice, by nigdy w życiu nie przechodzić tędy.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.