Kobieta o aksamitnym naszyjniku/Rozdział VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Kobieta o aksamitnym naszyjniku
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1928
Druk Drukarnia Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ VI
ROGATKA PARYSKA W 1793 ROKU

Podróż młodzieńca było dość smutna w tej Francji tak upragnionej. Nie żeby zbliżając się do ogniska głównego, doświadczał tylu trudności, ile ich spotkał na granicy, nie, Rzeczpospolita francuska względniejsza była dla przybywających, niż dla odjeżdżających.
Wszelako do kosztowania szczęścia tej szacownej formy rządu nie można było być przypuszczonym inaczej, jak tylko po dopełnieniu pewnych formalności średnio zajmujących.
Był to czas, w którym francuzi umieli najmniej pisać ale w którym pisali najwięcej. Zdawało się więc wszystkim urzędnikom świeżej daty właściwem porzucić zajęcie domowe, lub plastyczne, by podpisywać paszporty, układać rysopisy, przykładać wizy, udzielać polecenia, robić słowem wszystko co dotyczyło rzemiosła patrjoty.
Nigdy papierowanie takiego nie doznawało powodzenia jak wówczas. Ta endemiczna choroba administracji francuskiej, zaszczepiając się na teroryzmie, wydała najpiękniejsze okazy kaligrafji o jakich słyszano do dziś dnia.
Hoffman otrzymał swą kartę podróżną nadzwyczaj szczupłą. Była to epoka szczupłości: dzienniki, książki, publikacje wszelkie, sprowadzały się do prostego in octavo dla wielkich rozmiarów. Karta podróżna, powiadamy, do samej Alzacji zwykle założona została podpisami urzędników iście podobnemi do tych sygnałów, jakie tworzy pijak zataczający się z jednej strony ulicy na drugą, od muru do muru.
Musiał więc Hoffman w Alzacji dołączyć jedną kartę do swego paszportu, drugą w Lotaryngji, gdzie zwłaszcza pisma przybrały rozmiary kolosalne. Tam gdzie patrjotyzm był najgorętszy, pisarze byli najnaiwniejsi. Zdarzył się burmistrz, który użył dwóch stron rekto i verso, by udzielić Hoffmanowi autograf tej treści:

„Aupheman, chune Allemans, ami de la libreté, se rendan á Pari ha pié.
Podpisano, Golier“.

Odnośnie do ortografji polskiej wypadłoby to mniej więcej, tak:
(Aufnian, miemiec, przyjaczel wolnoszczy, udajonczy sze do Paryża piechty).
Opatrzony w ten prawidłowy dokument, dotyczący jego pochodzenia, wieku, zasad, powołania i sposobów lokomocji, Hoffman zajął się już jedynie zszyciem razem tych świstków obywatelskich, a musimy dodać, że za przybyciem do Paryża posiadał już piękny tom, który, jak mówił, każe oprawić w blachę, gdyby próbował nowej podróży, gdyż zmuszony zawsze te karty trzymać w ręku, mógł by je uszkodzić pod prostą tekturą.
Wszędzie mu powtarzano:
— Kochany panie cudzoziemcze, na prowincji mieszkać jeszcze jako tako można, ale Paryż jest w wielkiem poruszeniu. Bądź ostrożny, obywatelu, w Paryżu policja bardzo dokuczliwa, a jako Niemiec, mógłbyś niekoniecznie uchodzić za dobrego francuza.
Na co Hoffman odpowiadał uśmiechem dumnym, przypominającym dumę spartańską, kiedy szpiegowie Tessalji, usiłowali powiększyć siły króla perskiego, Xerxesa.
Stanął przed Paryżem wieczorem, rogatki były zamknięte.
Hoffman mówił nieźle po francusku, ale jest ktoś Niemcem, albo nie jest. Jeżeli nie jest, po latach nabywa akcentu, który ostatecznie może ujść za jeden z naszych prowincjonalnych; jeżeli jest, to zawsze uchodzi za Niemca.
Trzeba wytłumaczyć, jak się wykonywała służba policyjna na rogatkach.
Po pierwsze, rogatki były zamknięte; następnie, ze siedmiu lub ośmiu oddziałowych, a byli to ludzie bez zajęcia i pełni inteligencji, Lawatorowie z zamiłowania, obchodzili kupkami, paląc fajki, około dwóch lub trzech agentów policji miejskiej.
Poczciwi ci ludzie, którzy od deputacji do deputacji obeszli wszystkie sale klubowe, wszystkie biura okręgowe, wszystkie miejsca, dokąd polityka wcisnęła się stroną czynną lub bierną; ludzie ci, którzy w zgromadzeniu narodowem, lub w konwencie, widzieli każdego deputowanego, w trybunach wszystkich arystokratów płci męskiej i żeńskiej, na spacerach wszystkich odznaczających się elegantów, w teatrach wszystkie znakomitości podejrzane, na przeglądach wszystkich oficerów, na sądach wszystkich oskarżonych mniej więcej z pod oskarżenia wyjętych, w więzieniach wszystkich księży oszczędzonych — ci zacni patrjoci tak dobrze znali Paryż, że każda twarz nieznajoma musiała ich uwagę zwrócić, i, powiedziawszy prawdę, zwracała prawie zawsze.
Nie łatwo to było wówczas się przebrać, zbytek bogactwa w ubraniu wyzywał oko, zbytek prostoty wyzywał podejrzenie. Ponieważ niechlujstwo było jedną z najbardziej rozpowszechnionych oznak obywatelstwa, przeto każdy nosiwoda, każdy kuchta, mógł ukrywać w sobie arystokratę; a przytem ręka biała z pięknemi paznogciami, jak ją zupełnie ukryć? Ten ruch arystokratyczny, za naszych czasów niewidziany, gdzie najniżsi noszą obcasy najwyższe, jak go ukryć przed dwudziestu parami oczu bystrzejszych, niż oczy wietrzącego wyżła?
Podróżny przeto od samego przybycia był przetrząsany, wypytywany, ogłuszany w sensie moralnym, z łatwością nabytą przez wprawę, ze swobodą, jaką nadawała swoboda.
Hoffman stanął przed tym trybunałem około szóstej wieczorem, dnia 7 grudnia. Pogoda była szara, ostra, połączona z mgłą; ale niedźwiedzie czapki okrywające głowy patrjotyczne, tyle patrjotom zostawiały gorącej krwi w mózgach i uszach, że zachowywali całą przytomność umysłu, i szacowne przymioty śledcze.
Hoffmana zatrzymała ręka lekko położona na jego piersi.
Młody podróżny ubrany był we frak barwy szaro-zielonej, w gruby surdut, a buty niemieckie zarysowywały dość zalotną nogę, ponieważ nie trafił na błoto do ostatniego etapu. Że zaś kareta nie mogła iść z powodu świeżego nasypu grubym żwirem, Hoffman musiał zejść parę mil pieszo po drodze lekko przysypanej stwardniałym śniegiem.
— A dokąd to idziemy, obywatelu, w tych pięknych butach? — zawołał agent do młodzieńca.
— Idę do Paryża, obywatelu.
— I nie boisz się, młody Prussssaku — odrzekł oddziałowy, wymawiając ten epitet prusaka z taką obfitością zgłoski s, że nadbiegło z dziesięciu ciekawych.
Prusacy niemniejszymi wówczas byli wrogami dla Francji jak Filistyni dla współziomków Samsona Izraelity.
— Ano tak, jestem pruzak — odpowiedział Hoffman, pięć s oddziałowego zamieniając na jedno z — i cóż z tego?
— Jeżeli jesteś Prusakiem, to możesz być zarazem maleńkim szpiegiem Pitta i Koburga, hę?
— Proszę przeczytać moje paszporty — odparł Hoffman, podtykając swój tom jednemu z piśmiennych rogatkowych.
— Chodź — odrzekł tenże, odwracając się dla odprowadzenia cudzoziemca do kordegardy.
Hoffman udał się za tym przewodnikiem z zupełnym spokojem.
Kiedy przy świetle kopcących świec patrjoci ujrzeli tego nerwowego młodzieńca z okiem śmiałem, włosami niedbale rozrzuconemi, który jak mógł najsumienniej ciskał swą francuszczyzną, jeden z nich zawołał:
— Ten się chyba nie wyprze, że jest arystokratą; cóż to za ręce i nogi!
— Jesteś głupi, obywatelu — odparł Hoffman — jam taki sam patrjota jak ty, a do tego jestem artystą.
Mówiąc te słowa wydobył z kieszeni jedną z tych przerażających fajek, których dno znaleźć może tylko nurek niemiecki.
Fajka ta sprawiła cudowne wrażenie pomiędzy oddziałowymi, którzy ciągnęli rozkosze tytuniowe z maleńkich fajeczek.
Wszyscy zaczęli się wpatrywać w niemieckiego młodzieńca, który ze zręcznością, dowodzącą niepospolitej wprawy, pakował w tę fajkę zapas całotygodniowy.
Usiadł potem, rozpalił fajkę tak, że wierzch przedstawiał szeroką powłokę ognia i wypuszczał w równych odstępach kłęby dymu, które wdzięcznie, w niebieskawych kolumnach wychodziły mu z nosa i ust.
— Dobrze pali — mówił jeden z oddziałowych.
— I musi to był łebski chłopak — rzekł drugi — patrzajno na te jego świadectwa.
— Poco ty idziesz do Paryża? — zapytał tenże.
— Uczyć się sztuki wolności — odpowiedział Hoffman.
— I czego jeszcze? — dodał francuz, mało wzruszony heroizmem tego frazesu, zapewne z powodu, że już spowszedniał.
— I malarstwa — dodał Hoffman.
— A! to ty malarzem jesteś, jak obywatel Dawid?
— Zupełnie tak samo.
— Umiesz robić patrjotów rzymskich tak całkiem nagich, jak on?
— Ja robię ich w ubraniu — rzekł Hoffman.
— To nie tak ładnie.
— Zależy od gustu — odparł Hoffman z najzimniejszą krwią.
— Zrób też mój portret — rzekł poddziałowy z podziwem.
— I owszem.
Hoffman wyjął głownię z pieca, przytłumił żarzącą się kończynę, i na ścianie pobielanej wapnem, narysował jedną z najbrzydszych twarzy, jakie kiedykolwiek zniesławiły stolicę świata cywilizowanego.
Czapka futrzana z lisim ogonem, gęba rozdarta, gęste faworyty, krótka fajka, podbródek zadarty, wyszły w swej szarży z taką prawdą, że każdy z obecnych w kordegardzie, żądał od młodzieńca ażeby go raczył portretować.
Hoffman przystał chętnie i naszkicował na ścianie szereg patrjotów tak wybornych, choć zapewne mniej szlachetnych, niż ci z Nowego obchodu Rembrandta.
Wprowadzeni w dobry humor patrjoci, zaniechali wszelkich podejrzeń, Niemiec został naturalizowany jako paryżanin; poczęstowano go piwem honorowem, a on jako człowiek dobrze myślący, odwzajemnił się im winem burgudzkiem, które obywatele przyjęli całem sercem.
Wtedy to jeden z nich, położył drugi palec od genjalnego nosa, i rzekł do Hoffmana, mrugając lewem okiem.
— Wyznaj jedną rzecz, obywatelu Niemcze.
— Jaką, mój drogi?
— Wyznaj cel swego przybycia.
— Powiedziałem: polityka i malarstwo.
— Nie, nie, coś innego....
— Zapewniam cię, obywatelu.
— Rozumiesz przecież, że cię nie oskarżamy: ale oto są delegaci z klubu Kordeljerów, dwaj z Jakobinów; ja z Braci Przyjaciół; wybieraj z pomiędzy nas ten klub, któremu złożysz hołd.
— Jaki hołd? — zapytał Hoffman zdziwiony.
— O! nie ukrywaj się; to tak piękne, że powinieneś się tem wszędzie pysznić.
— Doprawdy, obywatelu, zawstydzasz mnie; wytłumacz się.
— Patrz i sądź, czy umiesz odgadywać? — rzekł patrjota.
I otwierając księgę paszportową, tłustym palcem ukazał na stronicy pod rubryką Strasburg, wiersze następujące:
— „Hoffman, podróżny przybywający z Manhejmu wziął ze Strasburga skrzynię zacyfrowaną tak: O. B“.
— To prawda — rzekł Hoffman.
— A cóż to zawiera ta skrzynia?
— Złożyłem deklaracje w Strasburgu.
— Patrzajcie obywatele, co ten mały figlarz przywozi tu... Czy pamiętacie o przesyłce naszych patrjotów z Auxerre?
— Pamiętam — rzekł jeden z nich — skrzynia sadła.
— A do czego?
— Do smarowania gilotyny — zawołał chór głosów zadowolonych.
— A cóż — rzekł Hoffman z miną bladą — jakiż to związek skrzynia, która wiozę, może mieć z przesyłką patrjotów z Auxerre?
— Czytaj — oświadczył paryżanin pokazując mu jego paszport — czytaj młodzieńcze: „Podróżujący w celach polityki i sztuki“. Tak napisano.
— O, Republiko! — westchnął Hoffman.
— Przyznaj się więc, młody przyjacielu wolności — rzekł doń młody protektor.
— Byłoby to chełpieniem się z myśli, której nie miałem — odparł Hoffman. — Nie lubię fałszywej chwały; nie, skrzynka, którą zabrałem w Strasburgu, a która idzie pocztą wozową, zawiera tylko skrzypce, pudełko z farbami i kilka zwiniętych płócien.
Słowa te o wiele zmniejszyły szacunek, jaki niektórzy powzięli dla Hoffmana. Oddano mu papiery, wypróżniono zafundowane przez niego kieliszki, ale przestano go uważać za zbawcę ludów uciśnionych.
Jeden nawet z patrjotów dodał:
— On podobny jest do Saint Justa, ale ja wolę Saint Justa.
Hoffman, zapadłszy znowu w zadumę, którą podniecał piec, tytuń i wino burgundzkie, siedział czas jakiś zamyślony. Ale naraz podnosząc głowę:
— Więc tu dużo gilotynujecie? — zapytał.
— Niezgorzej, niezgorzej; podupadło to trochę od czasu Brissotinów, ale jeszcze się nieźle trzyma.
— Gdziebym mógł się dogodnie umieścić, czy wiecie, szanowni obywatele?
— Wszędzie.
— Ale tak, ażeby wszystko widzieć?
— To stań przy placu Kwiatowym.
— Dobrze.
— A czy wiesz, gdzie się znajduje plac Kwiatowy?
— Nie; ale podoba mi się ta nazwa; już się tam widzę umieszczonym. Którędy się tam idzie?
— Pójdziesz prosto ulicą Piekielną i dostaniesz się na plac.
— Ten plac dotyka wody, skoro nazywacie go quasis, to niby wybrzeże? — rzekł Hoffman.
— Właśnie.
— A tą wodą jest Sekwana?
— Sekwana.
— Więc plac Kwiatowy dotyka Sekwany, czy tak?
— Ej! ty widzę znasz Paryż lepiej ode mnie, obywatelu Niemcze.
— Dziękuję. Żegnam, czy mogę odejść?
— Masz tylko jednę formalność do spełnienia.
— Jaką?
— Wstąpisz do komisarza policji, i zażądasz karty pobytu.
— Bardzo dobrze! Żegnam.
— Poczekaj jeszcze. Z tą kartą udasz się do biura policji.
— Aha!
— I podasz adres swego mieszkania.
— Dobrze; i koniec?
— Nie, przedstawisz się w oddziale.
— Poco?
— Aby wykazać środki utrzymania.
— Zrobię to, i już po wszystkiem?
— Jeszcze nie; trzeba złożyć jakąś ofiarę patrjotyczną.
— Chętnie.
— I złożyć przysięgę nienawiści dla tyranów francuskich i obcych.
— Z całego serca. Dziękuję za te szacowne informacje.
— Pamiętaj przytem napisać czytelnie imię i nazwisko na karcie u drzwi.
— Uczynię to.
— Idź już obywatelu, przeszkadzasz nam.
Butelki były próżne.
— Żegnam was, obywatelu, uprzejmie dziękuję za tę grzeczność.
I Hoffman odszedł, wciąż z fajką w ustach, rozżarzoną jak nigdy. — I takie było oto jego wejście do stolicy Francji republikańskiej.
Przynęciła go ta powabna nazwa „Plac Kwiatowy“. Hoffman już widział w wyobraźni pokoik z balkonikiem na ten cudowny plac Kwiatowy.
Zapomniał o grudzie i mroźnym wietrze, zapomniał o śniegu i tej czarnej śmierci całej natury. Kwiaty w jego wyobraźni wyrastały pod parą jego ust; widział same jaśminy i róże, mimo rynsztoków przedmieścia.
Dziewiąta biła, gdy przybył na plac Kwiatowy, który był zupełnie ciemny i pusty, jak wszystkie w zimie na północy. Tylko pustka i ciemności większe były jeszcze tego wieczora, niż gdzieindziej.
Hoffman zanadto uczuwał głód i zimno, by filozofować po drodze ale zajazdu na tym placu nie było.
Wodząc oczyma, dostrzegł nareszcie na rogu placu i ulicy Barillerie wielką latarnię czerwoną, między szybami której migotała zatłuszczona lampka.
Latarnia ta wisiała i bujała się przyczepiona do żelaznego drąga w kształcie szubienicy, bardzo podatnego w tych czasach burzliwych, do powieszenia politycznego wroga.
Hoffman spostrzegł na czerwonem szkle zielonemi zgłoskami wykaligrafowany napis:
„Mieszkanie. Pokoje i gabinety ze sprzętami“.
Żywo zakołatał do drzwi wchodowych; drzwi się otworzyły; podróżny wszedł omackiem.
Ostry głos zakrzyczał:
— Zamykać drzwi.
A wielki pies szczekając, zdawał się doń mówić:
— Baczność na nogi.
Umówiwszy się o cenę z gospodynią dość uprzejmą, wybrawszy pokój, Hoffman znalazł się w posiadaniu piętnastu stóp długości na osiem szerokości, tworzących razem pokój sypialny i gabinecik, za trzydzieści sou dziennie, wypłacanych co rano po wstaniu z łóżka.
Hoffman był tak uradowany, że zapłacił za dwa tygodnie zgóry, z obawy, aby mu nie odebrano tego szacownego lokalu.
To uczyniwszy położył się w łóżko dość wilgotne; ale każde łóżko jest łóżkiem dla młodzieńca 18-letniego.
A przytem, któż widział grymasić, mając szczęście mieszkać na placu Kwiatowym?
Hoffman wreszcie wywołał wspomnienie Antonji, a czyż raj nie jest zawsze tam, gdzie się wywołuje aniołów?


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.