Klub Pickwicka/Rozdział czterdziesty szósty

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Klub Pickwicka
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo J. Przeworskiego
Druk Zakłady Graficzne „Feniks“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Posthumous Papers of the Pickwick Club
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tom IV
Pobierz jako: Pobierz Cały tom IV jako ePub Pobierz Cały tom IV jako PDF Pobierz Cały tom IV jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii


Rozdział czterdziesty szósty.
Opowiadania o delikatnych uczuciach panów Dodsona i Fogga, oraz o tem, że ci gentlemani nie byli pozbawieni zmysłu komizmu.

Mniej więcej na tydzień przed końcem lipca ujrzano na ulicy Goswell pędzącą dorożkę (numeru nie zauważono). Siedziały w niej trzy osoby, prócz stangreta, który cisnąć się musiał na małym koźle. Na fartuchu wisiały dwa szale, należące do dwóch dam przykrytych fartuchem. Między temi damami, ściśnięty do bardzo niewielkich rozmiarów, stał jegomość zastraszony i zahukany, który ilekroć ośmielił się zrobić jakąś uwagę, narażał się na natychmiastowe skarcenie ze strony którejś z groźnych pań. Obie damy i jegomość dawali stangretowi sprzeczne rozkazy, zmierzające jednak do tego, by zajechał przed dom pani Bardell. Wysoki jegomość, w przeciwieństwie do obu dam i ku ich oburzeniu, twierdził, że są to drzwi zielone, nie żółte.
„Stańcie przed domem z zielonemi drzwiami!“ mówił jegomość.
„Ach, ty przewrotna istoto!“ wołała jedna z groźnych pań. „Jedźcie pod dom z żółtemi drzwiami!“
Na to stangret, który tak raptownie zatrzymał konia przed domem z zielonemi drzwiami, że zachodziła obawa, iż rumak uderzy zadem o dorożkę, nanowo puścił go truchtem, poczem odwrócił się.
„Gdzie więc mam wkońcu stanąć?“ niecierpliwił się stangret. „Umówcie się państwo jakoś między sobą! Pytam poprostu: gdzie mam stanąć?!“
Tu spór nanowo wybuchnął z jeszcze większą siłą niż poprzednio. A ponieważ jednocześnie mucha ucięła konia w nos, stangret pod pozorem odpędzenia jej, ulżył sobie, ściągając konia batem przez łeb.
„O, tyle zachodu!“ powiedziała jedna z groźnych pań. „Tamte żółte drzwi!“
Ale kiedy dorożka zajechała z fantazją przed dom z żółtemi drzwiami, czyniąc więcej hałasu (jak z dumą stwierdziła jedna z dam) „od prywatnej karety!“, i kiedy już stangret zsiadł z kozła, by pomóc wysiąść paniom — mała okrągła główka imć pana Tomasza Bardell pokazała się w oknie domu z czerwoną bramą — o parę domów od domu, przed którym stanęli.
„Głupia historja!“ powiedziała wyżej wymieniona dama, rzucając zjadliwe spojrzenie na gentlemana.
„To nie moja wina, moja droga!“ odrzekł.
„Nie mów do mnie, głuptasie, nie odzywaj się do mnie!“ odpowiedziała dama. „Dom z czerwonemi drzwiami, stangrecie! Och! Jeżeli kiedy istniała kobieta, hańbiona i obrażana przez złośliwego nicponia, któremu sprawia specjalną przyjemność torturowanie swojej żony — ja jestem tą kobietą!“
„Powinieneś się pan wstydzić, panie Raddle!“ powiedziała druga z dam, znajoma nasza, pani Cluppins.
„Co ja zrobiłem?“ dziwił się Raddle.
„Nie mów do mnie, nie odzywaj się do mnie, brutalu, bo jeszczem gotowa zapomnieć, że jestem kobietą i uderzę cię!“ powiedziała pani Raddle.
Podczas tego djalogu woźnica zaprowadził konia za uzdę pod dom z czerwonemi drzwiami, które właśnie młody pan Bardell otwierał. Oto delikatny i wytworny sposób zajeżdżania przed dom przyjaciółki! Żadnego zajeżdżania z turkotem i hałasem! Żadnego wyskakiwania z dorożki! Żadnego pukania do drzwi! Żadnego odpinania fartucha w ostatniej chwili, z obawy, by się suknie damskie nie zabrudziły! Wreszcie ten woźnica, który podał paniom szale — zupełnie jakby ich prywatny stangret!
„No, Tommy“, spytała pani Cluppins. „Jakże się miewa twoja kochana mateczka?“
„O, bardzo dobrze!“ odpowiedział młody pan Bardell. „Jest w saloniku. Gotowa. Ja także jestem gotów!“ powiedział pan Tommy i, wsadziwszy ręce w kieszeń, skoczył na najwyższy stopień schodów.
„Czy będzie ktoś jeszcze?“ spytała pani Cluppins, poprawiając pelerynę.
„Będzie pani Sanders!“ odpowiedział Tommy. „No i ja!“
„Co to za chłopak!“ zawołała mała pani Cluppins. „Myśli tylko o sobie! Słuchaj, Tommy!“
„No?“ spytał pan Tomasz.
„Kto będzie jeszcze, kochasiu?“ spytała pani Cluppins mimochodem.
„Będzie pani Rogers!“ powiedział młody pan Bardell, przyczem szeroko otworzył oczy.
„Co?! Dama, która wynajęła mieszkanie?!“ zawołała pani Cluppins.
Pan Bardell głębiej wsadził ręce w kieszenie, i kiwnął głową dokładnie trzydzieści pięć razy, by potwierdzić, że ta właśnie dama, a nie kto inny.
„O Boże!“ zawołała pani Cluppins. „Ależ to całe przyjęcie!“
„Gdyby pani wiedziała, co jest w kredensie!“ powiedział młody Bardell.
„Cóż tam jest, Tommy?“ pieszczotliwie pytała pani Cluppins, „powiedz mi, Tommy, wiem, że mi powiesz!“
„Nie, nie powiem!“ powiedział Tommy, potrząsając głową i znów uciekając na najwyższy stopień schodów.
„Nieznośny bęben!“ zawołała pani Cluppins. „Byle tylko człowieka sprowokować! Chodź, Tommy, powiedz swojej kochanej Cluppy!“
„Mama nie kazała“, odrzekł pan Tomasz. „Ja też mam dostać kawałek!“ Uradowany tą obietnicą, chłopak zaczął kręcić młynka z dziecinnem przejęciem.
Przypatrywanie się tym igraszkom dziecięcym wypełniło czas, który państwu Raddle zeszedł na układach z woźnicą w sprawie zapłaty a zakończonych zwycięstwem jego żądań. — Nadbiegła pani Raddle.
„Co się stało, Mary Annie?“ spytała pani Cluppins.
„Ach, zawsze jakieś kłopoty!“ odpowiedziała pani Raddle. „Raddle, to nie mężczyzna! Wszystko spada zawsze na moją głowę!“
Nie było to sprawiedliwe w stosunku do biednego Raddle, którego poczciwa ta dama już na początku dyskusji odsunęła od wszelkich wpływów, surowo nakazawszy: „trzymaj język za zębami!“ Nie miał jednak możności wystąpić w swojej obronie, gdyż pani Raddle zaczęła zdradzać nieomylne oznaki natychmiastowego zemdlenia. Dojrzały to przez okno pani Sanders, pani Bardell, lokatorka, oraz służąca lokatorki, wybiegły więc natychmiast i wprowadziły ją do mieszkania. Mówiły wszystkie jednocześnie i darzyły ją oznakami największej życzliwości i współczucia, jak gdyby była najnieszczęśliwszą istotą między śmiertelniczkami. Zaprowadzono panią Raddle do bawialni i ułożono na sofie. Dama z pierwszego piętra pobiegła na pierwsze piętro i wróciła z flaszeczką soli trzeźwiących, poczem, objąwszy panią Raddle za szyję, przytknęła jej flaszeczkę do nosa, aż biedna ofiara złości męskiej, prychając i krztusząc się, oznajmiła, że jest jej lepiej.
„Biedactwo!“ zawołała pani Rogers. „Wiem, co czuje!”
„Biedactwo!“ powtórzyła pani Sanders. „Ja także!“ Poczem wszystkie damy westchnęły unisono, unisono stwierdziły, że wiedzą coś o tem i że żałują panią Raddle z głębi serca. Nawet służąca lokatorki, mająca trzynaście lat i trzy stopy wzrostu, mruczała coś życzliwie.
„Ale co się stało?“ pytała pani Bardell.
„Co tak panią zdekonfiturowało?“ pytała pani Rogers.
„Ubliżono mi...“ cicho szepnęła pani Raddle, zaś damy spojrzały z wyrzutem na pana Raddle.
„Ależ faktycznie...“ zaczął nieszczęśliwy jegomość, wysuwając się naprzód. „Kiedyśmy podjechali pod te drzwi, wynikła dyskusja z woźnicą...“ głośny jednak krzyk, który wyrwał się jego małżonce przy dźwięku tych słów, uniemożliwił dalszą dyskusję.
„Lepiej zostaw ją samą, Raddle!“ powiedziała pani Cluppins. „Nie przyjdzie do siebie, póki ty tu będziesz!“
Wszystkie damy zgodziły się z tą opinją. Pana Raddle wypchnięto więc z pokoju i poradzono mu, by poszedł przejść się po dziedzińcu. Po kwadransie pani Bardell oznajmiła mu, że może wejść, ale musi być bardzo ostrożny w postępowaniu z małżonką. Wie, że pan Raddle nie chce jej dokuczać, ale Mary Annie daleka jest od tego, by można ją nazwać silną, jeżeli więc nie będzie się miał na baczności, to może ją stracić, sam nie wiedząc kiedy, co w przyszłości może być dlań źródłem przykrych refleksyj. I tak dalej. Wszystkiego tego pan Raddle wysłuchał bardzo pokornie i wrócił do pokoju cichy jak trusia.
„Przecież państwo jeszcze się nie znają!“ zawołała pani Bardell. „Coś podobnego! Pan Raddle, pani Rogers. Pani Cluppins, pani Raddle!“
„Siostra pani Cluppins!“ dodała pani Sanders.
„Co?! Naprawdę?“ zawołała pani Rogers uprzejmie. Była lokatorka trzymała służącą, w jej pozycji towarzyskiej wypadało więc być raczej uprzejmą niż serdeczną. „Och, czy to być może?!“
Pani Raddle uśmiechnęła się słodko. Pan Raddle skłonił się, a pani Cluppins oznajmiła, „że bardzo jej miło poznać damę, o której słyszała tyle pochlebnych rzeczy...“ Komplement ten pani Rogers przyjęła bardzo pobłażliwie.
„No, panie Raddle“, powiedziała pani Bardell. „Musi być pan strasznie dumny, że na pana i na Tommy spada zaszczyt prowadzenia tylu dam aż do Spaniards, Hampstead. Jak pani uważa, pani Rogers?“
„Och naturalnie!“ zawołała pani Rogers, poczem wszystkie damy powtórzyły jednogłośnie: „Och, naturalnie!“
„Naturalnie!“ odpowiedział pan Raddle, zacierając ręce i zdradzając nikłą chęć wypogodzenia się nieco. „Słowo daję, powiedziałem, jakeśmy jechali dorożką...“
Na dźwięk tego wyrazu, przypominającego tyle przykrych przejść, pani Raddle przyłożyła chusteczkę do oczu i wydała stłumiony jęk. Pani Bardell spojrzała więc surowo na pana Raddle, aby dać mu do poznania, że lepiej niech już milczy, poczem z odpowiednią miną kazała służącej pani Rogers „podać wina!“
Był to moment okazania skarbów, zawartych w kredensie: talerzy z pomarańczami i ciastkami oraz butelki starego, zwietrzałego Porto (szyling i dziewięć pensów), które wraz z butelką słynnego indyjskiego sherry (czternaście pensów) zostało zakupione dla uczczenia lokatorki i wyjęte z odpowiednim gestem, ku wielkiemu zadowoleniu wszystkich obecnych. Pani Cluppins przeżyła chwile przykrej konsternacji, gdy mały Tommy wyjechał z opowiadaniem, jak to go indagowała „co zawiera kredens?“, lecz zostało to szczęśliwie przerwane zapomocą wręczenia smarkaczowi pół szklaneczki starego Porto, które wychylił natychmiast, ryzykując w ten sposób swoje życie. Poczem wszyscy udali się na poszukiwanie Hampstead. Odnaleziono je z łatwością i już w parę godzin później całe towarzystwo siedziało w hiszpańskiej herbaciarni. Nieszczęśliwy pan Raddle znów o mały włos nie doprowadził swojej żony do zemdlenia: ni mniej ni więcej tylko zamówił siedem procyj herbaty, a cóż łatwiejszego (zgodnie stwierdziły wszystkie damy) jak to, by Tommy pił z filiżanki jednej z pań — albo nawet ze wszystkich — kiedy się garson odwróci?! Oszczędzonoby jedną herbatę!
Nie było jednak na to rady i wniesiono tacę z siedmioma filiżankami herbaty, siedmioma talerzykami i tyluż porcjami chleba z masłem. Panią Bardell jednogłośnie obrano przewodniczącą, pani Rogers usiadła po jej prawicy, pani Raddle po lewicy, i zabrano się do jedzenia z wielkiem zadowoleniem.
„Jak piękną jest wieś!“ westchnęła pani Rogers. „Całe życie chciałabym mieszkać na wsi!“
„Och, to nie dla pani!“ zawołała pani Bardell szybko, przerażona możnością utraty lokatorki. „To nie dla pani!“
„Och, mam wrażenie, że pani jest za ruchliwa i za bardzo towarzyska, by móc lubić wieś!“ dodała mała pani Cluppins.
„Może... może...“ przyznała lokatorka z pierwszego piętra.
„Dla ludzi samotnych... o których nikt się nie troszczy... o których nikt nie dba... których życie ciężko doświadczyło...“ powiedział pan Raddle, ożywiając się nieco, „wieś nadaje się doskonale. Wieś jest dla ludzi o zranionych duszach...“
Otóż, ze wszystkich rzeczy na świecie, jakie mogły przyjść na myśl nieszczęśnikowi, ta była najgorsza! Oczywiście pani Bardell wybuchnęła płaczem i musiano ją natychmiast odprowadzić na bok. Wrażliwy jej synek zaczął naturalnie ryczeć za jej przykładem.
„Czy uwierzyłby kto, moja pani!“ zawołała dumnie pani Raddle, zwracając się do lokatorki z pierwszego piętra, „że kobieta może być żoną takiego bezdusznego stworzenia, które od rana do nocy obraża tylko uczucia niewieście?!“
„Moja droga“, powiedział pan Raddle. „Moja droga, ja naprawdę... nie miałem zamiaru...“
„Nie miałeś zamiaru!“ powtórzyła pani Raddle pogardliwie. „Wynoś się! Nie mogę patrzeć spokojnie na takiego brutala!“
„Nie powinnaś się irytować, Mary Annie“, powiedziała pani Cluppins. „Powinnaś koniecznie więcej dbać o siebie, czego nigdy nie robisz! Idź, idź sobie, Raddle, bo ją zmartwisz jeszcze więcej!“
„Radzę panu wypić samemu herbatę!“ powiedziała pani Rogers, znów stosując flaszkę z solami.
Pani Sanders, która według swego zwyczaju była bardzo zajęta chlebem z masłem, wypowiedziała tę samą radę i pan Raddle wycofał się posłusznie.
Potem miano nieco trudu z wywindowaniem młodego pana Bardell, który był trochę za duży na tę operację na ręce matki — przyczem noga młodzieńca trafiła do filiżanki, co spowodowało małe zamieszanie między filiżankami i talerzami. Ale przypadki omdlenia, jeżeli zdarzają się w wyłącznie damskiem towarzystwie, nie trwają długo; a więc, wyściskawszy nieco i skrzyczawszy synka, pani Bardell przyszła do siebie, posadziła go na krześle, wyraziła zdumienie, że mogła być tak głupia, i wypiła łyk herbaty.
Nagle usłyszano turkot powozu. Damy podniosły głowy i ujrzały dorożkę podjeżdżającą przed bramę ogrodową.
„Jeszcze ktoś przyjechał!“ zawołała pani Sanders.
„Jakiś gentleman“, dodała pani Cluppins.
„Ależ to...“ wykrzyknęła pani Bardell, „to pan Jackson, młody dependent od panów Dodson et Fogg. Czyżby pan Pickwick wypłacił odszkodowanie?“
„A może chce się żenić“ napomknęła pani Cluppins.
„Jakże ten gentleman długo nie przychodzi!“ zawołała pani Sanders; „czemu się nie pospieszy?“
Tymczasem pan Jackson odwrócił się od dorożki, gdzie zamienił parę słów z jakimś źle ubranym mężczyzną w czarnych spodniach, który razem z nim wysiadł z powozu i trzymał gruby kij bukowy w ręku — i podszedł, poprawiając sobie włosy, do miejsca, gdzie siedziały damy.
„Co nowego, panie Jackson?“ zapytała pani Bardell z widocznem wzruszeniem. „Czy się coś stało?“
„Nic, pani, nic“, odrzekł pan Jackson. „Jak się panie miewają? Przepraszam, że przeszkadzam, ale prawo moje, panie, prawo...“
To mówiąc, pan Jackson uśmiechnął się, oddał ukłon całemu towarzystwu i powtórnie poprawił włosy. Pani Rogers szepnęła do pani Raddle, że jest to rzeczywiście bardzo miły młodzieniec.
„Byłem na ulicy Goswell“, mówił dalej pan Jackson, „ale dowiedziawszy się, że panie tu znajdę, wziąłem więc powóz i przyjechałem. Moi pryncypałowie potrzebują pani natychmiast, pani Bardell“.
„O mój Boże!“ zawołała pani Bardell, przestraszona tą niespodziewaną wiadomością.
„Tak jest“, odrzekł pan Jackson, przygryzając usta; „sprawa bardzo ważna i bardzo nagła, której niepodobna odkładać. Dodson wyraźnie mi to powiedział, Fogg także. Dlatego zatrzymałem powóz, by odwieźć panią do Londynu“.
„To dziwne!“ zawołała pani Bardell.
Wszystkie damy zgodziły się, iż było to bardzo dziwne, ale jednocześnie uznały także, iż musi to być sprawa bardzo ważna, bo przecież panowie Dodson i Fogg nie posyłaliby inaczej do Hampstead. Wkońcu dodały, że, wobec ważności sprawy, pani Bardell zrobi najlepiej, gdy pojedzie natychmiast do swych adwokatów.
Pani Bardell bynajmniej nie było nieprzyjemnie, że jej przyjaciele po prawie wzywali ją z takim pośpiechem. Sądziła ona, iż to wogóle, a w szczególności w oczach lokatorki z pierwszego piętra, znacznie ją podniesie, co pochlebiało jej próżności. Z początku niby wzdragała się trochę, ale potem oświadczyła, iż pojedzie, wkońcu zaś dodała zapraszającym tonem:
„Panie Jackson, może się pan pokrzepi czem po przejażdżce?“
„Doprawdy, pani, nie mamy czasu do stracenia“, odparł pan Jackson; „a przy tem mam tam znajomego“, dodał, wskazując na mężczyznę z bukową laską.
„Poproś pan swego znajomego, by także tu przyszedł“, rzekła pani Bardell. „Zawołaj go pan tutaj!“
„Nie... dziękuję pani“, odrzekł pan Jackson, nieco zakłopotany. „On nie jest przyzwyczajony do towarzystwa dam; zawsze w niem głupieje. Jeżeli pani będzie tak dobra i każe garsonowi zanieść mu coś do picia... nie jestem pewny, czy przyjmie, ale spróbować można“.
Podczas tego palce pana Jacksona igrały koło jego własnego nosa, by dać tem do zrozumienia słuchaczom, iż mówi ironicznie.
Bezzwłocznie wyprawiono garsona do głupawego gentlemana, który się zgodził coś wypić. Pan Jackson także coś wypił a damy, przez prostą grzeczność wobec gościa, również coś wypiły. Następnie pan Jackson oświadczył, iż czas jechać, wobec czego pani Sanders, pani Cluppins i mały Bardell wsiedli do powozu, gdyż w myśl porozumienia mieli towarzyszyć pani Bardell, reszta zaś towarzystwa została pod opieką pani Raddle.
„Izaaku“, rzekł pan Jackson, gdy pani Bardell zabierała się do wsiadania, i spojrzał na swego znajomego, który siedział na koźle i palił cygaro.
„Co, panie?“
„To jest pani Bardell“.
„O! Dawno już o tem wiedziałem!“
Gdy pani Bardell usadowiła się w powozie, pan Jackson umieścił się przy niej, i konie ruszyły. Po drodze pani Bardell przez cały czas podziwiała domyślność znajomego pana Jacksona.
„Jacy ci prawnicy są sprytni“, myślała, „jak odrazu poznają ludzi!“
Po niejakim czasie, gdy panie Sanders i Cluppins usnęły, pan Jackson powiedział do wdowy: „Wie pani, że koszta procesu, to przykra rzecz; mam na myśli koszta procesu pani“.
„Przykro mi, że nie możecie ich panowie otrzymać“, odpowiedziała pani Bardell. „Ale cóż! Jeżeli pańscy pryncypałowie robią takie rzeczy przez spekulację, to muszą się czasem narazić także na straty“.
„O ile jednak wiem, po procesie dała pani panom Dodson et Fogg rewers na wysokość kosztów“, rzekł Jackson.
„Prosta formalność“, odparła pani Bardell.
„Tak“, rzekł sucho pan Jackson; „prosta formalność — prosta formalność“.
Powóz toczył się ciągle; pani Bardell także zdrzemnęła się. Gdy konie stanęły, przebudziła się.
„Jakto?!“ zawołała, „czy jesteśmy już w Feermans Court?“
„Właściwie nie tam jedziemy“, odrzekł pan Jackson. „Zechce pani wysiąść“.
Pani Bardell zrobiła to, gdyż jeszcze niezupełnie się ocknęła. Znalazła się w dziwnem miejscu: przed murem, z bramą pośrodku, a wewnątrz paliło się światło gazowe.
„No, szanowne panie!“ zawołał mężczyzna z bukową laską, zaglądając do powozu i trącając panią Sanders, „wysiadajcie!“
Pani Sanders obudziła swą przyjaciółkę i wszyscy wysiedli; pani Bardell, wsparta na ręku pana Jacksona, weszła w bramę prowadząc swego małego synka za rękę.
Pokój, do którego następnie udały się damy, był jeszcze dziwniejszy, aniżeli wejście do budynku. Było tam mnóstwo ludzi, którzy ciekawie przyglądali się damom.
„Gdzie jesteśmy?“ zapytała pani Bardell, zatrzymując się.
„To jeden z naszych zakładów publicznych“, odrzekł pan Jackson, szybko przeprowadzając ją przez drzwi. Potem, odwróciwszy się, by zobaczyć czy inne damy idą za nimi, zawołał: „Izaaku! Uważaj!“
„Bądź pan spokojny“, odrzekł mężczyzna z bukową laską.
Drzwi szybko zamknęły się, poczem wszyscy zeszli o parę schodów wdół.
„Nareszcie jesteśmy!“ zawołał pan Jackson, triumfalnie spoglądając dokoła; „przybyliśmy zdrowo i cało, co, pani Bardell?“
„Co pan chce przez to powiedzieć?“ zapytała dama, której serce mocniej zabiło, niewiadomo dlaczego.
„Nic szczególnego!“ odrzekł pan Jackson, odprowadzając ją nieco na stronę. „Tylko niech się pani nie przeraża. Niema człowieka delikatniejszego nad Dodsona i bardziej ludzkiego niż Fogg. Ale było ich obowiązkiem, pani, zabezpieczyć sobie zwrot kosztów i nałożyć egzekucję. Zrobili jednak wszystko co mogli, by oszczędzić wrażliwość pani. Jak pocieszającą będzie dla pani myśl, że wszystko poszło tak gładko! Jest pani przy Fleet-street, w więzieniu za długi. Życzę pani dobrej nocy“.

To powiedziawszy, pan Jackson szybko oddalił się wraz z mężczyzną z bukową laską. Wtenczas inny mężczyzna,
Karol Dickens - Klub Pickwicka 04 page038.jpg
z kluczem w ręku, dotychczas przypatrujący się wszystkiemu, poprowadził oszołomione damy innemi małemi schodami, prowadzącemi do jakiejś bramy. Pani Bardell głośno krzyczała, Tommy wył, pani Cluppins zaczęła drżeć, a pani Sanders uciekła bez ceremonji, gdyż ujrzała pana Pickwicka właśnie używającego wieczornej przechadzki; tuż obok niego stał Sam Weller, który, spostrzegłszy panią Bardell, zdjął kapelusz z drwiącą grzecznością, podczas gdy jego pan odwrócił się z oburzeniem i wyszedł.

„Daj pan pokój tej biednej kobiecinie“, rzeki strażnik do Sama, „dopiero co przybyła“.
„Uwięziona?“ zawołał Sam, szybko nakładając kapelusz. „Na czyje żądanie? Za co? Mów stary!“
„Na żądanie Dodsona i Fogga; egzekucja za koszta procesu“.
„Hiobie! Hiobie! Chodź tu!“ krzyknął Sam, rzucając się w korytarz, „biegnij po pana Perkera, Hiobie! Powiedz mu, że potrzebny jest tu natychmiast. A to gratka! Z tego może wyniknąć coś dobrego! Hurra! Gdzie gubernator?“
Ale nikt nie odpowiedział na to pytanie, gdyż Hiob, dowiedziawszy się, o co idzie, popędził wnet jak szalony, a pani Bardell tym razem zemdlała naprawdę.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: anonimowy.