Klub Pickwicka/Rozdział czterdziesty siódmy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Klub Pickwicka
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo J. Przeworskiego
Druk Zakłady Graficzne „Feniks“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Posthumous Papers of the Pickwick Club
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tom IV
Pobierz jako: Pobierz Cały tom IV jako ePub Pobierz Cały tom IV jako PDF Pobierz Cały tom IV jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii


Rozdział czterdziesty siódmy,
głównie poświęcony doczesnym sprawom pp. Dodsona i Fogga. Ukazanie się pana Winkle w nadzwyczajnych okolicznościach. Dobroć pana Pickwicka okazuje się większą, aniżeli jego upór.

Hiob Trotter pędził ulicami, torując sobie drogę to środkiem, to na chodnikach, to w rynsztokach, pomiędzy mnóstwem koni, powozów i ludzi. Nie zważając na przeszkody, biegł, nie zatrzymując się ani na chwilę, dopóki nie stanął przed bramą Gray’s Inn. Ale pomimo całego jego pospiechu, biuro pana Perkera było już zamknięte od pół godziny, gdy Hiob zatrzymał się przed niem. Zanim odszukał kobietę, posługującą w biurze, która mieszkała przy swej córce, zamężnej za posługaczem sądowym, mieszkającym pod pewnym numerem, na jakiejś ulicy, tuż poza jakimś browarem, gdzieś poza Gray’s Inn Lane, już tylko piętnaście minut pozostawało do zamknięcia bramy więzienia. Następnie trzeba było jeszcze odszukać pana Lowtena, w tylnym pokoju oberży pod „Sroką“, tak, iż zaledwie Hiob załatwił sprawę i opowiedział, z czem przysłał go Sam Weller, zegar począł wybijać dziesiątą.
„Ach!“ zawołał pan Lowten, „nie będziesz mógł wrócić dziś do więzienia; a może masz klucz, mój kochany?
„Niech się pan o mnie nie troszczy“, odparł Hiob, „prześpię się gdziekolwiek; ale czy nie byłoby dobrze zobaczyć Pana Perkera dziś jeszcze, by zaraz jutro rano mógł zjawić się na miejscu?“
„Widzisz, mój kochany“, odrzekł Lowten, pomyślawszy chwilę, „gdyby to chodziło o kogo innego, to pan Perker wcale nie byłby rad, że go tak późno niepokoją; ale ponieważ idzie tu o pana Pickwicka, sądzę, że mogę wziąć dorożkę na koszt biura i pojechać do niego“.
Po tej decyzji Lowten wziął kapelusz, poprosił o wybranie innego prezydenta na czas jego chwilowej nieobecności, podszedł do najbliższego postoju dorożek, wybrał powóz, którego wygląd najbardziej mu odpowiadał, i kazał woźnicy jechać na plac Montague, Russel Square.
Pan Perker wydawał w tym dniu obiad, o czem świadczyły światła za oknami bawialni, tony ulepszonego, wielkiego fortepianu, dźwięki wydobywające się z niego, ale wymagające jeszcze bardzo znacznego ulepszenia, i niemal oszałamiające zapachy potraw. Ponieważ równocześnie przybyli przypadkowo ze wsi do miasta bardzo cenieni klienci, na ich więc powitanie zebrało się miłe towarzystwo, na które złożyli się: pan Snicks, sekretarz zakładu ubezpieczeń na życie, pan Prosee, doskonały doradca prawny, trzej adwokaci, jeden komisarz sądowy, pewien adwokat do spraw specjalnych z Temple, pewien młody gentleman o małych oczach i jego przedstawiciel, który napisał ostrą książkę w sprawie ustawy o legatach, upstrzoną niesłychaną ilością odnośników i cytat, oraz wiele wybitnych, a nawet wprost znakomitych osób. Od tego towarzystwa oderwał się pan Perker, gdy szepnięto mu, że przyszedł jego dependent. Udał się więc do jadalni, gdzie ujrzał pana Lowtena i Hioba Trottera w ponurym półmroku, rozsiewanym przez lampę kuchenną, postawioną na stole, z należną wzgardą dla dependentów i wszelkich związanych z nimi sprawami, przez gentlemana, który poniżył się do tego, że za kwartalne wynagrodzenie pojawiał się w krótkich spodniach aksamitnych i wełnianych pończochach.
„Cóż tam nowego“, zapytał wchodząc, „czy nadeszły jakie ważne listy?“
„Nie, panie“, odparł Lowten, „ale oto jest posłaniec od pana Pickwicka“.
„Od Pickwicka?“ zawołał mały człowieczek, żywo zwracając się ku Hiobowi. „Cóż to się stało?“
„Dodson i Fogg uwięzili panią Bardell za koszta procesu“, rzekł Hiob.
„Niemożliwe!“ zawołał pan Perker, wkładając ręce do kieszeni i opierając się o kredens.
„Tak jest rzeczywiście“, odparł Hiob. „Zdaje się, iż wydała im rewers na wysokość kosztów, zaraz po ukończeniu sprawy“.
„Na Jowisza!“ zawołał pan Perker, wyjmując obie ręce i uderzając pięścią jednej z nich w dłoń drugiej! „na Jowisza! To są najzręczniejsi spryciarze, jakich kiedykolwiek widziałem!“
„I najpodlejsze łotry, jakich udało mi się w życiu spotkać“, dodał Lowten.
„No tak“, dorzucił pan Perker; „ale trudno ich przyłapać“.
„To wielka prawda“.
Następnie obaj, mistrz i uczeń, zamilkli na parę minut, jakby zastanawiali się nad najwspanialszym i najgenjalniejszym wynalazkiem, jaki wymyślić może rozum ludzki. Gdy przyszli do siebie po tym niemym zachwycie, Hiob Trotter opowiedział resztę tego, co mu polecono. Pan Perker w zamyśleniu kiwał głową; wkońcu, spoglądając na zegar, powiedział:
„Jutro, punkt o dziesiątej, będę tam. Sam ma zupełną słuszność; powiedz mu to ode mnie. Pozwoli pan szklankę wina, Lowten?“
„Dziękuję panu“.
„To znaczy „tak“, jak wnoszę“, odrzekł mały adwokat, biorąc z kredensu butelkę i dwie szklanki.
Ponieważ Lowten rzeczywiście myślał „tak“, nie powiedział więc ani słowa, lecz, zwracając się do Hioba, zapytał go cichym głosem, tak jednak, by adwokat słyszał, czy widzi, jak zdumiewająco podobny jest portret pana Perkera, zawieszony nad kominkiem? Naturalnie, iż Hiob oświadczył, że tak. Gdy wino nalano, Lowten wypił za zdrowie pani Perker i jej dzieci, a Hiob za zdrowie pana Perkera. Ponieważ gentleman w krótkich spodniach aksamitnych i wełnianych pończochach nie uważał za swój obowiązek urzędowy poświecić osobom z biura, uparcie więc puszczał mimo uszu wezwania dzwonkiem, tak, że obaj musieli sami szukać drogi. Adwokat powrócił do salonu, Lowten pod „Srokę“, a Hiob poszedł na targowicę Covent-Garden i przepędził noc w koszu na warzywo.
Nazajutrz o umówionej godzinie wesoły mały adwokat zapukał do drzwi pana Pickwicka. Sam otworzył mu je z pospiechem.
„Pan Perker!“ zawołał, zwróciwszy się do filozofa, który zadumany siedział przy oknie, potem zaś dodał: „Jak to dobrze, żeś pan wstąpił do nas przypadkiem. Zdaje mi się, iż gubernator ma coś z panem do pomówienia“.
Pan Perker rzucił Samowi porozumiewawcze spojrzenie, by mu dać do zrozumienia, iż nic nie powie, że posyłano po niego; potem skinął na niego i szepnął mu parę słów do ucha.
„Doprawdy? Czy być może!?“ zawołał Sam, cofając się ze zdumieniem.
Pan Perker uśmiechnął się i kiwnął głową. Sam spojrzał na małego adwokata, potem na pana Pickwicka, potem na sufit, potem znów na pana Perkera, uśmiechnął się, potem wybuchnął śmiechem, chwycił za kapelusz i znikł bez dalszych wyjaśnień.
„Co to wszystko znaczy?“ zapytał pan Pickwick, ze zdumieniem spoglądając na pana Perkera. „Co się stało Samowi?“
„O, nic, nic“, odrzekł mały adwokat, „ale przysuńno pan, kochany panie, swoje krzesło do stołu; mam z panem wiele do pomówienia“.
„Co to za papiery?“ zapytał znów pan Pickwick, widząc że pan Perker położył na stole cały pęk aktów, związany czerwonym sznurkiem.
„To są papiery procesu Bardell contra Pickwick“, odpowiedział mały pełnomocnik, rozwiązując sznurek zębami.
Filozof odsunął nogą krzesło, rzucił się na nie, założył ręce i gniewnie spojrzał na pana Perkera, jeśli pan Pickwick wogóle potrafił spojrzeć gniewnie.
„Pan nie lubisz słuchać o tej sprawie?“ rzekł pan Perker, wciąż zajęty rozwiązaniem węzła.
„Rzeczywiście — nie!“ odparł pan Pickwick.
„Przykro mi“, ciągnął pan Perker, „bo właśnie ona będzie przedmiotem naszej rozmowy“.
„Panie Perker!“ zawołał pan Pickwick żywo, „o tej sprawie nigdy nie może być między nami mowy“.
„Ba, ba! kochany panie“, odrzekł pełnomocnik, rozwiązując pęk i bokiem spoglądając na swego klienta, „my musimy o niej pomówić. Dlatego tylko tu przyszedłem. Czy pan gotów jest wysłuchać, co powiem, kochany panie? Niech się pan nie spieszy; jeżeli nie jest pan usposobiony do tego, to poczekam. Przyniosłem z sobą ranne gazety, i będę na rozkazy, kiedy się panu spodoba. Niech i tak będzie“.
Mówiąc to, mały pełnomocnik założył nogę na nogę i udawał, że czyta Times z wielkim spokojem i uwagą.
„Zresztą“, rzekł pan Pickwick z westchnieniem, które skończyło się jednak uśmiechem, „mów pan, co ma pan do powiedzenia. Z pewnością znów ta sama historja?“
„Z tą różnicą, kochany panie“, odrzekł pan Perker, składając gazetę i wsuwając ją do kieszeni, „że pani Bardell, oskarżycielka, znajduje się obecnie w tych murach, mój panie“.
„Wiem o tem“, odparł pan Pickwick.
„Bardzo dobrze. Sądzę, że wie pan także, jak się tu dostała, to znaczy, za co i na czyje żądanie?“
„Wiem... to jest słyszałem od Sama“, odrzekł pan Pickwick z udaną obojętnością.
„Sądzę, że Sam opowiedział całą rzecz dokładnie, przynajmniej takbym śmiał przypuszczać. Otóż, teraz, kochany panie, zadam panu naprzód takie pytanie: czy ta kobieta ma tu pozostać?“
„Tu pozostać?“ powtórzył pan Pickwick.
„Tu pozostać, kochany panie“, odrzekł pan Perker, wychylając się na krześle i ostro wpatrując się w swego klienta.
„Czemu pan mnie o to pyta? Przecież zależy to od Dodsona i Fogga. Wie pan o tem dobrze“.
„Wcale o tem nie wiem“, odparł stanowczo pan Perker. „To nie zależy bynajmniej od Dodsona i Fogga. Zna pan tych ludzi, drogi panie, równie dobrze, jak ja; to zależy wyłącznie od pana“.
„Ode mnie?“ zawołał pan Pickwick i zerwał się z krzesła, poczem natychmiast usiadł z powrotem.
Mały pełnomocnik dwukrotnie stuknął w dno tabakierki, otworzył ją, zażył wielką szczyptę tabaki, zamknął tabakierkę i powoli powtórzył: „Od pana“.
„Powiadam panu“, mówił dalej z przekonaniem, zaczerpniętem jakby z tabakierki, „powiadam panu, kochany panie, że natychmiastowe uwolnienie pani Bardell, lub dożywotnie jej więzienie zależy od pana tylko, od pana jednego. Niech mię pan wysłucha do końca, kochany panie, i niech się pan tak nie gorączkuje, gdyż to nie doprowadzi do niczego, a tylko nabawi pana potów. Powiadam tedy“, mówił dalej mały adwokat, wyszczególniając każde zdanie na osobnym palcu, „powiadam tedy, że tylko pan może ją wydobyć z tej otchłani nędzy, a nie może pan uczynić tego inaczej, jak płacąc koszta procesu tym łajdakom z Freeman’s Court. No, niech mi pan łaskawie pozwoli spokojnie wygadać się“.
Podczas tego przemówienia twarz pana Pickwicka przechodziła najprzeróżniejsze przemiany, wkońcu zaś filozof chciał zapewne wybuchnąć straszliwem oburzeniem, powstrzymał jednak ten wybuch, jak mógł, a pan Perker, wzmocniwszy swą argumentację nową szczyptą tabaki, mówił jak następuje:
„Widziałem dziś rano tę kobietę. Opłaciwszy koszta procesu, może pan w zupełności uwolnić się od płacenia odszkodowania, a prócz tego (co pewno w oczach pana będzie motywem nierównie ważniejszym), otrzyma pan dobrowolne zeznanie, napisane własnoręcznie przez panią Bardell w formie listu do mnie, że ci ludzie, Dodson i Fogg, ponoszą winę za proces. Oni to naprowadzili panią Bardell na pomysł procesu, przedstawiając jej niebywale nęcące perspektywy. Dalej otrzyma pan oświadczenie, że pani Bardell mocno ubolewa nad tem, iż służyła za narzędzie dokuczenia panu, i że prosi mię, bym się wstawił do pana i wyjednał jej przebaczenie“.
„Jeżeli zapłacę za nią koszta!“ zawołał pan Pickwick z oburzeniem. „A to mi piękny warunek!“
„Tu nie ma żadnego „jeżeli“, kochany panie“, odrzekł z triumfem pan Perker. „Oto jest list, o którym mówiłem, przyniosła mi go dziś rano o dziewiątej do biura jakaś dama, nim jeszcze przybyłem do więzienia i mogłem się zobaczyć z panią Bardell, to ręczę panu honorem!“.
Mały adwokat wyszukał pomiędzy papierami rzeczony list, położył go przed panem Pickwickiem i przez całe następne dwie minuty napychał sobie nos tabaką.
„Czy to już wszystko, co mi pan miał do powiedzenia?“ zapytał łagodnie pan Pickwick.
„Nie, jeszcze nie wszystko“, odparł pan Perker. „Nie mogę jeszcze w tej chwili powiedzieć, czy wydanie rewersu na koszta, natura pozornej umowy i dowód, jaki daje całe zachowanie się w czasie procesu byłyby wystarczające, by wnieść skargę o zmowę w celach oszukańczych. Obawiam się, że nie, gdyż, drogi panie, Dodson i Fogg są zanadto chytrzy. Ale w każdym razie wszystkie te fakty razem wzięte uwolnią pana od wszelkich zarzutów w oczach ludzi rozsądnych. A teraz, kochany panie, pozostawiam to w zupełności pańskiej decyzji, te sto pięćdziesiąt funtów sterlingów, biorąc okrągło, czy ile tam, są dla pana niczem. Ława wypowiedziała się przeciwko panu; jej orzeczenie było niesłuszne, lecz przysięgli rozstrzygnęli tak, jak uważali za słuszne i wyrok wypadł na pańską niekorzyść. Otóż nadarza się sposobność ukazania się w świetle nierównie korzystniejszem, aniżeli, gdy pan będzie trwał przy pozostaniu w więzieniu. Bo, wierz mi pan, w oczach ludzi, którzy pana nie znają, stałość jego wydaje się tylko niewłaściwym i występnym uporem. Czyż może pan wahać się i nie korzystać ze sposobności, która przywróci panu wolność, zdrowie, przyjaciół, powróci pana jego zajęciom i zabawom, wyzwoli jego wiernego sługę z więzienia, równającego się dożywotniemu, a przedewszystkiem, która pozwoli panu zemścić się wspaniałomyślnie? Wiem, że będzie to w zupełności odpowiadało pańskiemu sercu, gdy pozwoli pan tej kobiecie wyjść z tej jaskini nędzy i rozpusty, w którem, mojem zdaniem, nigdyby nie należało zamykać żadnego mężczyzny, a tem bardziej kobiety, jeśli nie chce się popełniać barbarzyństwa. Otóż pytam pana, nie jako jego doradca prawny, ale jako szczery przyjaciel, czy pozwoli pan wymknąć się sposobności do zrobienia tyle dobrego, dla tego tylko nędznego względu, że sto pięćdziesiąt funtów sterlingów przejdzie do kieszeni dwóch łotrów, których to nie uczyni przecież szczęśliwymi? Owszem, im więcej zarobią w ten sposób, tem więcej będą chcieli zarabiać, i wskutek tego wplączą się z czasem w jakie łajdactwo i zginą. Przedstawiłem panu te moje uwagi bardzo słabo, bardzo niedokładnie, ale proszę pana, niech kochany pan zastanowi się nad niemi i niech pan przetrawi je w swym umyśle; ja cierpliwie będę czekał odpowiedzi“.
Nim pan Pickwick zdobył się na tę odpowiedź, nim pan Perker zażył dwudziestą część swej tabakierki, jakiej wymagało tak długie przemówienie, usłyszano na korytarzu jakieś szepty, a potem słabe pukanie do drzwi.
„Ach, mój Boże!“ zawołał pan Pickwick, widocznie wzruszony przemówieniem swego przyjaciela. „Jakie to nieznośne, że nam przerywają! Kto tam?“
„Ja, panie“, odrzekł Sam, wsuwając głowę.
„Nie mam czasu w tej chwili, Samie, jestem zajęty“.
„Przepraszam pana“, odparł Sam, „ale jest tu dama, która, jak utrzymuje, ma coś bardzo ważnego panu do powiedzenia“.
„Nie mogę przyjąć żadnej damy“, odrzekł pan Pickwick, któremu na myśl przychodziły tylko postacie w rodzaju pani Bardell.
„Sądzę, że tak nie jest“, odrzekł Sam, potrząsając głową. „Gdybyś pan wiedział, kto to jest, to zdaje mi się, że zmieniłby pan ton, jak mówił krogulec do śpiewającej pliszki“.
„Więc któż to?“ zapytał pan Pickwick.
„Może pan sam zobaczy?“ odparł Sam, trzymając drzwi przymknięte, jak gdyby za niemi znajdowało się jakieś ciekawe zwierzę.
„Niech i tak będzie“, odrzekł filozof, spoglądając na pana Perkera.
„No! Więc zaczyna się!“ zawołał Sam. „Muzyka naprzód! Podnoście zasłonę! Wchodzą spiskowcy!“

To mówiąc, Sam otworzył na oścież drzwi, a w nich ukazał się pan Nataniel Winkle, pod ręką z młodą damą, która w Dingley Dell nosiła trzewiki z futerkiem, a która w obecnej chwili przedstawiała bardziej ponętne niż zawsze połączenie koronek, zmieszania, rumieńców i liljowego jedwabiu.
Karol Dickens - Klub Pickwicka 04 page046.jpg
„Panna Arabella Allen!“ zawołał pan Pickwick, wstając z krzesła.

„Nie, drogi przyjacielu: pani Winkle“, odpowiedział młody człowiek, ukląkłszy; „przebacz nam, zacny nasz przyjacielu, przebacz!“
Pan Pickwick zaledwie wierzył własnym oczom i możeby wziął to wszystko za złudzenie, gdyby nie uśmiechnięta twarz pana Perkera i osobista obecność Sama oraz i pięknej panny służącej, którzy w głębi, zdawało się, z wielkiem zadowoleniem spoglądali na scenę, odbywającą się na pierwszym planie.
„O, panie Pickwick“, rzekła Arabella drżącym głosem i jakby przerażona jego milczeniem, „czy przebaczy mi pan moją nieroztropność?“
Pan Pickwick nie dał słownej odpowiedzi na to pytanie, ale szybko zdjął okulary i chwytając za obie ręce młodą damę, ucałował ją wielką ilość razy (może nawet większą, niż okoliczności wymagały), następnie zaś, trzymając ją ciągle za ręce, powiedział panu Winkle, że jest bardzo ryzykanckim łotrem, każąc mu zresztą wstać. Pan Winkle, który od kilku minut skrobał sobie nos brzegiem kapelusza w sposób znamionujący wielką skruchę, wyprostował się, a pan Pickwick, poklepawszy go po ramieniu, podał z zapałem rękę małemu adwokatowi. Ten znów, ze swojej strony, by nie pozostać wtyle w komplementach, jakich wymagały okoliczności, uściskał z całego serca nowozamężną i piękną jej służącą; potem, uścisnąwszy równie serdecznie rękę panu Winkle, uzupełnił demonstrację swego zadowolenia tem, iż zażył taką ilość tabaki, jakaby była dostateczną, by pół tuzina zwyczajnie skonstruowanych nosów kichało przez całe życie.
„Ależ, moje drogie dziecię“, rzekł pan Pickwick, „jakże to wszystko się stało? Siadaj i opowiedz mi całą historję. Perker! Jaka ona śliczna!“ mówił dalej zacny człowiek, wpatrując się w Arabellę z takiem zadowoleniem i dumą, jakby była jego własną córką.
„Prześliczna, kochany panie. Gdybym nie był żonaty, zazdrościłbym ci, szczęśliwy urwisie“. Po tych słowach pan Perker poklepał pana Winkle po ramieniu, poczem obaj zaczęli śmiać się, ale nie tak głośno, jak Sam Weller, który aż był zmuszony stłumić swe wzruszenie tem, iż pod osłoną drzwi począł całować piękną służącą.
„Samie“, rzekła Arabella, z najsłodszym uśmiechem, jaki sobie można wyobrazić, „nigdy nie zdołam okazać ci dość wdzięczności. Nigdy nie zapomnę twoich usług w ogrodzie w Clifton“.
„Nie mówmy o tem, droga pani“, odrzekł Sam; „ja tylko dopomagałem naturze, jak powiedział doktor matce pewnego chłopca, który umarł wskutek puszczenia krwi“.
„Mary, siadaj, moja kochana“, rzekł pan Pickwick, przerywając ten komplement. „No, a teraz powiedzcie mi, jak dawno pobraliście się?“
Arabella, zmieszana, spojrzała na swego pana i męża, ten zaś odpowiedział:
„Dopiero przed trzema dniami“.
„Dopiero przed trzema dniami! A cóżeś ty robił przez ostatnie trzy miesiące?“
„A tak!“ przerwał pan Perker. „Jak pan wytłumaczysz takie lenistwo? Widzi pan, że pan Pickwick tylko temu się dziwi, że się to nie stało prędzej“.
„Tak się składało“, odrzekł pan Winkle, spoglądając na rumieniącą się młodą kobietę, „że długo musiałem namawiać Bellę, by uciekła ze mną, a gdy już zdołałem namówić, przeszło znów wiele czasu, nim się nadarzyła sposobność po temu. Zresztą Mary musiała przedtem wypowiedzieć służbę na miesiąc z góry a nie mogliśmy obejść się bez jej pomocy“.
„Na honor!“ zawołał pan Pickwick, który znowu włożył okulary i kolejno spoglądał to na Arabellę, to na pana Winkle z wyrazem najwyższego zadowolenia i życzliwości, jaki tylko gorące serce i głęboka przyjazna sympatja mogą nadać ludzkiemu obliczu — „na honor! Postępowałeś bardzo systematycznie. A czy brat twój wie o tem, moja droga?“
„Ach, nie!“ odpowiedziała Arabella, blednąc. „Drogi panie Pickwick, tylko od pana, tylko z pańskich ust może się o tem dowiedzieć. Mój brat jest tak gwałtowny, tak uprzedzony... tak przychylny swemu przyjacielowi, Sawyerowi“, dodała, spuszczając oczy, „że okropnie obawiam się skutków...“
„Tak, tak“, dodał pan Perker z powagą. „Trzeba, byś się pan tem zajął, kochany panie. Dwaj młodzi ludzie uszanują pana, ale kogo innego nawet słuchać nie zechcą. Pan jeden może uprzedzić nieszczęście. To gorące głowy, gorące głowy!“
I mały adwokat zażył groźnie szczyptę tabaki, przybrawszy minę pełną zwątpienia i niepokoju.
„Ale, moje dziecko“, rzekł pan Pickwick do Arabelli, „zapominasz, że jestem uwięziony“.
„O, nie! Nie zapominam! Nigdy nie zapomniałam o tem! Nigdy nie przestawałam myśleć, jak wiele pan musi cierpieć w tem szkaradnem miejscu. Ale spodziewam się, iż dla naszego szczęścia uczyni pan to, czego nie chciał uczynić dla samego siebie. Jeżeli brat mój dowie się o wszystkiem z ust pana, pewna jestem, że się pogodzimy. To jedyny mój krewny, panie Pickwick, i jeżeli pan nie wstawi się za mną, obawiam się, że i tego utracę. Źle sobie postąpiłam, wiem o tem, bardzo źle...“
Tu biedna Arabella ukryła twarz w chustce i poczęła gorzko płakać.
Wrodzona dobroć pana Pickwicka z trudnością zdołała oprzeć się tym łzom; ale gdy pani Winkle, osuszywszy je, poczęła go błagać swoim najsłodszym, pieszczotliwym głosem, zawahał się, co ma robić, i poczuł się nieswojo, co można było poznać z tego, iż począł nerwowym ruchem wycierać szkło swych okularów, nos, kamasze, głowę i spodnie.
Korzystając z tych symptomów wahania, pan Perker, z którym młoda para już się widziała, przypomniał z adwokacką zręcznością, iż pan Winkle senjor nie wie jeszcze o ważnym kroku, jaki zrobił jego syn; że przyszła egzystencja tego syna zależy zupełnie od stałych i niesłabnących uczuć miłości i przywiązania, jakie zachowa dla niego rzeczony Winkie senjor; że uczucia te będą prawdopodobnie na szwank narażone, jeśli ten ważny wypadek będzie się dłużej taić przed nim; że pan Pickwick, gdy uda się do Bristolu, by zobaczyć się z panem Allenem, może zarazem wstąpić do Birmingham i spotkać się z panem Winkle senjor; nakomec, że pan Winkle senjor zupełnie słusznie uważać może pana Pickwicka za mentora i opiekuna swego syna; że wobec tego wypada panu Pickwickowi, a nawet jest obowiązkiem jego honoru, w ustnej rozmowie zawiadomić go o stanie rzeczy, jako też wyjaśnić swój w tej sprawie udział.
W tem miejscu wywodów pana Perkera, a bardzo w porę, przybyli panowie Tupman i Snodgrass. Ponieważ musiano im opowiedzieć, co zaszło, wraz z tem, co przemawiało za i przeciw, przytoczono raz jeszcze wszystkie argumenty, które każdy z nich roztrząsał teraz na swój sposób i stosownie do swego światopoglądu. Wkońcu wszystkie wywody pan Pickwicka odparto i zbito, a ponieważ groziło niebezpieczeństwo, że mu zbiją i odeprą rozum, pan Pickwick objął Arabellę, oświadczył, że jest przemiłą istotą, że nie wie sam, jak się to stało, ale od pierwszego spojrzenia serdecznie ją polubił — i że wreszcie nie ma dość siły, by sprzeciwiać się szczęściu młodej pary, niech więc z nim robią, co im się podoba.
Gdy tylko Sam usłyszał o tem, że pan Pickwick ustąpił, po pierwsze wyprawił bezzwłocznie Trottera do szanownego pana Pell, by zażądać swego uwolnienia, które jego mądry ojciec złożył na piśmie w ręce znakomitego prawnika na wszelki wypadek. Po drugie, tenże Sam wymieniał wszystką swoją gotówkę na dwadzieścia pięć gallonów smakowitego porteru, które rozdzielił na „placu balowym“ pomiędzy więźniów; potem począł biegać po więzieniu, krzycząc „hurra!“ dopóki nie stracił głosu, poczem powrócił w zupełności do zwykłego swego filozoficznego spokoju i skupienia.
O trzeciej po południu pan Pickwick rzucił ostatnie spojrzenie na swój mały pokoik i z pewną trudnością przecisnął się przez tłum dłużników, tłoczących się dokoła, by mu uścisnąć rękę. Gdy zszedł ze schodów, odwrócił się raz jeszcze a twarz jego zajaśniała niebiańskim blaskiem, gdyż w tym tłumie bladych i wychudzonych postaci nie było ani jednej, któraby nie doznała jego dobroczynnego współczucia.
„Perker“, rzekł on do małego adwokata, skinąwszy na pewnego młodego człowieka, by się zbliżył; „oto właśnie jest pan Jingle, o którym ci mówiłem“.
„Bardzo dobrze, kochany panie“, odrzekł pełnomocnik, spoglądając na pana Jingle badawczym wzrokiem. „Zobaczy mię pan jutro i spodziewam się, iż przez całe życie będzie pan pamiętał, co panu powiem“.
Jingle skłonił się z uszanowaniem, drżąc uścisnął rękę, którą mu podał pan Pickwick, i oddalił się.
„Hioba zna pan Już?“ rzekł filozof, wskazując go panu Perkerowi.
„Znam, znam tego łotra“, odrzekł pan Perker wesoło. „Idź teraz za twym panem i staw się tu jutro o pierwszej; czy słyszysz? Czy niema mi pan jeszcze czego do powiedzenia, panie Pickwick?“
„Nic więcej“, rzekł pan Pickwick. „Samie, czy oddałeś pocztę, którą zostawiłem dla twojego starego współlokatora?“
„Oczywiście, panie“, rzekł Sam. „Ryczał jak wół i powiedział, że bardzo to szlachetnie z pańskiej strony, że o nim pan nie zapomniał, pragnąłby tylko, by mu pan mógł był zastrzyknąć galopujące suchoty, gdyż stary jego przyjaciel, z którym żył tak długo, umarł, i teraz nie potrafi już znaleźć sobie innego“.
„Biedny człowiek“, rzekł pan Pickwick. „Bądźcie zdrowi, moi przyjaciele, i niech Bóg ma was w swej opiece“.
Gdy zacny ten człowiek wypowiedział te słowa pożegnania, tłum podniósł głośny krzyk i wielu poczęło cisnąć się naprzód, by raz jeszcze uścisnąć mu rękę. Ale pan Pickwick wziął Perkera pod rękę, opuścił więzienie bardziej smutny aniżeli wówczas, gdy tam przybył. Iluż nieszczęśliwych tam pozostawiał! I ilu z nich wciąż jeszcze jest zamkniętych!
Wesoły wieczór przepędziło towarzystwo zgromadzone w oberży pod „Jerzym i Jastrzębiem“, nazajutrz zaś rano z tego gościnnego siedliska wyszły dwa serca, lekkie i wesołe, których właścicielami byli pan Pickwick i Sam Weller. Pierwszy umieścił się szybko w wygodnym powozie pocztowym, drugi lekko siadł na tylnem miejscu zewnętrznem.
„Panie!“ zawołał Sam do pana Pickwicka.
„Czego chcesz?“ spytał pan Pickwick, wysuwając głowę przez okno.
„Żałuję, że te szkapy nie siedziały ze trzy miesiące w więzieniu Floty!“
„Dlaczego, Samie?“ zapytał pan Pickwick.
„Ano, proszę pana!“ powiedział Sam zacierając ręce, „biegłyby wtedy jeszcze prędzej!“


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: anonimowy.