Klub Pickwicka/Rozdział czterdziesty dziewiąty

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Klub Pickwicka
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo J. Przeworskiego
Druk Zakłady Graficzne „Feniks“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Posthumous Papers of the Pickwick Club
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tom IV
Pobierz jako: Pobierz Cały tom IV jako ePub Pobierz Cały tom IV jako PDF Pobierz Cały tom IV jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii


Rozdział czterdziesty dziewiąty.
Opowieść o wuju komiwojażera.

„Wuj mój, panowie!“ zaczął jednooki komiwojażer, „był to najweselszy, najzabawniejszy i najsympatyczniejszy jegomość z tych, jacy kiedykolwiek żyli. Żałuję, żeście go nie znali, panowie! Ale może to i lepiej, żeście go nie znali, moi panowie, bo gdybyście go znali, toby was już nie było na świecie, gdyż, zgodnie z obowiązującemi prawami natury, nie żylibyście, albo bliscy bylibyście śmierci, co na jedno wychodzi, bo siedzielibyście w domu i nie bywali w towarzystwie, a ja nie miałbym przyjemności rozmawiać z wami jak w tej chwili! Panowie! Żałuję, że wasi ojcowie i matki nie znali mego wuja! Kochaliby go bezgranicznie, zwłaszcza sympatyczne mamusie! Wiem! Jeżeli jakie cnoty dominowały w tym niezwykłym człowieku, to było to zamiłowanie do ponczu i śpiewów przy stole. Wybaczcie, że zastanawiam się melancholijnie nad temi wygasłemi cnotami; ale takiego człowieka, jak mój wuj, nie spotkacie codziennie!
„Uważałem zawsze za bardzo pochlebne dla charakteru mego wuja, panowie, że przyjaźnił się z człowiekiem tej miary, co Tom Smart, z firmy Bilson i Slum, Cateaton Street, City. Mój wuj pracował dla Tiggina i Welpa, ale przez dłuższy czas miał tę samą marszrutę, co i Tom Smart. I pierwszej zaraz nocy, jak się poznali, wuj mój polubił Toma, Tom polubił wuja. Nie znali się jeszcze nawet pół godziny, a już się założyli o nowy kapelusz, kto z nich wypije prędzej półkwaterek ponczu. Wuj mój wypił prędzej, ale zato Tom pobił go, pijąc większemi łykami. Więc kazali podać dwa świeże półkwaterki, wypili swoje zdrowie i zostali przyjaciółmi na zawsze. Jest palec losu w tych rzeczach, gentlemani, trudno!
„Co do osobistego wyglądu, wuj mój był trochę krótszy niż ludzie zwykłego wzrostu. Ale był też nieco tęższy, niż zwykle bywają ludzie, i może twarz jego była trochę czerwieńsza niż inne. Miał najweselszą twarz jaką kiedykolwiek widzieliście, gentlemani; coś z Puncha, ale nos i broda ładniejsze. Oczy błyszczały mu zawsze wesoło, a jego uśmiech — nie, nie, nie było to jakieś bezmyślne skrzywienie warg, ale prawdziwy, nierobiony, szczery uśmiech nie schodził mu z ust! Kiedyś wyleciał z gigu i rymnął głową o kamień. Leżał więc z twarzą tak poharataną, że, używając jego własnego wyrażenia, gdyby go zobaczyła jego rodzona matka, z pewnościąby go nie poznała. Rzeczywiście, panowie, kiedy pomyślę jak wyglądał, sądzę, że nie poznałaby go matka, bo umarła kiedy wuj miał dwa lata i siedem miesięcy, myślę więc, że gdyby nawet nie poharatał sobie twarzy, matka zdziwiłaby się bardzo zobaczywszy jego nożyska, nie mówiąc już o czerwonej twarzy! Tak czy inaczej, leży sobie wuj, a — jak mi sam potem nieraz opowiadał — człowiek, który go podniósł, mówił, że wuj nie przestawał się uśmiechać, kiedy zaś odzyskał przytomność, to przedewszystkiem wybuchnął śmiechem, potem objął młodą dziewczynę, która trzymała przed nim miednicę, a wreszcie zażądał baranich kotletów z piklami! Bardzo lubił marynowane orzechy, panowie! Mawiał, że jedzone bez octu, strącają piwo.
„Wielkie podróże mego wuja przypadały na czas opadania liści; wtedy odbierał należności i przyjmował nowe zamówienia, na północy; jeździł z Londynu do Edynburga, z Edynburga do Glasgow, z Glasgow do Edynburga i z powrotem do Londynu. Chcę przez to powiedzieć, że do Edynburga wracał dla własnej przyjemności. Jeździł tam na tydzień, żeby odwiedzić starych przyjaciół. Jadł pierwsze śniadanie z jednym, lencz z drugim, obiad z trzecim, kolację z czwartym i tak mu schodził tydzień jak z bicza trzasł! Nie wiem, panowie, czy braliście kiedy udział w prawdziwem, treściwem śniadaniu szkockiem, by potem zajść na kilka tuzinów ostryg i kilka kufelków piwa, z paroma kieliszkami wódki na deser. Jeżeli tak — to mi przyznacie, że trzeba nielada głowy, by potem mieć jeszcze siły na obiad i kolację.
„Ale, jak mi miłe wasze oczy i brwi! Wszystko to było niczem dla mego wuja! Taki był zaprawiony, że dla niego była to zabawka dziecinna! Opowiadał mi sam, że mógł codziennie spotykać się ze Szkotami i o własnych siłach wracał do domu! A jednak Szkoci mają najsilniejsze głowy i najsilniejsze poncze, jakie spotkać można, panowie, między dwoma biegunami! Słyszałem, że jeden drab z Glasgow pił z drabem z Dundee przez piętnaści godzin. Obaj upili się w tym samym momencie, co stwierdzono dokładnie, ale żaden z nich nie miał o to pretensji!
„Pewnego wieczora, coś na dwadzieścia cztery godziny przed terminem odjazdu do Londynu, wuj odwiedził dom swego starego przyjaciela, wójta Mac... i jeszcze jakieś cztery sylaby, mieszkającego w Edynburgu. Oprócz wójta była jego żona, i wójtowe trzy córki i wójtowy dorosły syn, i trzech tęgich barczystych Szkotów, których wójt zaprosił na ucztę, by pomagali rozweselać mego wuja. Kolacja była wspaniała. Wędzony łosoś, fiński łupacz, głowa barania i haggish — znana szkocka potrawa, panowie! Wuj mawiał o tej potrawie, że jest dla żołądka Kupidyna! I jeszcze wiele innych smacznych rzeczy, zapomniałem nazw, ale wiem, że były smaczne! Panny były przyjemne i ładne, gospodyni jedna z najmilszych istot na świecie. Wuj mój był w doskonałym humorze! Skutek był taki, że młode damy chichotały i piszczały po cichu, stara dama śmiała się głośno a gospodarz i goście rechotali przez cały czas, aż im oczy na wierzch wyłaziły. Nie pamiętam, ile kieliszków wychylił każdy po kolacji, ale wiem tylko tyle, że około pierwszej po północy syn gospodarza uparł się przypomnieć sobie pierwszą strofkę piosenki „Willi przyniósł butlę wody!", a ponieważ jeszcze przed pół godziną był zupełnie do rzeczy, wuj postanowił, że czas do domu; zwłaszcza, że pili od siódmej, by się wuj nie zasiedział i mógł wrócić o przyzwoitej porze. Ale przyszło mu na myśl, że nie wypada wyjść tak zaraz. Więc obrał siebie prezesem zgromadzenia, przygotował porządną szklankę, wstał, zaproponował, by obecni wypili jego zdrowie, zwrócił się do siebie samego z bardzo czułą przemową i z zapałem wychylił toast! Nikt nie drgnął. Więc wuj nalał sobie jeszcze odrobinę — niech nie wietrzeje, wpakował obydwoma rękami kapelusz na łeb i machnął do domu.
„Noc była zimna i wietrzna, kiedy wuj wyszedł z mieszkania wójta. Wsadziwszy mocno kapelusz, by mu nie spadł, wuj wsadził ręce do kieszeni i spojrzawszy przed siebie, przyjrzał się uważnie pogodzie. Chmury płynęły na księżyc z niebywałą szybkością: to go zupełnie zasłaniały, to znowu odsłaniały tak, że w całym majestacie oświecał przedmioty, to znów go przesłaniały, z niebywałą szybkością pogrążając wszystko w mroku! „Nic z tego!“ mówi wuj do pogody tonem obrażonego. „Taka pogoda wcale nie jest odpowiednia dla mej podróży! Nie ujdzie!“ dodał z naciskiem. Powtórzywszy to kilka razy, kiwnął się i z trudem utrzymał równowagę — trochę mu się kręciło w głowie od patrzenia na księżyc — i poszedł wesoło dalej.
„Dom wójta stał na Canongate, a mój wuj szedł na drugi koniec Leith Walk, to znaczy przeszło milę drogi! Po obu bokach strzelały ku niebu dwa rzędy wysokich domów, o gładkich, zimnych ścianach i oknach, które wyglądały jak zagasłe oczy. Sześć, siedem, osiem pięter miały domy. Piętro wznosiło się nad piętrem — na podobieństwo domków z kart, jakie budują dzieci. Cień od nich padał na drogę, czyniąc ciemność jeszcze ciemniejszą. Gdzieś w oddali migało kilka latarń oliwnych, ale wskazywały one tylko wejście do wąskich zaułków albo miejsce, gdzie zaczynały się schody, prowadzące na wyższe piętra. Patrząc na to wszystko wzrokiem, który nieraz już na to patrzał, i przeto nie uważa teraz za godne patrzenia, wuj mój szedł środkiem ulicy, włożywszy palec w dziurki od kamizelki, a gdy od czasu do czasu ogarniała go chęć śpiewania, natenczas czynił to tak głośno, że uczciwi mieszkańcy spokojnych domów budzili się przerażeni i leżeli drżąc na swoich posłaniach, aż dźwięki umilkły w oddali. Uspokoiwszy się, że to zwykły pijak z gatunku tych, co to „nigdy do domu!“, otulali się w kołdry i zasypiali.
„Opisuję szczegółowo, jak to wuj szedł środkiem ulicy z palcami w dziurkach od kamizelki, albowiem, panowie, jak nieraz mi to powtarzał (a miał zupełną rację!), nie byłoby nic zajmującego w tej historii, gdyby nie to, że się zaczęła tak zupełnie jakby nigdy nic...
„Panowie! Wuj mój szedł z palcami w dziurkach od kamizelki, zająwszy dla siebie jednego całą ulicę i śpiewając albo długą pieśń, albo krótką strofkę pijacką, albo, gdy jedno i drugie zmęczyło go, gwiżdżąc pod nosem, aż doszedł do Mostu Północnego, gdzie styka się nowa wieża ze starą. Tu przystanął i przez chwilę przyglądał się dziwacznym smugom światła, jakie oba te budynki rzucały na siebie. Latarnie paliły się tak wysoko, że wyglądały jak gwiazdy — jedna na murach Zamku, druga na Calton Hlll; rzekłbyś, że umieszczono je na zamkach zawieszonych w powietrzu. Stare, malownicze miasto leżało wdole, w cieniu i mroku. Pałaców i kaplicy strzegł w dzień i noc, jak mawiał stary przyjaciel mego wuja, Dwór Artura, czuwając, jak dobry, ponury genjusz nad starożytnem miastem. Powiadam, panowie, że wuj zatrzymał się w tem miejscu i rozejrzał się. Następnie, pochwaliwszy pogodę, która umitygowała się nieco, chociaż księżyc zaszedł, poszedł dalej majestatycznie jak przedtem. Trzymał się środka ulicy z wielką godnością i miał taką minę, jakgdyby czekał na to tylko, że spotka kogoś, kto ma do środka ulicy takie same pretensje, co i on. Niestety, nie było nikogo, ktoby zadowolnił to marzenie. Szedł więc dalej, z palcami w kamizelce, łagodny jak jagnię.
„Doszedłszy do końca Leith Walk, wujek miał już tylko minąć niewielką przestrzeń, dzielącą go od wąskiej uliczki, która prowadziła wprost do jego kwatery. Otóż na tej przestrzeni znajdowała się w owych czasach zagroda, należąca do pewnego kołodzieja, który miał kontrakt z Urzędem pocztowym na skupywanie starych, zużytych dyliżansów. Otóż mój wuj, który bardzo lubił dyliżanse, stare, młode i takie w średnim wieku, postanowił nadłożyć drogi tylko poto, by rzucić na nie okiem — pamiętał, że przynajmniej pół tuzina ich stoi w zagrodzie — wszystkie zresztą w bardzo nędznym stanie. Wuj, panowie, był to entuzjasta, człowiek zapalny. Widząc, że nie może dobrze zajrzeć przez szpary w parkanie, przełazi przez ogrodzenie i usiadłszy sobie na starej osi od koła, oddał się kontemplacji dyliżansów z miną poważną i skupioną.
„Mogło być tych wehikułów z tuzin — a może i o trzy więcej — mój wuj nigdy nie znał dokładnie ich liczby, a że był bardzo skrupulatny, więc wolał o tem nie mówić — stały sobie jeden przy drugim w wielce opłakanym stanie. Drzwiczki odjęto z zawiasów. Obicia zdarto. Zaledwie tu i ówdzie wisiał na gwoździu jakiś nędzny strzęp. Latarnie zabrano, farba spłowiała, żelaziwo zardzewiało. Wiatr wył między szparami, a deszcz, który się zbierał na dachu, melancholijnemi kroplami spadał do wnętrza. Były to szkielety umarłych pojazdów i w tem miejscu, o tej porze, miały w sobie coś upiornego.
„Wuj oparł głowę na rękach i zaczął myśleć o tych rozmaitych ludziskach, którzy jechali ongiś, przed wielu laty, tymi starymi pojazdami, stojącemi teraz milcząco i cicho. Myślał o tych wszystkich ludziach, którym te pokiereszowane wehikuły przynosiły noc w noc, dzień po dniu, przez wiele lat, w pogodę i w słotę, dawno oczekiwane wieści, wyglądane z utęsknieniem posyłki, zapewnienia o zdrowiu i szczęściu, wiadomości o chorobie i śmierci. Kupiec, kochanek, żona, wdowa, matka, student, najmniejsze nawet dziecko — wszyscy biegli na dźwięk trąbki pocztyljona, — jak niecierpliwie wypatrywali przyjazdu starego dyliżansu. Gdzież oni wszyscy?! Co się z nimi wszystkimi stało?!
„Panowie! Wuj zapewnia, że wszystko to myślał w owej chwili, ale coś mi się wydaje, że musiał to gdzieś później wyczytać, bo opowiadał wyraźnie, że zapadł jakby w sen, siedząc na owej starej osi zepsutego wozu pocztowego, gdy nagle zbudził go zegar kościelny, który wydzwonił drugą. Otóż, myślenie nigdy nie było specjalnością mego wuja i gdyby myślał to wszystko, co potem opowiadał, to zajęłoby mu to o wiele więcej czasu, niż do godziny drugiej. Jestem więc zdania, panowie, że wuj wpadł w rodzaj odrętwienia i że wogóle o niczem nie myślał!
„Niech zresztą będzie jak chce, ale zegar wydzwonił drugą. Wuj przebudził się, przetarł oczy i zerwał się przerażony.
„Gdy tylko zegar wybił drugą, cały ów spokojny i milczący dziedziniec stał się nagle bardzo ożywiony. Drzwiczki znalazły się na zawiasach, obicia na swojem miejscu, żelazne części błyszczały jak nowe, farba odświeżona, latarnie naprawione, na każdem siedzeniu poduszki i oparcia, pocztyljoni kładli paczki do pudeł, posługacze lali wodę na nowe koła. Mnóstwo ludzi uwijało się dokoła, przymocowując dyszle do każdego wozu. Pasażerowie nadchodzili, oddawali swoje walizki, przyprowadzono konie. Jednem słowem jasne było, że lada chwila wozy ruszą w drogę. Panowie! Wuj otwierał na ten widok oczy tak szeroko, że do końca życia nie mógł się dość nadziwić, iż udało mu się później zamknąć!
„No!“ odezwał się jakiś głos i ktoś dotknął ramienia wuja. „Kupił pan bilet? Radzę zająć miejsce!“
„Ja! Czy kupiłem!“ mówi wuj i ogląda się zdumiony.
„Naturalnie!“
„Woj, panowie, nie mógł wymówić słowa — taki był tem zdziwiony! Najśmieszniejsze ze wszystkiego było to, że chociaż zebrało się tylu ludzi, i chociaż co chwila pokazywali się inni, nie mówiono, skąd się wzięli. Zdawało się, że w jakiś niewytłumaczony sposób zjawiają się z powietrza czy z ziemi, i znikają tak samo tajemniczo. Kiedy portjer włożył do karety bagaż i otrzymał zapłatę, odchodził. Ale zanim wujek obejrzał się, już skądciś zjawiało się całe mnóstwo innych, niosących tak ciężkie tłomoki, że aż się pod niemi uginali. Strój pasażerów był jakiś dziwaczny! Szerokie, wielkie płaszcze z bufiastemi rękawami, bez kołnierzy. I peruki, panowie, peruki, z warkoczami! Wuj mój nie mógł nic z tego zrozumieć.
„Wsiada pan czy pan nie wsiada?“ spytała osobistość, która przedtem odezwała się do mego wujka. Ubrana była jak pocztyljon, w olbrzymiej peruce, w płaszczu z bufiastemi rękawami, w jednem ręku trzymała latarkę, w drugiem pistolet, który przytykała do piersi. „Wsiadasz czy nie wsiadasz, Jack Martin?“ dodał, świecąc memu wujkowi w twarz.
„Hallo!“ zawołał wujek, cofając się. „To trochę zbyt bezceremonjalne!“
„Tak jest w spisie pasażerów!“ zimno odpowiedział pocztyljon.
„A czy niema tam jednego małego pan?“ mówi wuj, bo czuł, panowie, że gdyby pocztyljon wiedział, z kim ma do czynienia, to nie opuściłby pan.
„Nie, niema żadnego pan!“
„Przejazd opłacony?“ pyta wuj.
„Naturalnie!“ mówi tamten.
„Opłacony? Opłacony?“ powtarza wuj. „No, to niema rady! Który dyliżans?“
„Ten!“ powiada pocztyljon i pokazuje stary dyliżans Londyn-Edynburg, w którym już spuszczono stopnie i otworzono drzwiczki. „Czekaj pan! Są jeszcze inni pasażerowie! Nie pchaj się pan pierwszy!“
„Ledwie to powiedział, oczom mego wuja ukazał się młody człowiek w pudrowanej peruce, w błękitnej kurtce, szamerowanej srebrem, z szerokiemi połami, Tiggin i Welps pracowali w drukowanych perkalikach i sztuczkowych na kamizelki, więc wujek, panowie, znał się na materjałach. Człowiek ten miał krótkie pantalony i rodzaj nagoleników na jedwabnych pończochach i sprzączkach od bucików. Ztyłu miał warkocz, na głowie trójgraniasty kapelusz, a przy boku szpadę. Poły ubrania wisiały mu do kolan, a końce krawata spływały na piersi. Podszedł poważnie do drzwiczek dyliżansu, zdjął kapelusz, i trzymał go jakiś czas nad głową na wysokosci ramienia: odstawił przytem mały palec u prawej ręki, jak to czasami czynią wytwornisie pewnego gatunku, trzymając filiżankę herbaty. Potem zsunął obie nogi, ukłonił się bardzo nisko i dopiero wtedy nałożył kapelusz. Wuj miał właśnie zamiar wystąpić naprzód, lecz bardzo był poruszony, gdy zauważył, że te atencje skierowane są nie do niego, ale do młodej damy, która w tej chwili właśnie pokazała się na stopniu. Ubrana była w długi, staroświecki płaszcz z ponsowego aksamitu, z szerokim przodem i napierśnikiem. Nie miała na głowie kapelusza, panowie, tylko czarny jedwabny kapturek, ale, nim wsiadła do dyliżansu, obejrzała się dokoła, pokazawszy przytem tak piękną twarz, jakiej mój wuj nigdy przedtem nie widział — nawet na obrazkach! Weszła do dyliżansu, jedną ręką podtrzymując suknię. I, jak opowiadał zawsze mój wujek (przyczem nie omieszkał nigdy zaklinać się, że mówi prawdę), nie uwierzyłby nigdy, że mogą istnieć równej piękności nogi i ręce, gdyby nie patrzał na nie własnemi oczyma!
„Ale spojrzawszy na młodą damę, wuj zauważył, że patrzy na niego błagalnie i że wygląda zastraszona i przerażona. Zauważył również, że młodzian w pudrowanej peruce, aczkolwiek bardzo uprzejmy i ugrzeczniony, objął ja wpół przy wsiadaniu i wsiadł zaraz po niej. Przyłączył się do nich jakiś podejrzanego wyglądu jegomość w bronzowej peruce i jaskrawem ubraniu, z wielką szpadą i w wysokich butach. Usiadł on obok młodej damy, która wtuliła się w kąt dyliżansu, wujek odrazu zmiarkował więc, że to jakaś ciemna historja, że coś się święci, jak zwykł był mawiać w takich okolicznościach! W jednej chwili zdecydował się przyjść na pomoc młodej damie, gdyby potrzebowała pomocy.
„Śmierć i błyskawice!“ zawołał młody gentleman i dotknął ręką szpady, gdy mój wujek wsiadł do dyliżansu.
„Krew i pioruny!“ ryknął drugi gentleman. To mówiąc, wyciąga szpadę i bez dalszych ceremonij napada na wuja. Wuj nie miał przy sobie broni, ale bardzo zręcznie zerwał gentlemanowi jego trójgraniasty kapelusz i nadstawił go tak, że szpada przedziurawiła go w samym środku. Wtedy mój wuj zgiął rogi kapelusza i czeka.
„Dźgnij go ztyłu!“ zawołał podejrzany jegomość do towarzysza, usiłując wyrwać wujkowi swoją szpadę.
„Nie radzę!“ zawołał wuj, pokazując koniec buta gestem bardzo groźnym. „Wytrzęsę mu ze łba mózg, jeżeli go ma, albo przetnę skórę, jeżeli mózgu nie ma!“ Tu wuj, natężywszy się, wyrwał gentlemanowi z rąk szpadę i wyrzucił ją przez okno. Na co młodszy z jegomościów znów zawołał: „Śmierć i błyskawice!“ i groźnie położył rękę na szpadzie, ale jej nie wyciągnął. Może, jak z uśmiechem mawiał wuj, może bał się przestraszyć młodą damę!
„Moi panowie!“ powiada wuj, siadając swobodnie. „Nie życzę tu sobie żadnej śmierci, z błyskawicami czy bez błyskawic, zwłaszcza w towarzystwie damy, a co do piorunów i krwi, mieliśmy tego dość, jak na jeden dzień! Więc, panowie, proszę zająć swoje miejsca i jazda! Hej tam, posługacz! Proszę podnieść scyzoryk gentlemana!“
„Zaledwie wuj to powiedział, w oknie dyliżansu ukazał się pocztyljon ze szpadą gentlemana w ręku. Podniósł latarkę i poważnie spojrzał w twarz wujkowi, a wuj, ku swemu zdumieniu, przekonał się, że za oknem kręci się całe mnóstwo pocztyljonów, i każdy badawczo patrzy na niego. Nigdy w życiu nie widział takiego morza bladych twarzy, czerwonych ciał i badawczych oczu, jak w ów dzień!
„Najdziwniejsza rzecz, jaka mi się kiedykolwiek zdarzyła!“ myśli wuj. „Pozwoli pan, że mu zwrócę kapelusz?”
„Podejrzany jegomość w milczeniu odebrał swój trójgraniasty kapelusz, spojrzał na dziurę z zajęciem i wcisnął go wreszcie na czubek peruki z godnością, której efekt osłabił ponurem mruknięciem i zdjęciem po chwili owego nakrycia głowy.
„W porządku!” zawołał pocztyljon i ruszyli z miejsca. Wuj wyjrzał oknem, gdy wyjeżdżali z dziedzińca, i zobaczył, że wszystkie inne dyliżansy jeżdżą sobie wkółko po dziedzińcu, z niewielką szybkością, bo jakie pięć mil na godzinę. Strasznie to oburzyło mego wujka, panowie! Jako człowiek interesu, uważał, że karetki pocztowe nie są na to, by się niemi bawić, i postanowił napisać skargę do Urzędu Pocztowego, jak tylko wróci do Londynu!
„Ale w owej chwili myśli jego były zupełnie zajęte młodą damą, która siedziała w kącie dyliżansu z głową wtuloną w kapturek płaszcza. Gentleman w błękitnem ubraniu siedział naprzeciw niej. Gentleman w jaskrawem ubraniu obok niej. Obaj nie spuszczali z niej oka. Jeżeli odważyła się choćby poruszyć fałdy kapturka, podejrzany jegomość natychmiast uderzał się po rękojeści szabli, a wujek odgadywał z jego gniewnego mruczenia (nie mógł go widzieć, bo było ciemno), że gotów był ją połknąć jak nic. To coraz więcej gniewało mego wujka, więc postanowił, żeby tam nie wiedzieć co, położyć temu kres. Wuj uwielbiał bowiem piękne oczy, ładne twarzyczki, zgrabne nóżki i małe stopy. Jednem słowem — kochał tę płeć! To już rodzinne, panie! Ja — również!
„Liczne były sposoby, któremi wujek starał się zwrócić uwagę damy albo wciągnąć tajemniczych jegomościów w rozmowę. Wszystko napróżno! Gentlemani nie chcieli mówić, dama nie śmiała! Od czasu do czasu wujek wychylał się oknem, by zobaczyć, dlaczego tak wolno jadą? Wołał, aż ochrypł wkońcu — nikt mu nie odpowiadał! Więc oparł się o poręcz i myślał o cudnej twarzy i drobnych stopach. To był lepszy pomysł! Czas biegł niepostrzeżenie i wuj nie głowił się już, dokąd jedzie i w jaki sposób dostał się w podobną sytuację? Nie dlatego, żeby go to martwiło — nie. Wuj, był to na wszystko gotowy, odważny gentleman, co się i samego djabła nie ulęknie!
„Nagle dyliżans stanął. „Hallo?” zawołał wuj. „Skad powiał wiatr?“
„Wszyscy wysiadać!“ woła pocztyljon.
„Wysiadać? Tutaj?” pyta wuj.
„Tutaj!“ odpowiada pocztyljon.
„Ani mi się śni!“ woła wuj.
„Doskonale! Więc zostań pan, gdzie jesteś!“ odpowiada pocztyljon.
„Zostanę!“ mówi wujek.
„Zostań!“ mówi pocztyljon.
„Inni pasażerowie przysłuchiwali się tej rozmowie z wielką ciekawością, a widząc, że wujek postanowił zostać, młody gentleman wysiadł i podał rękę damie. Podejrzany jegomość obejrzał uważnie dziurę w swoim trójgraniastym kapeluszu. Przechodząc obok wujka, młoda dama opuściła mu na kolana jedną z rękawiczek i szepnęła ledwo dosłyszalnym głosem: „Pomocy!“ Panowie! Wuj z takim pośpiechem wyskoczył z dyliżansu, że aż stopnie trzasnęły!
„Namyślił się pan?“ zapytał pocztyljon, widząc wuja.
„Wuj spojrzał na niego. Przez chwilę przyszło mu na myśl, czy nie dobrzeby było wyrwać pocztyljonowi pistolet z łapy, strzelić w twarz jegomościowi z wielkim mieczem, zdzielić resztę towarzystwa pałką po łbie i uciec z młodą damą? W następnej chwili jednak wyrzekł się tego planu, uważając, że jest zbyt melodramatyczny w wykonaniu, i poszedł za dwoma tajemniczymi jegomościami, którzy, mając między sobą młodą damę, weszli do wielkiego domu, stojącego przed nimi. Weszli na korytarz, wuj za nimi.
„Wuj mówi, że ze wszystkich zrujnowanych i opuszczonych miejsc, jakie kiedykolwiek widział, to wydało mu się najbardziej opuszczone. Dom wyglądał tak, jakby kiedyś był wielkim zajazdem. Ale dach zapadł się w wielu miejscach, schody były zmurszałe, pokiereszowane, połamane. W ostatnim pokoju, do którego weszli, było palenisko i komin, strasznie okopcony. Ale wesoły płomień nie ogrzewał go w tej chwili! W palenisku leżało nieco białego popiołu od spalonych polan, ale wnętrze kominka było zimne, ciemne.
„No“, powiada wuj, obejrzawszy się. „Dyliżans, który wlecze się z szybkością sześciu mil na godzinę, a potem wybiera postój w takiem miejscu — to nieczysta sprawa! Musimy zawiadomić, kogo należy! Podam to do gazet!“
„Wuj powiedział to głośno, chcąc w ten sposób zmusić tajemniczych gentlemanów do rozmowy. Ale żaden z nich nie zwrócił na niego najmniejszej uwagi, szeptali coś do siebie i krzywili się, patrząc na niego. Dama znajdowała się na drugim końcu pokoju i wujek miał wrażenie, że kiwa na niego rączką — jak gdyby prosząc o pomoc.
„Wreszcie obaj nieznajomi zbliżyli się nieco i rozmowa się nawiązała.
„Nie wiesz, zdaje się, mój poczciwcze, że to prywatny pokój?“ powiada jegomość w błękitnem ubraniu.
„Nie, nie wiedziałem, mój poczciwcze!“ mówi wuj. „Ale jeżeli ma to być prywatny pokój, to jakże miły i zaciszny musi być ogólny!“ To mówiąc, wuj siada na krześle z wysoką poręczą i patrzy na gentlemana z taką miną, że za to samo Tiggin i Welps powinni mu byli dać materji na ubranie — akurat tyle, ile potrzeba, ani cala mniej ani więcej!
„Wyjdź pan z tego pokoju!“ wołają obaj gentlemani i chwytają za szpady.
„Co takiego?“ pyta wuj, udając, że nie rozumie, „o co chodzi?“
„Opuść pan pokój, albo jesteś trup!“ mówi podejrzany jegomość, wyjmując swoją wielką szpadę i wywijając nią w powietrzu.
„Skończyć z nim! Skończyć z nim!“ woła jegomość w błękitnem ubraniu i odskakuje kilka kroków. „Skończyć z nim!“ Dama wydała lekki okrzyk.
„Otóż, panowie, wuj zawsze odznaczał się zimną krwią i przytomnością umysłu. Przez cały czas, gdy tamci mu grozili a on stał z obojętną miną, wuj oglądał się za jakąś bronią abo innym środkiem obrony, i w chwili, kiedy tamci wyciągnęli szpady, wuj zauważył koło kominka stary rapier w zardzewiałej pochwie. Jednym susem wuj złapał rapier, wyjął go z pochwy, machnął tęgo nad głową, krzyknął na damę, żeby mu nie wchodziła w drogę, rzucił krzesło w łeb temu w błękitnem ubraniu, a rapierem w tego w jaskrawem ubraniu i, korzystając z ich konsternacji, runął na nich na chybił trafił.
„Panowie! Znacie starą historję o młodym Irlandczyku, który, gdy go zapytano, czy umie grać na skrzypcach, odpowiedział, że pewnie, ale nie napewno, bo nigdy jeszcze nie miał skrzypiec w reku? Można to zastosować do mego wuja i jego szermierskich zdolności. Nigdy przedtem nie miał w reku szpady, z wyjątkiem jednego razu, kiedy grał Ryszarda III-go w teatrze amatorskim, ale i przy tej okazji umówił się z Richmondem, że się schowa za kulisy i nie będzie go wcale widać! Ale teraz musiał wuj walczyć z dwoma doświadczonymi szermierzami! Napierać, odpierać, atakować, bronić się i umykać, zręcznie i umiejętnie, chociaż do tej chwili nigdy tego nie robił! Najlepszy to dowód, ile jest prawdy w starem przysłowiu, że człowiek nigdy nie wie, co potrafi, nim spróbuje!
„Walka była strasznie hałaśliwa! Kombatanci klęli jak kawalerzyści, a szpady ich robiły tyle hałasu, co wszystkie noże na rynku Newport, gdyby niemi uderzać o siebie! Kiedy walka doszła do największego napięcia, dama (prawdopodobnie dlatego, żeby dodać odwagi memu wujowi), zrzuciła kapturek z głowy i ukazała oblicze tak cudnej piękności, że wuj gotów był walczyć z pięćdziesięcioma wrogami, byle zdobyć jej uśmiech i umrzeć dla niego! I przedtem już dokazywał cudów, ale gdy zobaczył jej twarzyczkę walczył jak oszalały olbrzym.
„W tej samej chwili młodzieniec w błękitnem ubraniu odwrócił się, a zobaczywszy, że młoda dama ma odkrytą twarz, wydał okrzyk zazdrości i gniewu, zadał jej cios w samo serce, na co mój wuj krzyknął tak, że aż cały budynek zadrżał! Dama odskoczyła lekko i, schwyciwszy koniec szpady błękitnego, zanim zdążył odzyskać równowagę, pchnęła go na ścianę i, odwróciwszy szpadę, przygwoździła nią błękitnego mocno i na fest. Był to wspaniały przykład dla wuja! Wuj krzyknął z triumfem, zmusił swego przeciwnika, by skoczył w tym samym kierunku, i wpakowawszy stary rapier w sam środek wielkiej róży na kamizelce gentlemana, przygwoździł go obok jego towarzysza! Stali tak sobie, moi panowie, machając rękoma i nogami, jak owe figurki, poruszane sznurkiem! Mój wuj często powtarzał później, że to najpewniejszy sposób pozbycia się nieprzyjaciela! Ale i kosztowny, bo się traci jedną szpadę na każdego draba!
„Konie! Konie!“ wołała dama, biegnąc do mego wujka i zarzucając mu swoje wspaniałe ramiona na szyję. „Uciekajmy! Może jeszcze uda nam się uciec!“
Może?“ pyta wuj. „Czyż jeszcze jest kto do zabicia, ślicznotko?“ wujek nie był z tego bardzo zadowolony, bo uważał, że po takiej walce przydałoby się trochę gruchania we dwoje.
„Nie mamy chwili do stracenia!“ mówi ona. „On“ (tu pokazuje na tego w błękitnem), „jest jedynym synem potężnego markiza Filletoville!“
„Obawiam się, kochanie, że nigdy nie odziedziczy tytułu po ojcu!“, powiada wuj, patrząc zimno na młodego gentlemana, który stał przy ścianie w wyżej opisanej pozie. „Zabiłaś dziedzica, najdroższa!“
„Ci łajdacy pozbawili mię domu i przyjaciół!“ wołała młoda dama, a twarz jej oblał rumieniec oburzenia. „Ten łajdak miał mię poślubić wbrew mojej woli!“
„Przeklęta niech będzie jego podłość!“ zawołał wuj, patrząc z pogardą na dziedzica Filletoville.
„Jak pan mógł domyśleć się z tego, co pan widział“, ciągnęła dama, „gotowi byli mię zabić, gdybym zawołała o pomoc! Jeżeli ich wspólnicy odkryją nas tutaj, przepadliśmy! Za dwie minuty może być zapóźno! Konie!“ Z temi słowy, wzruszona przeczuciem tego, co się stać może, i wycieńczona zabiciem młodego markiza Filletoville, zemdlała i opadła w ramiona mego wujka. Wuj porwał ją na ręce i wyniósł przed dom. Dyliżans stał przed gankiem, zaprzężony w cztery długoogoniaste, czarne i dobrze spasione konie.
„Panowie! Przypuszczam, że nie uwłaczam pamięci mego wuja, twierdząc, że chociaż był kawalerem, nieraz już trzymał w swoich objęciach niewiastę. Mam nawet podejrzenia, że chętnie całował kelnerki. Złapano go nawet raz czy dwa, jak ściskał gospodynię w bardzo niedwuznaczny sposób. Wspominam te okoliczności, by zaznaczyć, że musiała to być niezwykła dama, skoro tak podziałała na mego wuja. Mówił, że kiedy się obudziła, i spojrzała na niego swemi wielkiemi, czarnemi oczyma (długie jej włosy spływały mu z ramion), tak jakoś zrobiło mu się dziwnie, że aż nogi ugięły się pod nim. Ale któż potrafi patrzeć obojętnie w piękne czarne oczy?! Ja nie, panowie! Boję się spojrzeć w pewne czarne oczy! Wiem, co to znaczy!
„Nie opuścisz mię nigdy?“ szepnęła młoda dama.
„Nigdy!“ odrzekł wuj. I mówił szczerze.
„Mój drogi obrońco!“ zawołała dama. „Drogi, kochany, dzielny obrońco!“
„Ach nie mów pani!“ zawołał wuj.
„Dlaczego?“ pyta ona.
„Bo usta twoje są tak piękne, gdy mówisz, że obawiam się, że będę brutalny i pocałuję cię!“
„Młoda dama podniosła rękę, jak gdyby chciała zagrozić wujkowi, by tego nie robił i powiedziała — nie, nic nie powiedziała, tylko się uśmiechnęła. Kiedy patrzysz na najcudniejsze wargi na świecie i widzisz, jak się uśmiechają — jeżeli jesteś pochylony tuż nad niemi i nikt nie patrzy — nie możesz wyrazić swego zachwytu nad ich barwą i kształtem, nie pocałowawszy choćby jeden raz! Wujek mój uczynił to i szanuję go za to!
„Co?“ zawołała młoda dama przerażona. „Turkot kół i rżenie koni?“
„Tak“, powiada wuj. Dobre miał ucho na turkot kół i stuk kopyt końskich. Ale miał wrażenie, że tyle koni i kół się zbliża zdaleka, że niepodobna było określić ich ilości.
„Gonią nas!“ zawołała młoda dama, składając ręce. „Gonią nas! Cała moja nadzieja w panu!“
„Tyle było strachu w jej cudnej twarzy, że mój wuj zdecydował się w jednej chwili. Wsadził damę do karety, prosił, by się nic nie bała, raz jeszcze przycisnął usta do jej warg, i poradziwszy, by zamknęła okna, bo zimno, wskoczył na kozioł.
„Czekaj, ukochany!“ zawołała młoda dama.
„Co się stało?“ pyta wuj już z kozła.
„Chciałam z tobą pomówić! Tylko jedno słowo! Jedno słowo, najdroższy!“
„Mam zejść?“ pyta wuj. Dama nie odpowiada, tylko się uśmiecha. Wuj w jednej chwili był już przy niej.
„Co się stało, kochanie?“ pyta wuj, zaglądając przez okno karety. Dama pochyliła się w tej samej chwili i wujek stwierdził, że jest jeszcze piękniejsza! Stał przy niej bliziutko panowie, więc musiał dokładnie widzieć!
„Co się stało, ukochana?“ pyta wujek.
„Nie będziesz nikogo kochał poza mną?“ pyta ona. „Nigdy się z nikim nie ożenisz?“ dodaje.
„Wujek przysiągł uroczyście, że się nigdy nie ożeni, a wtedy ona cofnęła główkę i zamknęła okno. Wskoczył na kozioł, rozstawił łokcie, wziął lejce, schwycił za bat, który leżał na dachu, i pomknął, poganiając cztery dzielne, długoogoniaste rumaki, z szybkością pięćdziesięciu mil angielskich na godzinę! A stary dyliżans za nim... Aż się kurzyło!
„Hałas za nimi wzmagał się. Im prędzej pędził stary dyliżans, tem prędzej pędziła pogoń. Hałas był piekielny, ale wszystko zagłuszał krzyk młodej damy: „Prędzej! prędzej!“
Mknęli obok ciemnych drzew, jak pióra gnane przez wiatr! Domy, bramy, kościoły, rozmaitego rodzaju inne przedmioty mijali z hałasem i turkotem. Ale pogoń zbliżała się coraz bardziej, a młoda dama coraz głośniej krzyczała: „Prędzej! Prędzej!“ Tu mój wuj mocno uderzył butem — i przekonał się, że jest już świt, a on siedzi na starem kole edynburskiego dyliżansu, mokry i zziębnięty, i uderza nogami, żeby się rozegrzać! Zsiada i ogląda się za piękną damą! Niestety! Dyliżans nie miał ani drzwi, ani siedzenia... Stare pudło i tyle!
„Oczywiście wuj wiedział, że to jakaś tajemnicza historja, i że wszystko odbyło się tak, jak pamiętał. Zdębiał, przypomniawszy sobie przysięgę złożoną pięknej damie: z tego powodu odmówił kilku zamożnym gospodyniom i umarł kawalerem. Zawsze powtarzał: Co to za dziwna rzecz, że w taki prosty sposób (poprostu dlatego, że przelazł przez płot!) dowiedział się, że duchy karet, stangretów i pasażerów odbywają co noc takie cudaczne podróże! Dodawał przytem, że pewnie jest jedynym żyjącym człowiekiem, który brał udział w tych niesamowitych ekskursjach! Myślę, że miał słuszność, panowie! Przynajmniej ja nie słyszałem o żadnym innym!“
„Ciekaw jestem, co takie duchy karet pocztowych mogą wozić w kufrach?“ zapytał gospodarz, który wysłuchał wszystkiego z wielkim zajęciem.
„Listy umarłych, oczywiście!“ odparł komiwojażer.
„Prawda! Naturalnie!“ odparł gospodarz. „Że też mi to nie przyszło do głowy!“


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: anonimowy.