Strona:Karol Dickens - Klub Pickwicka 04.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dzień, żeby odwiedzić starych przyjaciół. Jadł pierwsze śniadanie z jednym, lencz z drugim, obiad z trzecim, kolację z czwartym i tak mu schodził tydzień jak z bicza trzasł! Nie wiem, panowie, czy braliście kiedy udział w prawdziwem, treściwem śniadaniu szkockiem, by potem zajść na kilka tuzinów ostryg i kilka kufelków piwa, z paroma kieliszkami wódki na deser. Jeżeli tak — to mi przyznacie, że trzeba nielada głowy, by potem mieć jeszcze siły na obiad i kolację.
„Ale, jak mi miłe wasze oczy i brwi! Wszystko to było niczem dla mego wuja! Taki był zaprawiony, że dla niego była to zabawka dziecinna! Opowiadał mi sam, że mógł codziennie spotykać się ze Szkotami i o własnych siłach wracał do domu! A jednak Szkoci mają najsilniejsze głowy i najsilniejsze poncze, jakie spotkać można, panowie, między dwoma biegunami! Słyszałem, że jeden drab z Glasgow pił z drabem z Dundee przez piętnaści godzin. Obaj upili się w tym samym momencie, co stwierdzono dokładnie, ale żaden z nich nie miał o to pretensji!
„Pewnego wieczora, coś na dwadzieścia cztery godziny przed terminem odjazdu do Londynu, wuj odwiedził dom swego starego przyjaciela, wójta Mac... i jeszcze jakieś cztery sylaby, mieszkającego w Edynburgu. Oprócz wójta była jego żona, i wójtowe trzy córki i wójtowy dorosły syn, i trzech tęgich barczystych Szkotów, których wójt zaprosił na ucztę, by pomagali rozweselać mego wuja. Kolacja była wspaniała. Wędzony łosoś, fiński łupacz, głowa barania i haggish — znana szkocka potrawa, panowie! Wuj mawiał o tej potrawie, że jest dla żołądka Kupidyna! I jeszcze wiele innych smacznych rzeczy, zapomniałem nazw, ale wiem, że były smaczne! Panny były przyjemne i ładne, gospodyni jedna z najmilszych istot na świecie. Wuj mój był w doskonałym humorze! Skutek był taki, że młode damy chichotały i piszczały po cichu, stara dama śmiała się głośno a gospodarz i goście rechotali przez cały czas, aż im oczy na wierzch wyłaziły. Nie pamiętam, ile kieliszków wychylił każdy po kolacji, ale wiem tylko tyle, że około pierwszej po północy syn gospodarza uparł się przypomnieć sobie pierwszą strofkę piosenki „Willi przyniósł butlę wody!", a ponieważ jeszcze przed pół godziną był zupełnie do rzeczy, wuj postanowił, że czas do domu; zwłaszcza, że pili od siódmej, by się wuj nie zasiedział i mógł wrócić o przyzwoitej porze. Ale przyszło mu na myśl, że nie wypada wyjść tak zaraz. Więc obrał siebie prezesem zgromadzenia, przygotował porządną szklankę, wstał, zaproponował, by obecni wypili jego zdrowie, zwrócił się do siebie samego z bardzo czułą przemową i z zapałem wychylił toast! Nikt nie drgnął. Więc wuj nalał sobie jeszcze odrobinę — niech