Klub Pickwicka/Rozdział czterdziesty drugi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Klub Pickwicka
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo J. Przeworskiego
Druk Zakłady Graficzne „Feniks“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Posthumous Papers of the Pickwick Club
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii


Rozdział czterdziesty drugi,
podobnie jak poprzedni, dowodzi słuszności starego przysłowia, że nigdy nie możesz przewidzieć z kim będziesz spał; zawiera również dziwne i zdumiewające polecenie, jakie pan Pickwick dał Samowi.

Otworzywszy oczy nazajutrz rano, pan Pickwick ujrzał najpierw Samuela Wellera, siedzącego na małym, czarnym kufrze i z wielkiem zajęciem przypatrującego się wspaniałej figurze wesołego pana Smangle, podczas gdy ten, siedząc napół ubrany na swem łóżku, wysilał się bezskutecznie nad zmuszeniem Sama do spuszczenia oczu. Powiadamy, bezskutecznie, gdyż Sam, obejmując jednem spojrzeniem nogi, głowę, twarz i faworyty pana Smangle, nie przestawał go oglądać z żywem zadowoleniem i tak mało dbał o wrażenie, jakie to sprawiało na panu Smangle, jak gdyby patrzał na drewnianą statuę, albo wypchaną figurę.
„Chcesz, widzę, poznać, kim jestem?“ zapytał pan Smangle marszcząc czoło.
„Mógłbym przysiąc, że się nie mylę!“ wesoło zawołał Sam.
„Nie bądź pan impertynencki dla gentlemana, mój panie!“ powiedział pan Smangle.
„Za nic w świecie!“ odpowiedział Sam. „Jeżeli zechce mi pan powiedzieć, kiedy gentleman się obudzi, będę się zachowywał extra fajn!“ Ta uwaga, pozwalająca domyślać się, że Sam wątpi, czy pan Smangle jest gentlemanem, rozgniewała pana Smangle.
„Mivins!“ zawołał z wściekłością.
„Co tam?“ spytał tamten gentleman ze swego łóżka.
„Co to za djabeł?“
„Właśnie“, powiedział Mivins, wysuwając nos z pod kołdry, „właśnie chciałem o to zapytać ciebie. Ma tu jaki interes?“
„Nie!“ odpowiedział Smangle.
„Więc zrzuć go ze schodów i zapowiedz, żeby się nie ośmielił wstać zanim nie przyjdę go kopnąć!“ powiedział pan Mivins. Po udzieleniu tej przyjacielskiej rady, znów zaczął drzemać.
Ponieważ powyższa rozmowa zdradzała nieomylne symptomaty, że może przejść na tory osobiste, pan Pickwick uznał za właściwe przerwać ją.
„Samie!“ zawołał.
„Słucham pana!“
„Nie zaszło nic nowego od wczoraj?“
„Nic ważnego, panie“, odrzekł Sam, nie przestając wpatrywać się w faworyty pana Smangle. „Wilgoć i gorące powietrze, zdaje się, sprzyjają w sposób niepokojący i groźny rozrostowi rozmaitego zielska; zresztą wszystko idzie swoim trybem“.
„Podaj mi czystą bieliznę“.
Usposobienie i zamiary pana Smangle, chociaż bardzo nieprzyjazne, uległy złagodzeniu, gdy zajrzał do wnętrza kufra podróżnego, przyniesionego przez Sama; zmieniło to zdanie jego nietylko o panu Pickwicku, ale i o Samie. Wskutek tego, korzystając ze sposobności, oświadczył tonem donośnym, iż poczytuje Sama za oryginała czystej krwi i, co za tem idzie, za jednego z ludzi, jakich szczególnie lubi. Co do pana Pickwicka, to od pierwszej chwili poczuł do niego sympatję bez granic.
„Czy mogę panu czem służyć, drogi panie?“ zapytał.
„Zdaje się, że nie; dziękuję“, odrzekł filozof.
„Może pan potrzebuje odesłać bieliznę do praczki? Znam tu doskonałą praczkę w sąsiedztwie. Przychodzi do mnie dwa razy na tydzień... Na Jowisza! Jakże to szczęśliwie się składa! Dziś właśnie ma przyjść. Mogę oddać pańskie rzeczy razem z mojemi! Nie mówmy o trudzie; cóż to znaczy trud? Do czegóż byłaby ludzkość, gdyby gentleman w nieszczęściu nie zadał sobie trochę trudu, by dopomóc drugiemu gentlemanowi, znajdującemu się w takiem samem położeniu?“
Tak mówił pan Smangle i jednocześnie przysuwał się do kufra jak można najbliżej, okazując wzrokiem najbezinteresowniejszą uprzejmość.
„Może ma pan co dać chłopcu do wyczyszczenia?“ zapytał.
„Nic a nic“, odrzekł Sam, wyręczając pana Pickwicka. „Możeby było jednak przyjemniej dla obu stron, gdyby jeden z nas zabrał się do szczotkowania, jak powiedział pewien bakałarz, gdy młodzi gentlemani nie chcieli dać się oćwiczyć“.
„A nie ma pan nic, cobym mógł włożyć razem z mojemi rzeczami do skrzynki i oddać praczce?“
„Ani cienia pończochy“, odrzekł Sam; „obawiam się, że pańska skrzynka jest już nabita pańskiemi własnemi rzeczami“, rzekł znów Sam.
Słowom tym towarzyszyło wyraziste spojrzenie na tę część ubrania pana Smangle, która zwykle dowodzi o umiejętności praczki. Wskutek tego gentleman ten odwrócił się, rezygnując, narazie przynajmniej, z widoków na garderobę i sakiewkę pana Pickwicka, i w złym humorze wyszedł na dziedziniec, na lekkie a zdrowe śniadanie, składające się z dwóch cygar, kupionych wczoraj za pieniądze pana Pickwicka.
Pan Mivins, który nie palił, a którego rachunek w miejscowym sklepiku dosięgał już do samego dołu szyfrowej tablicy, kupiec zaś nie chciał za nic odwrócić na drugą stronę tej wielkiej księgi, pozostał w łóżku, by, jak mówił, śniadać z Morfeuszem.
Pan Pickwick zjadł śniadanie w małym pokoiku obok kawiarni, noszącym obiecującą nazwę „ukrytego kąta“. Każdy gość w tym „ukrytym kącie“ za nieznaczną opłatą korzystał z tego przywileju, że mógł słuchać wszystkich rozmów w kawiarni. Potem pan Pickwick wysłał Sama po sprawunki i udał się do pana Rokera, aby się rozmówić o swem przyszłem pomieszczeniu.
„A! Pan Pickwick!“ rzekł ten gentleman, przeglądając ogromną księgę. „Miejsca i wygód nam nie zabraknie. Dam panu bilet kątem do Nr. 27 na trzeciem piętrze“.
„Bilet, jaki?“ zapytał filozof.
„Bilet kątem. Czy pan nie rozumie?“
„Przyznam się, że nie“, rzekł pan Pickwick, uśmiechając się.
„Ależ to jasne jak dzień. Będzie pan mieszkał kątem pod Nr. 27 w towarzystwie innych gentlemanów“.
„Wielu ich jest?“ zapytał pan Pickwick niepewnym tonem.
„Trzech...“
Pan Pickwick odkaszlnął.
„Jeden duchowny“, mówił dalej pan Roker, pisząc coś na małym kawałku papieru, „drugi rzeźnik“.
„Kto?“ zapytał pan Pickwick.
„Rzeźnik!“ powtórzył pan Roker, uderzając piórem o stół, aby mu przeszła ochota do robienia kleksów. „To musiał być swego czasu zabijaka! Neddy, pamiętasz Toma Martina?“ Słowa te były zwrócone do drugiego mieszkańca tego pokoiku, który właśnie pracował nad zeskrobywaniem błota z trzewików przy pomocy scyzoryka o dwudziestu pięciu ostrzach.
„No, myślę!“ powiedziało to indywiduum z naciskiem.
„Jak mi wzrok miły!“ powiedział pan Roker, kiwając głową na obie strony i patrząc nieobecnym wzrokiem w okno, jak gdyby nagle przypomniały mu się jakieś rozkoszne sceny z dzieciństwa. „Wydaje mi się, że to dopiero wczoraj, jak zbił na kwaśne jabłko tragarza węgla, tam w porcie! Widzę go jeszcze wyraźnie, jak idzie między dwoma strażnikami, trochę oszołomiony tem zajściem, z plasterkiem na prawem oku, a za nim kroczy ten jego buldog! Jak w książce z obrazkami. Co to za śmieszna rzecz ten czas, prawda, Neddy?“
Gentleman, do którego zwrócone były te słowa, widocznie milczący i ponury z natury, odpowiedział tylko mruknięciem. Pan Roker oderwał się od poetyckiego toku myślenia, i powracając do prozy życia, ujął pióro.
„Zna pan trzeciego?“ zapytał pan Pickwick, niebardzo zadowolony z przyszłych towarzyszy.
„Co to za Simpson, Neddy?“ zapytał pan Roker towarzysza.
„Jaki Simpson?“
„No, ten z pod dwudziestego siódmego, na trzeciem piętrze, z którym ten gentleman ma razem mieszkać!“
„Ach, ten!“ zawołał Neddy. „Nic szczególnego! Przedtem był wspólnikiem kuglarza, potem zwyczajnym oszustem!“
„Tak i ja myślałem!“ powiedział pan Roker, wręczając panu Pickwickowi mały skrawek papieru. „Oto bilet dla pana!“
Zakłopotany filozof wyszedł, rozmyślając nad tem, co ma teraz począć. Wkońcu postanowił przynajmniej zobaczyć ludzi, z którymi chciano go umieścić, udał się więc na trzecie piętro.
Błądząc długo po galerji i pracując nad odczytywaniem w ciemności numerów na drzwiach, spotkał nareszcie chłopca z szynkowni i zapytał gdzie jest 27-my numer.
„Piąte drzwi dalej“, odrzekł chłopak; „na drzwiach jest wymalowany gentleman na szubienicy z fajką w ustach“.
Kierując się tem wskazaniem, pan Pickwick poszedł dalej, odnalazł portret wzmiankowanego gentlemana, w którego twarz zapukał najpierw lekko a potem mocniej. Ale gdy kilkakrotnie powtarzał tę operację napróżno, zdecydował się wkońcu zajrzeć do wnętrza.
W pokoju znajdował się tylko jeden jego mieszkaniec, wychylony za okno, ile tylko pozwalały prawa równowagi, i zabawiający się tem, że próbował plunąć na kapelusz jednemu ze swych przyjaciół, znajdujących się na dole w dziedzińcu. Pan Pickwick, nie mogąc oznajmić o swem przybyciu ani kaszlem, ani kichaniem, ani stukaniem, ani żadnym innym podobnym sposobem, wkońcu zbliżył się do okna i pociągnął lekko za połę wychylone indywiduum. Indywiduum to z wielką szybkością cofnęło głowę i plecy, obejrzało pana Pickwicka od stóp aż do głów i zgryźliwym tonem zapytało, czego, u djabła, sobie życzy?
„Jeśli się nie mylę, to tu jest Nr. 27-my“, rzekł filozof, spoglądając na swą kartę.
„No, i cóż z tego?“
„Przychodzę tu, ponieważ dano mi ten bilet“.
„Pokaż pan“.
Pan Pickwick pokazał bilet.
„Nie mógł też Roker wsadzić pana gdzieindziej!“ rzekł z niezadowoleniem pan Simpson (gdyż on to był).
Pan Pickwick najzupełniej podzielał to zapatrywanie, ale uznał za nakaz zdrowej polityki zachować milczenie.
Pan Simpson pomyślał przez chwilę, potem wysunął głowę za okno, gwizdnął przeciągle i kilka razy coś zawołał. Co to znaczyło, pan Pickwick nie mógł zrozumieć, domyślił się jednak, że to przezwisko pana Martina, a to dlatego, że kilku gentlemanów, stojących na dole, zaczęło krzyczeć: „Panie rzeźnik!“ udając ton, jakim ludzie tego zawodu zwykle zawiadamiają innych o swojej obecności na targu.
Najbliższe zdarzenia potwierdziły przypuszczenia pana Pickwicka. W kilka minut potem do pokoju wszedł mężczyzna niezwykle na swój wiek otyły, w niebieskiej rzeźnickiej bluzie i ogromnych butach. Idąc, sapał jak miech; za nim szedł ktoś drugi, w mocno połatanem ubraniu, usiłując napróżno zapiąć frak, przy którym brakowało guzików i pętelek. Twarz miał czerwoną i wyglądał na pijanego kapelana, czem rzeczywiście był. Obaj obejrzeli bilet pana Pickwicka, przyczem jeden z nich powiedział „Ph!“ a drugi „Hm!“ Wyraziwszy swoje uczucia w ten wielce dobitny sposób, spojrzeli na pana Pickwicka, a potem na siebie wśród bardzo niemiłego milczenia.
„To dopiero nieznośne! I właśnie teraz, kiedyśmy się tak dobrali!“ powiedział kapelan, patrząc na trzy brudne materace, zwinięte i rzucone w kąt; zajmowały one w ciągu dnia jeden róg pokoju i tworzyły rodzaj wzniesienia, na którem stała zwykła, gliniana, żółta miednica i miseczka na mydło, ozdobiona niebieskim kwiatkiem. „To dopiero nieznośne!“
Pan Martin wyraził to samo zapatrywanie w sposób o wiele dobitniejszy, pan Simpson wygłosił mnóstwo przymiotników, którym nie towarzyszył ani jeden rzeczownik, poczem zabrał się do płukania jarzyn do obiadu.
Przez ten czas pan Pickwick rozglądał się po pokoju niemożliwie brudnym i nie do zniesienia pachnącym stęchlizną. Ani śladu mebli, dywana, firanek lub zasłon. Nie było nawet szafy. Prawda, że nie mianoby czego chować do szafy, gdyby nawet szafa istniała. Sporo jednak było w tym pokoju rozmaitych przedmiotów, aczkolwiek niewielkich rozmiarem i znaczeniem, a mianowicie kawałki mięsa, okruchy chleba i sera, mokre gałgany, trzonki od noży i widelców i t. p. Przedmioty te nie robią miłego wrażenia, gdy pokrywają podłogę izby, mającej służyć za sypialnię, jadalnię i pracownię trzem nic nie robiącym drabom.
„Może da się to jakoś ułożyć“, powiedział wreszcie rzeźnik po długiem milczeniu. „Ile pan żąda odstępnego?“
„Przepraszam pana“, powiedział pan Pickwick. „Nie rozumiem. Co pan powiedział?“
„Wiele pan żąda za to, żeby pójść stąd precz?“ spytał rzeźnik. „Zwykła taksa to dwa szylingi i sześć pensów. Bierze pan trzy szylingi?“
„...i ławkę“ dodał jegomość z miną duchownego.
„Mniejsza o to!“ powiedział Martin. „To tylko różnica dwóch pensów!“
„Cóż pan na to? zapłacimy panu trzy szylingi tygodniowo?“
„I postawimy galon piwa!“ dodał pan Simpson. „Jazda!“
„Który wypić można zaraz!“ uzupełnił kapelan! „No?“
„Tak mało znam przepisy, jakie w tem miejscu obowiązują“, powiedział pan Pickwick, „że nie rozumiem dokładnie o co chodzi. Czy mógłbym mieszkać gdzieindziej?“
Usłyszawszy to, rzeźnik spojrzał ze zdumieniem po swoich towarzyszach. Wtedy każdy z tych gentlemanów palcem lewej ręki wskazał poza lewe ramię. Tego rodzaju ruch ma wiele wdzięku, gdy go wykona jednocześnie wiele dam i gentlemanów. Wyraża on lekki sarkazm pełen attycyzmu i dobrego humoru.
„Czy mógłby pan?!“ powtórzył Martin z uśmiechem politowania.
„Gdybym tak mało miał doświadczenia życiowego, jak pan, zjadłbym własny kapelusz i połknął sprzączki od butów!“ zawołał jegomość z miną duchownego.
„Ja również!“ powtórzył pan Simpson.
Po tym krótkim wstępie trzej kamraci objaśnili pana Pickwicka, że pieniądze w więzieniu znaczą tyleż co pieniądze poza więzieniem, że za pieniądze dostanie wszystko, czego zapragnie. Jeżeli więc przypadkiem posiada pieniądze i jest nie od tego, żeby je wydać, i jeżeli tylko życzy sobie mieć osobny pokój dla siebie, to nie dłużej jak za pół godziny będzie miał zupełnie umeblowany i urządzony pokój.
Po tem towarzystwo rozstało się ku ogólnemu zadowoleniu obu stron. Pan Pickwick znów poszedł do pana Rokera; trzej zaś towarzysze udali się do kawiarni, by przepić pięć szylingów, gdyż jegomość z miną duchownego był na tyle przezorny, że pożyczył je u filozofa.
Gdy pan Pickwick oświadczył panu Rokerowi po co przyszedł, ten zawołał śmiejąc się:
„Wiedziałem, że tak będzie! Czy nie mówiłem tego, Neddy?“
Posiadacz uniwersalnego scyzoryka także zaśmiał się.
Wiedziałem, że zażąda pan innego pokoju! Wiem, że i meble będą potrzebne; wszystko to mogę panu wynająć“.
„Bardzo dobrze“.
„Na schodach, po drodze do kawiarni, jest przepyszny pokój, należący obecnie do pewnego więźnia kanclerstwa; będzie pana kosztować jednego funta na tydzień. Sądzę, że nie ma pan nic przeciwko temu“.
„Bynajmniej“.
„Więc chodź pan ze mną“, rzekł żywo pan Roker, biorąc kapelusz. „Wszystko załatwimy za pięć minut“.
Tak się też stało. Więzień kanclerstwa siedział w tem miejscu dość długo, by utracić przyjaciół, mienie, szczęście i wzamian uzyskać prawo do posiadania osobnego pokoju. Ale ponieważ często spotykała go tu przykrość, że nie miał co jeść, chętnie więc przystał na odstąpienie swego pokoju panu Pickwickowi za dwadzieścia szylingów tygodniowo.
Podczas zawierania tej umowy, filozof ze smutnem zainteresowaniem przypatrywał się temu biedakowi. Był to człowiek słuszny, wychudły, trupio blady, w czarnym surducie i dziurawych pantoflach. Policzki miał zapadłe, usta bez krwi. Żelazny ząb osamotnienia i niedostatku gryzł go powoli w ciągu dwudziestu lat.
„Gdzie się pan teraz podzieje?“ zapytał go pan Pickwick, kładąc na stole należne za tydzień pieniądze.
Więzień skwapliwie pochwycił je i odpowiedział, iż nie wie jeszcze, musi zobaczyć, dokąd będzie mógł przenieść łóżko.
„Obawiam się“, rzekł pan Pickwick, „iż będzie pan zmuszony mieszkać w miejscu halaśliwem i przeludnionem. Proszę więc pana, byś rozporządzał tym pokojem, jak swoim własnym, gdy będzie pan potrzebował spokoju lub gdy cię przyjdą odwiedzić przyjaciele“.
„Przyjaciele!“ zawołał więzień głuchym głosem. „Gdybym leżał w trumnie, zakopanej w błotnistej fosie tego więzienia, nie mógłbym być więcej zapomnianym i opuszczonym jak teraz! Jestem człowiekiem umarłym, umarłym dla świata i nikt nie ma dla mnie nawet tego współczucia, jakie przypada w udziale tym, którzy stanęli przed sądem Boga. Przyjaciele! Całe moje życie przeszło w tem wiezieniu i gdy umrę, nie znajdzie się nikt, by podnieść rękę nad mojem łóżkiem i powiedzieć: Bogu niech będzie chwała; już nie cierpi więcej!“
Niezwykły ogień, jaki wzburzenie rzuciło na twarz starca, zgasł, gdy tylko przestał mówić. Szybko i z rozpaczą załamał dłonie i szybko wyszedł z pokoju.
„Eh, eh! Bryka jeszcze czasami!“ rzekł pan Roker z uśmiechem. „Są oni jak słonie; czasem jeszcze czują coś i to ich wprowadza w szał“.
Zrobiwszy tę uwagę, świadczącą o głębokiem zrozumieniu, pan Roker tak szybko zajął się urządzaniem wszystkiego dla wygody pana Pickwicka, iż w niedługim czasie znalazł się dywan, sześć krzeseł, stół, łóżko, szafa, maszynka do herbaty i tym podobne niezbędne przedmioty. Wszystko to miało kosztować najwyżej dwadzieścia siedem szylingów i sześć pensów tygodniowo.
„Może pan potrzebuje jeszcze czego?“ zapytał pan Roker, spoglądając dokoła z wielkiem zadowoleniem i pobrzękując w ręku pieniędzmi, otrzymanemi za pierwszy tydzień.
„Tak“, odrzekł pan Pickwick, który od kilku minut rozmyślał głęboko. „Czy można tu znaleźć ludzi, którzy mogliby wykonywać w mieście moje polecenia i wogóle załatwiać moje sprawy?“
„To jest, nie więźniów?“
„Tak, bo muszą także wychodzić do miasta“.
„Dobrze“, rzekł pan Roker. „Jest tu jeden biedak, który ma przyjaciela w oddziale dla ubogich; bardzo będzie rad, gdy go się użyje do tego. Od dwóch miesięcy lata wszędzie, dokąd go poszlą. Mam go przywołać?“
„Owszem... ale zaczekaj pan... nie... Powiedział pan; oddział dla ubogich? Ciekaw jestem zobaczyć to... sam pójdę.“
Oddział dla ubogich w więzieniu za długi, jest to, jak już świadczy sama nazwa, miejsce pobytu najnieszczęśliwszych i najbiedniejszych dłużników. Więzień, który oświadczy, iż chce, by go umieszczono w oddziale dla ubogich, nie płaci nic i otrzymuje niewielką ilość żywności, z dodatków składanych na ten cel od czasu do czasu przez osoby litościwe. Przed kilkoma laty można było jeszcze widzieć w ścianie więzienia Floty rodzaj klatki żelaznej, w której siedział człowiek o twarzy wygłodzonej, potrząsający od czasu do czasu skarbonką i wołający ponurym głosem: „Pamiętajcie o biednych dłużnikach!“ To co zebrano w ten sposób, jeżeli co zebrano, dzielono między ubogich więźniów, którzy kolejno siadywali w klatce.

Chociaż zwyczaj ten zniesiono i klatka znikła, jednak położenie biednych więźniów nie uległo zmianie. Dziś nie pozwalamy, by się odwoływali do współczucia przechodzących, ale dla zbudowania przyszłych pokoleń pozostawiamy w swej mocy słuszne i dobroczynne prawa, pozwalające na to, by najgorszych przestępców ubierano i karmiono, gdy tymczasem dłużnik, nie mający pieniędzy, skazany jest na śmierć głodową. I nie jest to fikcją: niema tygodnia, aby ci biedacy nie byli wydani w naszych więzieniach za długi
Karol Dickens - Klub Pickwicka 03 page167.jpg
na powolne tortury śmierci głodowej, gdyby nie przychodzili im w pomoc współwięźniowie.

Rozważając to wszystko, pan Pickwick szedł w górę po wąskich schodach, na których opuścił go Roker; myślami swemi był tak wzburzony, że gdy wpadł do wskazanego mu pokoju dla biednych, nie miał już wyraźnego poczucia, ani gdzie jest, ani poco tu przyszedł.
Jednakże, na widok tego pokoju, opamiętał się; ale gdy wzrok jego padł na człowieka, skurczonego przy lichym ogniu, kapelusz wypadł mu z rąk. Pan Pickwick stanął nieruchomo i skamieniał ze zdziwienia.
Tak, w łachmanach, bez surduta i kamizelki, w podartych spodniach, perkalowej koszuli, zżółkłej i podartej, z długiemi włosami, spadającemi mu na oczy, z twarzą skrzywioną od bólu i zapadłą z głodu — siedział tu pan Alfred Jingle! Wsparłszy głowę na dłoni, wpatrywał się uparcie w ogień a cała jego postać świadczyła o nędzy w najokropniejszej jej odmianie.
Obok niego, oparty o ścianę, stał barczysty właściciel ziemski i starym biczem otrzepywał sobie but, zdobiący jego prawą nogę; lewa była w pantoflu. Konie, psy i hulanki spowodowały jego ruinę. Jeszcze przy tym jedynym bucie miał zardzewiałą ostrogę, którą od czasu pruł powietrze, trzaskając potężnie z bicza i wydając okrzyki, jakiemi zwykle jeździec zachęca konia; widocznie w wyobraźni wykonywał jakieś szalone wyścigi z przeszkodami. Biedaczysko! Na żadnych wyścigach odbytych na najszybszym koniu swej kosztownej stajni ani w połowie tak szybko nie przebiegłby ziemskiej swe drogi, jak stało się to tu w więzieniu Floty, gdzie bieg swego życia zakończył.
W innej stronie pokoju jakiś starzec siedział na drewnianym stołku i wlepił oczy w podłogę. Głęboka rozpacz zorała mu twarz. Dziewczynka, mała wnuczka, usiłowała go rozerwać tysiącem niewinnych pieszczot; ale starzec nic nie widział i nie słyszał. Głos, który ongiś był muzyką dla jego ucha, oczy, które były jego światłem, nie wzruszały go teraz. Jego członki chwiały się bezwolnie a jego umysł jakby tknął paraliż.
W innym kącie dwóch czy trzech mężczyzn głośno rozmawiało. Jakaś kobieta o wychudłej twarzy i błędnym wzroku, żona więźnia, podlewała w doniczce nędzne resztki jakiejś wyschłej rośliny, która nigdy już nie miała zazielenieć; aż nazbyt prawdziwy to symbol celu, który ją tu przywiódł.
Tacy to ludzie przedstawili się oczom pana Pickwicka, gdy ze zdumieniem spoglądał dokoła. Usłyszawszy szybkie kroki kogoś wchodzącego, obudził się z zadumy i zwrócił się ku drzwiom; w nowoprzybyłym, pomimo łachmanów, brudu i nędzy, rozeznał nieobce mu rysy Hioba Trottera.
„Pan Pickwick!“ zawołał Hiob głośno.
„Ha!“ krzyknął pan Jingle, zrywając się ze swego miejsca; „pan... tak, tak! dziwne miejsce... szczególna rzecz! Zasłużyłem na to; dobrze się stało“.
To mówiąc, pan Jingle wsunął ręce w miejsce, gdzie zwykły bywać w spodniach kieszenie, i zwiesiwszy głowę na piersi, znów padł na krzesło.
Pan Pickwick był do głębi wzruszony; obaj ci ludzie wyglądali tak nędznie! Krótkie spojrzenie, jakie pan Jingle mimowolnie rzucił na mały kawałek surowej baraniny, przyniesionej przez Hioba, wyraźniej aniżeli dwugodzinne opowiadanie okazał panu Pickwickowi, do czego doszedł były kapitan Fitz-Marshall. Filozof spojrzał na pana Jingle wzrokiem łagodnym i powiedział:
„Chciałbym z panem pomówić na osobności. Chodź pan ze mną na chwilę“.
„Bardzo dobrze“, odrzekł Jingle, wstając pospiesznie. „Ale daleko nie ujdę. Zresztą, tu nie trzeba się obawiać długiej podróży. Park otoczony wysokim murem. Piękna miejscowość, malownicza, ale nie rozległa. Wejście otwarte. Rodzina zawsze w mieście. Dozorca piekielnie baczny“.
„Zapomniał pan wziąć surdut“, rzekł pan Pickwick, idąc po schodach.
„Ach, tak!... Wisi na kołku... U pewnej krewnej... ciotki ze strony matki. Nie można było zrobić inaczej. Trzeba jeść; pan wie, potrzeba naturalna... i tego...“
„Co pan mówi?“
„Surdut poszedł na ochotnika, kochany panie, ostatni surdut. Ba! Co się stało, to się stało. Żyłem parą butów dwa tygodnie; tydzień jedwabnym parasolem z rączką z kości słoniowej; tak jest, słowo honoru! spytaj pan Hioba, on wie wszystko“.
„Trzy tygodnie żył pan parą butów i parasolem“, zawołał pan Pickwick z przerażeniem, gdyż podobne wypadki znał tylko z opowiadań o rozbitkach i z książki Constabla.
„Tak, tak!“ powtórzył pan Jingle, kiwnąwszy głową. „Kwity mam przy sobie. Pożyczający na zastaw złodzieje nic prawie nie dają...“
„A!“ zawołał pan Pickwick, któremu wielce ulżyło to wyjaśnienie. „Teraz rozumiem; zastawiłeś pan swoje rzeczy“.
„Wszystkie, Hiob także; wszystką bieliznę. Ba! W ten sposób oszczędność; nie trzeba prania. Wkrótce nic nie będzie. Położyć się i umrzeć z głodu. Śledztwo. Anatomja. Biedny więzień. Nędza! Nie trzeba rozgłaszać. Przysięgli... Dostawcy więzienni; bez hałasu, śmierć naturalna. Kondukt ubogiego; dobrze zasłużony. Wszystko się skończyło; spuszczajcie zasłonę“.
Jingle wypowiedział tę dziwną treść swego przyszłego życia ze zwykłą lakonicznością, usiłując rozmaitemi grymasami naśladować uśmiech. Ale pan Pickwick łatwo dostrzegł, iż cała ta obojętność była tylko udana, kiedy bowiem spojrzał mu prosto w twarz, ale bez gniewu, przekonał się, iż miał wilgotne oczy.
„Poczciwy człowiek“, zaczął znów Jingle, ściskając rękę filozofa i odwracając głowę. „Pies niewdzięczny! Głupio jest płakać; nie można inaczej. Gorączka szkaradna; słaby, głodny; wszystko to zasłużone; ale cierpi bardzo! O, bardzo!“
Nie mogąc dłużej wytrzymać, a może zmęczony wysiłkiem, wygłodzony komedjant siadł na schodach i, zakrywszy sobie twarz rękami, zaczął płakać jak dziecko.
„No, no!“ zawołał pan Pickwick z wielkiem wzruszeniem. „Zobaczę, co będzie można zrobić dla pana, gdy poznam lepiej pańskie dzieje. Hiob! Chodź tu!... Gdzie on jest?“
„Jestem tu, panie“, odrzekł Hiob, ukazując się na schodach.
Powiedzieliśmy o nim już dawniej, że miał za dobrych czasów oczy bardzo wpadnięte. Obecnie, w biedzie, zdawało się, iż ich wcale niema.
„Jestem panie“, rzekł Hiob.
„Chodźno tu“, zaczął pan Pickwick, usiłując przybrać surową minę, pomimo czterech dużych łez, które staczały mu się po kamizelce. „Masz!“
Masz — co? Według zwyczaju przyjętego w świecie, powinnoby to było być tęgie uderzenie pięścią a przynajmniej — tacy już są ludzie — dobry szturchaniec. Pana Pickwicka swego czasu najniegodziwiej przecież wyprowadził w pole ten wyrzutek, który teraz znajdował się w jego mocy. Ale czy powiedzieć prawdę? Było to coś brzęczącego, co z kieszeni kamizelki pana Pickwicka przeszło do rąk Hioba. A to, że pan Pickwick dobrem odpłacił za zło, to rozjaśniło oczy naszego zacnego starego przyjaciela i sprawiło, że serce jego biło mocno, gdy spiesznie odchodził.
Przyszedłszy do swego pokoju, znalazł tam Sama, który przyglądał się wykwintnemu urządzeniu z ponurą miną. Stanowczo zdecydowany przeciwdziałać temu, by jego pan długo tu pozostawał, poczytywał sobie za moralny obowiązek wyrażać niezadowolenie ze wszystkiego, co tu robiono, mówiono, zamyślano i planowano.
„No, Samie?“
„No, panie?“
„Dość wygodnie, co?“
„Nieźle“, odrzekł Sam pogardliwie, rzucając wzrokiem dokoła.
„Czyś widział pana Tupmana i innych naszych przyjaciół?“
„Widziałem, panie; przyjdą tu jutro. Dziwię się tylko, że dziś tu nie przybyli“, zauważył.
„Przyniosłeś mi rzeczy, których żądałem?“
Zamiast odpowiedzi Sam wskazał palcem na rozmaite paczki, ułożone porządnie w jednym kącie pokoju.
„Bardzo dobrze“, rzekł pan Pickwick, a po chwili wahania dodał: „słuchajno Samie, coś ci powiem...“
„Słucham pana“.
„Samie“, zaczął pan Pickwick bardzo uroczyście. „Czułem od samego początku, że miejsce to nie jest odpowiednie dla młodego człowieka“.
„I dla starego również“, odparł pan Weller.
„Masz zupełną słuszność. Ale starzy mogą wpaść tu czasami wskutek własnej nieroztropności i łatwowierności, a młodzi przez egoizm tych, którym służą. Dla takich młodych ludzi pod każdym względem lepiej będzie, gdy tu nie zostaną. Czy rozumiesz mię, Samie?“
„Nic nie rozumiem“, odrzekł służący, z głupia frant.
„Ale zastanów się tylko“.
„Dobrze, panie“, odrzekł Sam po krótkiem milczeniu, „zdaje mi się, iż wiem, do czego pan zdąża; a jeżeli wiem, do czego, to, mojem zdaniem, tego już zanadto, jak mówił stangret do śnieżnej zawiei, która nie pozwalała mu jechać“.
„Uważam, że mię pojmujesz, Samie. Jak powiedziałem, nie chcę, byś przez całe lata wałęsał się po tem miejscu; pozatem jest to niedorzecznością, by człowiek uwięziony za długi trzymał służącego. Trzeba, byś mię na jakiś czas opuścił...“
„O! Na jakiś czas!“ powtórzył Sam z lekkim sarkazmem.
„Tak, dopóki tu pozostaję. Będę ci płacił pensję, a którykolwiek z moich trzech przyjaciół chętnie weźmie cię do siebie, choćby przez szacunek dla mnie. Jeżeli kiedy opuszczę to miejsce, Samie“, mówił dalej pan Pickwick z udaną wesołością, „daję ci słowo, iż natychmiast powrócisz do ranie“.
„A teraz ja panu powiem“, odrzekł Sam głosem poważnym i uroczystym. „Nic z tego nie będzie — więc niema co o tem mówić“.
„Samie, ja mówię ci serjo; postanowiłem...“
„Postanowił pan? Bardzo dobrze! I ja postanowiłem!“
Powiedziawszy te słowa stanowczym głosem, Sam bardzo ostrożnie osadził sobie kapelusz na głowie i szybko wyszedł z pokoju.
„Samie!“ wołał za nim pan Pickwick, „Samie, chodź tu jeszcze“.
Ale Sam zniknął w długiej galerji.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: anonimowy.