Kartka miłości/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Kartka miłości
Podtytuł Powieść
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo Lux
Druk Druk „Rekord“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une Page d’amour
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron


XI.

Pewnego poranku majowego Rozalja przybiegła ze swej kuchni, trzymając jeszcze ścierkę na ręku, i z poufałością zepsutej sługi zawołała:
— Proszę pani iść prędko, prędko... ksiądz jest na dole, w ogrodzie doktora, i zabiera się do kopania ziemi.
Helena nie poruszyła się z miejsca. Ale Joanna wybiegła natychmiast, chcąc zobaczyć co to było. Wróciwszy — rzekła:
— Jaka ona nierozsądna ta Rozalja! wcale nie kopie ziemi. Rozmawia z ogrodnikiem, który układa kwiatki do małego wózka... Pani Deberle zrywa wszystkie swe róże...
— Do kościoła zapewne — rzekła spokojnie Helena nie przerywając roboty swej.
W kilka minut później zadzwoniono, i ksiądz Jouve wszedł. Przyszedł, oznajmując, że nie będzie mógł być na przyszły wtorek. Wieczorami odprawiał nabożeństwo majowe. Proboszcz kazał mu zająć się ozdobieniem kościoła. Miało to być bardzo ładnie. Wszystkie panie dawały mu kwiaty. Obiecano nawet dwa drzewa palmowe wysokie na cztery metry; miał je postawić z prawej i lewej strony ołtarza.
— O mamo... mamo... — szepnęła Joanna, słuchając z zachwytem.
— A więc — rzekła Helena uśmiechając się — jeżeli wy, mój przyjacielu nie możecie przyjść do nas, my pójdziemy do was... Joannie już się zawróciło w głowie od tych waszych bukietów.
Helena nie była wcale nabożna, nie chodziła nawet nigdy na mszę, tłumacząc się zdrowiem córki, która cała drżąca wychodziła zwykle z kościoła. Ksiądz unikał z nią rozmowy o religji. Z dobroduszną pobłażliwością mówił tylko, że piękne dusze same sobie kupują zbawienie miłością swoją i cnotą. Bóg sam, jeżeli zechce, poruszy kiedyś jej serce.
Przez cały dzień następny Joanna myślała tylko o majowem nabożeństwie. Rozpytywała matkę, przedstawiała sobie kościół pełen róż białych, świec jarzących, niebiańskich, głosów, przyjemnej woni. Chciała być co najbliżej ołtarza, by lepiej widzieć koronkową suknię Najświętszej Panny, suknię, która stanowiła majątek, jak mówił ksiądz Helena uspokajała ją, grożąc że nie weźmie jej, jeżeli zawczasu już przyprawi się o chorobę.
Nakoniec, wieczorem, po obiedzie wyszły. Noce chłodnawe jeszcze były. Wszedłszy na ulicę Annonciation, gdzie się znajduje Notre-Dame de Grace, dziecię drżało.
— Kościół opalony jest — rzekła matka. — Usiądziemy przy lufcie. — Kiedy otworzyła wypchane drzwi, które miękko zamknęły się za niemi, ciepłe powietrze otoczyło je a jednocześnie żywe światło uderzyło i śpiewy zabrzmiały. Nabożeństwo było już rozpoczęte: Helena, widząc środek kościoła zapełniony, chciała przejść bokiem, ale z największą trudnością musiała przeciskać się w stronę ołtarza. Trzymając Joannę za rękę, cierpliwie posuwała się naprzód; wreszcie zaniechała tego zamiaru i wzięła pierwsze dwa krzesła, co jej wpadły pod rękę. Jeden i filarów zasłaniał przed niemi połowę chóru.
— Nic nie widzę, mamo, — szepnęła mała ogromnie zmartwiona. — Bardzo to złe miejsce.
Helena kazała jej milczeć. Dziewczynka zaczęła się dąsać. Widziała przed sobą tylko szerokie plecy starej jakiejś pani. Kiedy matka odwróciła się, ujrzała ją stojącą już na krześle.
— Zleź zaraz! — rzekła przytłumiając głos. — Nieznośna jesteś.
Joanna upierała się przy swojem.
— Zobacz, mamo, to pani Deberle... Tam, daje nam znaki.
Helena bardzo niezadowolona zniecierpliwiła się. Targnęła małą, która nie chciała usiąść. Od balu przez trzy dni pod pozorem zajęć nie była u doktora.
— Mamo — mówiła Joanna z dziecinnym uporem — patrzy na ciebie, mówi ci dzień dobry.
Helena musiała nareszcie odwrócić oczy i przywitać się. Obie kiwnęły sobie głową z daleka. Pani Deberle ubrana świeżo i jasno, w jedwabnej sukni w paseczki, ozdobionej białemi koronkami, siedziała w środku nawy, o parę kroków od chóru. Siostra jej, Paulina, była z nią; młoda kobieta zaczęła robić żywe gęsta rękami. Śpiew nie ustawał; szeroki glos tłumu toczył się poważnie, ostre nuty dziecinne wzbijały się niekiedy wysoko i przerzynały rozwlekły, wahadłowy rytm hymnu.
— Chce, żebyś tam przyszła, widzisz? — rzekła Joanna tryumfująco.
— Niepotrzeba; bardzo nam tu dobrze.
— O, mamo, idźmy do nich... Mają dwa krzesła...
— Nie, zejdź, usiądź.
Ale obie siostry, nie troszcząc się tem wcale, że budzą zgorszenie, owszem zadowolnione, że zwracają na siebie uwagę, nastawały z uśmiechem na Helenę, i ta musiała wreszcie ustąpić. Powstała z miejsca i z Joanną uszczęśliwiona, starała się przecisnąć przez tłum; ręce jej drżały z tłumionego gniewu. Trudno było przejść; dewotki nie chciały usunąć się i rozgniewane z gębą otwartą z oburzeniem patrzały na nią, nie przestając śpiewać. Tak się męczyła długich pięć minut wśród burzy głosów, które coraz mocniej huczały. Kiedy nie mogła iść dalej i stawała, Joanna patrzyła w puste i czarne gęby śpiewających i przyciskała się do matki. Nareszcie dotarty do swobodniejszej przestrzeni przed chórem, kilka kroków tylko pozostało im.
— Chodźcież — szepnęła pani Deberle. — Ksiądz mówił mi, że przyjdziecie, zatrzymałam dla was krzesła.
Helena podziękowała i, chcąc przerwać rozmowę, zaczęła przewracać kartki w swojej książce do nabożeństwa. Ale Julja, mowna i wdzięcząca się jak w swoim salonie, z zupełną swobodą pochyliła się ku niej mówiąc:
— Nie pokazujesz się. Byłabym jutro poszła do ciebie... Nie byłaś chora przynajmniej?
— Nie, dziękuję... Rozmaite zatrudnienia.
— Posłuchaj, musisz przyjść jutro na obiad... Nikogo oprócz swoich nie będzie, tylko swoi...
— Nadtoś pani dobra — zobaczymy.
I postanowiwszy nie odpowiadać więcej, zdawała się zagłębiać w modlitwie i słuchać hymnu. Paulina posadziła Joannę przy sobie koło ciepłego kominka, przy którym się ogrzewała z zadowoleniem osoby czułej na zimno. Obie ciekawie podnosiły głowę i przypatrywały się wszystkim do koła: zajmował ich niski sufit, i rzeźby jego; spłaszczone kolumny, połączone lukami, z których zwieszały się żyrandole; wreszcie rzeźbiona dębowa ambona. Ponad ruchomą falą głów wzrok ich prześlizgał się i wciskał aż do ciemnych zakątków obu stron nawy, do kaplic, gdzie połyskiwały złocenia, i dosięgał wreszcie chrzcielnicy, zamkniętej kratą a stojącej przy głównych drzwiach. Zawsze jednak oczy ich zwracały się do chóru jaśniejącego żywemi barwami i złotem; kryształowy pająk cały w ogniu spuszczał się ze sklepienia; olbrzymie kandelabry tworzyły stopniowe szeregi jarzących się świec, które jak gwiazdy przetykały ciemne tło kościoła i rzęsiście oświecały główny ołtarz, podobny do wielkiego bukietu kwiatów i liści. W górze pośród pęków róż Najświętsza Panna, ubrana, w jedwab i koronki, uwieńczona perłami, trzymała na ręku Jezusa w długiej sukni.
— A co, ciepło ci? — spytała Paulina. — Jak to przyjemnie!
Joanna z zachwytem przypatrywała się Matce Boskiej, stojącej wśród kwiatów. Zaczynała drżeć. Przejmowała ją obawa, że nie jest dość grzeczna, i spuściła oczy, starając się zająć czarnemi i białemi taflami posadzki, by powstrzymać się od płaczu. Słabe głosiki dzieci chóru lekkim podmuchem podnosiły jej włosy.
Helena z oczami zwróconemi na książkę, usuwała się od Julji, ile razy czuła musknięcie jej koronek. Nie była przygotowana na to spotkanie. Pomimo przysięgi, którą sama siebie związała, że będzie uczciwie kochała Henryka i nigdy nie zgodzi się należeć do niego, doznawała jednak niemiłego uczucia na myśl, że zdradza tę kobietę tak ufną i wesołą. Jedno tylko zajmowało ją teraz, że nie powinna być na tym obiedzie, i rozmyślała tylko, w jaki sposób ma nieznacznie zerwać stosunki, które obrażały wrodzone uczucie prawości. Ale nosowe głosy śpiewaków, grzmiące o kilka kroków, przeszkadzały jej myśleć; nie mogła nic wynaleść, monotonna nuta hymnu lekko kołysała umysł wprawiając go w stan jakiejś błogiej ociężałości i nabożnego zadowolenia, którego dotąd nigdy nie doznawała w kościele.
— Słyszałaś o historji pani de Chermette — odezwała się znowu Julja, nie mogąc się oprzeć chętce mówienia.
— Nie, nic nie wiem.
— Wyobraź sobie... Widziałaś jej córkę, tę tak wielką na swoje lat piętnaście? Mówią o wydaniu jej zamąż na rok przyszły za owego małego brunecika, co to się wciąż kręci koło matki... Gadają o tem, gadają wiele...
— Ach! — rzekła Helena nie słuchając tej paplaniny.
Pani Deberle wdała się w szczegóły. Nagle hymn ustał, Organy jękły i ucichły. Zamilkła i ona wówczas, zdziwiona własnym głosem, który jej samej wydał się bardzo donośny wśród ogólnego milczenia. Na ambonie ksiądz się ukazał. Tłum poruszył się falą, ksiądz przemówił. Nie, nie pójdzie na ten obiad. Z oczami utkwionemi w Księdza Helena przedstawiała sobie to pierwsze spotkanie z Henrykiem, które ją przerażało od dni trzech; widziała go bladym od gniewu, wyrzucającym jej, że się zamknęła u siebie, by mu odpowiedzieć na to z zupełną obojętnością. Tak dumając zapomniała o księdzu, od czasu do czasu tylko jakiś frazes wpadał jej w ucho i przenikający głos dochodził do niej.
— Matko Boska, z niewymownym uczuciem pochylając głowę odrzekła: Oto ja służebnica Pańska...
O! będzie miała odwagę, cały jej zdrowy rozsądek wrócił. Będzie się upajała jego miłością, ale nigdy nie wyzna swojej; wiedziała, że tą ceną tylko może okupić spokój. Jakże głęboko będzie go kochała, nie wyznając tego, zadawalniając się jednem słowem Henryka, jednem spojrzeniem, które zamienią z sobą, kiedy przypadek jaki zbliży ich! Marzenie to nasuwało jej myśl o wieczności. Kościół, w którym się znajdowała, wydawał się jej przyjazny i miły. Ksiądz mówił:
— Anioł znikł. Marja pogrążyła się w rozmyślaniu nad Boską tajemnicą, która się w niej spełniała; światło i miłość przenikały ją...
— Mówi bardzo dobrze — szepnęła pani Deberle, pochylając się. I tak młody, ma zaledwie trzydzieści lat, nieprawdaż?
Pani Deberle była wzruszona. Religja podobała się jej jako uczucie dobrego tonu. Dawać kościołom kwiaty; mieć małe interesa z księżmi, ludźmi grzecznymi, delikatnymi i dystyngowanymi; ustroić się do kościoła, gdzie zdawała się udzielać światowej protekcji Bogu maluczkich i ubogich, wszystko to sprawiało jej szczególną przyjemność, tembardziej, że mąż nie był wcale religijnym, a zatem samo nabożeństwo miało dla niej pewien smak owocu zakazanego. Helena spojrzała na nią i odpowiedziała tylko kiwnięciem głowy. Obie miały twarze uśmiechnięte i oczy zamglone. Wielki hałas krzeseł i chustek podniósł się, ksiądz opuścił ambonę, rzuciwszy z niej ostatnie słowa:
O! niech miłość wasza rozrasta się, pobożne dusze chrześcijańskie. Bóg się wam oddał i serca wasze napełnia obecnością swoją, a dusza wasza obfituje w Jego łaski! Organy zagrzmiały. Wyrazy gorącej miłości popłynęły w czułych wołaniach litanji do Matki Boskiej. Z głębi kaplic, z zakątków kościoła dochodził śpiew daleki i przytłumiony, jak gdyby ziemia odpowiadała na anielskie głosy dzieci chóru. Potężny oddech, na który złożyły się wszystkie usta, przelatywał po nad głowami, poruszając prosty płomień jątrzących się świec: pośród ogromnego bukietu róż i kwiatów które wyziewały ostatni swój zapach, Matka Boska zdawała się pochylać głowę i uśmiechać się do Jezusa.
Nagle Helena odwróciła się; jakiś instynktowy niepokój ogarnął ją.
— Nie jesteś chora, Joanno? — spytała.
Dziewczynka, bardzo blada, z wilgotnemi oczyma, jak gdyby porwana miłosnym potokiem litanii, patrzyła na ołtarz i na róże opadające.
— Nie, mamo... — szepnęła. — Bardzo mi dobrze, tak jestem rada, o, tak rada...
Potem spytała:
— A gdzież jest nasz kochany?
Mówiła o księdzu. Paulina widziała go. Był w ławce chóralnej. Ale chcąc go pokazać Joannie, trzeba było podnieść ją.
— A! widzę go... Patrzy na nas, robi małe oczka.
Ksiądz robił małe oczka, jak mówiła Joanna, wtenczas kiedy się śmiał w duchu. Helena powitała go przyjaznem kiwnięciem głowy. Obecność jego przynosiła jej bezpieczeństwo pokoju była ostatnią przyczyną pogodnego zadowolenia, co czyniło jej kościół drogim i usypiało w uczuciu szczęścia pełnem pobłażania. Kadzielnice kołysały się przed ołtarzem, lekki obłok dymu wzbijał się w górę; nastąpiło błogosławieństwo, monstrancja podobna do słońca podniosła się powoli i przesunęła ponad głowami pochylonemi ku ziemi. Helena nie podnosiła się, poddając się uczuciu przyjemnego odrętwienia; w tem, usłyszała głos pani Deberle:
— Skończyło się już, chodźmy.
Stuk krzeseł i odgłos kroków rozległ się pod sklepieniem. Paulina wzięła Joannę za rękę. Idąc naprzód z dzieckiem, pytała ją.
— Nigdy nie byłaś w teatrze?
— Nie. Czy to jeszcze ładniej?
Mała, której pierś podnosiła się głębokim westchnieniem, potrzęsła głową jak gdyby mówiąc, że nic nie mogło być piękniejszego. Ale Paulina nie odpowiedziała; zatrzymała się przed księdzem, który właśnie przechodził w komży. — Co za przepyszna głowa! — zawołała na głos tak, że aż dwie dewotki odwróciły się.
Helena podniósłszy się, szła obok Julji pośród tłumu, który posuwał się z trudnością. Rozczulona i jak gdyby zmęczona i bezsilna, nie doznawała już teraz żadnego niepokoju, czując ją obok siebie. Ręce ich zetknęły się z sobą na chwilę i one uśmiechnęły się do siebie. Duszno było w tłumie; Helena chciała, by Julja szła naprzód i osłaniała ją. Dawna zażyłość między niemi wróciła.
— A zatem zgoda, nieprawdaż? — spytała pani Deberle — czekamy na was jutro wieczór.
Helenie brakowało już teraz woli — nie odpowiedziała nic. Zobaczy jeszcze na ulicy. Nareszcie wyszły na samym ostatku. Paulina i Joanna, stojąc na przeciwległym chodniku, czekały na nie. Ale płaczliwy głos jakiś zatrzymał je.
— O moja droga pani! jakże dawno nie miałam szczęścia oglądać was!
Była to matka Fetu. Żebrała u drzwi kościoła. Zastępując drogę Helenie, jak gdyby czatowała na nią — mówiła dalej;
Ach! byłam bardzo chora, zawsze tam, w brzuchu, wie pani... Teraz to tak jak młotem stuka... I nic a nic, moja dobra pani.. Nie śmiałam oznajmić o tem... Dobry Bóg wynagrodzi ci to!
Helena wsunęła jej była pieniądz do ręki, obiecując że będzie pamiętała o niej.
— Patrzcie! — rzekła pani Deberle, która została była w przysionku, ktoś rozmawia z Pauliną i Joanną... Ależ to Henryk!
— Tak, tak — odezwała się pani Fetu, której małe oczka biegały od jednej do drugiej kobiety — to dobry doktór... Widziała go przez całe nabożeństwo, wciąż stał na chodniku, czekał na panie, z pewnością... O to święty człowiek! Mówię tak, bo to prawda, najświętsza prawda, jak Bóg widzi... O, znam panią; ma pani męża który zasługuje na to by był szczęśliwy... Niech się staną wszystkie życzenia wasze, niech Jego błogosławieństwo nie opuszcza was nigdy! W imię Ojca i Syna i Ducha świętego. Amen!
I w tysiącznych zmarszczkach jej twarzy, pomiętej jak stare jabłko, małe oczka, złośliwe i niespokojne wciąż się przenosiły od Julji do Heleny tak, że trudno było zrozumieć, do kogo się zwracała, mówiąc o dobrym doktorze. Szła za niemi wciąż mrucząc; urwane frazesa, płaczliwym wyśpiewywane głosem, plątały się z nabożnymi wykrzyknikami. Zachowanie się Henryka względem Heleny, zadziwiło ją i rozczuliło zarazem. Zaledwie śmiał podnieść oczy na nią. Żona zażartowała z jego przekonań, które nie pozwalały mu wejść do kościoła, on odpowiedział po prostu, że paląc cygaro wyszedł na ich spotkanie; Helena zrozumiała, że chciał ją ujrzeć i dowieść, że się myliła, jeżeli bała się nowej natarczywości z jego strony. Zapewne i on przysiągł sobie, że będzie roztropnym. Nie zastanawiała się nad tem, czy mógł by być szczery w obec samego siebie; czuła się nadto nieszczęśliwą, widząc go smutnym. To też rozstając się z Deberle’ami na ulicy Vineuse, rzekła wesoło: — A więc zgoda, jutro o siódmej.
Ściślejsze niż kiedy stosunki, zawiązały się znowu między nimi, i rozkoszne życie zaczęło się. Helenie zdawało się, że Henryk nigdy nie dopuścił się żadnego szału; śniło jej się to; kochają się, ale nigdy nie powiedzą sobie tego, poprzestaną na tem, że nie jest to już dla nich żadną tajemnicą. Słodkie to były chwile; nie mówiąc o swej miłości, wyznawali ją sobie ciągle giestem, dźwiękiem głosu, milczenie nawet. Wszystko prowadziło ich do tej miłości, wszystko skłaniało do tego uczucia, z którem się nie rozstawali nigdy, którem oddychali jako jednem powietrzem, w którem żyć mogli. Zasłaniając się prawością swą, ze spokojnem sumieniem odegrywali tę komedję serca; nie pozwalali sobie nawet na ściśnięcie ręki, co niezrównaną rozkosz nadawało prostemu dzień dobry, którem się witali.
Co wieczór panie, jakby dla rozrywki, udawały się do kościoła Pani Deberle znajdowała tam nową przyjemność, co wynagradzał jej trochę z tańcami wieczory, koncerta, pierwsze przedstawienia; przepadała za nowemi wrażeniami; nie spotykano jej teraz inaczej jak z siostrami i księżmi. Zasady pobożności, które była wyniosła z pensji, wracały teraz do roztrzepanej głowy młodej kobiety i objawiały się małemi formułkami, które ją bawiły, jak wspomnienie dawnych dziecinnych zabaw. Helena, w której wychowanie nie wchodził wcale żywioł nabożności religijnych, cieszyła się również przyjemnością, jaką Joanna zdawała się znajdować w nich. Jadano wcześniej pędzono Rozalję, by się nie spóźnić i znaleść dobre miejsce. Potem zabierano Julję po drodze. Razu jednego wzięto także Lucjana, ale ten tak się źle sprawował w kościele, że odtąd pozostawiano go w domu. Ciepła atmosfera kościoła, iskrzącego się od świec, sprawiała wrażenie uspakajające i obezwładniające zarazem, co się nareszcie stało potrzebą dla Heleny. Jeżeli wątpliwość jakaś powstała w umyśle jej w ciągu dnia, jeżeli nieokreślony niepokój ogarnął na wspomnienie Henryka, wieczorem kościół usypiał ją na nowo. Kwiaty świeżo zerwane, przeciążały zapachem swoim duszne powietrze pod sklepieniem. Helena znajdowała tam pierwsze rozkosze wiosny i uwielbienie kobiety podniesione aż do ubóstwienia; a wobec Marji dziewicy i matki, uwieńczonej białemi różami, upajała się tą tajemnicą miłości i czystości. Każdego dnia coraz dłużej klęczała. Czasami spostrzegła się sama, że trzyma ręce złożone. Po skończonem nabożeństwie, następował powrót do domu pełen przyjemności. Henryk czekał przy drzwiach; wieczory stawały się coraz cieplejsze; wracano ciemnemi ulicami Passy, rzadkiemi słowy przemawiając do siebie.
— Ale stajesz się nabożna, moja kochana! — rzekła jednego wieczora pani Deberle, śmiejąc się.
Była to prawda. W otwarte serce Heleny wchodziła pobożność. Nigdy nie myślała, by kochać było tak przyjemnie. Chodziła do kościoła, jak do miejsca gdzie wolno jej było rozczulać się, wolno mieć oczy wilgotne, i zatraciwszy wszelką myśl, ukorzyć się w niemem uwielbieniu. Codziennie przez jedną godzinę nie broniła się sercu; miłość, którą w sobie poskramiała dzień cały, mogła nakoniec objawić się na zewnątrz, wynurzyć w modlitwach wobec wszystkich, wśród religijnego dreszczu tłumu. Szept modlitw, klękanie, żegnanie się, słowa i giesta nieokreślone, a wciąż powtarzane, kołysały ją i zdawały się być jedyną mową, zawsze jednem i tem samem uczuciem, które wyrażało się tem samem słowem lub tym samym znakiem. Czuła potrzebę wierzenia, tonęła w miłości boskiej.
A Julja żartowała nie tylko z Heleny, utrzymywała ona, że i Henryk również stawał się nabożnym. Czekając na nie, czyż nie wchodził do kościoła! Ateusz, poganin, który utrzymywał, że szukał duszy końcem skalpela swego i nie znalazł jej jeszcze! Jak tylko spostrzegła go za amboną stojącego za jedną z kolumn, trącała Helenę łokciem.
— Spójrz, już on tam... Wiesz, że nie chciał spowiadać się przed ślubem naszym... Co za mina nieoceniona, patrzy na nas z tak zabawnym wyrazem! Popatrz że się!
Helena nie zaraz podnosiła głowę. Nabożeństwo miało się ku końcowi, zapach kadzidła rozchodził się, organy wesoło brzmiały. Ale przyjaciółka jej nie takiego była usposobienia, by ją miała zostawić w spokoju; żądała koniecznie odpowiedzi.
— Tak, tak, widzę go — szeptała wreszcie Helena, nie odwracając oczu.
Odgadła była obecność jego w chwili, kiedy hosanna podniosła się ze wszystkich stron kościoła. Zdawało się jej, że oddech Henryka dolatuje do niej na skrzydłach hymnu i muska jej szyję; zdawało się jej, że widzi po za sobą wzrok jego, oświecający nawę całą i złotym promieniem padający na nią, klęczącą w kornej postawie. Modliła się wówczas z taką gorliwością, że brakowało jej słów. On, bardzo poważny, miał minę męża, który przychodzi po żonę i przyjaciółkę jej, tak, jakby był przyszedł po nie do teatru. Ale kiedy się zbliżyli do siebie i wychodzili powoli pośród tłumu dewotek, oboje czuli się ściślej połączeni, te kwiaty i te śpiewy wiązały ich silniej; starali się nie mówić do siebie, bo serca im drżały na ustach.
Po dwóch tygodniach, pani Deberle zmęczyła się. Przeskakiwała ona zwykle z jednego upodobania w drugie; potrzebowała zawsze to robić, co robili inni. Teraz zajmowała się dobroczynną wysprzedażą; sześćdziesiąt pięter łaziła dziennie, kwestując obrazy u znanych malarzy a wieczorami prezydowała z dzwonkiem na zgromadzeniu dobroczynnych pań! To też jednego czwartku wieczorem, Helena i jej córka znalazły się same w kościele. Po kazaniu, kiedy śpiewacy rozpoczęli Magnificat, młoda kobieta po uderzeniu serca swego poznała obecność Henryka; odwróciła głowę i ujrzała go na zwykłem miejscu. Pochyliła czoło i tak pozostała aż do końca nabożeństwa oczekując chwili powrotu.
— Ach, jakże to grzecznie że pan przyszedł — rzekła Joanna przy wyjściu, z poufałością dziecka — Bałabym się, tak ciemno na ulicy.
Henryk udał zdziwienie. Sądził, że znajdzie tu żonę. Helena pozostawiła córce odpowiedź na to, sama szła za nimi milcząc. Kiedy tak we troje przechodzili przysionek, głos jakiś zajęczał koło nich:
— Zlitujcie się... Bóg wam to odda...
Co wieczór Joanna kładła dziesięć susów w wyciągniętą rękę matki Fetu. Ta, ujrzawszy teraz doktora samego z Heleną, zamiast zwykłych głośnych podziękowań, kiwnęła tylko głową z wyrazem porozumienia. A że kościół wypróżnił się, pociągnęła się za nimi, włócząc nogami i mrucząc niezrozumiałe. Jeżeli noc była piękna, Helena i Julja zamiast wracać ulicą Passy, szły niekiedy ulicą Raynouard, przedłużają takim sposobem drogę tak o pięć lub sześć minut. Tego wieczora Helena pragnąc ciszy i milczenia, weszła także na ulicę Raynouard; wabiła ją ku sobie ta długa, pusta droga, którą gdzie niegdzie tylko oświecała latarnia gazowa, a żaden cień przechodnia nie pokazał się na bruku.
O tej godzinie w tej oddalonej części miasta Passy spało już, cicho oddychając jak prowincjonalne miasto. Po obu stronach chodników wznosiły się domy, pensje panien czarne i drzemiące, restauracje, których kuchnie świeciły się jeszcze. Ani jeden magazyn nie przerzynał ciemności błyszczącą wystawą swych okien. Samotność ta wielką sprawiała rozkosz Helenie i Henrykowi. On nie ośmielił się podać jej ręki, Joanna szła pomiędzy nimi środkiem ulicy wysypanej piaskiem jak aleja w parku. Domy przerzedzały się, miejsce ich zajmowały ciągnące się mury, po nad którymi zwieszały się gałęzie powojów i pęki kwitnących bzów Ogromne ogrody rozdzielały domy; tu i owdzie przez kratę widać było ciemny kłąb zieloności albo trawniki, których delikatniejszy odcień bielił się między drzewami; kosaćce kwitnące w wazonach, które niewyraźnie się rysowały, rozlewały w powietrzu miłą, łagodną woń. Wszyscy troje zwalniali kroku, napawając się ciepłą wiosenną nocą i jej orzeźwiającym zapachem. Joanna, wesoła jak dziecko, podnosiła czasem głowę ku niebu i mówiła:
— O, mamo, spójrz co to gwiazd!
Po za nimi kroki matki Fetu rozlegały się jak echo ich kroków. Zbliżała się do nich: słychać było urywki łacińskich wyrazów: „Ave, Maria, gratia, plena“, wciąż trzepane jednostajnym głosem. Matka Fetu mówiła różaniec, wracając do siebie.
— Mam jeszcze jeden pieniądz, może go jej oddać? — spytała Joanna matki.
I, nie czekając na odpowiedź, pobiegła do starej, która miała właśnie wkroczyć do pasażu wód. Matka Fetu wzięła pieniądz, wzywając wszystkie święte raju. Ale jednocześnie chwyciła rękę małej, zatrzymała ją i zmieniając głos rzekła:
— To tamta pani słaba?
— Nie — rzekła Joanna zdziwiona.
— O, niech ją Bóg ma w swojej opiece, niech ją błogosławi, ją i jej męża!... Zaczekaj moja dobra mała panienko. Niech zmówię jedno Ave Maria na intencję mamy twojej, odpowiesz amen, razem ze mną... Mama pozwoli, dogonisz ją.
Tymczasem Helena i Henryk, tak nagle zostaw sami; drżąc stali pod wielkiemi kasztanami, które ciągnęły się wzdłuż ulicy. Powoli postąpili byli kroków kilka. Pod drzewami ziemia zasłana była drobnemi kwiatkami kasztanów, stąpili więc po tym różowym dywanie. Wreszcie zatrzymali się; nie mogli iść dalej, wzruszenie tamowało im oddech.
— Przebacz mi pani — rzekł Henryk.
— Tak, tak, wyszeptała Helena szybko. Błagam pana nie mów o tem.
Ale uczuła jego rękę, dotykającą się jej dłoni. Cofnęła się w tył. Szczęściem, Joanna wracała, biegnąc.
— Mamo! Mamo! — wołała, ona mi kazała zmówić Ave za twoje szczęście.
I wszyscy troje zawrócili na ulicę Vineuse, a matka Fetu stąpała po schodach pasażu wód, kończąc swój różaniec.
Miesiąc upłynął. Pani Deberle dwa czy trzy razy jeszcze pokazała się na nabożeństwie. Jednej niedzieli, ostatniej, Henryk znowu ośmielił się czekać na Helenę i Joannę. Powrót był rozkoszny. Miesiąc ten upłynął nadzwyczaj przyjemnie. Mały kościółak zdawał się służyć na to, by ukołysać i przygotować wybuch namiętności. Helena uspokoiła się naprzód, szczęśliwa, że w tem schronieniu religji mogła kochać bez wstydu, jak się jej zdawało; ale głucha praca trwała wciąż, i kiedy chwilami budziła się ze swego odrętwienia nabożnego, czuła się opanowaną, skrępowaną węzłami, któreby poszarpały jej własne ciało, gdyby chciała je zerwać. Henryk trzymał się zawsze jeszcze z daleka i z uszanowaniem. Jednakże spostrzegała płomień, przebiegający mu po twarzy. Lękała się jakiegoś uniesienia szalonej żądzy. Sama siebie przestraszała się niekiedy, czując nagły przystęp gorączki.
Jednego poobiedzia wracając z Joanną z przechadzki, skierowała kroki na ulicę Annonciation i weszła do kościoła. Mała uskarżała się na wielkie zmęczenie. Do ostatniego dnia nie chciała przyznać się, że wieczorne nabożeństwo nużyło ją ogromnie, tak głęboką w niem znajdowała przyjemność. Ale policzki jej pożółkły jak wosk i doktór poradził długie przechadzki.
— Usiądź tu — rzekła matka. — Odpoczniesz... Zabawimy króciutko.
Usadowiła ją koło słupa. Sama uklękła trochę dalej. W głębi nawy robotnicy zdejmowali obicia, wazony z kwiatami; nabożeństwo majowe skończyło się poprzedzającego dnia. Helena ukrywszy twarz w dłoniach, nic nie widziała nie słyszała nic, pytając sama siebie czyby nie powinna wyznać przed księdzem Jouve tą straszną walkę, którą toczyła z sobą. Możeby dał jej radę jaką, możeby wrócił utracony spokój. Ale z samego niepokoju tego wypływała bezmierna rozkosz. Cierpienie samo było jej drogiem; bała się, by ksiądz nie zdołał go uleczyć. Dziesięć minut upłynęło, godzina upłynęła. Zatopiona w wewnętrznej walce, o wszystkiem zapomniała.
A kiedy nareszcie podniosła głowę i oczy łez pełne, spostrzegła koło siebie księdza Jouve, który patrzał na nią smutnie. On to dozorował robotników. Poznawszy Joannę zbliżył się.
— Co ci jest, moje dziecię? — spytał Heleny, która szybko powstała, ocierając oczy.
Nie znalazła odpowiedzi na to; bała się, że znowu padnie na kolana i wybuchnie — płaczem. Ksiądz przystąpił jeszcze bliżej i rzekł łagodnie:
— Nie chcę cię badać, ale dlaczego nie zwierzysz mi się, mnie, jako kapłanowi, jeżeli już nie jako przyjacielowi!
— Później — szepnęła, później, przyrzekam to wam.
Z początku Joanna cierpliwie czekała na matkę i bawiła się, przypatrując szybom, statuom drzwi głównych scenom męki Chrystusowej, przedstawionym w płaskorzeźbie wzdłuż naw pobocznych. Powoli jednak chłód kościoła ogarniał ją jak całun; czuła się tak zmęczona, że nie mogła nawet myśleć. Religijna cisza kaplic, długie echo powstające za najmniejszym szmerem, samo miejsce święte, w którem zdawało się jej, że zaraz umrze, sprawiały jej nieokreślone cierpienie. Najwięcej bolało ją to, że wynoszono kwiaty. W miarę jak wielkie bukiety róż znikały, ołtarz ukazywał się nagi i zimny. Marmury te, pozbawione świec i dymu kadzideł, ścinały jej krew lodem. Nareszcie, kiedy Matka Boska, ubrana w koronki, zachwiała się, potem padła na wznak, w ramiona dwóch robotników, Joanna wydała słaby krzyk, wyciągnęła ręce, wyprężyła się i dostała ataku, który groził jej już od kilku dni.
Helena, szalejąc z bólu i przerażeni, uniosła ją nareszcie, z pomocą księdza, do dorożki; wsiadłszy sama, obróciła się ku portykowi i wyciągając drżące ręce. zawołała:
— To ten kościół! to ten kościół! — powtarzała z gwałtownością, a żal i zgryzota, co szarpały teraz jej serce, za ten miesiąc nabożnej rozkoszy, której tutaj używała, głęboko brzmiały w jej głosie.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: anonimowy.