Strona:PL Zola - Kartka miłości.djvu/150

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Ach, jakże to grzecznie że pan przyszedł — rzekła Joanna przy wyjściu, z poufałością dziecka — Bałabym się, tak ciemno na ulicy.
Henryk udał zdziwienie. Sądził, że znajdzie tu żonę. Helena pozostawiła córce odpowiedź na to, sama szła za nimi milcząc. Kiedy tak we troje przechodzili przysionek, głos jakiś zajęczał koło nich:
— Zlitujcie się... Bóg wam to odda...
Co wieczór Joanna kładła dziesięć susów w wyciągniętą rękę matki Fetu. Ta, ujrzawszy teraz doktora samego z Heleną, zamiast zwykłych głośynch podziękowań, kiwnęła tylko głową z wyrazem porozumienia. A że kościół wypróżnił się, pociągnęła się za nimi, włócząc nogami i mrucząc niezrozumiałe. Jeżeli noc była piękna, Helena i Julja zamiast wracać ulicą Passy, szły niekiedy ulicą Raynouard, przedłużają takim sposobem drogę tak o pięć lub sześć minut. Tego wieczora Helena pragnąc ciszy i milczenia, weszła także na ulicę Raynouard; wabiła ją ku sobie ta długa, pusta droga, którą gdzie niegdzie tylko oświecała latarnia gazowa, a żaden cień przechodnia nie pokazał się na bruku.
O tej godzinie w tej oddalonej części miasta Passy spało już, cicho oddychając jak prowincjonalne miasto. Po obu stronach chodników wznosiły się domy, pensje panien czarne i drzemiące, restauracje, których kuchnie świeciły się jeszcze. Ani jeden magazyn nie przerzynał ciemności błyszczącą wystawą swych okien. Samotność ta wielką sprawiała rozkosz Helenie i Henrykowi. On nie ośmielił się podać jej ręki, Joanna szła pomiędzy nimi środkiem ulicy wysypanej piaskiem jak alea w parku. Domy przerzedzały się, miejsce ich zajmowały ciągnące się mury, po nad którymi zwieszały się gałęzie powojów i pęki kwitnących bzów Ogromne ogrody rozdzielały domy; tu i owdzie przez kratę widać było ciemny kłąb zieloności albo trawniki, których delikatniejszy odcień bielił się między drzewami; kosaćce