Kłopoty babuni/Rozdział XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Kłopoty babuni
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa
tom II
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XV


W KTÓRYM JEST MOWA O LEKARZACH, LEKARSTWACH, A NAWET O RZECZACH MAJĄCYCH ZWIĄZEK Z PSYCHOLOGJĄ.

Dziś zjadłem obiad bardzo lichy i czuję, że go nie będę mógł strawić przez dni kilka. Skutkiem tego zamiast drzemać po południu, jak to czynią wszyscy ludzie, cieszący się pewnym i wystarczającym dochodem od swoich kapitałów, ja muszę myśleć, rozmyślać, przewracać się z boku na bok, a to wszystko dla tej drobnej okoliczności, że pannie Pudencjannie przyszła fantazja wyjść za Grzegorza Moździerznickiego, wychować z nim (oprócz jedenastu innych dzieci) syna Ksawerego, że w dalszym ciągu temuż Ksawciowi podobało się ożenić, mieć syna, a wkońcu, osierociwszy takowego, zwalić mi go na kark wraz z babką.
Z tych wychodząc pobudek, mam zaszczyt zawiadomić wszystkich, kogo to obchodzi, że jestem niewyspany, zgryziony, zirytowany i że dziś w wieczór (o godzinę mniejsza) powiem jasno i dobitnie starej damie, że... że tak dalej zostać jak jest, nie może. Ja tu wiekować nie myślę, żeby tam najjaśniejsze pioruny trzaskały!...
Zrobiwszy to mocne i nieodmienne postanowienie, czuję, że mi lżej; mam więc prawo przypuszczać, że mi będzie jeszcze lżej, gdy stara dama z mego sąsiedztwa wyjedzie do swoich dóbr, a ja z jej sąsiedztwa wyjadę do moich. Jestem pewny, że do wykonania tego energji mi nie zabraknie, nic więc nie pozostaje, jak tylko plan ułożyć.
Naprzód tedy... naprzód obmywam sobie głowę zimną wodą. Zimna woda jest nieocenionem lekarstwem we wszystkich okolicznościach silniej oddziaływających na umysł i serce. Jeden z moich przyjaciół, całe życie szczęśliwy w miłości, do sześćdziesiątego roku cieszył się względami płci pięknej dlatego tylko, że dwa razy dziennie mył sobie głowę zimną wodą, a kolumnę pacierzową nacierał mokrym ręcznikiem.
Powtóre, trzeba ochłonąć ze zbytniego zapału i rozgorączkowania. Ani na chwilę nie wątpię, że gdybym był lekarzem, to po kilkudziesięcioletniej praktyce doszedłbym do tej niezbitej prawdy, iż najwięcej osób umiera, warjuje, pisze wiersze, kocha się, żeni się i t. d. pod wpływem chorób gorączkowych.
Po trzecie, wychodzę na przechadzkę. Zbawiennych skutków przechadzki doświadczył na sobie jeden z moich krewnych, mający niepospolitą skłonność do utraty władzy w nogach. Jak tylko zaczął dużo chodzić, zaraz zrobiło mu się lżej, nieszczęściem jednak zaczął zbyt późno i dlatego po upływie jednomiesięcznej kuracji na wieki pożegnał się ze swojemi nogami.
Po czwarte, idąc na przechadzkę, mającą pokrzepić siły przed rozegraniem się tak ważnej jak moja sprawy, staram się o niej nie myśleć, doświadczenie bowiem uczy nas, że zazwyczaj najlepiej powodzi się w interesach tym, którzy nigdy nic nie myślą i żadnych planów nie układają.
A teraz odpocznę sobie kilka minut. Ot tak!... A teraz znowu w drogę zpowrotem. Znajduję, że natura w tem miejscu jest bardzo piękna i może nawet w najzatwardzialszem sercu obudzić stosowne uczucia... Czy majorowa wyjedzie, czy nie wyjedzie?... ale nie myślmy o tem! Trawa na łąkach jest zielona, a pasące się trzody mają bardzo swobodną fizjognomją... Jeżeli mnie majorowa nie wysłucha dziś, to ucieknę od niej, sprzedam do miljona djabłów majątek Żydom i wyjadę zagranicę... Ale nie zajmujmy się tem!... Ciekawy jestem, dlaczego obłoki mają niejednakowy kolor i... na kogo jeszcze ogląda się moja przyjaciółka? bo przecie już nam wszyscy radzili!... Aha! zdaje mi się, że wschodzi kawałek księżyca... Gdyby mnie zapytano: czy wierzę w istnienie gór na księżycu? odpowiedziałbym... no, odpowiem tak: moja pani, wyjeżdżaj stąd, bo życie w mieście jest bardzo drogie, bo lato przyjemniejsze na wsi, bo... Aj, do licha!... już widzę drzwi od numeru majorowej... Wejść, czy nie wejść?... Zdaje się, że mam dostateczny zapas zimnej krwi... Ależ tak! nigdy nie czułem się energiczniejszym jak dzisiaj, choć coprawda wolałbym w tej chwili stać przed pruskiemi baterjami... No, śmiało! przecież chyba nie jestem zmieszany?... Ależ tak, ależ tak!... Gdyby zamiast olejnej farby przybijano na drzwiach zwierciadła, jestem pewny, że w tej chwili ujrzałbym przed sobą mężczyznę o bardzo miłej powierzchowności, na którego twarzy obok wyrazu niezachwianego spokoju zarysowuje się dobrotliwy uśmiech... No, raz... dwa... trzy!...
Wchodzę... wszedłem... O nieba! pokój majorowej podobniejszym jest do świeżego pobojowiska, niż do gabinetu, w którym mają się toczyć przyjacielskie układy!
Osądźcie sami:
Na środku klęczy Soterek z twarzą wprawdzie zapłakaną, lecz nie zdradzającą bynajmniej usposobienia do pobożnych rozmyślań; natomiast stojące obok krzesełko wygląda tak, jakby ktoś na niem chciał upoziomować istotę ludzką, wbrew jej najusilniejszej protestacji...
Majorowa w pozycji półleżącej zajmuje kanapę: ma minę zwycięskiego wodza, który w świeżo stoczonej bitwie, straciwszy większą połowę najlepszych żołnierzy, dostał bólu głowy i leczy się okładami z octu. Obok niej dwa połamane kije zdają się z oznakami największego przerażenia oczekiwać chwili, w której znowu wprawna ręka energicznej damy zmusi je do najściślejszych stosunków z zaokrągloną zewnętrznością płochego Socia.
— Patrzaj, pułkowniku! — wrzasnęła, ujrzawszy mnie, zdenerwowana osoba — patrzaj!... On się kłaść nie chciał!... On się bić nie dał!... Alem mu wkońcu sprawiła bal i teraz jeszcze poprawię!
Z temi słowy popędliwa staruszka schwyciła połamane kije, okazując niekłamaną chęć do powtórzenia ćwiczeń moralnych na materjalnej stronie indywidualności swego wnuka.
— Fiu!... już po moich planach! — pomyślałem, obejmując otyłą damę i sadzając ją na kanapie. Potem zaś, dla umitygowania, spytałem głośno:
— Cóż się to stało?... Za cóżeś mu jejmość takie imieniny wyprawiła ?
— Jakto, więc jeszcze nic nie wiesz, pułkowniku?... Taż ten łotr, ten zbój, ten antychryst, ten... ten podpalacz rzucał dziś całe poobiedzie kamieniami i jakiegoś Żyda skaleczył!... Ach, ty zbrodniarzu, ja ci tu...
I znowu zerwała się do bicia.
— Daj mu jejmość pokój! — rzekłem, mitygując powtórnie staruszkę. — Odłóż sobie tę satysfakcją na później, bo teraz wydajesz mi się ogromnie zmęczoną...
— To niech mi ten... ten potwór zejdzie z oczu, bo jak cię kocham, pułkowniku, tak go skaleczę!
Usłyszawszy taki przekonywający argument, wyrostek zerwał się jak oparzony i w jednej chwili znikł za drzwiami. Nie wiem nawet napewno, czy je otwierał.
— Ach, co ja z nim pocznę, nieszczęśliwa!... ach, co ja z nim pocznę? — biadała majorowa. — Chłop jak dąb, uczyć się nie chce, rady żadnej od nikogo doprosić się nie można... U... hu, hu, hu!... Chybaby go już oddać do wojska, niech tam idzie na złamanie karku! Od jutra zaraz zaczniemy się starać, żeby go przyjęli... U... hu, hu!
Obfity deszcz łez, — spływający wszystkiemi brózdami, jakie nieubłagany czas na obliczu starej przyjaciółki wyorał, — wymownie świadczył o tem, że minęła już gromonośna burza. Ale ostatni frazes zirytowanej damy przekonał mnie, że o wyjeździe z miasteczka nawet mowy być nie może; znowu więc obudziły się we mnie myśli ponure.
— Oj, oj, oj! — płakała tymczasem Pudencjanna. — Skonam!... Umrę!... Zachoruję... jeżeli temu łotrowi drugi raz nie dam cięgów!
— Sądzę, kochana pani — wtrąciłem — że nieźle byłoby doktora poprosić, jeżeli czujesz się niezdrową?
— Owszem, serce, owszem!... Poproś doktora, ale... swoją drogą muszę go zbić jeszcze, o muszę!...
Nazbyt interesowało mnie zdrowie szanownej damy, abym się mógł ociągać z zadowoleniem jej żądań. To też szybko wybiegłem do sieni, poruszyłem cały hotel od piwnic aż do strychów, połowę męskiej ludności wysłałem po doktora, całą służbę żeńską wyprawiłem do majorowej, — sam zaś, nie chcąc przez delikatność wchodzić do pokoju chorej damy, wstąpiłem do izdebki właściciela hotelu.
— O, to dopiero wisus chłopak! — zaczął gospodarz, pobożnie przymykając oczy. — Ściany i dachy popsuł mi kamieniami, Żyda okaleczył i w dodatku tak ciężko babkę zmartwił. Och, Maryja!
— Czy nie przypuszczasz pan — rzekłem — aby poszkodowany skarżył się przed władzami?
— A jemu co po tem, panie dobrodzieju?... To biedny Żyd, a na biednych i psy głośniej szczekają. Taki już świat nastał, och Maryja!
— Na honor! dałbym chętnie dziesięć, a nawet piętnaście rubli, gdyby można było tego łotra nastraszyć interwencją władz policyjnych...
Zacytowana przeze mnie cyfra podobała się widać gospodarzowi, który po krótkim namyśle odpowiedział:
— Wie pan pułkownik dobrodziej, że to będzie można zrobić. To nawet będzie bardzo po chrześcijańsku, bo się poprawi chłopaka!... Naturalnie, że figiel objaśnimy pani majorowej. Och, Maryja!...
— Ofiarowałbym dwadzieścia rubli, gdyby majorowa nie wiedziała o figlu i... gdyby ten niedobrego mógł już jutro stąd wyjechać. Miasto bardzo psuje takich wyrostków...
Prawdopodobnie gospodarz uznał, że nowa cyfra jest jeszcze okrąglejszą, bez namysłu już bowiem odparł:
— I to się da zrobić!... Ważną rzeczą jest uratować duszę ludzką od zguby. Och, Maryja!...
— Tak panie — potwierdziłem — mielibyśmy obaj zasługę. O którejże godzinie możnaby się spodziewać rezultatu?
— Jutro, najpóźniej o dziewiątej... Tak jest, mamy obowiązek to zrobić!... Och, Maryja...
— Liczę na pana! Co zaś do reszty, ta... po wyjeździe...
W tej chwili wszedł numerowy i z całą uprzejmością człowieka, liczącego na cudze złotówki, rzekł:
— Jaśnie pani prosi jaśnie pana, że doktór już przyszedł!
— Zdaje mi się, kochany przyjacielu — pomyślałem — że to już chyba po raz ostatni udało ci się tak szczęśliwie połączyć nasze tytuły...
Gospodyni i jej siostrzenica, kucharka i jej córka, pomywaczka i jej siostra, wzdychając każda na swój sposób, kołem otaczały znacznie już spokojniejszą majorowę, którą badał i pocieszał jakiś gruby i łysy jegomość, wygolony jak dynia. Domyśliwszy się, że musi to być jeden z miejscowych spadkobierców Hipokratesa, schyliłem głowę przed prawdopodobnym ogromem jego wiedzy, mającej (jak tysiące innych) wyłącznie dobro ludzkości na celu, i słuchałem.
— Prawdziwe szczęście, że mnie lokaj zastał w domu — mówił ogolony kapłan Eskulapa — czy nie prawda, moja pani Markierowicz, hę? Gdybyście tak trafili na Lancetowskiego lub Sodowicza, jużby jutro trzeba było obstalowywać trumnę, — co kosztuje nierównie drożej niż zimny okład, a choćby i łyżka oleju... A co, pani Markierowicz, czy nie mam racji?
To powiedziawszy, doktór zaczął z upodobaniem przypatrywać się swoim spodniom w kratkę, zapytana zaś z największą skruchą wyszeptała:
— Pan konsyljarz dobrodziej zawsze... O, dobry Boże!
— A w boku was nie kole, hę?... A żołądek zapchany, co?... Pokaż-no pani język!... Czysty!... Puls?... Trochę przyśpieszony, ale to nic!... Zawsze głośno utrzymywałem, że Lancetowski jest rzeźnik i że gdybym ja był jego ojcem, to posyłałbym go na naukę nie do akademji, ale do wołobojni. Powiadasz pani, że gdyby to słyszał, mógłby mi proces wytoczyć, hę? Ale nie bój się, pani, ostrożny on! bobym mu przypomniał, że robił cięcie cesarskie w przypadku wodnej puchliny... Cha, cha, cha!... Pani to rozumiesz, hę?... Wszyscy felczerzy kiwali głowami, a o aptekarzach niema nawet co mówić! Stary Proszkowski umarł ze śmiechu, jak się o tem dowiedział. Co, pani Markierowicz, może nieprawda, hę?
— Jezus Maryja! — westchnęła moja przyjaciółka.
— Tak, tak!... On umie tylko krajać, a Sodowicz mikstury zapisywać. To też aptekarze wyrabiają dla Sodowicza lekarstwa rokiem naprzód, całemi szaflikami, — bo kiedy po przyjeździe do nas zapisał pierwszą receptę dla ośmioletniej panienki, — to we wszystkich aptekach zabrakło wody dystylowanej. Jak pani o tem myślisz, hę?... Ja zaś, panie dobrodzieju, przepisuję moim chorym ruch, sen, dobre jadło i czasem olej rycinowy, — zato też żaden farmak nie wydaje dla mnie balów, ani mi nawet na Nowy Rok nie winszuje. Jak się to pani podoba, hę?
Gdy bystre oko znakomitego lekarza powtórnie utonęło w labiryncie kratek, żona właściciela hotelu wtrąciła:
— Święta prawda, pan doktór bardzo szczęśliwy... O, dobry Boże!
— Djabła tam! Mówić doktorowi, że jest szczęśliwy, znaczy to samo, co nazywać kominiarza umytym a adwokata uczciwym. Kiedy jest praktyka, to pani nie masz dnia ani nocy spokojnej, pani nie dośpisz, pani nie dojesz, — tylko ciągle musisz dreptać od łóżka do łóżka, albo z wozu na wóz przeskakiwać jak kangur. A pani myślisz, że co z tego?... Wykurowałaś, dajmy na to, Pawła, Gawła, djabła, na trzy lub cztery lata, i cóż z tego?... On zdrów jak byk, a pani możesz zdechnąć z głodu i nikt pani szklanki wody nie poda. Dopiero znowu, gdy pan Bóg da cholerkę albo tyfusik...
— Oj, głowa!... głowa!... — jęknęła moja przyjaciółka, widocznie zgnębiona tak radykalną kuracją.
— Boli głowa?... to dobrze!... Zimne kompresy i łyżka lub półtorej łyżki oleju. Tak, półtorej!... ale jeżeli się można będzie obejść bez tego, to lepiej. Błogosławiony ten kraj, w którym aptekarze muszą Żydom wodę nosić dla braku zajęcia... Czy nie mam racji, moja pani Markierowicz, hę?
— Pan doktór zawsze trafnie leczy... O, dobry Boże! — szepnęła gospodyni, widząc, że znowu lekarz poczyna zastanawiać się nad kratką swoich spodni.
— Dobrze, dobrze!... Spytaj-no się pani szanownych kolegów albo aptekarzy, co oni powiedzą: suchej nitki na mnie nie zostawią, a zaco? Myślisz pani, żem ich na konsylja nie wzywał? Ale... Częściej, niż było potrzeba!... A może pani myślisz, żem aptekarzom szkodził? Gdzież tam!... Nim ja tu nastałem, była jedna apteka i szło jej kulawo, a po pięciu latach mego pobytu otworzono dwie nowe i jeszcze nie mogli wydążyć. A pani myślisz, że gdybym ja zachorował, to coby oni robili, hę?... Pani to rozumiesz?
Szmer zgrozy przeszedł po niewieściem zebraniu.
— A tak, tak!... parę niewinnych kropelek, i wio do lali!... No — zakończył nieszczęśliwy lecznik — zimne kompresy na głowę i trochę oleju, jeżeli okaże się potrzeba. A teraz kładź się pani do łóżka i dobranoc!... Trzeba iść między Izraele po sześciogroszówki za receptę, a po złotówki za operacje...
Serdecznie uścisnąłem rękę znakomitego pesymisty, który przez nienawiść dla aptekarzy nie zabijał pacjentów lekarstwami ale gadatliwością. Wprawdzie dla chorych może to być obojętnem, ale dla familji najwyraźniejsza oszczędność.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.