Kłopoty babuni/Rozdział XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Kłopoty babuni
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa
tom II
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XVI


OKAZUJĄCY, JAKIM SPOSOBEM W WALKACH DYPLOMATYCZNYCH JEDNI SIEJĄ, A DRUDZY ZBIERAJĄ.

Gwałtowny spór między kilkoma osobami i wojownicze tupanie pewnej liczby nóg, przeplatane niepokojącemi pauzami, w czasie których z całą łatwością można było usłyszeć trwożliwy brzęk skrzydeł spłoszonej muchy, — oto wrażenia, które dzisiejszego poranku zaatakowały moją rozespaną świadomość. Rozmarzony, wpół nieprzytomny, usiadłem na łóżku i w tej pozycji z jakąś rozkoszną obawą zacząłem się przysłuchiwać dramatowi, który rozegrywano na korytarzu.
— Uciekaj! — mówi zirytowany stróż hotelu — uciekaj!... bo jak cię przeżegnam tem miotliskiem, to na kierkut nie trafisz...
— O!... czyś słyszał? — dodaje numerowy.
— Joelu, powiadam ci, nie rób awantur... och, Maryja! — zakonkludował Markierowicz.
— Panie Markierowicz, dobrodzieju!... panie Kacprze dobrodzieju!... poco panom wtykać palce w taki brzydki interes? Ja nie przyszedłem do panów, tylko do starej pani, niech ona ze mną pogada... — molestował jakiś starozakonny.
— Joel iść do pani majorowej nie może, bo pani majorowa jest chora... och, Maryja!
— Co to chora? co to nie może?... A jej syn to może zabijać kamieniami Żydków?... Pani chora, nu — to wielka szkoda! — ale jak mój brat umrze z takiego zabójstwa, to kto jego dzieci będzie karmił? Ja przecież pani nie zjem, tylko z nią pogadam... Nu, — a jak pani nie zechce, to ja pogadam z panem komisarzem i prześwietnym sądem...
— Hum! — przerwał gospodarz. -— Może Joel ma trochę racji, ale w hotelu hałasów robić nie wolno. Jak pani majorowa wstanie, to się Joel będzie mógł z nią zobaczyć, zatem tedy tymczasem... niech Joel posiedzi u mnie. Proszę!... och, Maryja!
— No, no! — odparł starozakonny i jednocześnie usłyszałem kroki rozchodzących się bohaterów.
— Kochany Markierowicz! — pomyślałem — jakże się ten człowiek znakomicie popisuje!... Muszę jednak i sobie oddać sprawiedliwość, że niedarmo od kilkunastu lat studjowałem politykę... Majorowa mnie wprawdzie przekrzyczała, ale ja ją przedyplomatyzowałem, — jak Bismark... Cha! cha! cha!...
I ciesząc się własną zręcznością, z gorączkowym pośpiechem wkładałem rozmaite części ubrania.
— Pułkowniku!... pułkowniku serce, a otwórz tam drzwi! — prosiła przytłumionym głosem moja przyjaciółka.
Gdym otworzył, jednym rzutem oka poznałem całą, istotnie piorunującą doniosłość mego podstępu. Poważna dama była jeszcze bosą i miała na głowie jakoś strasznie nabakier osadzony bufiasty czepiec. Siny ze strachu Soterek, ubrawszy jedną nogę w but, następnie starał się uzupełnić swój kostjum, wciągając na grzbiet kamizelkę dogóry podszewką.
— Pułkowniku, czyś słyszał?... Pułkowniku, co to będzie?... Oni chcą tego robaka wsadzić do kryminału, ach, ja nieszczęśliwa!
W tej chwili uchyliły się drzwi od korytarza i wszedł Markierowicz w towarzystwie numerowego, który z niepraktykowaną dotąd gorliwością zajął się słaniem mego łóżka.
— Upadam do nóżek państwu... och, Maryja! — zaczął gospodarz, zwracając się do mnie i majorowej. — Smutną przynoszę nowinkę... och, Maryja!... Brat skaleczonego Żydka występuje z pretensjami...
— O mój Boże, mój Boże! — szepnęła stara dama, poprawiając tak gwałtownie czepek, jakby przy tej sposobności miała zamiar ukręcić sobie głowę.
— Myślę jednak — ciągnął Markierowicz — że sprawa dałaby się zakończyć polubownie, ale...
— Owszem! owszem!... — wtrąciła majorowa.
— Ale Żyd, niedowiarek, grubo śpiewa i chce tysiąc złotych... Och, Maryja!...
— Aaaa... aaa! — jęknęła dama dwoma różnemi głosami. — Teraz już zginęliśmy na wieki!...
-— Zapewne, — jest to wielkie nieszczęście... Och, Maryja!
Nadzieja swobody tak mnie denerwowała, żem się już niecierpliwił komedją ostrożnego gospodarza; uprzedzając go więc, rzekłem:
— Zróbmy tak, kochana majorowo. Pani z Sociem wyjedziesz natychmiast do siebie, a ja Żyda załagodzę. Czy nieprawda, panie Markierowicz, że to jest dobry plan?
— Doskonały, panie pułkowniku, jeneralski plan!... Pani majorowa najlepiej zrobi, gdy zaraz wyjedzie, bo jak facecja ta gruchnie między Żydami, to się zlecą hurmem i jeszcze mi hotel spalą... Och, Maryja!
— Oj! oj! oj! — lamentowała osoba dobrej tuszy. — Jedźmy natychmiast! bez śniadania, bez niczego... bo jak się Żydzi dowiedzą, to z pewnością tego sierotkę zakłują na macę...
— Tak będzie najlepiej — uzupełnił Markierowicz, zacierając ręce — byle tylko pan pułkownik chciał się podjąć załagodzenia sprawy... Och, Maryja!
— Naturalnie, że ją załagodzę! — odparłem. — Tymczasem zaś każ, kochany panie Markierowicz, założyć konie pani majorowej i pilnuj Żydka, żeby się do miasta nie wymknął...
Wprawdzie niektórzy powieściopisarze, mający o swej domyślności bardzo pochlebne wyobrażenie, sądzą, że z jednego słowa, z jednego ruchu, a nawet ze sposobu noszenia butów odgadnąć można zamiary i charakter człowieka. Otóż mocno byłbym obowiązany, gdyby mi który z tych tak szczęśliwie od natury uposażonych panów dowiódł w sposób popularny, czego naprzykład domyślać się była powinna majorowa z ukłonu, jaki na pożegnanie złożył jej Markierowicz. Ja bo przynajmniej, oprócz tego, że nasz kochany gospodarz używa wykrzywionych obcasów, nic więcej odgadnąć nie mogłem.
— O, mój Boże, mój Boże! — biadała stara jejmość, szybko upakowując swoje ruchomości — i cóż ja nieszczęśliwa pocznę teraz z tym smokiem?... On już na wieki zgubiony!
Wiedząc bardzo dobrze, że pod nazwą smoka rozumiała stroskana babka Socia, — napastowany przytem od własnego sumienia, które już w tej chwili poczęło mi wyrzucać mój w gruncie rzeczy wcale niewinny podstęp, rzekłem jej na pożegnanie a zarazem na pociechę:
— Nie martw się, kochana pani! Jeden z moich siostrzeńców jest nauczycielem przy gimnazjum we Lwowie; otóż napiszę do niego w interesie Socia, a po odebraniu przychylnej odpowiedzi, jeszcze w tym roku wyekspedjujemy chłopaka do szkół. Może za parę lat i z niego co wyrośnie!
— Niech cię Bóg błogosławi! — zawołała majorowa, z płaczem obejmując mnie za szyję, potem zaś dodała:
— Sociu, zbrodniarzu!... padnij do nóg, ucałuj ręce twemu dobroczyńcy, który niedość, że cię wybawił z rąk żydowskich, ale jeszcze chce za tobą do Lwowa pisać... Mój Boże, taki kawał drogi!...
Zachmurzony Socio jak najserdeczniej obtarł swój pałkowaty nos o oba moje rękawy, a nadto (gdybym nie był pewny, że hotelowe lustra wszystko odbijają fałszywie) mógłbym jeszcze pomyśleć, że niezgrabny ten chłopiec na zakończenie wywiesił mi swój obrzydliwy język.

—  —  —  —  —  —  —  —  —  —  —  — 

Gdy w parę minut potem wehikuł, unoszący majorowę i jej zgryzoty, znikł na zakręcie ulicy, zbliżył się do mnie mój furman i z pewnem zakłopotaniem, właściwem tej klasie ludzi, rzekł:
— Poraby już i nam się ruchać do domu, proszę łaski pana!
— Zajeżdżaj! — zawołałem tak kontent, jak pewien młody student, który po wielokrotnych bezskutecznych usiłowaniach zdał przypadkiem egzamin.
W numerze czekał na mnie gospodarz w asystencji jakiegoś starozakonnego; drgnąłem, ujrzawszy tych ludzi, bez względu na to, że obaj starali się mieć fizjognomje bardzo uczciwych.
— A czego chcesz, panie starozakonny? — spytałem Żydka.
— To jest właśnie Joel, brat tego... — odpowiedział gospodarz, kłaniając się z przerażającą uprzejmością.
Moje smutne przeczucia zaczęły nagle wzrastać.
— Aha, dobrze — odparłem takim tonem, jak człowiek, który, dostawszy silnego zawrotu głowy, poczyna już myśleć o tyfusie. — Pocóż przyszedł ten starozakonny?
— Jaśnie pan obiecał się ze mną pogodzić — objaśnił Żydek.
— Nie znam cię, mój przyjacielu — odpowiedziałem serjo. — Jeżeli pan Markierowicz obiecał ci coś...
— Tak jest, obiecałem mu — odrzekł gospodarz — ponieważ pan pułkownik przyjął na siebie załagodzenie sprawy.
— Jakto? coto? co pan mówisz?...
— Pan pułkownik wobec pani majorowej, jej wnuka, mnie i numerowego obiecał temu Żydkowi dać tysiąc złotych — przypomniał Markierowicz z najpoważniejszą miną.
— Czyście powarjowali! — krzyknąłem oburzony. — Alboż taka głupia sprawa warta jest tysiąc złotych?
— Bez urazy jaśnie pana — odparł Żydek — ale zdaje mi się, że musi być warta, kiedy państwo sami chcieli nam dać dwadzieścia rubli...
— Nieszczęście się stało, panie pułkowniku dobrodzieju — dodał gospodarz. — Zrobiliśmy głupstwo, zaczepiając Joela, bo inaczej sprawaby przyschła, a tak... och, Maryja!...
— A wy, szachraje! — zawołałem — więc myślicie, że wam zapłacę choć jeden grosz więcej nad obiecane dwadzieścia rubli?
— Wolna wola jaśnie pana! Jaśnie pan zapłaczi, to dobrze, a nie zapłaczi, to ja jaśnie pani proces wytoczę — odpowiedział Joel.
— Co tam twój proces! — zgromił go Markierowicz, a potem szepnął mi do ucha: — Ja myślę, proszę pana pułkownika, że byle się tylko pani majorowa nie dowiedziała o naszym figlu, to zresztą wszystko bagatela... Och, Maryja...
Spotniałem jak mysz, wysłuchawszy ostatniego argumentu. Masz, stary niedołęgo! — pomyślałem — masz naśladowanie Bismarka... Teraz albo płać, albo za parę tygodni nazwą cię intrygantem!
W kwadrans potem sprzymierzeńcy moi, panowie: oberżysta Markierowicz i Joel faktor opuścili numer, unosząc z sobą weksel na tysiąc złotych![1]
O, majorowo, majorowo!... I jakież złe wiatry przyniosły cię do mojego domu?... Opuściłem gospodarstwo w czasie najważniejszym, straciłem tysiąc złotych, nairytowałem się i jeszcze mi sumienie dokucza, — a wszystko przez ciebie!
— Konie jaśnie pana są gotowe — zameldował w tej chwili numerowy.
Łatwo pojąć, z jak ponuremi myślami siadałem do bryczki i z jaką wściekłością po raz ostatni spojrzałem na hotelowy korytarz, na progu którego nagle ukazał się zapomniany już przeze mnie, pomimo całej jego wielkości, znakomity socjolog Postępowicz, z węzełkiem w ręku.
— A cóż, panie — spytałem — jedziemy?
— Alea jacta est! — mruknął szczupły literat i rzuciwszy swój węzełek pod kozioł, jednym skokiem dostał się na siedzenie.
W milczeniu przejechaliśmy miasteczko i rogatkę, w milczeniu wyminęliśmy prochownią i plac ćwiczeń kawaleryjskich; dopiero widok otwartego nieba, pól i lasów rozweselił nas trochę. Uczony Hiacynt począł gwizdać, ja zaś uczułem gwałtowną chętkę do rozmowy.
— Ciekawy jestem, co też będzie od dziś za tydzień? — spytałem, robiąc tym sposobem delikatną aluzją do pobytu genjalnego pedagoga w moim domu.
— Będzie zapewne piątek — odparł lakonicznie młodzieniec.
— Zawsze jednak czeka pana praca dość ciężka — ciągnąłem, myśląc o socjologicznych badaniach, które wykształcony Postępowicz miał dokonywać na folwarku.
— Każda praca jest ciężka — mruknął właściciel ponszy bez rękawów.
Z pół godziny potem jechaliśmy w milczeniu.
— Przyznasz pan jednak — zacząłem znowu — że w dzisiejszych czasach gospodarstwo jest bardzo trudną sztuką.
— Dla obywateli ziemskich wszystko jest trudne! — odpowiedział tonem, niedopuszczającym dalszej dyskusji, były literat.
Tym razem ja już postanowiłem nie zaczynać rozmowy, — po upływie jednak małej godziny wyręczył mnie Postępowicz, zapytując:
— Jak daleko od pana do stacji pocztowej?
— Dwie mile drogi, ale pisma odbieramy trzy razy na tydzień — odrzekłem, myśląc, że kochającemu naukę Hiacyntowi mogą się nie podobać tak rzadkie stosunki z cywilizacją.
— Hum!... A nie wie pan, kiedy omnibus przechodzi do Warszawy?
— Będzie szedł i jutro. Nacóż panu ta wiadomość? — spytałem trochę zaniepokojony.
— Jakto naco? Przecież piechotą nie pójdę!...
— Piechotą?... do Warszawy?... Mnie się zdaje, że nawet omnibusem nie będziesz pan mógł wyjechać do Warszawy, chyba po żniwach...
— A cóż mnie żniwa obchodzą? — obruszył się mój towarzysz.
— Jakto co?... Przecież miałeś pan zamiar...
— Cha! cha! cha!... już rozumiem! — roześmiał się literat w kapeluszu z popsutym termometrem. — Już rozumiem!... Więc pułkownik myślałeś, że ja jadę objąć u pana urząd pisarza prowentowego?... Cha! cha! cha!...
— A więc gdzie pan jedziesz? — zapytałem mocno dotknięty.
— Obecnie jadę do pana, jutro pojadę do stacji, a następnie omnibusem do Warszawy. Piśmiennictwo krajowe, mój panie, więcej dziś potrzebuje rąk, niż jakiś tam folwark!



Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł 1000 złotych reńskich = ok. 160 rubli.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.