Strona:PL Bolesław Prus - Kłopoty babuni.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


odgadnąć można zamiary i charakter człowieka. Otóż mocno byłbym obowiązany, gdyby mi który z tych tak szczęśliwie od natury uposażonych panów dowiódł w sposób popularny, czego naprzykład domyślać się była powinna majorowa z ukłonu, jaki na pożegnanie złożył jej Markierowicz. Ja bo przynajmniej, oprócz tego, że nasz kochany gospodarz używa wykrzywionych obcasów, nic więcej odgadnąć nie mogłem.
— O, mój Boże, mój Boże! — biadała stara jejmość, szybko upakowując swoje ruchomości — i cóż ja nieszczęśliwa pocznę teraz z tym smokiem?... On już na wieki zgubiony!
Wiedząc bardzo dobrze, że pod nazwą smoka rozumiała stroskana babka Socia, — napastowany przytem od własnego sumienia, które już w tej chwili poczęło mi wyrzucać mój w gruncie rzeczy wcale niewinny podstęp, rzekłem jej na pożegnanie a zarazem na pociechę:
— Nie martw się, kochana pani! Jeden z moich siostrzeńców jest nauczycielem przy gimnazjum we Lwowie; otóż napiszę do niego w interesie Socia, a po odebraniu przychylnej odpowiedzi, jeszcze w tym roku wyekspedjujemy chłopaka do szkół. Może za parę lat i z niego co wyrośnie!
— Niech cię Bóg błogosławi! — zawołała majorowa, z płaczem obejmując mnie za szyję, potem zaś dodała:
— Sociu, zbrodniarzu!... padnij do nóg, ucałuj ręce twemu dobroczyńcy, który niedość, że cię wybawił z rąk żydowskich, ale jeszcze chce za tobą do Lwowa pisać... Mój Boże, taki kawał drogi!...
Zachmurzony Socio jak najserdeczniej obtarł swój pałkowaty nos o oba moje rękawy, a nadto (gdybym nie był pewny, że hotelowe lustra wszystko odbijają fałszywie) mógłbym jeszcze pomyśleć, że niezgrabny ten chłopiec na zakończenie wywiesił mi swój obrzydliwy język.

—  —  —  —  —  —  —  —  —  —  —  — 

Gdy w parę minut potem wehikuł, unoszący majorowę