Strona:PL Bolesław Prus - Kłopoty babuni.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


swój węzełek pod kozioł, jednym skokiem dostał się na siedzenie.
W milczeniu przejechaliśmy miasteczko i rogatkę, w milczeniu wyminęliśmy prochownią i plac ćwiczeń kawaleryjskich; dopiero widok otwartego nieba, pól i lasów rozweselił nas trochę. Uczony Hiacynt począł gwizdać, ja zaś uczułem gwałtowną chętkę do rozmowy.
— Ciekawy jestem, co też będzie od dziś za tydzień? — spytałem, robiąc tym sposobem delikatną aluzją do pobytu genjalnego pedagoga w moim domu.
— Będzie zapewne piątek — odparł lakonicznie młodzieniec.
— Zawsze jednak czeka pana praca dość ciężka — ciągnąłem, myśląc o socjologicznych badaniach, które wykształcony Postępowicz miał dokonywać na folwarku.
— Każda praca jest ciężka — mruknął właściciel ponszy bez rękawów.
Z pół godziny potem jechaliśmy w milczeniu.
— Przyznasz pan jednak — zacząłem znowu — że w dzisiejszych czasach gospodarstwo jest bardzo trudną sztuką.
— Dla obywateli ziemskich wszystko jest trudne! — odpowiedział tonem, niedopuszczającym dalszej dyskusji, były literat.
Tym razem ja już postanowiłem nie zaczynać rozmowy, — po upływie jednak małej godziny wyręczył mnie Postępowicz, zapytując:
— Jak daleko od pana do stacji pocztowej?
— Dwie mile drogi, ale pisma odbieramy trzy razy na tydzień — odrzekłem, myśląc, że kochającemu naukę Hiacyntowi mogą się nie podobać tak rzadkie stosunki z cywilizacją.
— Hum!... A nie wie pan, kiedy omnibus przechodzi do Warszawy?