Kłopoty babuni/Rozdział XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Kłopoty babuni
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa
tom II
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XIV


W KTÓRYM ZNAJDUJE SIĘ NAJZUPEŁNIEJSZA REHABILITACJA SOCJOLOGÓW WARSZAWSKICH.

Gdy po powrocie z konsultacji prawnej do hotelu, zażądałem kluczy od mego pokoju, objaśniono mnie, że numer jest otwarty, ponieważ siedzi w nim „ten młody pan, który przyjechał za państwem.“ Domyśliłem się, że mowa o genjalnym Postępowiczu, któremu przy pierwszym debjucie krytyka ofiarowała wieniec męczeński, a niesumienny wydawca trzy ruble i dwadzieścia sześć kopiejek za sześćset pięćdziesiąt dwa wierszy druku.
Melancholiczny publicysta rozgospodarował się na dobre. Leżał na mojem łóżku, palił mój tytoń z mojej własnej fajki i, co najdziwniejsza, wyciągnąwszy z za pieca nienabitą dubeltówkę, położył ją na stole, obok swego fantastycznego kapelusza z kapłoniem piórkiem i zepsutym termometrem.
— Na co, u licha, polowałeś asan bez ładunków? — spytałem gościa, niekoniecznie zachwycony jego trybem postępowania.
— Niestety!... zbyt późno przekonałem się, że broń pańska nie ma nabojów — odparł desperacko interesujący rekonwalescent, drapując się kłębami dymu.
— A co panu po nabojach?
— Roześmiejesz się, pułkowniku, lecz zarazem przyznasz mi racją, gdy ci powiem, że przekładam śmierć od kuli nad wszelką inną...
— Aha!...
— Los jednak i tym razem zawiódł umie — ciągnął szczupły młodzieniec. — Odnotowawszy moje długi, wszedłem do pańskiego numeru, schwyciłem broń...
Tu zamilkł, pocierając sobie lewą dłonią okolice kości krzyżowej.
Proszę sobie wyobrazić następujące położenie: Soterek od kilku dni siedzi mi na karku w sposób haniebny; — obiecujący literat w moim numerze medytuje o najłatwiejszym sposobie wydarcia się krajowemu piśmiennictwu; — odnowiona Pudencjanna marzy o ofiarowaniu mi swojej ręki, a w domu — rządca wypędza prowentowego pisarza!... Zdaje się, że można było pomyśleć samemu o samobójstwie; a jednak... zapierając się własnego ja, postanowiłem rozerwać utalentowanego gościa; — rzekłem więc:
— Spodziewam się, szanowny panie Hiacyncie, że już porzuciłeś zamiar odebrania sobie życia?
— Wyborny jesteś, pułkowniku!... a cóż ja innego mogę zrobić?
— Możesz naprzykład zacząć pracować na chleb...
— Aha... rozumiem! Chcesz mnie pan koniecznie namówić, abym się na nowo wziął do literatury?... Nie głupim!...
Dziwna rzecz, że od kilku minut w umyśle moim nieustannie kojarzył się fakt wypędzenia mego pisarza z apatją zdolnego Hiacynta, pod naciskiem więc takiej kombinacji pojęć odparłem:
— Boże uchowaj, nie myślę pana gwałtem zachęcać do literatury: jest przecież tysiące innych zajęć, naprzykład... naprzykład... gospodarstwo! O ile pamiętam, mówiłeś pan, że się znasz na gospodarstwie?
— Spodziewam się! — odpowiedział Hiacynt. — Ale... nacóż mi się to przyda, kiedy ani piędzi ziemi nie posiadam?
— Hum! No, ale przypuśćmy, że znalazłby się człowiek, który, zapewniwszy panu stosowne wynagrodzenie, powierzyłby ci do zarządu folwark...
— Fe!... folwark? Jaki szkaradny wyraz! — mruknął, wykrzywiając się, publicysta. — Chciałeś pan powiedzieć fermę?
— Niech będzie fermę. Ale cóżbyś pan z nią zrobił?
— Co?... cobym zrobił?... — wykrzyknął rozentuzjazmowany Postępowicz. — Zrobiłbym ją zbiegowiskiem całego uczonego świata, środkiem ciężkości społecznego gospodarstwa, imię jej właściciela pchnąłbym do najodleglejszej potomności! — To mówiąc, nieśmiertelny Hiacynt zachowywał się tak, jak człowiek, dla którego chodzenie jest niewygodą, a siedzenie torturą.
— Jakimże sposobem zrobiłbyś pan to wszystko, co obiecujesz?
— Jakim sposobem? Bardzo prostym: fermę tę uczyniłbym polem moich socjologicznych badań.
— Socjologicznych... socjologicznych?... słyszałem, że bardzo wielu literatów warszawskich zajmuje się socjologją?
— Tak jest — odparł młody Brutus. — Dotąd głównie zajmowaliśmy się emancypowaniem kobiet, niwelowaniem klas towarzyskich, reformowaniem piśmiennictwa tudzież wyplenianiem przesądów społecznych i religijnych. Ja dopiero pierwszy skierowałbym swoją działalność na pole gospodarstwa rolnego.
— Hum! Jakichże, u djabła, środków używacie do rozstrzygania tak ważnych kwestyj?
— Bardzo pewnych... bardzo wypróbowanych!... Zawsze i wszędzie posługujemy się metodami pozytywnemi.
— Mocno byłbym panu obowiązany, gdybyś mnie zechciał poinformować co do owych metod.
Genjalny młodzieniec rzucił na mnie wzrok pełen niewyraźnego jeszcze, ale już kiełkującego majestatu; nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że umysł mój w tej chwili miał objąć taką masę prawd, jaką trudno byłoby pomieścić we wszystkich bibljotekach.
— Zapewne chciałbyś pułkownik sięgnąć odrazu do tego, co stanowi jądro kwestji?
— Naturalnie!... Naturalnie!...
— Otóż powiem panu krótko, że jądrem metody, a raczej jądrem filozofji pozytywnej jest to, aby... to jest... tego... właściwie mówiąc... Widzi pan... metoda, a raczej filozofja pozytywna, jest do scharakteryzowania bardzo trudna!...
Pot, występujący na twarz i czoło znakomitego uczonego, był najwymowniejszym dowodem trudności scharakteryzowania metody pozytywnej, z takiem powodzeniem używanej przez socjologów warszawskich do rozstrzygania wszystkich zawiłych pytań społecznych. Lękając się tedy, aby zdolny Hiacynt nie zechciał przyobiecanego mi jądra kwestji rozcieńczyć całym ogromem swej niepospolitej erudycji, rzekłem:
— Wracając tedy do naszego folwarku, racz mnie pan objaśnić, jakiej natury byłyby te badania, które pragnąłbyś wykonywać ?
— Z największą chęcią! — odparł uprzejmy filozof. — Badania... badania moje składałyby się z szeregu obserwacyj i eksperymentów...
— Eksperymentów?... Uhu! — Przyznaję, że wyraz ten okrutnie mi się nie podobał.
— Obserwacyj i eksperymentów socjologicznych — powtórzył jakby na pocieszenie mnie Postępowicz.
Pomyślawszy chwilę, odpowiedziałem:
— Posłuchaj mnie, panie Hiacyncie. Dam ci folwark czy też fermę, przy niej utrzymanie i pensyjkę, ale pod tym warunkiem, ażebyś pan, robiąc wszelkie obserwacje, jakie ci przyjdą na myśl, wykonywał eksperymenta tylko te, które zaproponuję panu ja sam, lub mój rządca...
Postępowicz, usłyszawszy to, zrazu zmarszczył się, lecz po krótkim namyśle przyjął warunki i podał mi rękę na znak zgody.
— Rozumie się — dodałem — że rezultaty swoich naukowych poszukiwań będziesz pan łaskaw zapisywać w księgach na ten cel sporządzonych. Obeznać się z niemi bardzo łatwo...
— To dla mnie zbyteczne! — przerwał Postępowicz. — Mam swój własny plan, który mogę nawet panu zakomunikować.
— Bardzom ciekawy...
— Naprzód badania moje podzielę na dwa momenta: statyczny i dynamiczny — objaśniał mnie literat, straszliwie wymachując fajką, co prawdopodobnie służyło do uzewnętrznienia głębokiej a zarazem szybkiej pracy, jakiej w tym czasie oddawał się jego uniwersalny umysł.
— Jak pan to rozumiesz?
— Pod momentem statycznym rozumiem badania, odnoszące się do bytu, ilości i jakości terytorjów, zabudowań, maszyn, tudzież różnych gatunków istot żywych, stale zamieszkujących w tem miejscu.
— Cudownie! — wyrzekłem. — Będę panu bardzo wdzięczny, jeżeli sumiennie dopilnujesz porządku w moich zabudowaniach i maszynach. Co do terytorjów, które my zazwyczaj mianujemy polami, łąkami, ogrodami i t. d. będziesz pan obowiązany...
— Wiem już co... wiem! Oznaczyć ich położenie jeograficzne?...
— O to mniejsza, ponieważ nierównie ważniejszem jest, aby terytorja owe były starannie wynawożone, obrobione, — a wkońcu, aby po nich swoje i cudze bydło nie plondrowało...
Publicysta krzywił się, ale słuchał, ja zaś mówiłem dalej:
— Co do istot organicznych, zwrócisz pan wyłączną uwagę na ludzi, zwierzęta domowe i rośliny użyteczne. Będziesz obserwował, czy parobcy nie piją, nie próżnują, a nadewszystko nie kradną; będziesz badał, czy zwierzęta codziennie są karmione i pojone, a stajnie, obory i chlewy oczyszczone. W czasie studjów nad roślinami dopilnujesz pan, aby bandochy dobrze żęli i w brózdach nie spali, aby porządnie wycinano kapustę, kopano kartofle...
Postępowicz ciągle się krzywił.
— Ale... ale! — dodałem — a co kochany pan nazywasz momentem dynamicznym swoich badań?
— To zdaje się jest dość jasne — odparł niechętnie socjolog. — Momentem dynamicznym nazywam wszelki ruch, wszelką zmianę... Tak naprzykład: narodziny i śmierć...
— Iii... to tylko będziesz pan potrzebował notować liczbę przybywających na świat cieląt i źrebiąt, — bo drób i prosięta należą do gospodyni, a psy do psiarczyka.
— A ludzie? — spytał znakomity publicysta bardzo kwaśnym akcentem.
— Ludzie? Wiesz pan przecież, że notowanie śmiertelności i narodzin między ludźmi należy do urzędnika stanu cywilnego; przyjmowaniem zaś i oddalaniem służby zajmuję się ja sam.
— Hum, hum! — odchrząknął Hiacynt. — Jakież wynagrodzenie ofiarujesz mi pan?
— Powiedziałem już, że dam mieszkanie, jedzenie, pranie, opał, światło i... jak dla pana... sześćset złotych pensji rocznej.
— Co? — krzyknął zirytowany literat — więc pan chcesz mnie zrobić u siebie pisarzem prowentowym?...
— Fe! — odpowiedziałem — egzaltujesz się, panie Hiacyncie!... Wprawdzie posadę, o której mówimy, zwykle nazywają pisarstwem, nie idzie jednak za tem, ażebyś pan miał nosić ten tytuł. W twojem własnem przekonaniu, w opinji mojej i wszystkich osób, miłujących postęp ludzkości, pan będziesz filozofem, badającym pod względem statycznym i dynamicznym socjologiczną molekułę, nazywającą się fermą, lub po dawnemu folwarkiem, a stanowiącą cząstkę ogólnego kapitału...
Pomimo całej radości, jaką czuł niewątpliwie młody socjolog, widząc otwierające się przed sobą szranki dla uczonych dociekań, zauważyłem, że miał jakąś bardzo przygnębioną fizjognomją; na pocieszenie go więc dodałem:
— Wszak prawda, kochany panie, że owa socjologja jest całkiem nową nauką?
— Tak! — potwierdził słabym głosem były literat.
— Otóż tedy, jeżeli tak jest, i jeżeli, jak nas uczy historja, nad zawiązkami astronomji pracowali myśliciele, zajmujący skromne stanowisko pasterzy, — dlaczegóżby więc nad zawiązkami socjologji nie mieli pracować myśliciele, czasowo pełniący obowiązki pisarzy prowentowych?... No, powiedz pan, czy nie mam racji?
— Proszę o parę dni do namysłu... — zamiast odpowiedzi wyszeptał utalentowany Postępowicz, a następnie, ująwszy swój szczególny kapelusz, wyszedł.
Nikt nie powinienby się czuć obrażonym, gdy powiem, że czytając tylko pisma, zajmujące się szkalowaniem socjalnych teoryj, wynajdywanych przez niektóre wprawdzie bardzo młode, lecz zapewne wysoce uzdolnione indywidua z gatunku literatów, miałem o nich dotąd wyobrażenie jak najgorsze. Ale świeża rozmowa z uczonym Hiacyntem, a nadewszystko jego statyczne i dynamiczne poglądy na gospodarstwo wiejskie, w jednej chwili obaliły kilkoletnie moje uprzedzenia. I na honor! trudno nie sympatyzować ze szkołą socjologów warszawskich, która wcześniej lub później dostarczy krajowemu gospodarstwu znakomity kontyngens mężów, co nie mogąc wprawdzie (z powodu okoliczności miejscowych) kierować losami społeczeństw, w każdym razie oddadzą ludzkości niespożyte usługi, jako pełni filozoficznych poglądów pisarze prowentowi, do czego tylko ludzie stanowczo nieprzychylni i złośliwi odmówićby im mogli najzupełniejszej kwalifikacji.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.