Kłapouszek

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
>>> Dane tekstu >>>
Autor Elwira Korotyńska
Tytuł Kłapouszek
Podtytuł Powiastka
Pochodzenie Skarbnica Milusińskich Nr 157
Wydawca Wydawnictwo Księgarni Popularnej
Data wydania 1938
Drukarz „SIŁA“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI (testowo)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
SKARBNICA MILUSIŃSKICH
pod redakcją S. NYRTYCA



E. KOROTYŃSKA
KŁAPOUSZEK
POWIASTKA


WYDAWNICTWO KSIĘGARNI POPULARNEJ
w WARSZAWIE
Printed in Poland
Druk. „SIŁA“ Warszawa





— Baśka! A ładujże prędzej warzywa! wołał wieśniak do żony — toć już świta dobrze, a z chaty nie wyruszyłem.
— Dobrze ci mówić! — odpowiedziała gospodyni, — spójrz na Kłapoucha, toć wierzga nogami i ani rusz nie da więcej już włożyć.
Podszedł do zwierzęcia gospodarz, pogłaskał go po szyi i grzbiecie i powoli wstawiał na niego kosz z kapustą.
Poczuł osioł rękę gospodarza i ani wierzgnął. Bał się jego bata i lubił, gdy go głaskał, więc nadstawiał szyję do pieszczot i pozwalał ładować na siebie warzywa.
Gdy wszystko już było gotowe do drogi, wyruszono na targ.
Ciężko było Kłapouszkowi, bardzo ciężko. Tyle dźwigał na sobie kilogramów, że i koń rosły ledwieby udźwignął. Młody był i silny, ale co za wiele to zawiele, to też buntował się nieraz i postanawiał nie dać ani kroku.
Zrobił to i teraz. W pół drogi stanął i nie chciał się ruszyć z miejsca. Napróżno gospodarz dobrocią i gniewem starał się go zmusić do pójścia — nie pomogło nic... Kłapouch oparł się kopytami o grunt i stał jak kamienna statua bez ruchu.
Złapał gospodarz za bat i jął okładać biednego osła. Na to nie miał już rady osiołek, puścił się więc pędem ku targowi.
Tak dociągnęli towar na miejsce. Gospodarz zaszedł do karczmy, a obity i głodny Kłapouch stał z miną smutną i zcicha porykiwał. Sprzykrzyło się i stanie i głód, machnął więc całą postacią i zrzucił kosz z jarzynami na ziemię.
Cóż za szczęśliwy los! Pełno marchwi rozsypało się z kosza do nóg osiołka. Największy to przysmak Kłapoucha. Jadł i jadł, aż mu się uszy trzęsły, nie myśląc o tym, co go spotka od gospodarza.
Jakoż nadszedł, a zobaczywszy co się stało, rozgniewał się mocno i zbił biedne stworzenie.
Zdjąwszy kosze z osła postawił je przy karczmie, gdzie przychodzący drobni przekupnie zabierali towar pomału.
Kłapoucha puścił na trawę. Ten skorzystał z nieuwagi swego pana i pędem puścił się ku lasowi. Stąd łatwo mu było zbiec już dalej. Pędził i pędził co sił, aż wybiegł na szosę.
Tam ujrzał wkrótce przed sobą coś niepomiernie dużego. Sądził, że to zwierzę i zaczął w bok umykać. Ale spostrzeżono go już i dognano. Jak się okazało, była to buda płótnem kryta, w której mieścił się cyrk. Koło budy prowadzono wielbłąda przybranego kwiatami, kucyka ze śmiesznymi pióropuszami, psy różnej rasy i osła.
Uwiązano Kłapoucha przy budzie i ruszono w drogę. Biedak dostał się z jednej niewoli w drugą. Nie dźwigał teraz wprawdzie warzywa, nie głodzono go, jak u gospodarza, ale za to uczono go różnych sztuk i za niezgrabność bito.

E. Korotyńska - Kłapouszek p0001.png

Musiał skakać przez obręcze, podawać różne przedmioty, stać na dwóch nogach, co, ze względu na ciężar dobrze karmionego zwierzęcia było trudne.
Nieraz padał łbem na ziemię, a, gdy zaryczał z bólu, śmiano się i wykpiwano niezgrabność.
Wyuczony przeróżnych figli i skoków po raz pierwszy miał występować w cyrku.
Zadaniem jego było podanie bukietu jednej z dam wskazywanej stale przez właściciela cyrku Kłapouchowi.
Mnóstwo osób przybyło dnia tego do cyrku. Miały być bowiem przedstawienia gromadne psów, niedźwiedzia i naostatek naszego osiołka.
Psy wystąpiły wspaniale. Zabito niby ich towarzysza. Niosły go więc w celu pogrzebania, ocierając łapami łzy i wyjąc żałośnie.
Tak świetnie naśladowały żal i rozpacz, iż trudno było pojąć, że to zwykłe zwierzątka tak postępują jak ludzie.
Niedźwiedź wykonywał tańce i różne sztuki, jak noszenie tacy ze szklankami, picie wódki, po której wyprawiał skoki i pocieszne figle, bił łapą małe niedźwiedziątka i ubierał się w korale na kosmatą szyję i kapelusze, jednym słowem, rozśmieszał dorosłych i dzieci. Kucyk stawał na tylne nogi i chodził, jak człowiek, wznosząc dumnie swój ładny łebek do góry.
Przyszła kolej na naszego Kłapouszka. Pokazano mu raz jeszcze komu ma dać kwiaty i puszczono na widownię.
Cała sala wybuchła śmiechem gdy ujrzano osła z obwisłymi długimi uszami maszerującego na dwóch nogach, z wlokącym się po ziemi ogonem.
W łapach trzymał wspaniały bukiet z róż i jaśminu i co czas jakiś odwracał łeb od mocno pachnących kwiatów i kichał. Stanowczo nie podobała mu się woń prześlicznego kwiecia i stokroć wolałby zapach kapusty, marchwi lub siana.
Kroczył osioł poważnie ku stronie, gdzie siedziała owa dama, której hołd miał złożyć w imieniu właścicieli cyrku, gdy naraz stała się rzecz zgoła nieoczekiwana.
Osioł cofnął się z obranej i wyznaczonej mu drogi i złożył bukiet na kolanach ślicznej złotowłosej dziewczynki, która siedząc cichutko w krzesełku ani spodziewała się podobnego odznaczenia.
Kładąc kwiaty liznął małą w rączkę i żałośnie zaryczał... Biedak wspomniał zapewne córeczkę swego pana, którego tak niegodnie opuścił pomyślał, jak go pieściła i malutką rączką dawała mu ulubione przysmaki. Wspomnienie to uczyniło go nieposłusznym i oczekiwała za to biednego Kłapouszka kara.
Gdy zeszedł z widowni, rozgniewany cyrkowiec nie szczędził mu kijów, po czym wygnał go po za budę i postanowił sprzedać niemądrego, jak mu się zdawało, osiołka.
I rzeczywiście zdarzył się wkrótce kupiec.
Zabrano go na wieś, gdzie umieszczono w stajni obok konia i nie wyzyskiwano tak sił, jak w cyrku. Osiołek czuł się tu nieźle, miał dobre pożywienie i obejście, nie bili go tak często, jak w miejscach poprzednich i nieraz nawet pogłaskano.
Ale Kłapouszkowi zachciało się być u pana w takich łaskach, w jakich był pies bolończyk, śliczne małe stworzenie z wijącymi się do ziemi kędzierzawymi włosami.
Maleństwo wchodziło na kolana gospodarza folwarku, a nieraz kładło białe czyściutkie łapki na jego ramiona, liżąc go po rękach i szyi.
Osiołek postanowił to samo zrobić, aby przypodobać się swemu panu.
Razu pewnego, gdy ten siedział na ławce przed domem, podszedł do niego i raptownie zarzucił mu na szyję ogromne łapy, liżąc przy tym swym szorstkim językiem. Oburzenie i jednocześnie przestrach pana domu nie miały granic.
Krzyknął, odpychając od siebie osła, który wołanie to przyjął za aprobatę swego postępku i czulej jeszcze lizał i tulił swego pana.
Na krzyk napastowanego przybiegł parobek i razami bata odpędził biednego osła, który zrozumiał, iż daleko mu do praw małego psiaka i że nigdy już próbować podobnych pieszczot nie będzie.
Poszedł Kłapouszek do stajni z łbem ku dołowi zwieszonym, smutny i niesprawiedliwością ludzką dotknięty.
Myślał, myślał, jakby los swój poprawić i zrozumiał, iż najlepiejby było wrócić w strony rodzinne, gdzie mieszka jego pan najpierwszy i, jak mu się obecnie zdawało, najlepszy.
Zapomniał już i o batach za lenistwo i upór, chciał być znowu tam, gdzie mała rączka córeczki gospodarza podawała mu chleb i cukier i głaskała, gdy go obito. Ale, jak się tu wymknąć, gdy wrota zamknięte, a parkan gęsto wypleciony spireą? (roślina). Za duży był na to, aby ukryć się w krzaku lub pod stodołą. Ach! czemuż nie był tak mały, jak szczęśliwy, bo kochany przez pana, bolończyk...
Stał Kłapouch i dumał nad sposobem wyrwania się z folwarku, gdy naraz wyszedł pastuch ze stadem krów, otwierając naoścież wrota.
Osioł przemknął się chyłkiem i wmieszał się między krowy, a gdy te rozchodzić się poczęły na łące, wypadł i co sił zaczął uciekać.
Las był blisko, Kłapouch był wolny! Węchem pomagał sobie w wyszukaniu dawnego gospodarza, od którego tak niewdzięcznie uciekł.
Szedł i szedł, aż nagle spostrzegł, jakąś chatę, oborę i stajnię, które zdawały się być opuszczonym przez niego gospodarstwem.
Ostatkiem sił dowlókł się, i, zdawało mu się, iż zaryczał. Głosu jednak nie wydał — sił zbrakło.
Padł na trawę o kilkadziesiąt kroków od domu i stracił rozpoznanie, gdzie jest i co się z nim dzieje.
W pół godziny potem orzeźwiła go padająca na ziemię rosa, uniósł się trochę i skubnął ździebełko trawy. Ale iść do chaty nie miał mocy.
Wzrok tylko zamglony skierował ku drzwiom zdala bielejącym, wypatrując ich otwarcia.
Naraz zadrżał ze wzruszenia. Drzwi się otwarły, wybiegła mała jasnowłosa dziewczynka, która, biegnąc do ogrodu spostrzegła leżącego Kłapouszka.
Poznała go, rozległ się krzyk radosny, pomieszany ze słabym rykiem osła. Nadszedł gospodarz, dał mu wody i pożywienia, a, gdy mógł się już podnieść, wprowadzono go do stajni. Od tej pory Kłapouch nie opuszczał swego pana.

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Elwira Korotyńska.