Juliusz Cezar (Shakespeare, tłum. Ulrich, 1895)/Akt pierwszy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare
Tytuł Juliusz Cezar
Pochodzenie Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare (Szekspira) w dwunastu tomach. Tom VII
Data wydania 1895
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Leon Ulrich
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron
JULIUSZ CEZAR.

AKT PIERWSZY.
SCENA I.
Ulica w Rzymie.
(Wchodzą: Flawiusz, Marullus i tłum Pospólstwa).

Flawiusz.  Precz stąd, próżniaki, wracajcie do domów,
Alboż dziś święto? Jakto, czy nie wiecie,
Ze w dniu roboczym niewolno czeladzi
Bez znamion swego rzemiosła wychodzić?
Ty pierwszy powiedz, z jakiegoś jest cechu?
1 Obyw.  Ja, panie, jestem cieśla.
Marullus.  A gdzie twój liniał i skórzany fartuch?
Czemuś w świąteczne wystroił się szaty?
A ty co robisz?

2 Obyw.  Jużci, panie, w porównaniu z majstrem pięknego rzemiosła, jestem niewiele, bo, jakbyś powiedział, jestem tylko partaczem.
Marullus.  Twoje rzemiosło? Odpowiedz natychmiast.
2 Obyw.  Co do mojego rzemiosła, panie, spodziewam się, że mogę je praktykować ze spokojnem sumieniem; jestem, panie, łataczem dziurawych podeszew.
Flawiusz.  Ale twoje rzemiosło, hultaju? Obrzydły hultaju, twoje rzemiosło?
2 Obyw.  Tylko, panie, nie pęknij ze złości, choć na ten przypadek potrafiłbym cię może naprawić.
Marullus.  Co rozumiesz przez twoje: naprawić, zuchwalcze?
2 Obyw.  Co rozumiem, panie? Rozumiem: załatać.
Flawiusz.  To, widzę, jesteś szewcem łataczem, czy nie prawda?
2 Obyw.  Prawda, panie. Żyję z szydła i nie mieszam się do cudzych interesów, ani ludzi, ani kobiet, dość mi na Szydłowieckich. Tak jest, panie, jestem chirurgiem starych chodaków, bo gdy są w wielkiem niebezpieczeństwie, przywracam je do zdrowia. Wszyscy uczciwi ludzie, co kiedykolwiek na wołowej skórze chodzili, chodzili na mojej robocie.

Flawiusz.  Lecz czemu dzisiaj warsztat opuściłeś?
Czemu z tym tłumem włóczysz się po mieście?

2 Obyw.  Żeby prędzej obuwie schodzili, a mnie przysporzyło się roboty. Ale rzetelnie mówiąc, panie, świętujemy, żeby zobaczyć Cezara i radować się z jego tryumfu.

Marullus.  Z czego się cieszyć? Gdzie jego podboje?
Gdzie jeńcy tłumem wiedzeni do Rzymu,
Tryumfalnego ozdoba rydwanu?
O tępe głowy, stokroć bydląt gorsze,
O serca twarde, twardsze od kamienia,
Czy wam nieznane imię Pompejusza?
Ileż to razy ubiegł wam dzień cały
Na murach, dachach, na kominach domów,
Z dziećmi na ręku, w cierpliwej nadziei,
Ze Pompejusza wielkiego ujrzycie?
Zaledwo rydwan jego się pokazał,
Ileż to razy, na wasze okrzyki,
W swoich głębinach zadrżał Tybr schowany
Na rozgłos echa swych brzegów skalistych?
A teraz szaty bierzecie świąteczne,
Tłumnie warsztaty wasze opuszczacie,
Sypiecie kwiaty na drogę zwycięzcy,
Co z Pompejusza krwi dziś tryumfuje.
Idźcie do domów, a tam, na kolanach,
Błagajcie bogów, by w swem miłosierdziu,
Raczyli od was plagi te odwrócić,
Które niewdzięczność wasza ściągnąć musi.
Flawiusz.  Słuchajcie rady tej, obywatele,

A, żeby grzech wasz do reszty okupić,
Ze wszystkich ulic zgromadźcie biedaków,
Nad brzegiem Tybru idźcie spólnie płakać,
Aż fale jego, łez potokiem wzdęte,
Dosięgną znaku największych wylewów.

(Wychodzą Obywatele).

Patrz, jak zły kruszec słowem dal się zmiękczyć;
Uciekli milczkiem w swej winy uczuciu.
Ty idź tą stroną do wzgórz Kapitolu,
Ja tamtą pójdę; gdy znajdziesz po drodze,
Zdzieraj z posągów świąteczne ozdoby.
Marullus.  Będzież nam wolno? Wszak dziś, jak wiesz dobrze,
Obchodzą w Rzymie święto Luperkaliów.
Flawiusz.  Nie zważaj na to; niechaj żaden posąg
Nie nosi znamion Cezara trofeów.
Ze wszystkich ulic pozmiatam hołotę,
I ty, gdzie znajdziesz, porozganiaj tłumy,
Z skrzydeł Cezara rwij rosnące pióra,
Ażeby średnim podlatywał szlakiem;
Inaczej bowiem w chmurach z ócz nam zniknie,
Zegnie nam karki niewolniczą trwogą. (Wychodzą).


SCENA II.
Plac publiczny w Rzymie.
(Wchodzą procesyonalnie, przy odgłosie muzyki: Cezar, Antoniusz ubrany do gonitwy, Kalpurnia, Porcya, Decyusz, Cycero, Brutus, Kassyusz i Kaska, za nimi tłumy ludu, śród którego Wróżbiarz).

Cezar.  Kalpurnio —
Kaska.  Cicho! bo Cezar chce mówić.

(Ustaje muzyka).

Cezar.  Kalpurnio —
Kalpurnia.  Słucham.
Cezar.  Stań na środku drogi,
Po której będzie przebiegał Antoniusz.
Antoni!
Antoniusz.  Jaka wola twa, Cezarze?

Cezar.  W twym biegu tylko nie omieszkaj, proszę,
Dotknąć Kalpurnii, bo jak mówią starzy,
W świętych gonitwach trącona niepłodna
Swej niepłodności utraca przekleństwo.
Antoniusz  Gdy Cezar mówi „zrób to“, rzecz zrobiona.
Cezar.  Zaczynaj, wierny przyjętym obrzędom. (Muzyka).
Wróżb.  Cezarze!
Cezar.  Któż to me wymówił imię?
Kaska.  Cicho! (Ustaje muzyka).
Cezar.  Kto z tłumu zawołał: Cezarze!
Głosem nad wszystkie trąby przenikliwszym?
Niech odpowiada, Cezar słuchać gotów.
Wróżb.  Strzeż się Id marca.
Cezar.  Co to jest za człowiek?
Brutus.  To wróżbiarz; radzi, byś strzegł się Id marca.
Cezar.  Niech się tu stawi, chcę w oczy mu spojrzeć.
Kaska.  Zbliż się, wróżbiarzu, spojrzyj na Cezara.
Cezar.  Co mi mówiłeś? Baz jeszcze mi powtórz.
Wróżb.  Strzeż się Id marca.
Cezar.  To jakiś marzyciel;
Dajmy mu pokój, a nie traćmy czasu.

(Odgłos trąb. Wychodzą wszyscy prócz Brutusa i Kassyusza).

Kassyusz  Czy chcesz zobaczyć cały ciąg gonitwy?
Brutus.  Nie.
Kassyusz  Chodź, chodź proszę.
Brutus.  Nie bawią mnie święta;
Brak mi na żywym duchu Antoniusza.
Lecz, żeby nie być twym chęciom zawadą,
Żegnam cię teraz.
Kassyusz  Słuchaj mnie, Brutusie.
Ze smutkiem widzę od pewnego czasu,
Że nie masz dla mnie ni spojrzeń uprzejmych,
Ani dowodów braterskiej miłości
Dla przyjaciela, który cię tak kocha,
Podając zimną, obojętną rękę.
Brutus.  Błędne twe sądy, dobry mój Kassyuszu;
Bo jeśli moje spojrzenia są chmurne,
To skutkiem uczuć w duszy mojej skrytych.

Jestem igraszką dziwnych namiętności,
Tysiące myśli w głowie mi się snuje,
Co mogły zmienić duszy mej obyczaj;
Lecz niech to moich nie smuci przyjaciół
(Do których liczby należysz, Kassyuszu),
Niech mówią raczej, widząc moją zmianę,
Że biedny Brutus, dziś w wojnie sam z sobą,
Oznak przyjaźni dla drugich zapomniał.
Kassyusz.  Więc mylnie o twych uczuciach sądziłem;
Błąd ten powodem, że w serca głębinach
Godne rozwagi pogrzebałem myśli.
Powiedz, czy możesz swoją twarz sam widzieć?
Brutus.  Nie, oko bowiem widzieć się nie może,
Chyba w zwierciedle odbite.
Kassyusz.  To prawda,
I rzecz bolesna, że nie masz, Brutusie,
Zwierciadła, w którem cieńbyś swój zobaczył,
Wartość twą całą, tajną dziś dla ciebie.
Słyszałem Rzymian, najpierwszych godnością,
(Z nieśmiertelnego wyjątkiem Cezara)
Pod jarzmem czasu boleśnie jęczących,
Którzy pragnęli, by szlachetny Brutus
Mógł mieć ich oczy.
Brutus.  W jakąż groźną przepaść
Chcesz mnie prowadzić, gdy pragniesz, Kassyuszu,
Bym szukał w sobie, czego we mnie niema?
Kassyusz.  Więc słuchaj teraz słów moich, Brutusie.
Skoro nie możesz sam siebie zobaczyć,
Pozwól niech twojem dziś będę zwierciadłem,
Niech ci odsłonię, co w tobie się kryje,
A o czem dotąd nie wiedziałeś jeszcze.
Słów mych, Brutusie, nie miej w podejrzeniu,
Bo gdybym tylko powszednim był śmieszkiem,
Gdybym na lada oznakę przyjaźni
Szafował wiecznej miłości przysięgi,
Pochlebiał drugim, cisnął ich do piersi,
Żeby ich potem czernić za oczyma,
Gdybym śród uczty wszystkim biesiadnikom,

Jak na potrawę, przyjaźń mą, zastawiał,
Mógłbyś mnie wtedy niebezpiecznym nazwać.

(Odgłos trąb i okrzyki za sceną)

Brutus.  Co krzyk ten znaczy? Drżę, aby lud rzymski
Cezara królem swoim nie obwołał.
Kassyusz.  Drżysz? Więc przypuszczam, że tego nie pragniesz?
Brutus.  Nie pragnę tego, choć kocham go szczerze.
Ale dlaczegóż tak długo mnie trzymasz?
Jaki twój zamiar? Co chcesz mi powiedzieć?
Jeśli publiczne dobro masz na celu,
Postaw śmierć z jednej, honor z drugiej strony,
Na oba spojrzę okiem obojętnem,
Bo niechaj bogi tak mi dopomogą,
Sława mi droższa nad życie jest moje.
Kassyusz.  Znam ja tak dobrze twojej duszy cnoty,
Jak znam dokładnie twarzy twojej rysy.
Więc słuchaj, honor słów mych będzie treścią.
Nie wiem, co myślisz o naszem tu życiu,
Co myślą inni; co do mnie, wyznaję,
Że chciałbym raczej umrzeć tysiąc razy,
Niż drżeć w obliczu równej mi istoty.
Wolny, jak Cezar, na świat ten przyszedłem,
I ty tak wolny, jak on, wyrośliśmy,
Jak on zimowe znosić zdolni mrozy.
Raz, zapamiętam, w dzień wietrzny i chłodny,
Gdy Tybr gniewliwie chłostał swoje brzegi,
Mówił mi Cezar: „masz serce, Kassyuszu,
W te gniewne fale skoczyć ze mną razem,
I do drugiego płynąć ze mną brzegu?“
Na jego słowa, jak byłem ubrany,
Skoczyłem w wodę, wołając: „płyń za mną!“
Jakoż w ryczące rzucił się bałwany;
Silnem ramieniem siekliśmy je wspólnie,
Torując drogę piersiom nieulękłym.
Lecz nim do naszej dobiliśmy mety,
Słyszę Cezara: „ratuj mnie, bo tonę!“
Ja, jak Eneasz, wielki nasz poprzednik,
Na swych ramionach, z gorejącej Troi,

Starego ojca uniósł Anchizesa,
Uratowałem z fal Tybru Cezara.
I ten sam Cezar bogiem dzisiaj został!
Kassyusz, jak robak, czołgać się ma przed nim
Na obojętne skinienie Cezara!
Na febrę zapadł, kiedy był w Hiszpanii,
Widziałem, cały trząsł się w paroksyzmie,
Tak jest, tym bogiem trzęsło zimno febry;
Przelękłe lica straciły rumieniec,
Oko, co dzisiaj trwoży świat spojrzeniem,
Blask utraciło; słyszałem, jak jęczał;
Język, którego każde słowo teraz
Rzym do swych dziejów skrzętnie zapisuje,
Jak słabe dziewczę, wolał miłosiernie:
„Podaj mi szklankę wody, Tytyniuszu“.
Jak się nie dziwić, gdy człowiek tak słaby
Prześciga teraz wszystkich majestatem,
Pierwszeństwa palmę sam sobie przywłaszcza.

(Odgłos trąb, okrzyki za sceną).

Brutus.  Krzykiem tym pewno lud rzymski potwierdza
Nowe zaszczyty na Cezara zlane.
Kassyusz.  Cezar, jak kolos, cały świat okraczył,
My się, jak karły, u nóg mu czołgamy,
Szukając grobu dla naszej niesławy.
Drogi Brutusie, są w życiu tem chwile,
W których przeznaczeń swych panem jest człowiek.
Jeśliśmy zeszli do nędznej sług roli,
To nasza tylko, nie gwiazd naszych wina.
Brutus i Cezar, — co jest w tym Cezarze?
W czem to nazwisko od twego dzielniejsze?
Napisz je razem, twoje równie piękne;
Wymów je razem, twoje równie dźwięczne;
Zważ je, tą samą w obu znajdziesz wagę;
Zaklnij ich siłą, a imię Brutusa
Wywoła duchy jak imię Cezara. (Okrzyki za sceną).
Powiedz, przez Boga, czem się Cezar żywi,
Że tak potężnie nad wszystkich nas wyrósł?
Wstyd czasom naszym! Utraciłeś, Rzymie,

Szlachetnych ludzi szlachetne nasiona!
Kiedyż wiek cały, od czasu potopu,
Mąż jeden tylko swą chwałą zapełniał?
Kiedyż po wielkich placach tego miasta
Mąż jeden tylko śmiałby się panoszyć?
Rzym, wielkie miasto, wielką jest pustynią,
Kiedy jednego ma tylko mieszkańca.
Jak ja, zapewne słyszałeś od ojców,
Że w naszem mieście żył przed laty Brutus,
Który tak chętnie zniósłby w jego murach
Stolicę dyabla jak godność królewską.
Brutus.  Wiem, że mnie kochasz; wiem, do czego zmierzasz.
Co o tem myślę, jak czasy te sądzę,
Później ci powiem; na teraz, Kassyuszu,
Nie mówmy o tem, na przyjaźń cię proszę.
Do serca wezmę, co już powiedziałeś,
Co masz powiedzieć, wysłucham cierpliwie.
Wynajdę porę lepszą, stosowniejszą,
W której pomówim o tej wielkiej sprawie,
Dziś, przyjacielu, jedno dodam słowo:
Przódyby Brutus wolał ziemię kopać,
Niż się imieniem syna Rzymu chełpić
Pod warunkami tak bolesnej treści,
Jakie nam czasy zdają się nakładać.
Kassyusz.  Cieszę się teraz, że słowa me słabe
Mogły tę iskrę z Brutusa wydobyć.

(Wchodzi Cezar z Orszakiem).

Brutus.  Święto skończone i Cezar powraca.
Kassyusz.  W przechodzie Kaśkę pociągnij za rękaw,
On nam opowie, na swój cierpki sposób,
Wszystkie ciekawe obrzędu wypadki.
Zrobię, jak mówisz. Ale patrz, Kassyuszu,
Brutus.  Zawisła chmura na czole Cezara,
Sług wyłajanych wszyscy mają minę,
Kalpurnia zbladła, oczy Cycerona,
Niby łasicy ogniste źrenice,
Błyszczą jak zawsze, kiedy w Kapitolu
Spotka śród rozpraw opór senatorów.

Kassyusz.  Kaśka nam całą powie tajemnicę.
Cezar.  Antoniuszu!
Antoniusz.  Cezarze!
Cezar.  Lubię otyłych ludzi koło siebie,
Z rumianą twarzą, a dobrym snem w nocy;
Ale ten Kassyusz, wybladły i chudy
Za wiele myśli — to Grek niebezpieczny.
Antoniusz.  Nie bój się; mąż to nie jest niebezpieczny,
To rzymski magnat i dobrze myślący.
Cezar.  Wolałbym jednak, by lepszej był tuszy.
Lecz nie drżę przed nim, choć, gdybym znał trwogę,
Z nikim mniej chętnie spotkaćbym się nie chciał,
Jak z tym z wywiędłą twarzą Kassyuszem.
Za wiele czyta, a bystrem spojrzeniem
Przenika ludzkie zamysły i czyny,
Nie lubi zabaw, jak ty, mój Antoni,
Unika pieśni, a tak się uśmiecha,
Jakby sam z siebie szydził, sobą gardził,
Ze mu co mogło uśmiech ten wywabić.
Dla takich ludzi zawsze jest goryczą,
Kiedy wyższego od siebie zobaczą:
Dlatego są to ludzie niebezpieczni.
Mówię to, czego lękaćby się trzeba,
A nie to, czego Cezarby się lękał,
Bo jestem zawsze, jak byłem, Cezarem.
Stań mi na prawo, ucho to nie słyszy,
Powiedz mi szczerze, co ty o nim myślisz.

(Wychodzi Cezar ze swoim Orszakiem, s którego zostaje tylko Kaska).

Kaska.  Pociągnąłeś mnie za rękaw; czy masz mi co powiedzieć?
Brutus.  Chciałem się spytać, co się wydarzyło,
Ze Cezar takie pochmurne ma czoło.
Kaska.  Jakto, czy z nim nie byłeś?
Brutus.  Czyżbym się pytał, co się wydarzyło?

Kaska.  Otóż ofiarowano mu koronę, ale on odepchnął ją płazem ręki — tak — na ten widok lud cały wybuchnął okrzykami.
Brutus.  A jaki był powód następnych okrzyków?
Kaska.  To samo.
Kassyusz.  Trzy razy brzmiały oklaski; co je wywołało po raz trzeci?
Kaska.  Zawsze to samo.
Brutus.  Więc mu trzy razy ofiarowano koronę?
Kaska.  Trzy razy, a on ją trzy razy odepchnął, a za każdym razem łagodniej, a na każde odepchnięcie moi uczciwi sąsiedzi wrzeszczeli z całego gardła.
Kaska.  Kto mu ofiarował koronę?
Kaska.  A któżby, jeśli nie Antoniusz!
Brutus.  Opowiedz nam wszystkie szczegóły, dobry Kasko.
Kaska.  Równieby mi było łatwo stryczek sobie na szyję zarzucić, jak wam wszystkie szczegóły opowiedzieć; było to proste błazeństwo i nie zwracałem na nie uwagi. Widziałem, jak Marek Antoniusz ofiarował mu koronę — choć to nie była korona, ale raczej coś na kształt wieńca — i jak wam mówiłem, Cezar odepchnął ją natychmiast, mimo tego jednak, mojem zdaniem, radby ją był zatrzymał. Niedługo potem ofiarował mu ją powtórnie, a on ją powtórnie odepchnął, choć, mojem zdaniem, markotno mu było usunąć od niej palce. Ofiarował mu ją nakoniec po raz trzeci, on ją po raz trzeci odepchnął, a za każdem odepchnięciem wrzeszczała hołota, klaskała w popadane ręce, ciskała do góry zatłuszczone szlafmice, i wyziewała taką masę śmierdzącego oddechu z radości, że Cezar nie przyjął korony, iż mało co nie udusiła Cezara, bo zemdlał i upadł. Co do mnie, lękałem się śmiać, z obawy, żebym otwierając usta, nie wciągnął zatrutego powietrza.
Kassyusz.  Jakto? Więc mówisz, że upadł omdlały?
Kaska.  Upadł na środku rynku; zapieniły mu się usta, stracił mowę.

Brutus.  Napadł go pewno paroksyzm padaczki.
Kassyusz.  Nie, nie, nie Cezar chory na padaczkę,
Lecz ty, Brutusie, lecz ja, ale Kaska.

Kaska.  Nie wiem, co przez to rozumiesz, ale tego jestem pewny, że Cezar upadł. Jeżeli hałastra nie klaskała i nie świstała, stosownie do tego, jak jej się podobał lub nie podobał, tak zupełnie, jak to robi z komedyantami na teatrze, ogłoście mnie za kłamcę przed światem.
Brutus.  A co powiedział, gdy do zmysłów wrócił?
Kaska.  Gdy postrzegł, nim upadł, iż głupia trzoda cieszyła się z tego, że nie przyjął korony, rozpiął togę i pokazał jej gardło, jakby pragnął, żeby mu go poderżnęła. Gdybym był jednym z tych czeladników, bodajem się dostał na samo dno piekła, między największych szubrawców, jeślibym go nie był wziął za słowo. Tak więc upadł, a ledwo przyszedł do zmysłów, powiedział, że jeśli mu się jakie niestosowne wymknęło słówko, prosi dostojnych słuchaczów, żeby raczyli pamiętać na jego niemoc. Trzy lub cztery dziewki przy mnie stojące krzyknęły: nieboraczek! i z całego serca wszystko mu przebaczyły. Ale nie trzeba na nie zważać, boć gdyby Cezar zamęczył własne ich matki, to i wtedy jeszcze zrobiłyby to samo.
Brutus.  I po tej scenie wyszedł zasmucony?
Kaska.  Tak jest.
Kassyusz.  Czy Cycero nic nie powiedział?
Kaska.  I owszem, powiedział coś po grecku.
Kassyusz.  Co takiego?
Kaska.  Jeśli wam to powiem, bodajem was nigdy więcej na oczy nie widział. Ale ci, co go zrozumieli, poglądali na siebie z uśmiechem i kiwali głowami; lecz dla mnie było to po grecku. Mam jeszcze inną dla was nowinę: Marullus i Flawiusz, za to, że zdarli wieńce z posągów Cezara, zostali skazani na milczenie. Żegnam was. Było tam jeszcze innych błazeństw niemało, tylko że zapomniałem.
Kassyusz.  Czy chcesz, Kasko, wieczerzać dziś ze mną?
Kaska.  Nie, przyjąłem już inne zaproszenie.
Kassyusz.  To przynajmniej jutro czy będziesz mógł przyjść do mnie na obiad?
Kaska.  Chętnie, jeśli jeszcze jutro będę przy życiu, lub ty nie zmienisz myśli, lub obiad twój wart będzie moich zębów.
Kassyusz.  Czekam więc na ciebie.
Kaska.  Czekaj. Bądźcie zdrowi! (Wychodzi).

Brutus.  Jakiż się ciężki zrobił z niego człowiek!
Miał jednak bystrość, gdy był z nami w szkole.
Kassyusz.  I ma ją teraz, tam gdzie czyn szlachetny
Czeka na pomoc duszy nieulękłej,
Ociężałości formą przyodziany.
Szorstkość jest tylko zaprawą dowcipu,
Robi smaczniejszem każde jego słowo.
Brutus.  I ja tak myślę. Bywaj zdrów, Kassyuszu;
Gdybyś chciał ze mną jutro się rozmówić,
Przyjdę do ciebie, lub jeżeli wolisz,
Będę na ciebie w domu moim czekał.
Kassyusz.  Przyjdę; tymczasem myśl o świata losach.

(Wychodzi Brutus).

Widzę, szlachetnym twoja myśl jest kruszcem,
Lecz wpływ ją obcy w żużel łatwo zmienia.
Rzecz też zbawienna, gdy szlachetna dusza
Tylko w szlachetnych dusz przebywa kole,
Bo któż tak silny, by się nie dać uwieść?
Cezar ma do mnie wstręt, Brutusa kocha;
Gdybym Brutusem, a on był Kassyuszem,
Nie takby łatwo serce moje podbił.
Tej nocy rzucę mu przez jego okna
Pisma różnemi kreślone rękami,
A wszystkich treścią wielkie poważanie
Całego Rzymu dla jego nazwiska;
Napomknę ciemno o Cezara dumie:
Niech potem Cezar strzeże swojej głowy,
Zginie — lub cięższe grożą nam okowy (wychodzi).


SCENA III.
Rzym. — Ulica.
(Grzmoty i błyskawice. Z dwóch stron przeciwnych wchodzą: Kaska z dobytym mieczem i Cycero).

Cycero.  Witam cię Kasko, czy byłeś śród tłumu,
Co odprowadził Cezara do domu?

Lecz co twa bladość, co przestrach twój znaczy?
Kaska.  Jakto? ty nie drżysz, kiedy ziemia cała
Na swych podstawach jak szałas się chwieje?
O Cyceronie, widziałem ja burze,
W których wiatr łamał dęby jak badyle,
Widziałem morze wściekłością spienione,
Jak wzdętą falą groźne chmury siekło,
Lecz nigdy, przedtem, tej dopiero nocy
Widziałem burzę ogniem miotającą.
Lub w niebie wojna szaleje domowa,
Lub zagniewany na ród ludzki Jowisz
Chce ziemię w popiół zamienić pożarem.
Cycero.  Czyś widział jakie cudowne zjawisko?
Kaska.  Prosty niewolnik (a znam go z widzenia)
Podniósł lewicę — buchnęła płomieniem
Jakby dwadzieścia gorzało pochodni,
A ręka jednak nie czuła płomienia.
Potem, patrz, oręż mam jeszcze dobyty,
Lwa zobaczyłem u stóp Kapitolu,
Krwawą źrenicą spojrzał na mnie groźno,
I wybiegł, żadnej nie robiąc mi krzywdy.
Spotkałem później tłumy bladych niewiast,
Skostniałych trwogą, które mi przysięgły,
Że przed ich okiem, po ulicach miasta
Tłum ludzi, całych w ogniu się wałęsał.
Wczora, ptak nocy, o samem południu
Usiadł na rynku i hukał żałośnie.
Na tyle cudów niech mi nikt nie mówi:
„To rzecz zwyczajna, dam ci tłomaczenie“,
Bo ja powiadam, to groźne są znaki
Klęsk dla tej ziemi, na której się jawią.
Cycero.  Wyznaję, Kasko, dziwne to są czasy;
Lecz ludzie rzeczy tak jak chcą tłomaczą,
Kiedy ich treści nie mogą przeniknąć.
Czy Cezar będzie jutro w Kapitolu?
Kaska.  Tak myślę. Wydał rozkaz Antoniemu,
By ci oznajmił jutrzejsze zebranie.
Cycero.  Dobranoc, Kasko, trudno się przechadzać

Pod takiem niebem.
Kaska.  Bądź zdrów, Cyceronie!

(Wychodzi Cycero. — Wchodzi Kassyusz).

Kassyusz.  Kto tam?
Kaska.  Rzymianin.
Kassyusz.  Poznałem cię z mowy.
To Kaśka.
Kaska.  Widzę, że dobre masz ucho.
Co za noc!
Kassyusz.  Właśnie dla uczciwych ludzi.
Kaska.  Kto widział kiedy niebo równie groźne?
Kassyusz.  Ten, który widział ziemię tak występną.
Co do mnie, Kasko, zbiegałem ulice,
Szydziłem z wszystkich gróźb’ burzliwej nocy,
Z togą rozpiętą, jak ją teraz widzisz,
Piorunom nagą pierś mą pokazałem;
A kiedy ogień niebieski się zdawał
Rozdzierać czarne sklepy firmamentu,
Podbiegłem stanąć na drodze błyskawic.
Kaska.  Czemu, Kassyuszu, niebo tak kusiłeś?
Wszak to rzecz ludzka drżeć i blednąc trwogą,
Gdy bóg potężny znak daje widomy
Swojego gniewu piorunów poselstwem.
Kassyusz.  Ciężki twój umysł; nie masz iskry życia,
Co tleć powinna w piersiach Rzymianina,
Lub, jeśli masz ją, popiół ją zasypał.
Twarz twoja blada, oczy obłąkane,
We wszystkich rysach twoga i zdziwienie,
Że niebo groźną zdradza niecierpliwość.
Lecz gdybyś zważył prawdziwe przyczyny
Ognia błyskawic, duchów wędrujących,
Ptastwa i bydląt natury niepomnych,
Starców bez myśli, dzieci rachujących;
Gdybyś chciał zbadać, skąd wszystkie istoty
Wspak przyrodzonych praw zdają się rządzić,
Łatwobyś odkrył, że to niebios wola
Te potworności wszystkie wywołała,
Ażeby przestrach znakiem był dla ludzi,

Że się coś w mieście knuje potwornego.
Ja ci też, Kasko, mógłbym wskazać męża,
Który do groźnej nocy tej podobny,
Grzmi, błyska, groby otwiera i ryczy
Jak lew przy bramach. Kapitolu ryczał;
Męża, co siłą tobie lub mnie równy,
Wyrósł potwornie i zagraża ziemi,
Jak jej groziły cudowne zjawiska.
Kaska.  Czy masz na myśli Cezara, Kassyuszu?
Kassyusz.  Na co się przyda wiedzieć, o kim mówię?
Swych przodków ciała mają dziś Rzymianie,
Lecz dusze przodków, niestety, umarły!
Duch matek naszych dzisiaj nami rządzi;
Niewieście dusze zdradzamy pokorą.
Kaska.  Prawda, słyszałem, że senatu myślą
Jutro Cezara uwieńczyć koroną,
Którą mu wszędzie nosić będzie wolno
Z jednym wyjątkiem włoskiej naszej ziemi.
Kassyusz.  To wiem, gdzie sztylet ten utopić trzeba;
Kassyusz z niewoli wybawi Kassyusza.
Tem bóg litosny słabym daje siłę,
Tem bóg poskramia tyranów potęgę;
Wieże kamienne, zatęchłe więzienia,
Spiżowe mury, żelazne kajdany
Potęgi ducha wstrzymać nie zdołają;
Duch, ziemskich kajdan znużony ciężarem,
Zawsze ma siłę do swobody wrócić.
Co wiem, niech ze mną i ziemia wie cała:
Cząstkę niewoli, która na mnie ciąży,
Kiedy zapragnę, otrząsnąć potrafię. (Grzmoty).
Kaska.  I ja w niej dłoni równą mam potęgę,
I jak ja, każdy niewolnik ma siłę
Swojej niewoli potargać łańcuchy.
Kassyusz.  Dlaczegóż Cezar ma tu być tyranem?
Biedne stworzenie! On wielkimby nie był,
Gdyby nie widział, żeśmy owiec trzodą,
I dla sarn stada on lwem tylko został.
Kto nagle wielki ogień chce zapalić,

Podsuwa iskrę pod snop wielkiej słomy:
Ach, jakie plewy, jakie z Rzymian śmiecie,
Kiedy płomieniem swym oświecać muszą
Tak nędzne, podłe jak Cezar stworzenie!
Lecz, o boleści! dokąd mnie prowadzisz?
Może rozmawiam z chętnym niewolnikiem,
I będę musiał z moich słów zdać liczbę;
Lecz miecz mam w dłoni, szydzę z niebezpieczeństw.
Kaska.  Rozmawiasz z Kaską nie z obłudnym szpiegiem.
Masz moją rękę; wyszukaj stronników,
Chętnych za krzywdy nasze pomsty szukać,
A moja noga tam stanie bez trwogi,
Gdzie najśmielszego znajdzie ślad mściciela.
Kassyusz.  Przyjmuję rękę. Słuchaj teraz, Kasko;
Już potrafiłem do myśli mych skłonić
Najpierwszych cnotą i znaczeniem Rzymian,
Z nimi układam wielkie przedsięwzięcia,
Pełne honoru, pełne niebezpieczeństw.
Wiem, że w tej chwili już wszyscy zebrani
Czekają na mnie w Pompeja krużganku,
Bo śród piorunów, śród tej nawałnicy
Puste i głuche są Rzymu ulice;
Wszystkie żywioły, jak zamiary nasze,
Są krwawe, groźne, ogniem buchające.

(Wchodzi Cynna).

Kaska.  Cicho, ktoś śpiesznym zdąża ku nam krokiem.
Kassyusz.  O, to przyjaciel; poznałem po chodzie,
To Cynna. Cynno, dokąd ci tak śpieszno?
Cynna.  Szukam cię. Kto to? Czy Metellus Cymber?
Kassyusz.  Nie, to jest Kaska, to nasz. Kto mnie czeka?
Cynna.  Cieszę się z tego. Co za noc straszliwa!
Kilku z nas dziwne widziało zjawiska.
Kassyusz.  Czy mnie czekają?
Cynna.  Wszyscy niecierpliwi.
O, gdybyś zdołał dobrej naszej sprawie
Zapewnić pomoc szlachetną Brutusa!
Kassyusz.  Dzielny mój Cynno, dobrej bądź otuchy.
Zabierz to pismo i dołóż starania,

Żeby je Brutus znalazł jutro rano
W pretorskiem krześle; a to, rzuć mu oknem;
A do posągu starego Brutusa
To przylep woskiem; później złącz się z nami,
Będziem w krużganku Pompejusza radzić.
Czy są tam Decyusz Brutus i Treboniusz?
Cynna.  Tylko Metellus Cymber nieobecny,
Wybiegł, ażeby w twym domu cię szukać.
A teraz idę zlecenia twe spełnić.
Kassyusz.  Idź, my czekamy w teatrze Pompeja.

(Wychodzi Cynna).

Chodź ze mną, Kasko, a nim dzień zaświta,
Pójdziemy razem do Brutusa domu.
Trzy jego części już po naszej stronie,
A będzie cały po pierwszej rozmowie.
Kaska.  O, Brutus silnie ludu sercem włada!
To coby zbrodnią mogło w nas się wydać,
Jego powagi wszechmocną alchemią
Zmieni się w cnotę i szlachetne dzieło.
Kassyusz.  Dobrze pojąłeś całą jego wartość,
Jego potrzebę dla naszych zamiarów.
Nie traćmy czasu, już północ minęła,
A nim zaświta, on naszym być musi. (Wychodzą).



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Shakespeare i tłumacza: Leon Ulrich.