Strona:Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare T. 7.djvu/28

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Szlachetnych ludzi szlachetne nasiona!
Kiedyż wiek cały, od czasu potopu,
Mąż jeden tylko swą chwałą zapełniał?
Kiedyż po wielkich placach tego miasta
Mąż jeden tylko śmiałby się panoszyć?
Rzym, wielkie miasto, wielką jest pustynią,
Kiedy jednego ma tylko mieszkańca.
Jak ja, zapewne słyszałeś od ojców,
Że w naszem mieście żył przed laty Brutus,
Który tak chętnie zniósłby w jego murach
Stolicę dyabla jak godność królewską.
Brutus.  Wiem, że mnie kochasz; wiem, do czego zmierzasz.
Co o tem myślę, jak czasy te sądzę,
Później ci powiem; na teraz, Kassyuszu,
Nie mówmy o tem, na przyjaźń cię proszę.
Do serca wezmę, co już powiedziałeś,
Co masz powiedzieć, wysłucham cierpliwie.
Wynajdę porę lepszą, stosowniejszą,
W której pomówim o tej wielkiej sprawie,
Dziś, przyjacielu, jedno dodam słowo:
Przódyby Brutus wolał ziemię kopać,
Niż się imieniem syna Rzymu chełpić
Pod warunkami tak bolesnej treści,
Jakie nam czasy zdają się nakładać.
Kassyusz.  Cieszę się teraz, że słowa me słabe
Mogły tę iskrę z Brutusa wydobyć.

(Wchodzi Cezar z Orszakiem).

Brutus.  Święto skończone i Cezar powraca.
Kassyusz.  W przechodzie Kaśkę pociągnij za rękaw,
On nam opowie, na swój cierpki sposób,
Wszystkie ciekawe obrzędu wypadki.
Zrobię, jak mówisz. Ale patrz, Kassyuszu,
Brutus.  Zawisła chmura na czole Cezara,
Sług wyłajanych wszyscy mają minę,
Kalpurnia zbladła, oczy Cycerona,
Niby łasicy ogniste źrenice,
Błyszczą jak zawsze, kiedy w Kapitolu
Spotka śród rozpraw opór senatorów.