Strona:Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare T. 7.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jestem igraszką dziwnych namiętności,
Tysiące myśli w głowie mi się snuje,
Co mogły zmienić duszy mej obyczaj;
Lecz niech to moich nie smuci przyjaciół
(Do których liczby należysz, Kassyuszu),
Niech mówią raczej, widząc moją zmianę,
Że biedny Brutus, dziś w wojnie sam z sobą,
Oznak przyjaźni dla drugich zapomniał.
Kassyusz.  Więc mylnie o twych uczuciach sądziłem;
Błąd ten powodem, że w serca głębinach
Godne rozwagi pogrzebałem myśli.
Powiedz, czy możesz swoją twarz sam widzieć?
Brutus.  Nie, oko bowiem widzieć się nie może,
Chyba w zwierciedle odbite.
Kassyusz.  To prawda,
I rzecz bolesna, że nie masz, Brutusie,
Zwierciadła, w którem cieńbyś swój zobaczył,
Wartość twą całą, tajną dziś dla ciebie.
Słyszałem Rzymian, najpierwszych godnością,
(Z nieśmiertelnego wyjątkiem Cezara)
Pod jarzmem czasu boleśnie jęczących,
Którzy pragnęli, by szlachetny Brutus
Mógł mieć ich oczy.
Brutus.  W jakąż groźną przepaść
Chcesz mnie prowadzić, gdy pragniesz, Kassyuszu,
Bym szukał w sobie, czego we mnie niema?
Kassyusz.  Więc słuchaj teraz słów moich, Brutusie.
Skoro nie możesz sam siebie zobaczyć,
Pozwól niech twojem dziś będę zwierciadłem,
Niech ci odsłonię, co w tobie się kryje,
A o czem dotąd nie wiedziałeś jeszcze.
Słów mych, Brutusie, nie miej w podejrzeniu,
Bo gdybym tylko powszednim był śmieszkiem,
Gdybym na lada oznakę przyjaźni
Szafował wiecznej miłości przysięgi,
Pochlebiał drugim, cisnął ich do piersi,
Żeby ich potem czernić za oczyma,
Gdybym śród uczty wszystkim biesiadnikom,