Julian Apostata (Mereżkowski, 1901)/Część I/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Dmitrij Mereżkowski
Tytuł Julian Apostata
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1901
Druk Towarzystwo Artystyczno-Wydawnicze
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Józef Czekalski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


III.

Rano odbywały się lekcye katechizmu, który wykładał aryanin[1] o bezbarwnych żabich oczach, z kościstemi, wiecznie wilgotnemi rękoma, długi i wyschły jak szczapa. Mnich aryański Eutropiusz miał niemiłe przyzwyczajenie pośliniwszy z lekka dłoń, szybko gładził rzadkie siwe kosmyki na skroniach, poczem niezwłocznie składał ręce i z lekka trzaskał stawami palców. Julian wiedział, że jedno nieuniknienie musi nastąpić po drugiem, i to w nim wywoływało męczące rozdrażnienie.
Eutropiusz chodził w czarnym habicie, łatanym i poplamionym, utrzymując, że czyni to z pokory; w istocie jednak był to sknera. Takim był przewodnik, wybrany przez opiekana duchownego Juliana, Euzebiusza z Nikomedyi.
Mnich posądzał swego ucznia o „tajemne skażenie moralne,” które, według niego, miało na Juliana sprowadzić wieczne potępienie, gdyby się nie poprawił.
To też Eutropiusz mówił mu niezmordowanie o uczuciu wdzięczności, jakie chłopiec powinien żywić dla dobroczyńcy swego, cesarza Konstancyusza, i wyjaśniając słowa Pisma, lub dogmat aryanizmu, albo alegoryę proroctw biblijnych, niezmiennie sprowadzał wszystko do tego jednego celu, do „tego źródła świętego posłuszeństwa i uległości synowskiej.” Religia pokory i miłości, ofiary męczeńskie — wyglądały jak szereg stopni, po których tryumfator Konstancyusz wkraczał na tron. Chwilami jednak, kiedy mnich aryański rozwodził się nad dobrodziejstwami, których Julian doznał od cesarza, chłopiec wlepiał w oczy nauczyciela spojrzenie głębokie i nieme. Wiedział, co w owej chwili myślał mnich, jak i ten również wiedział, o czem myśli jego uczeń, nigdy przecież nie wyrzekli do siebie słowa w tym przedmiocie. Tylko jeżeli potem Julian zacinał się, zapomniawszy jakiego bądź tekstu, albo kolei chronologicznej patryarchów Starego Zakonu, lub niedobrze wyuczonej modlitwy, Eutropiusz, milcząc, z rozkoszą wpatrywał się weń żabiemi swemi oczyma i z lekka chwytał go dwoma palcami za ucho, niby z pieszczoty — ale dziecko czuło, jak dwa twarde i ostre paznogcie zwolna wpijały mu się w ciało.
Pomimo posępnego wyglądu, Eutropiusz odznaczał się ironicznie wesołym temperamentem. Obdarzał swego ucznia najczulszymi epitetami, a jednocześnie drwił z jego cesarskiego pochodzenia.
Za każdym razem po takiem uszczypnięciu w ucho, gdy Julian bladł nie z bólu, lecz ze wściekłości, Eutropiusz przemawiał służalczo:
— Może twoja wysokość raczy się gniewać na swego uniżonego i ubogiego duchem niewolnika Eutropiusza?
Potem, pośliniwszy dłoń, gładził kosmyki siwych włosów na skroniach, trzaskał stawami chudych palców i dodawał, że nie zawadziłoby czasami wychłostać rózgą złych i leniwych chłopaków, gdyż Pismo Święte często o tem wspomina, jako o środku najodpowiedniejszym do oświecenia umysłów ciemnych i krnąbrnych.
Mówił to jedynie w celu ujarzmienia dyabelskiej pychy Juliana, który wiedział zresztą, że Eutropiusz nie odważyłby się nigdy na wykonanie swej groźby. Mnich w głębi duszy był przekonany, że dziecko przeniosłoby raczej śmierć nad chłostę, pomimo to jednak nauczyciel lubił rozprawiać o tem często i obszernie.
Przy końcu lekcyi, podczas wyjaśnienia jakiegoś tekstu, Julianowi wyrwała się wzmianka o antypodach, o których słyszał od Mardoniusza. Może zresztą umyślnie wspomniał o tem, by podrażnić mnicha. Ten jednak zaczął się śmiać cieniutkim, tłumionym śmiechem, starannie zasłaniając dłonią usta.
— Któż ci to, kochanku, nagadał o antypodach? Toś dopiero rozśmieszył mnie grzesznego! Wiem, wiem, ten stary głupiec Platon gdzieś o tem coś napisał. I tyś uwierzył z całą naiwnością, że ludzie chodzą na głowach?
Tu zaczął piętnować bezbożną herezyę filozofów. Czyż nie oburzającem przypuszczać, aby ludzie, stworzeni na obraz i podobieństwo Boże, mogli chodzić głową w dół, urągając w ten sposób niebu? Gdy zaś Julian, ujmując się za ulubionymi filozofami, wspomniał o kulistości ziemi, Eutropiusz nagle przestał się śmiać i, zaczerwieniony ze złości, zaczął tupać nogami:
— To od tego poganina Mardoniusza nasłuchałeś się pewnie takich łgarstw ateuszowskich!
W gniewie Eutropiusz zaczynał się jąkać i bryzgać śliną, która Julianowi wydawała się jadowitą. I teraz z zaciekłością rzucił się aryanin na wszystkich mędrców Hellady.
Dotknięty do żywego uwagą Juliana, zapominając, że uczeń jego dzieckiem jest jeszcze, puścił się na długie i poważne rozumowanie.
Pitagorasa, który „na starość zidyociał,” oskarżał o bezczelne zuchwalstwo. O bredniach Platona, jego zdaniem, nie było warto mówić; nazywał je wprost „wstrętnemi,” tak jak naukę Sokratesa „niedorzeczną.”
— Czytaj, co Dyogenes Laercyusz pisze o Sokratesie! — mówił złośliwie, — Przekonasz się, że to nie tylko był lichwiarz, ale prócz tego kalał się najohydniejszymi nałogami, o których wstyd nawet wspominać.
Ale najsilniejszą nienawiść żywił do Epikura.
— On nie wart nawet odpowiedzi. Zwierzęcość, z jaką oddawał się wszelkiego rodzaju chuciom, i nikczemność, z jaką czynił się niewolnikiem zmysłowych rozkoszy, są dostatecznym dowodem, że nie był to człowiek, lecz bydlę!..
Ochłonąwszy nieco, wziął się Eutropiusz do wyjaśniania nieuchwytnych scholastycznych odcieni dogmatów aryanizmu, z równą zajadłością miotając się na Kościół prawowierny i ekumeniczny, który za heretycki uważał.
Ze wspaniałego, choć zaniedbanego ogrodu, przez okno wdzierał się świeży wietrzyk. Julian udawał, że uważnie słucha, tymczasem zaś myślał zupełnie o czem innem, a mianowicie o swym ulubionym nauczycielu Mardoniuszu. Wspominał jego nauki, czytywanie Homera i Hezyoda. O, jakże to było niepodobne do lekcyi aryanina!
Mardoniusz nie deklamował Homera, ale zwyczajem starożytnych rapsodów, śpiewał go ku wielkiej uciesze Labdy, która utrzymywała, że „stary wyje, niby pies na księżyc.” Nieprzyzwyczajonemu mogło to w samej rzeczy wydawać się zrazu śmiesznem.
Stary eunuch skrupulatnie skandował każdą stopę heksametru, wymachując takt rękoma, a na żółtej i zwiędłej jego twarzy malowało się poważne skupienie.
Ale z każdą strofą potężniał piszczący głos kobiecy, i Julian przestawał spostrzegać brzydotę starca, a widział jedynie duszę żywą i zapalną, wstrząśniętą zachwytem nad potęgą piękna. Dreszcz rozkoszny przejmował mu ciało, podczas gdy boskie heksametry przelewały się, hucząc, niby fale morskie. Widział przed oczyma pożegnanie Hektora z Andromachą, Ulisesa, wzdychającego do Itaki na wyspie nimfy Kalipso, w obliczu smutnego, pustynnego morza. Jakiś słodki ból targał serce Juliana; była to dręcząca tęsknota do wieczyście uroczej Hellady, ojczyzny bogów i wszystkich kochanków piękna. Łzy czuć było w drżącym głosie mistrza, łzy toczyły się po jego żółtych policzkach.
Innym znów razom Mardoniusz mówił chłopcu o mądrości, o twardej cnocie, o śmierci bohaterów za wolność. O, jakże i te mowy również nie były podobne do nauk Eutropiusza! Mardoniusz opowiadał mu żywot Sokratesa. Dochodząc do apologii przed ludem ateńskim, stary nauczyciel przybierał postawę tryumfującą i recytował z pamięci mowę filozofa z zimną pogardą, zastygłą na twarzy. Zdawało się, że przemawia nie oskarżony, lecz sędzia ludu Sokrates nie żąda przebaczenia. Wszelka władza, wszelkie prawa państwa niczem są wobec wolności ducha człowieczego. Ateńczycy mogą go pozbawić życia, ale nie potrafią mu odebrać wolności i szczęścia jego duszy nieśmiertelnej.
I kiedy ten barbarzyniec Scyta, dawny niewolnik z nad brzegów Borystenu, wymawiał głośno wyraz: „ wolność,” zdawało się Julianowi, iż mieści on taką nadludzką piękność, wobec której bledną nawet obrazy Homera. Utkwiwszy w mistrzu oczy szeroko rozwarte, prawie obłąkane, drżał cały i drętwiał w zachwycie...
Dotknięcie zimnej kościstej dłoni wyrwało Juliana z marzeń. Lekcya skończyła się. Ukląkł, zmówił modlitwę dziękczynną i, uwolniwszy się od Eutropiusza, pobiegł do swego pokoju, aby chwycić książkę i pójść do ustronnego zakątka ogrodu. Tam bez przeszkody odczytywał „Symposion,” dzieło niecnego bezbożnika Platona, ze wszystkich najsurowiej zakazane.
Na schodach spotkał wychodzącego mnicha.
— Czekaj-no, czekaj, kochanie! Co to za książkę niesie twoja wysokość?
Julian spojrzał na niego i spokojnie podał mu książkę. Przeczytawszy na okładce pergaminowej wypisany wielkiemi literami tytuł: „Listy świętego Pawła apostoła,” Eutropiusz oddał mu ją, nie zaglądając do środka.
— To dobrze, dobrze... Pamiętaj, że odpowiadam za twoją duszę przed Bogiem i wielkim cesarzem. Nie czytaj ksiąg heretyckich, a zwłaszcza tych filozofów, których fałszywą mądrość dostatecznie ci dzisiaj wyjaśniłem.
Było to zwykłym podstępem dziecka zawijać niebezpieczne dzieła w okładki niewinne. Od najwcześniejszej młodości nauczył się Julian z niedziecinną doskonałością obłudy i znajdował najżywszą przyjemność w oszukiwaniu innych, a zwłaszcza Eutropiusza.
Nieraz kłamał i udawał bez potrzeby, z przyzwyczajenia, z uczuciem nienawistnej i mściwej radości. Tylko względem Mardoniusza był szczery.
W Macellum nie było końca intryg, potwarzy, plotek, podejrzeń i doniesień śród licznej a niezajętej służby. Cała ta brudna gawiedź dworska, pożądająca łaski pańskiej, dniem i nocą śledziła dwu braci cesarskiego rodu, popadłych w niełaskę.
Jak dawno Julian mógł sięgnąć pamięcią, zawsze z dnia na dzień oczekiwał śmierci, aż wreszcie zwolna oswoił się z tą nieustanną trwogą, wiedząc, że ani w domu, ani w ogrodzie nie zdolen uczynić kroku lub poruszenia, któreby uszło uwagi tysiąca ciekawych, choć niewidzialnych oczu. Dziecko słyszało i pojmowało wiele, chociaż musiało udawać, że nie wie o niczem. Raz doleciało do niego kilka wyrazów z rozmowy Eutropiusza ze szpiegiem, od cesarza Konstancyusza nasłanym, w której mnich nazywał Juliana i Gallusa „cesarskiemi szczeniętami.” Innym razem znowu w korytarzu pod oknami kuchni chłopiec usłyszał niespodzianie, jak rozgniewany z powodu jakiejś niegrzeczności Gallusa stary pijaczyna kucharz mówił do swej kochanki, niewolnicy, pomywaczki: „Niech Bóg czuwa nad moją duszą, Pryscyllo — jednak tego pojąć nie mogę, dlaczego ich dotychczas nie uduszono!”
Wyszedłszy po lekcyi z domu i znalazłszy się pośród zieleni drzew, Julian odetchnął swobodniej. Dwa uśnieżone wierzchołki góry Argeus biało się rysowały na błękitnem niebie. W powietrzu czuć było świeży powiew od sąsiednich lodowców. Szły w dal aleje bez końca, migotliwe, ciemnozielone liście południowych dębów „kamiennych” tworzyły nieprzenikliwe sklepienia; gdzieniegdzie tylko przez gałęzie platanów przeciskał się promień słońca. Z jednej tylko strony ogród był pozbawiony muru; zastępowało go urwisko. Na dole, aż do Antitauru na krańcu widnokręgu, drzemała martwa równina, ziejąca skwarem, a w ogrodzie toczyły się ożywcze wody, huczały kaskady, tryskały fontanny i szemrały strumyki w cieniu gęstego gaju oleandrów.
Macellum przed wiekami było ulubionem miejscem pobytu lubującego się w przepychu, nawpół obłąkanego króla Kapadocyi, Aryaratesa.
Julian, z księgą Platona w ręku, skierował się ku znajdującej się w pobliżu przepaści ustronnej grocie, w której stał posąg bożka Pana o nogach koźlich, grającego na flecie, oraz niewielki ołtarz ofiarny. Z rozwartej paszczęki lwiej tryskała do muszli kamiennej woda; wejście osłaniały krzaki róż herbacianych, przez których gałęzie widać było pagórki w dolinie, otulone siną, falującą jak morze mgłą. Zapach róż przepełniał grotę, której powietrze byłoby ciężkie, gdyby nie strumień kryształowy.
Wiatr unosił żółte płatki róż, zaściełał nimi ziemię i przyprószał wodę w basenie. Brzęk pszczół rozlegał się w ciemnem, ciepłem powietrzu.
Julian, wyciągnięty na mchu, czytał „Ucztę Platona.” Wielu ustępów nie rozumiał; powab książki stanowiło to, że była zakazana.
Skończywszy czytanie, znowu zawinął książkę w okładkę „Listów Apostoła Pawła,” poczem zbliżył się do ołtarza Pana, spojrzał na wesołego boga, niby dawnego powiernika, i odrzuciwszy pęk zeschłych liści, wyciągnął z zasłonionej deszczułką szpary w ołtarzu przedmiot jakiś, starannie tkaniną owinięty. Było to jego dzieło: prześliczna mała galera trójrzędna, „tryrema liburnyjska,” którą też zaraz wpuścił do wodozbioru. Galera zakołysała się na drobniutkich falach. Nic w niej nie brakowało. Miała trzy maszty, reje, wiosła, dziób wyzłacany, żagle sporządzone z kawałka jedwabiu, wyproszonego od Labdy. Pozostawało jeszcze tylko ster umocować, i chłopiec wziął się do roboty.
Strużąc deszczułkę, spoglądał niekiedy na odległe wzgórza, rysujące się jak fale po przez gaj różany. I przy tej zabawie zapominał wkrótce o wszystkich swych udręczeniach, o całej nienawiści i wiecznej obawie śmierci.
W tej grocie wyobrażał sobie, że jest zaginionym śród fal, w jaskini samotnej nad morzem siedzącym przebiegłym Ulisesem, że buduje statek, aby powrócić do ukochanej Itaki. Ale tam, pomiędzy wzgórzami, gdzie domy Cezarei bieliły się istotnie nakształt pian oceanu, krzyż jeden, niewielki krzyż, błyszczący ponad bazyliką, psuł mu wrażenie. Wiecznie ten krzyż!.. Starał się go nie widzieć, pocieszając się budowaniem galery.
— Julianie! Julianie! Gdzie jesteś? Eutropiusz cię szuka: czas iść do kościoła!
Wzdrygnął się chłopiec i pośpiesznie ukrył swój statek wewnątrz ołtarza Pana. Następnie wygładził włosy, otrzepał ubranie, a gdy wyszedł z groty, twarz jego miała znowu niedziecinny, jak gdyby życia pozbawiony wyraz nieprzeniknionej i głębokiej hipokryzyi.
Eutropiusz wziął go zimną, kościstą swą dłonią za rękę i poprowadził do kościoła.

Przypisy

  1. Aryanie, heretycy, którzy przeczyli bóstwa Jezusa Chrystusa, twierdząc, że nie jest on równy Bogu Ojcu i nie wieczny, lecz stworzony z woli Bożej, jak inne stworzenia, chociaż wyższy od wszystkich stworzeń. Poglądy założyciela sekty, Aryusza, były potępione 318 r. na synodzie w Aleksandryi, ale doktryna jego znalazła oddźwięk wśród ludu i pewnej części duchowieństwa. Walka z aryanizmem trwała długo. Niektórzy cesarze sprzyjali heretykom. W epoce, której obraz wystawia niniejszy romans, aryanizm, zmodyfikowany cokolwiek, panował na dworze konstantynopolitańskim, i urzędową formułą było twierdzenie, że Chrystus jest podobny, ale nie identyczny z Bogiem Ojcem. Dopiero za Teodozyusza Wielkiego, na synodzie konstantynopolitańskim 381, przyjęto t. zw. „symbolum Nicaeno-Constantinopolitanum,” gdzie uznano identyczność Ojca i Syna, i to zadało cios aryanizmowi, który osłabł w państwie Rzymskiem, ale odżył wśród ludów germańskich. W romansie niniejszym przedstawicielami chrześcijaństwa są aryanie i duchowieństwo aryańskie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Dmitrij Mereżkowski i tłumacza: Apolinary Antoni Czekalski.