Jarema/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Chryzostom Zachariasiewicz
Tytuł Jarema
Rozdział I. Przed dwudziestu laty
Pochodzenie Wybór pism Jana Zacharyasiewicza
Wydawca G. Gebethner i Spółka
Data wydania 1888
Druk S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skan na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
I.
Przed dwudziestu laty.
N

Na prostym wozie, wysłanym sianem, jechał w pewnym zakącie Galicyi, młody mężczyzna w czapeczce urzędnika. Naprzeciw niego siedział drugi, starszy, o czerwonych, szerokich policzkach. Z rubasznych jego ruchów można było wnosić, że to jakiś służący urzędowy. Na worku sieczki przykucnął chłop, zachęcając konie batem i lejcami do prędszego biegu.

Młody mężczyzna palił fajkę piankową i patrzył w prawo i lewo na rozległe pola. Amstsdiner[1] klął po niemiecku i węgiersku i łokciem szturchał chłopca, aby predzéj jechał, a chłop smagał biczem biedne konięta i obiecywał im w najbliższej karczmie sieczki i wody.
Dzień był lipcowy, gorący, okolica dosyć równa, przecięta szeroką rzeką na dwie połowy. A droga, którą jechali nasi podróżni, była prawdziwie polska, kręta i wązka, tak, jak ją sam Pan Bóg stworzył. Młody urzędnik miał więc co kilkaset kroków rozmaite niespodzianki. Tu dziura w moście, tam znowu przeprawa bez mostu, tu jakaś jama, a tam grobla wpoprzek drogi... a co chwila to nowy skręt, nowe widoki, a co wieś to inne, gorsze psy, które podróżnych na wszystkie strony oszczekiwały — słowem, wszystko to było dla niego jakiémś dziwnem pełném rozmaitości album, które go z razu bawiło, a w końcu niemiłosiernie mę- czyło.
— Armes Land! —[2] westchnął młody urzędnik i palił daléj fajkę. A amtsdiner klął i szturchał chłopca pod żebra.
Nagle zaskoczyła im drogę nowa niespodzianka. Nie była to ani dziura w moście, ani kałuża, które dla polskiego chłopa żadnéj nie stanowiłyby w drodze przeszkody, bo je zręcznie omijać umiał, ale była to góra niepospolita, która jakoś tak nagle przed nosem im wyrosła, że sobie tego na żaden sposób wytłumaczyć nie mogli. Urzędnik wyjął fajkę z ust, Amstdiner przestał chłopa szturchać i obaj wpatrzyli się w górę, która jakoś na skręcie drogi, z pomiędzy drzew ogrodu nagle wystrzeliła. Chłop tylko nie okazał zadziwienia. Złazł z worka sieczki i zaczął iść piechotą koło koni, dodając im ducha do mozolnéj pracy.
Wyrosła śród równiny góra, otoczona była ogrodami, jakby wieńcem zielonym.
— Co to za wieś? — zapytał chłopa młody urzędnik.
— Ta wieś nazywa się „Nowawieś“ — odparł tenże — a tam hen jest dwór, a ta góra „Nowagóra.“
— Nowagóra? — powtórzył zcicha urzędnik, zdziwiony tą szczególną myślą, że mogą być nowe i stare góry. A że to był człowiek uczony, zaczął więc amtsdinerowi opowiadać o wulkaniczném tworzeniu się gór i zacytował kilka przykładów z Oceanu Spokojnego, gdzie co noc kilka nowych gór i wysp wyrasta, a kilka w toń morza zapada. Chłop machał biczem i szedł koło koni. Urzędnik wyczerpał swój temat o wulkanicznych wybuchach; ciekawy był jednak, jak chlopski rozum podobne zjawiska natury pojmuje?
— A wiesz ty dlaczego ta góra nazywa się Nowagóra? — zapytał chłopa, mrugnąwszy dowcipnie na amtsdinera.
— A dlaczegóżbym nie wiedział? — odparł zagadnięty — wszyscy ludzie wiedzą o tém.
Młody urzędnik uśmiechnął się i odgarnął włosy od ucha.
— A toć to tak było, panie komisarzu — (chłop każdego pisarza cyrkułowego nazywa komisarzem) zaczął wożnica —historya to niedługa. Sołtys Jędrzéj ze Starejwsi miał się żenić z Małgorzatą Kubową. Już były wyszły zapowiedzi, kiedy Jędrzej poznał Katarzynę, która hen w tym dworze u pana służyła. I dworka tak mu głowę zawróciła, a nawet, jak mówią ludzie, jakiegoś zielska dała mu się napić, że Jędrzéj bez niéj ani rusz! I w dzień ślubu, gdy już wszyscy się poschodzili, Jędrzéj zaprzągł dwa dereszowate konie, aby uciec do Kasi. Małgorzata Kubowa w płacz i nuż włosy sobie rwać. Ale stare kumoszki poradziły jéj, aby się udała do św. Antoniego, który w takiéj potrzebie jest najlepszym patronem. I zaczęła prosić i prosić św. Antoniego, aby Jędrzejowi rzucił co w drogę, rzekę szeroką, las gęsty, albo górę wysoką. A św. Antoni rzekł do siebie: „Rzeki nie rzucę, bobym dużo chłopskich gruntów zatopił; lasem także popsułbym łąki; ale niewielka góra nikomu nie zaszkodzi. I bez tego jest tutaj mokrzyca, nic się nie rodzi, tylko szuwar i sitowie; a tak będzie ściek wody i gromada na tém dobrze wyjdzie.“ I uprosił Pana Boga św. Antoni, aby mu pozwolił między Starąwsią a Nowąwsią podnieść górę niewielką. Pan Bóg przystał na to, a nagle przed wozem Jędrzeja wyrosła góra. Jędrzéj zaciął konie i chciał górę przebyć, ale koło mu się złamało, a jak zaczął naprawiać i sobie rozmyślać, to namyślił się wrócić do Małgorzaty. Wziął z nią ślub i miał troje dzieci, a dworska Kaśka poszła za żołnierzami.
Młody urzędnik zamyślił się, a po chwili rzekł do amtsdinera:
— Volkspoesiel Schöne Volkssagen![3]
— I odtąd — mówił daléj chłop — kto w niedobréj myśli przez tę górę jedzie, którą nazwano Nowągórą, lub mając żonkę, kochanki szuka, ten tutaj może kark skręcić, albo przynajmniej żebra połamać.
Amtsdiner przestraszył się czegoś i z trwogą spojrzał na urzędnika; ten zaś uśmiechnął się i zapaliwszy fajkę, chciał właśnie zacząć rozprawiać o podaniach ludowych, gdy nagle coś pod nimi zatrzeszczało, i w téjże saméj chwili, jakby jakąś niewidzialną siłą podrzuceni, uderzyli się wzajem czołami i w ukośnéj linji z wozu do rowu wylecieli.
Amtsdiner obmacał czémprędzéj kark swój i żebra, potém kark i żebra swego towarzysza, a nie namacawszy żadnego szwanku, podziękował Najwyższemu za darowaną tym razem karę, jaka słusznie za niektóre domowe sprawy spotkaćby go mogła. Nie chcąc jednak przyznać się do winy, popatrzył z ukosa na młodego urzędnika, którego w wielkiém miał podejrzeniu. Widząc wszakże, iż ten z największą flegmą otrzepał sobie pluderki i nad rowem usiadł, zwalił całą winę na chłopa, ponieważ to do niego należało koło, które św. Antoni tak misternie połamał. Chłop zaś klął na wszystkie strony, nie wyrażając jednak komu.
W końcu uspokojono się, a chłop rzucił kapelusz i wziął się do naprawy. Podróżni usiedli nad brzegiem rowu, oczekując końca przygody, a tymczasem, każdy po swojemu, skracali sobie czas tytuniem i kontemplacyą.
Przecudny naokoło roztaczał się widok. Góra miała kilka zagięć, w których rozsiadły się chałupy wieśniacze i ogrody. Najwyżej sięgały lipy i topole dworskiego ogrodu, który, jak stary opiekun, wyglądał z poza czarnych strzech wieśniaczych. Między lipami bieliły się ściany dworu. Widok tych ścian różne na obu podróżnych czynił wrażenie, Amtsdiner marzył o smacznych polskich zrazach i doskonałéj kminkówce, a młody urzędnik, widząc przed oczyma jakieś białe, przezroczyste postacie, jakby rusałki lub najady, wychylające się ku niemu z poza gęstych, starych lip — mruknął: — „Wär, ich Kreishauptmann!“ —[4] i poprawił kołnierzyków. A schodząc potém ręką na kołnierz, namacał na nim tylko jeden mizerny poprzeczny pasek, najniższą oznakę godności urzędniczéj... Spuścił głowę i zasmucił się.
Śmiech szczery i rozgłośny, śmiech zdrowych wiejskich dzieci, wyrwał go z zamyślenia. Spojrzał przed siebie i ujrzał na zielonem pastwisku grupę pastuszków i pastuszek, którzy spędziwszy razem bydło, zabawiali się między sobą figlami.
Głównym przedmiotem wszystkich figlów i całéj zabawy była młoda piętnastoletnia dziewczynka, o jasnych, lśniących włosach Wzrost miała słuszny, ruchy wdzięczne i głos nadzwyczaj ujmujący. Widać było po całém ugrupowaniu, że wszyscy chłopcy starali się jéj przypodobać. Jedni dawali jéj kwiatki, drudzy płatali jéj psoty, a każdy swoim sposobem chciał jéj uwagę na siebie zwrócić.
Między chłopakami, którzy ją otaczali, odznaczał się jeden krępy, o czarnych kędzierżawych włosach pastuszek, mający lat około siedmnastu. Mały kapelusik nosił na bakier założony; czarne jego oczy biegały nieustannie, twarz jednak miał znacznie nad wiek swój starszą. Była pomarszczona i pomięta i w całym swoim układzie bardzo nieregularna. Czoło występowało naprzód i znamionowało człowieka upartego. Usta były zacięte, jakby go coś wewnątrz bolało. Zgoła nieprzyjemny był chłopak, i widać było po nim, że wiedział o swojém zewnętrzném upośledzeniu. Tém ogniściéj jednak strzelało jego oko na ładną dziewczynę, tém zawistniéj spoglądał na szczęśliwszych swoich rywali.
Ale złotowłosa dziewczyna wykręcała się, jak wrzeciono na pięcie, śmiała się do rozpuku i wyrywała się zgrabnie, gdy ją który z figlów za kaftan pochwycił.
Wreszcie stanęła pośrodku, podniosła drobne rączęta do góry i zaczęła przecudnie chłopcom improwizować. Mowiła im, że tego z nich pokocha, kto jéj w przetaku przyniesie wody z rzeki, kto bryłę śniegu za piecem ususzy w dzień św. Mikołaja, kto konie bez szléj do woza zaprzęgnie, kapelusz bez słomy uplecie, chlep upiecze bez mąki i masło zrobi bez śmietany...
A potém wykręciła się na jednéj nodze i prawiła znowu, że ten jéj mężem będzie, kto jéj na dłoni przyniesie złotego ptaszka, o złotych piórach, któryby za każdem podniesieniem skrzydełka gubił po jedném piórku...
Chlopcy zaczęli klaskać w ręce. Ale chłopiec o czarnych kędzierzawych włosach nie klaskał; stał ponury i zamyślony. Wnet porwał się z miejsca, jakby go coś nagle pchnęło, i co tchu zaczął biegać w kieruku, gdzie było widać białe dworskie ścianyz poza starych lip.
Młodego urzędnika zajęła ta szczególna scena; z coraz większym interesem przypatrywał się grupie pastuchów i pastuszek. Zwłaszcza uciekający od nich chłopak, o czarnych kędzierzawych włosach, zwrócił na siebie uwagę.
Ciekawém okiem patrzył za nim. Chłopak zaś malał coraz bardziej, wreszcie, jak mały czarny punkt zniknął w alei topolami wysadzonéj.
Urzędnik patrzył ciągle w tę ciemną drogę, ale chłopca długo, bardzo długo nie było widać.
Wreszcie ukazał się znowu czarny punkt w alei i stawał się coraz większym, większym, póki wyraźnie nie zrobił się z niego chłopak o czarnych, kędzierzawych włosach.
Ciekawość młodego urzędnika, który w tej chwili innego nie miał zajęcia, rosła coraz bardziéj; chłopiec bowiem niósł coś w ręce i skakał z radości.
Zbliżywszy się do grupy, wykręcił się dziesięć razy W koło, na znak radości, a zatrzymawszy się nagle przed żółtowłosą dziewczyną, wyciągnął ku niéj rękę.
I o dziwo! Na jego dłoni siedział mały, złoty ptaszek! Dziewczyna krzyknęła z zadziwienia, cała grupa stojących poruszyła się, a złoty ptaszek rozwinął tymczasem skrzydełka i słabym lotem podniósł się z ręki chłopca, aby na poblizkiéj brzózce wygodniej sobie usiąść.
Wszyscy krzyknęli i podnieśli ręce do góry, ale już było zapóżno. A złotowłosa westchnęła, bo i dla niéj było już zapóźno!...
— Patrz, patrz Huber! — zawołał młody urzędnik do amtsdinera — chłopiec ukradł zapewne we dworze kanarka, aby się tej tam dziewczynie podobać. Ergötzliche Scene[5].
Amtsdiner odchrząknął i wytrzeszczył głupie wołowe oczy, ale złotego ptaszka i złotowłoséj dziewczynki wcale nie widział. Chciał nawet wstać i z kijem iść do bawiących się dzieci, bo tak sobie tłumaczył wykrzyknik urzędnika; ale ten uspokoił go i upewnił, że scena ta bardzo przyjemną jest dla niego dystrakcyą. Powiedział mu nawet, że wieczorem zapisze ją sobie do dzienniczka, przyczém starał się amtsdinerowi dać jakie takie pojęcie o pisaniu dzienniczków, czyli pamiętników, i zachęcał go, aby toż samo czynił, zbierając w urzędowej podróży przygody i wrażenia.
Amtsdiner uśmiechnął się i przyrzekł, że dzisiaj zrobi początek i spróbuje, jak to pójdzie.
Tymczasem w ciemnej alei dworskiej powstał jakiś ruch niezwykły. Naprzód ukazał się młody pokojowiec z białym galonkiem u czapki, a dużym kijem w ręku. Za nim biegł jeszcze jakiś drugi chłopak, a za tym wpowiewnéj szacie ukazała się młoda dziewczynka, załamując ręce. Za nimi postępował nizkiego wzrostu jegomość, robiąc rękoma rozmaite uspakajające gesta.
Według wszelkiego prawdopodobieństwa była to pogoń za złotym ptaszkiem.
Młody urzędnik powstał, to samo uczynił i amtsdiner. Obaj obejrzeli starannie swoje kaputroki,[6] byli pewni. że to dziedzic Nowéj wsi zbliża się do nich.
I tak było w istocie. Za kilka chwil przybył pokojowiec, za nim dziewczynka, a niebawem przyłączył się do nich i sam jegomość.
Siedzący na drzewie kanarek popsuł wszystkim szyki; zdawało się bowiem, że zamiarem przybyszów było wziąć się niezwłocznie do egzekucyi, co tém łatwiéj stać się mogło, że kędzierzawy przestępca wcale nie uciekał, tylko spokojnie stał przy wylękłéj złotowłoséj dziewczynie. Ale ekzekucya moglaby spłoszyć kanarka z drzewa; potrzeba więc było najpierw myśléć o ocaleniu złotego ptaszka.
Młody urzędnik uważał teraz za rzecz przyzwoitą zbliżyć się do prawdopodobnego dziedzica Nowejwsi. Amtsdiner sądził tak samo, i podniósł już nogę, która sposobem wprost mechanicznym zaprowadzić go miała do pełnéj miski zrazów polskich.
Dziedzic szczerze przywitał gościa na swojej ziemi, bo tak Bóg i obyczaj nakazywali, a dowiedziawszy się, że nie jedzie do niego na sekwestracyą, zaprosił go uprzejmie na półmisek zrazów polskich, do których w duchu trzy razy oblizał się amtsdiner Huber. Przyrzekł także postarać się o naprawę koła, za co otrzymał od młodego urzędnika dziesięć uchyleń urzędowéj czapeczki i dwa razy tyle: „Padam do nóg.“
Nim się ta sprawa załatwiła, siedział już kanarek na dłoni młodéj dziewczynki, która przywabiła go z brzózki znanym pieszczonym głosikiem.
— War, ich Kreishauptmann! — pomyślał sobie w duchu urzędnik, i zerknął z ukosa za miłą blondyneczką.
— Gdyby to zaraz zrazy polskie dali! — marzył amtsdiner Huber, pozując, jak mógł najwspanialéj.
— Ile Wielmożny pan każe dać Jaremie? — pytał głośno pokojowiec, machając kijem. Jegomość spojrzał na urzędnika. Samowolna egzekucya wobec władzy wydała mu się niestosowną. Urzędnik zrozumiał to spojrzenie, a chcąc się dziedzicowi przypodobać, układał właśnie gotowy już wyrok w głowie, kiedy sobie przypomniał, że ten wyrok ubliżałby formalnościom przepisanym.
Zawoławszy więc chłopca, zapytał go naprzód „ad generalia:“
— Jak się nazywasz?
— Jarema — odpowiedział chłopiec, nie tracąc odwagi.
— A twój ojciec? — Ojca nie mam.
— Nazywał sie Magdziak — uzupełnił dziedzic.
— Czy byłeś kiedy indagowany? — pytał daléj urzędnik — czy siedziałeś w areszcie, lub czy cie bito? — dodał po chwili, widząc, że go chłopczyna nie rozumie.
— O, bito mnie nieraz — odparł — bił mnie opiekun i macocha.
I tak daléj ciągnął się protokół z delikwentem, aż przyszło w końcu do „species facti.“
— Wiec kanarka, jak mówi pan dziedzic, ukradłeś z klatki? W jakim celu to zrobiłeś?
— Bo Nastka powiedziała, że za mnie pójdzie, gdy jej złotego ptaszka przyniosę.
— A drzwiczki od klatki złamałeś — ciągnął daléj urzędnik — to jest kradzież.
Dziedzic uśmiechnął się na te krotochwilną scenę, którą urzędnik z całą uroczystością odgrywał. Blondyneczka zaś z trwogą patrzyła na amtsdinera, który kij swój wyginał na wszystkie strony.
— Przecież ci Niemcy nie będą go bili! — szepnęła zcicha do ojca.
Urzędnik zreferował wyrok i zaczął go wygłaszać. Jakkolwiek nie bardzo złą mówił polszczyzną, znać jednak było po niezbyt polskim akcencie niemieckie jego pochodzenie.
— Kradzież z włamaniem się do własności dominialnéj — mówił urzędnik — popełnił wprawdzie Jarema Magdziak, ale mówią za nim różne łagodzące okoliczności. Naprzód zaniedbane wychowanie, wczesna utrata opieki rodzicielskiej, niejasne wyobrażenie, o prawie własności, a w końcu namiętność, czyli raczej zbyt wygórowana żądza posiadania pięknéj blondyneczki (urzędnik zerknął tu na córkę dziedzica) — wszystko to są rzeczy, które karę za jego przekroczenie sprowadzają do minimum... A jeśli do tego zważymy, że jest małoletnim, jak w ogóle lud jest małoletnim, i ma po sobie opiekę „fiskusa,“ więc wnoszę, aby rzeczony Magdziak tym razem uwolniony był od kary cielesnej, a poszkodowanego uprasza się, aby na drugi raz grubsze dawał druty u klatki, bo inaczej będzie karany za dawanie pokusy do przestępstw ludziom, którzy jeszcze nie mają zbyt jasnego pojęcia o własności dominialnéj...
— Brawo! brawo! — zawołał szlachcic, którego dowcip urzędnika zaczął na seryo bawić — brawo panie komisarzu, (licentia poetica naszéj szlachty), brawo! będziesz niezawodnie starostą!
Nie uważał na to poczciwy szlachcic, że w żartobliwych słowach tego wyroku zawierał się cały ówczesny system rządowy, który niby małoletniego chłopca brał w opiekę wobec dworu, a w istocie usilną pracą stwarzał sobie ulubiony wtedy sposób rządzenia, którego dewizą jest: „Divide et impera!“
Urzędnik uradował się, że mu się powiodło z dowcipem. Ale mała blondyneczka, trzymająca kanarka na dłoni, nie rozumiejąc frazesów wyroku sądowego, zachmurzyła się i rzekła:
— Ja nie pozwolę bić Jaremy, on nic złego nie zrobił, bo kanarka mam w ręku.
— Jeśli panienka dobrodziejka w ten sposób mówi — odparł urzędnik z uśmiechem, w którym można było czytać: „Wär’ ich Kreishauptmann!“
— Jeśli panna tak mówi, to ja, jako sędzia i prokurator nie będę apelował, tylko malefikanta z wolnéj ręki w drodze łaski na wolność wypuszczę. Jarema Magdziak, pocałuj nogi panny dobrodziejki.
Chłopczyua stał spokojnie i wcale nie wiedział, jakie niebezpieczeństwo mu groziło. Na rozkaz urzędnika przystąpił z uśmiechem do córki dziedzica i schylił swój słomiany kapelusz do jéj kolan.
— Ein Mordkerl![7] szepnął urzędnik do dziedzica. — Gdybym był starostą, wziąłbym go sobie za służącego.
— Dobrze — rzekł, śmiejąc się dziedzic Nowejwsi — nim pan starostą zostaniesz, wezmę go tymczasem do siebie i przyuczę do usługi. A gdy pan ze złotym kołnierzem do mnie przyjedziesz i z Landsdragonem na koźle, to go panu oddam.
— Biorę pana dobrodzieja za słowo — odparł urzędnik — będzie to mój protegé.
Śmiano się i mówiono jeszcze wiele o kanarku i Jaremie, bo wszyscy byli jakoś W dobrym humorze. Pogoda była prześliczna; w dolinie jaśniały szerokie łany żółtych kłosów; mnóztwo robotników krzątan się w około.
Wszyscy ruszyli w pochód do dworu. Dziedzic szedł z urzędnikiem i rozpowiadał mu o procesie z gromadą o most nad rzeką. Blondyneczka bawiła się kanarkiem, wyrzucając mu jego niewdzięczność. Pokojowiec szedł z głową spuszczoną, że mu się nie udało palnąć kilkanaście kijów Jaremie, dla którego czuł jakąś nieodgadnioną antypatyą. A Jarema sam jeden wlókł się z tyłu, słuchając rozkazu dziedzica. Miał to być wcale nowy epizod w jego życiu. Z trwogą spoglądał z pod oka na kij pokojowca, który był o kilka cali dłuższy od dobrze znanego kija opiekuna. Tylko uśmiechnięta twarz urzędznika dodawała mu jakoś otuchy i budziła w nim lepsze nadzieje.
I tak szczęśliwie wszyscy zaszli do dworu. We dworze przyjęto gości, jak polski obyczaj kazał. Była herbata i zrazy z kaszą, ulubiona potrawa amtsdinera, który w kredensie dziwy rozpowiadał o swoim zaszczytnym urzędzie.
Wieczorem siadł gospodarz do zielonego stolika i przegrał do urzędnika w „halbe zwölfe“ dziesięć reńskich monetą konwencyjną. Urzędnik mniemał, że dzisiaj miał szczęście szczególne, a szlachcic uśmiechał się z ukosa do żonki i córki, które ten uśmiech jego doskonale rozumiały.
Około północy pisał urzędnik w swoim dzienniczku:
„... Ich muss mich üben in der Landessprache.[8] Panna Nowowiejska jest bardzo ładna. War' ich Kreishauptmann... Mam lat dwadzieścia pięć, ona ma piętnaście. Polska szlachta jest dobra i dobrze myśląca, byle tylko inni jéj nie bałamucili. A lud polski ślepo oddany rządowi. Nie dziw, rząd go proteguje, bo tak być powinno. Jarema ist ein Mordkerl! Muszę pamiętać o nim. Pastuchy mają własne swoje zwyczaje i obyczaje. Jest w nich wiele poezji, ale zdrowych, rzeczywistych pojęć bardzo mało. Lud polski jest dzieckiem jeszcze. Kto temu dziecku da mleka i papki, za tym pójdzie. Piastunka, jeśli mleka dziecku dać nie może, to mu obiecuje. Machiawel powiada, że jeśli czego dać nie można, to trzeba obiecać. Obiecałem wczoraj chłopom pół lasu pańskiego i trochę łąk. Z tego wprawdzie nie nie będzie, ale chłop będzie wiedział, kto mu chciał dać, a kto się temu sprzeciwiał... Huber jest człowiekiem bez najmniejszéj nauki. W drodze lubi jeść czosnek, co we mnie budzi mdłości. Panna Nowowiejska ma szafirowe oczy... Wolę Göthego, niźli Schillera... Historya Rotteka jest zanadto jednostronna... Gdybym był starostą, panna Nowowiejska musiałaby być moją żoną, i nie bałbym się „Nowéjgóry“ wtedy... Jarema ist ein Mordkerl. Z dniem jutrzejszym będzie mi się należało 27 fl. m. k. za dyety... Komisya może jeszcze potrwać dwa tygodnie. Mam moralne przekonanie, że Żyd ukradł, ale pan komisarz nie kazał na niego naciskać. Pan komisarz jest człowiekiem sumiennym; nie chce on nieszczęścia drugich. Żyd ma najlepsze mięso na cały obwód... W herbacie było dużo rumu... Coś mi się oczy kleją... Panna Nowowiejska...“
Na tém kończył się dzienniczek koncept-praktykanta obwodowego.
Amtsdiner Huber, zachęcony słowami przełożonego, kazał sobie lokajowi dać arkusz białego papieru i próbowal także na nim skreślić myśli i wrażenia dnia dzisiejszego. Po kilku przemazanych słowach i trzech żydach, napisal Huber:
„...Szczęście wielkie, żem dzisiaj karku nie zlamal. Głupia ta Nowagóra. Moja żona jest dziesięć lat starsza odemnie, a Babetta ma lat ośmnaście... Powinienem zawsze tę Nowągórę omijać. Dziś mi Pan Bóg darował, mam kark cały i żebra całe. Zrazy polskie były przesolone. Kasia pokojówka ma czarne oczy. Landsdragon Hans pożyczył u mnie brzytwy, która mnie kosztuje dwa cwancygiery. Chłopi nie lubią dziedzica, bo na niego robić muszą. Powiedziałem im to i owo, jak to zazwyczaj komisarz gada. Chlop powinien wiedziéć, kogo się trzymać. Powiedzialem wójtowi, że jak będą co mieli na dziedzica, to niech przyjdą do Hubera, a Huber zaprowadzi ich do starosty, gdy będzie w dobrym humorze. Zrazy były przydymione, kminkówka nieszczególna...“
Tutaj koniec dzienniczka amstdinera, bo olbrzymia plama atramentu usiadla na drodze, jak góra św. Antoniego przed wozem sołtysa Jędrzeja.
Jarema tymczasem leżał w piekarni na piecu i przewracał się na wszystkie boki. Niemógł na żaden sposób usnąć. Najrozmaitsze obrazy przebiegały mu przed oczyma. Widział jasnowłosą Nastusię, ale złotego ptaszka już nie było!...
Skoro świt, obudził go pokojowiec zachmurzony i wezwał przed dziedzica.




Przypisy

  1. Woźny.
  2. Biedny kraj!
  3. Poezya ludowa! Piękne ludowe podania!
  4. Gdybym ja był starostą!
  5. Zabawna scena.
  6. Surduty.
  7. Zuch.
  8. Muszę się doskonalić w języku krajowym.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Chryzostom Zachariasiewicz.