Józef Balsamo/Tom XI/Rozdział CXLV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom XI
Pobierz jako: Pobierz Cały tom XI jako ePub Pobierz Cały tom XI jako PDF Pobierz Cały tom XI jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CXLV
KONSULTACJA

Najgłębsza cisza panowała wokoło. Nie słychać było żadnego głosu ludzkiego, ani nawet szmeru wiatru.
Ruch w Trianon ustał już także, służba i dworzanie porozchodzili się do mieszkań, miniaturowy dwór delfinowej opustoszał zupełnie.
Andrea doznawała jakiejś obawy z powodu choroby, której doniosłość dali jej odczuć brat i lekarz. Dziwił ją również powrót doktora, który rano uznał jej przypadłości za nic nie znaczące, a wszelkie leki za zbyteczne. Ale dzięki niewinności przeczystej swej duszy nie domyślała się jeszcze podejrzeń, jakie inni mieli.
Doktór, zwróciwszy światło lampy na pacjentkę, ujął ją za rękę, ale nie jak lekarz puls badający, lecz jak przyjaciel lub spowiednik.
— Panno Andreo, czy pani życzyłaś sobie abym przybył, czy też było to tylko życzeniem brata pani?
— Brat mój, powróciwszy, oznajmił mi, że pan będzie u mnie, bo po tem, co miałam zaszczyt słyszeć od pana rano, nie byłabym śmiała jeszcze raz go fatygować.
Doktór skłonił głowę uprzejmie.
— Brat pani musi być człowiekiem bardzo gwałtownym, zazdrosnym, drażliwym na punkcie honoru, musi być nieprzystępnym w pewnych kwestjach, skoro nie chciała się pani przed nim wywnętrzyć...
Andrea spojrzała na pana Louis z tym samym wyrazem zdumienia co na Filipa.
— I pan także? — szepnęła wyniośle.
— Wybacz pani i pozwól mi dokończyć.
Andrea zrobiła gest, zdradzający poddanie się raczej, niż cierpliwość.
— Naturalne to zatem zupełnie, że widząc boleść i przeczuwając gniew tego młodego człowieka, upornie ukrywałaś pani przed nim swą tajemnicę. Ale ze mną, który jestem lekarzem zarówno ciała jak duszy, ze mną, który widzę jasno i mogę oszczędzić pani połowy przykrych wyznań, ze mną, mam nadzieję, będziesz pani zupełnie szczerą.
— Gdybym nie widziała wyrazu prawdziwej boleści na twarzy mego brata, gdybym nie wiedziała, że pan ma opinję poważnego uczonego, przypuściłabym, żeście się zmówili, aby odegrać komedję i przerażeniem i strachem skłonić mnie do zażycia jakiegoś bardzo strasznego, bardzo gorzkiego lekarstwa.
Doktór zmarszczył brwi.
— Panno Andreo, błagam cię, przerwij to udawanie.
— Udawanie?! — zawołała baronówna.
— Hipokryzję, jeżeli pani wolisz.
— Ależ pan mnie obrażasz!
— Powiedz pani, że cię przejrzałem.
— Panie!
— I Andrea żywo powstała, ale doktór zmusił ją delikatnie do pozostania na swem miejscu.
— Nie, nie, moje dziecko, ja cię nie obrażam, ja cię chcę przekonać, ja cię chcę ocalić! zatem ani niechętne spojrzenia, ani udane oburzenie nie zmienią mego postanowienia.
— Ale co pan chcesz, czego pan żądasz ode mnie, na litość Boga?
— Przyznaj się pani, albo, na honor, dasz mi najgorsze o sobie wyobrażenie.
— Panie, niema w tej chwili brata, aby stanął w mej obronie, a pan mi ubliżasz; mówię panu najszczerzej, że nic a nic nie rozumiem i proszę, wytłumacz mi pan jasno i wyraźnie co to za choroba...
— Ostatni raz pytam się pani, czy chcesz oszczędzić mi konieczności wywołania na twarzy twej rumieńców?
— Nie rozumiem, nie rozumiem, nie rozumiem — powtórzyła trzykrotnie Andrea, patrząc błyszczącym, nieufnym i prawie groźnym wzrokiem na doktora.
— Lecz ja panią rozumiem: spodziewasz się ukryć stan swój przed światem i przede mną nawet; ale mylisz się pani. Jesteś pani przy nadziei! w odmiennym stanie!
Andrea wydała straszny okrzyk i padła nieprzytomna na sofę.
Jednocześnie drzwi z trzaskiem otworzyły się i wpadł Filip ze sztyletem w ręku, z oczami, krwią nabiegłemi, drżącemi wargami.
— Nędzniku — zaryczał — kłamiesz!
Doktór zwrócił się zwolna do młodego człowieka, trzymając rękę na zamierającym pulsie Andrei.
— Powtarzam, co już raz powiedziałem, pańska szpada nie zmusi mnie do kłamstwa.
— Doktorze! — zawołał Filip rozpaczliwie, opuszczając szpadę.
— Chciałeś pan, abym zbadał panią powtórnie — zbadałem więc i mam teraz pewność zupełną, niczem nie zachwianą. Przykro mi to bardzo, bo pan wzbudziłeś we mnie tyle sympatji, ile wstrętu ta młoda osoba, tak uparta w swojem kłamstwie.
Andrea pozostała nieruchoma, ale Filip się poruszył.
— Jestem ojcem rodziny, szanowny panie — ciągnął dalej doktór — i dobrze pojmuję, co pan cierpisz. Służę więc panu swą pomocą i najbezwzględniejszą dyskrecją. Słowo moje jest zawsze święte, cenię je więcej, niż życie.
— Panie doktorze, to niepodobna!
— Nie wiem, czy to niepodobne do wiary, ale wiem, że prawdziwe. Dowidzenia, panie de Taverney.
I doktór z tym samym spokojem i powagą odwrócił się i spojrzał raz jeszcze ze współczuciem na młodego człowieka, wijącego się w bólu, na człowieka, który w chwili, kiedy drzwi się zamknęły, padł złamany rozpaczą, o dwa kroki od Andrei.
Po chwili Filip powstał, pozamykał drzwi od korytarza i od pokoju, pozamykał okna i zbliżył się do Andrei, wodzącej błędnem okiem dokoła.
— Nikczemnie i głupio postępowałaś ze mną rzekł, załamując ręce; — nikczemnie, bo jestem bratem twoim, bo kochałem cię i szanowałem nad wszystko, bo powinnaś mi była odpłacić się wzajemnością; głupio, bo hańbiąca tajemnica jest dziś w ręku osoby trzeciej. Gdybyś mi była odrazu wyznała w jakim stanie się znajdujesz, byłbym ci oszczędził wstydu, jeśli nie przez miłość, to przez egoizm, boć i sobie zarazem bym go oszczędził. Twój honor, póki nie jesteś zamężną, jest honorem wszystkich osób tego nazwiska, które nosisz, a raczej które plamisz. Odtąd nie jestem już twoim bratem, skoroś sama wyrzekła się tego, teraz jestem tylko interesowanym, który chce wyrwać ci twą tajemnicę, aby się mógł pomścić za ciebie. Powtarzam ci zatem, ponieważ byłaś na tyle podłą, że się dopuściłaś zbrodni, zostaniesz, jako podła, ukaraną. Wyznaj mi twój występek, albo...
— Groźby — zawołała wyniośle Andrea — groźby względem kobiety?...
I powstała dumna i blada.
— Grozisz mnie, która nie wiem o niczem, która nic tego wszystkiego nie rozumiem, która patrzę na was, jak na warjatów, co postanowili mnie o śmierć przyprawić z rozpaczy, jeżeli nie ze wstydu.
— Dobrze, dobrze... umieraj, jeżeli nie chcesz wyznać swej winy, umieraj i niechaj Bóg cię sądzi, bo ja uderzam...
I szpada, jak błyskawica, spoczęła ostrzem na piersiach dziewczyny.
— Zabij mnie! zabij!... — zawołała, podsuwając się pod cios wymierzony i rzucając się na ostrze z takim wybuchem rozpaczy i boleści, że szpada już już byłaby przeszyła jej piersi, lecz Filip cofnął gwałtownie rękę, przerażony widokiem purpurowych kropli krwi, które trysnęły na białe muśliny, spowijające biust Andrei.
Młody człowiek, którego gniew wyczerpał się wraz z siłami, cofnął się w tył, wypuścił z rąk broń, a rzucając się z łkaniem na kolana, chwycił siostrę w objęcia.
— Nie, nie, Andreo, nie ty, lecz ja umrzeć powinienem. Nie kochasz mnie już, wyparłaś się mnie zupełnie, co mi zatem po życiu! Kochasz kogoś do tego stopnia, iż wolisz śmierć moją, niż wyznanie. O! Andreo! nie ty, ale ja umrzeć muszę!
I zrobił ruch, jakby chciał uciekać, ale Andrea pochwyciła go oburącz za szyję, okrywała pocałunkami, we łzach kąpała.
— O! nie, Filipie, dobrze chciałeś zrobić przed chwilą, zabij mnie, zabij! skoro mówią, żem ja winna; tyś szlachetny, dobry, nieskalany, ty, którego nikt nie oskarża, żyj i żałuj mnie, lituj się nade mną, ale nie przeklinaj.
— Siostro moja, na Boga! na przyjaźń dawniejszą naszą zaklinam cię, nie lękaj się niczego, nie lękaj się ani o siebie, ani o tego, którego kochasz; będzie on świętym dla mnie, bez względu na to kimkolwiek jest, choćby to był wróg mój najzaciętszy, choćby ostatni z łudzi. Ale zresztą ja nie mam nieprzyjaciół, a twe serce i dusza tak są szlachetne, że musiałaś wybrać godnego siebie kochanka; przyjmę go więc i bratem moim go nazwę. Ale nic mi nie odpowiadasz, więc może małżeństwo wasze jest niemożliwe, — czy to masz biedaczko moja na myśli? Dobrze zatem — zamknę cały ból w sobie, zagłuszę honor, upominający się o krew. Nie żądam już nic od ciebie, nie żądam nawet nazwiska tego człowieka... proszę cię tylko, opuśćmy Francję, ucieknijmy oboje, Król cię obdarzył, jak słyszałem, bardzo hojnie; sprzedamy tę biżuterję, połowę sumy osiągniętej oddamy ojcu, za drugą będziemy żyć w ukryciu; ja ci będę wszystkiem, Andreo! Ty będziesz wszystkiem dla mnie, moja najdroższa. Ja nikogo więcej nie kocham, prócz ciebie, tobie wyłącznie jestem oddany. Możesz na mnie liczyć, Andreo. Czyż jeszcze będziesz odmawiać mi swego zaufania potem, co ci powiedziałem? Andreo, czy nie chcesz już nazywać mnie bratem?
Andrea słuchała słów Filipa jak skamieniała.
Tylko bicie serca wskazywało, że jeszcze żyje, a oczy, że rozumie co do niej mówią.
— Filipie, bracie — rzekła po długiem milczeniu — więc ty naprawdę myślałeś, że cię nie kocham, naprawdę przypuszczałeś, że kocham kogo innego, naprawdę myślałeś, że ja zapomniałam o honorze, ja, co tak doskonale pojmuję, jakie obowiązki nakłada na mnie godność i cześć kobiety? Przebaczam ci to, mój bracie; napróżno nazwałeś mnie pohańbioną i nikczemną, przebaczam ci to, ale nie wybaczyłabym ci nigdy, gdybyś mnie uznał za zdolną do krzywoprzysięstwa. Przysięgam ci, Filipie, na Boga, który nas słyszy, przysięgam ci na pamięć matki, przysięgam ci na moją gorącą miłość dla ciebie, że ani na chwilę miłość jakaś postronna nie powstała w mej głowie, że nigdy żaden obcy człowiek nie wyrzekł do mnie: „kocham cię“, nigdy niczyje usta nie dotknęły mej ręki, i jestem czystą, jak w dniu mojego urodzenia. Teraz Filipie, w ręku Boga jest moja dusza, a w twojem — ciało moje.
— Dobrze, dobrze, Andreo, dzięki ci za to; czytam teraz jasno w twej duszy. Jesteś czystą, niewinną, jesteś biedną ofiarą tylko. Są napoje usypiające, są eliksiry miłosne; ktoś podły sidła zastawił na ciebie. To, co na przytomnej z życiem mógł zdobyć tylko, wydarł we śnie podstępem. Tak Andreo! padłaś ofiarą nikczemnego podstępu; ale teraz jesteśmy znów złączeni, jesteśmy zatem silni. Składasz w me ręce swój honor, a więc i zemstę, czy prawda Andreo?
— Dobrze, dobrze — odpowiedziała z ponurym blaskiem w oczach — zemścij się za mnie, bo to będzie zemsta za zbrodnię.
— A więc, droga siostro, dopomagaj mi, podtrzymuj mnie. Szukajmy wspólnie, przejrzyjmy godzinę za godziną dnie ubiegłe, posiłkujmy się pamięcią, a może po niej dojdziemy razem do kłębka.
— Dobrze, dobrze, szukajmy!
— Czy nie spostrzegłaś, aby ktoś cię śledził, aby czatował na ciebie lub chodził za tobą?
— Nie.
— Nikt do ciebie nie pisał?
— Nikt.
— Nikt ci nie powiedział, że cię kocha?
— Nigdy.
— Kobiety mają w tym względzie instynkt wybitny; czyś nigdy nie odczuła, mimo braku wszelkich wyznań i listów, że ktoś cię pragnął?
— Nigdy nic podobnego nie spostrzegłam.
— Droga siostro, poszukajno w szczegółach twego życia, przejrzyj okoliczności...
— Pomóż mi, kochany bracie.
— Czyś robiła jakie samotne wycieczki?
— Nigdy nie chodzę sama, z wyjątkiem, gdy się udaję do delfinowej.
— A gdy chciałaś się przejść po parku lub po lesie?
— Chodziłam zawsze w towarzystwie Nicoliny.
— Czy ona cię opuściła?
— Tak.
— Kiedy?
— W dniu, w którym i ty odjeżdżałeś.
— Zdaje się, że była to dziewczyna podejrzanych obyczajów; czy znasz powody jej ucieczki? pomyślno dobrze.
— Wiem tylko, że uciekła z jakimś młodym człowiekiem, którego kochała.
— Czy miałaś z nią co do czynienia w ostatnich chwilach?
— Wieczorem, koło dziewiątej, przyszła, jak zwykle, do mego pokoju, rozebrała mnie, przygotowała mi szklankę wody, postawiła ją na stoliczku przy łóżku i wyszła.
— Czyś czasem nie zauważyła, aby co do tej wody przymieszała?
— Nie; przypominam sobie tylko, że w chwili, kiedy niosłam szklankę do ust, doznałam szczególnego jakiegoś wrażenia.
— Jakiego?
— Takiego samego, jak kiedyś w Taverney.
— W Taverney?
— Tak, wtedy, kiedy ów nieznajomy zatrzymał się u nas.
— Jaki nieznajomy?
— Hrabia Balsamo.
— Hrabia Balsamo? A jakież to — było wrażenie?
— Coś jakby zawrót, jakby nagłe olśnienie, a potem naraz utrata wszystkich zmysłów.
— I mówisz, żeś już tego doznała w Taverney?
— Tak.
— W jakich okolicznościach?
— Siedziałam przy fortepianie, spostrzegłam, że tracę przytomność, spojrzałam przed siebie i ujrzałam hrabiego w lustrze. Od tej chwili nie czułam nic i nie pamiętam nic oprócz tego, że obudziłam się na tem samem miejscu przy fortepianie, i że nie umiałam zdać sobie sprawy, jak długo byłam we śnie pogrążona.
— I to ten raz jedyny doznałaś czegoś podobnego?
— Nie. Także w tym dniu, a raczej podczas owej nocy szalonej, gdy puszczano sztuczne ognie, tłok, ścisk tak mnie uniósł, że o mało nie zostałam zaduszona, zbierałam wszystkie siły, aby stawiać opór; naraz uczułam, że ręce zesztywniałe mi opadają, mgła zasłoniła mi oczy; mimo to ujrzałam jeszcze tego samego człowieka.
— Hrabiego Balsamo?
— Tak.
— I zapadłaś w sen?...
— Tak, usnęłam, czy zemdlałam, nie mogę zdać sobie z tego sprawy. Wiesz, że mnie zabrał stamtąd i odwiózł ojcu.
— Tak, tak, a owej nocy kiedy Nicolina uciekła, czy go także widziałaś?
— Nie, ale uczułam wszystkie symptomy, które zwiastowały mi obecność jego: to samo dziwne wrażenie, to samo olśnienie nerwowe, to samo zesztywnienie i jakby sen letargiczny.
— Sen letargiczny, powiadasz?...
— Ten sen, odbierający mi przytomność, sen, z którym walcząc, odczuwałam wpływ tajemniczy, jakiemu ulegam.
— Wielki Boże! — krzyknął Filip — cóż dalej?
— Usnęłam.
— A gdzie?
— Na mojem własnem łóżku, jestem tego zupełnie pewną; znalazłam się jednakże potem na ziemi, na dywanie, sama, cierpiąca, zziębnięta, jakby umarła i w grobie zbudzona. Napróżno wołałam Nicoliny, już jej nie było.
— A ten sen, czy był taki sam właśnie?
— Najzupełniej.
— Taki sam jak w Taverney, jak w dniu owych uroczystości?
— Najzupełniej.
— I dwukrotnie, zanim uległaś, widziałaś owego Józefa Balsamo, owego hrabiego de Fenix?
— Najdokładniej.
— A poraz trzeci już go nie zobaczyłaś?
— Nie — odrzekła z przerażeniem, bo zaczęła coś pojmować — nie, ale go odczuwałam.
— Dobrze, więc bądź teraz spokojną, bądź dumną, siostro; zdobyłem tajemnicę. Dzięki ci, dzięki Andreo, jesteśmy zbawieni.
I Filip pochwycił Andreę w objęcia, przycisnął czule do serca i jakby porwany nagłem postanowieniem, wybiegł z pokoju, nie chcąc nic już więcej słyszeć. Pobiegł prosto ku stajniom, osiodłał sobie sam konia, a dosiadłszy go, popędził drogą do Paryża.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.