Józef Balsamo/Tom XI/Rozdział CXLIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom XI
Pobierz jako: Pobierz Cały tom XI jako ePub Pobierz Cały tom XI jako PDF Pobierz Cały tom XI jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CXLIV
BADANIE

Zaledwie Filip odzyskał przytomność i jako tako zapanował nad sobą, zwrócił się do mieszkania Andrei.
Im bardziej zbliżał się do pawilonu, tem więcej rozpraszała się jego obawa przed grożącem nieszczęściem; zdawało mu się, że miał sen przykry, który już przeminął.
Im więcej się oddalał od doktora, tem nieprawdopodobniejszem zdawało mu się to, co pomyślał.
— Tak, tak... z pewnością omylił się pan Louis tym razem. Toć, gdyby miał przekonanie niezłomne, nie dałby mi obietnicy, że zbada raz jeszcze Andreę.
Znalazłszy się jednak wobec siostry, młody oficer, tak był zmieniony, tak blady, że ona z kolei zaniepokoiła się o niego i zaczęła dopytywać co mu się przytrafić mogło.
Jedna rzecz mogła go tylko przerazić!
— Mój braciszku, więc ja naprawdę tak bardzo jestem chora?...
— Dlaczego?... — zapytał Filip.
— Bo chyba jeden doktór Louis potrafił cię tak przerazić?
— Nie, doktór mnie wcale nie zastraszył, owszem z wielką trudnością skłonić go zdołałem, aby cię raz jeszcze zobaczył.
— Więc będzie jeszcze?...
— Będzie, czyż ci to przykrość sprawia?...
I Filip, zadając to pytanie, zatopił badawczy wzrok w oczach siostry.
— O nie, owszem, będę bardzo zadowolona, byle cię to tylko uspokoiło; ale dlaczegoś taki blady Filipie?...
— Czy cię to niepokoi, Andreo?...
— Wątpisz?...
— Więc ty kochasz mnie, Andreo?...
— Co mówisz?...
— Pytam się, czy zawsze tak kochasz mnie jak dawniej?...
— O!... Filipie, Filipie!...
— Więc nie masz nikogo droższego nade mnie?
— Tyś mi najdroższy, jedyny!...
Nagle, rumieniąc się, dodała:
— Wybacz, zapomniałam...
— Że ojcu się pierwsze miejsce należy.
— Tak.
Filip ujął rękę siostry i patrząc na nią czule rzekł:
— Andreo, nie myśl, abym ci miał za złe, gdyby w sercu twojem odezwała się inna miłość, niźli miłość dla ojca lub brata. Jesteś w wieku, w którym, w młodych dziewczętach, odzywa się uczucie wbrew ich woli nawet, a wiesz, że i przykazanie boskie powiada: „opuścisz ojca i matkę twoją i pójdziesz za małżonkiem twoim“.
Andrea patrzyła na Filipa, jakby przemawiał do niej językiem obcym i niezrozumiałym, a później, wybuchając śmiechem — rzekła z naiwnością, niemożliwą do udania:
— Za małżonkiem! czy ty Filipie o moim jakimś mówisz małżonku?... o!... kto wie, czy się on już urodził; wcale nie jestem tego pewna.
— Zanim się poślubi małżonka, ma się, droga Andreo, wpierw narzeczonego, kochanka...
Andrea patrzyła, przykro zdziwiona, na Filipa, który zapuszczał wzrok badawczy w jej czyste dziewicze spojrzenie, odbijające całą, nawskroś szlachetną, duszyczkę baronówny.
— Droga moja, od najmłodszego wieku uważaliśmy się nawzajem za najlepszych przyjaciół; nigdy nie porzuciłem cię dla zabawy z rówieśnikami, dla pobujania z kolegami. Wzrastaliśmy razem; nigdy nic nie zamąciło ślepego zaufania, któreśmy w sobie pokładali. Andreo, co mogło wpłynąć na to, żeś się pierwsza i tak bez przyczyny dla mnie zmieniła?...
— Zmieniłam się, ja, dla ciebie?... Wytłumacz się, co to ma znaczyć, Filipie, bo doprawdy nic a nic nie rozumiem tego wszystkiego co mówisz od chwili powrotu.
— Tak jest, Andreo — powtórzył oficer, przyciskając siostrę do piersi — tak jest, uczucie miłości zastąpiło dawne uczucie dziecinne i nie uznajesz już abym był godnym tajemnic twego serduszka.
— Ależ bracie mój drogi, mój jedyny — mówiła coraz mocniej zdziwiona Andrea — co to ma znaczyć, co ty mówisz o jakiejś miłości?...
— Poruszyłem, siostrzyczko droga, kwestję, pełną niebezpieczeństw dla ciebie, a dla mnie pełną obaw. Ja wiem, że żądać twego zaufania w tej chwili, to zgubić się na zawsze w twem przekonaniu, ale wolę, chociaż z przykrością, mi to wymówić przychodzi, wolę uczuć, że mnie mniej kochasz, niż zostawić cię na łup nieszczęściu, jakie ci grozi, strasznemu nieszczęściu, Andreo, jeżeli nie zaufasz zupełnie swemu bratu — przyjacielowi.
— Bracie mój, przyjacielu mój jedyny, przysięgam ci, że nic a nic nie rozumiem tych wymówek.
— Czy pozwolisz, abym ci do zrozumienia dopomógł?...
— Proszę cię, błagam cię o to...
— A jeżeli, upoważniony przez ciebie, powiem co za dobitnie, jeżeli wywołam rumieniec na twoją twarzyczkę, jeżeli wstyd poruszy twe serce, czy wtedy nie będziesz mieć do mnie żalu? Czy przebaczysz mi, że przez brak zaufania, zmuszasz mnie sięgnąć w głąb twej duszy, aby wyrwać z niej bolesną tajemnicę.
— Mów co chcesz i zrób co chcesz, Filipie, przysięgam, że nie będę miała najmniejszej nawet pretensji.
Filip popatrzał na siostrę, powstał wzburzony i wielkimi krokami zaczął przebiegać pokój.
W zarzucie, jaki miał stawić Andrei i w spokoju młodej dziewczyny, było tak dziwne przeciwieństwo, że nie wiedział co ma myśleć.
Andrea, ze swej strony, patrzyła ze zdziwieniem na brata, sztywniała wobec uroczystego nastroju, tak różnego od słodkiej braterskiej wyższości, której się zwykle chętnie poddawała.
Nie czekając słów jego, wstała, ujęła go pod rękę i rzekła, patrząc mu prosto w oczy ze słodyczą niewymowną:
— Filipie, patrz na mnie tak, jak ja na ciebie!...
— Owszem, tego pragnę — mówił, zatapiając w niej błyszczące spojrzenie — cóż mi chcesz powiedzieć?....
— Chcę ci powiedzieć, że byłeś o moje uczucia zawsze trochę zazdrosny, jak zresztą i ja o twoje; więc popatrz na mnie, jak ci mówię. Czy widzisz tajemnicę w moich oczach?...
— Widzę, widzę... — zawołał — Andreo, ty kochasz kogoś?...
— Ja?... — krzyknęła z akcentem takiego zdziwienia, że najzręczniejsza komedjantka nie potrafiłaby tak udać — i śmiać się zaczęła.
— Ja kogoś kocham? — powtórzyła.
— W takim razie jesteś kochaną?
— Tem gorzej, bo jeżeli ten ktoś nie dał mi się nigdy poznać, nigdy mi swych uczuć nie wyraził, w takim razie są one stracone napróżno.
Filip, widząc siostrę śmiejącą się z taką swobodą i szczerością, widząc lazur przejrzysty jej spojrzenia i skromność zachowania, czując równe, spokojne bicie jej serca przy swem sercu, powiedział sobie, że miesiąc nieobecności nie mógł sprowadzić takiej zmiany w niepokalanym charakterze młodej dziewczyny, że ją posądzono niesłusznie, że wiedza lekarska pobłądziła. Tłumaczył doktora Louis tem, że nie znając kryształowej natury Andrei, mógł ją równać z innemi pannami, co pociągnięte niskimi przykładami lub przedwczesną gorącością krwi, poświęcały swą dziewiczość bez żalu, bez wstydu nawet.
Ostatnie spojrzenie, rzucone na Andreę, umocniło Filipa w przekonaniu o pomyłce doktora i uczuł się naraz tak szczęśliwym, że ucałował siostrę z zachwytem.
Właśnie w tej samej chwili dały się słyszeć kroki doktora Louis, który przybywał, czyniąc zadość przyrzeczeniu.
Andrea zadrżała, wszystko ją obecnie przerażało.
— Kto tam idzie? — zapytała.
— Zapewne doktór Louis — odpowiedział.
Drzwi się otworzyły i doktór, z takim niepokojem oczekiwany przez Filipa, ukazał się w pokoju.
Był to człowiek poważny i szlachetny, dla którego nauka była kapłaństwem, który tajniki wiedzy studjował z czcią religijną.
W owej epoce materjalizmu, doktór Louis, co jest niezwykle dziwnem, doszukiwał się w każdej chorobie fizycznej choroby ducha i szedł jasno i stanowczo po tej drodze sobie wytkniętej, nie zrażając się przeciwnościami i licząc się ściśle z czasem, co go opryskliwie usposabiało względem próżniaków i gadułów.
Dlatego tak ostro potraktował Filipa przy pierwszem spotkaniu, że go wziął za jednego z owych lowelasów salonowych, przybywających do doktora, aby ten powagą nauki osłonił ich bohaterskie zwycięstwa nad sercami — i dumnych z możności zapłacenia za dyskrecję. Ale z chwilą, gdy ujrzał odwrotną stronę medalu, gdy zamiast mniej lub więcej zakochanego fircyka, przedstawił mu się brat zgnębiony i groźny; z chwilą, gdy zamiast o skandalu, posłyszał o ciężkiem nieszczęściu, poważny filozof i człowiek szlachetny uczuł się wzruszonym i rzekł sam do siebie:
— Nietylko mogłem się omylić, ale pragnę, aby tak było.
I oto dlaczego, nawet bez nalegania Filipa, byłby odwiedził Andreę, aby zbadać ją bliżej, aby zdać sobie dokładniejszą sprawę z tego, co skonstatował przy pierwszej wizycie.
Od samego zaraz progu utkwił w baronównie badawcze swoje spojrzenie i nie spuszczał go z niej ani na chwilę.
Młoda dziewica, czy to z powodu wrażenia, spowodowanego wizytą doktora, czy wypadkiem tylko, uległa właśnie jednemu z tych ataków, jakie tak przeraziły Filipa. Po chwili zachwiała się i podniosła chusteczkę do ust, zaciśniętych boleśnie.
Filip, zajęty przyjęciem doktora, nie widział nic z tego wszystkiego.
— Witam pana, panie doktorze, wybacz, że cię tak gwałtownie napadłem, o ile jednak przed godziną widziałeś mnie wzburzonym, o tyle jestem teraz spokojny.
Doktór odwrócił na chwilę wzrok od Andrei i spojrzał na młodego człowieka, badając jego uśmiech i wylanie.
— Czy rozmawiałeś pan z siostrą, jak radziłem?
— Tak, doktorze, tak.
— I jesteś pan uspokojonym?
— Niebo mam w sercu.
Doktór ujął rękę Andrei i długo puls studjował.
Filip patrzał i zdawał się mówić:
— Badaj, doktorze, badaj, zupełnie się nie obawiam twojej opinji.
— No i cóż, panie doktorze? — zapytał triumfująco.
— Zechciej pan zostawić mnie sam na sam ze swą siostrą.
Słowa te zachwiały pewność Filipa.
— Jakto... jeszcze? — zapytał.
Doktór skinął głową potwierdzająco.
— Dobrze, szanowny panie — powiedział do pana Louis.
A zwróciwszy się do Andrei, dodał:
— Bądź zupełnie szczerą z doktorem, siostrzyczko.
Dziewczyna wzruszyła ramionami, jakby nie pojmowała czego chce od niej.
Filip powiedział jeszcze:
— Ja tymczasem pójdę się przejść po parku, a potem, ponieważ godzina, na którą kazałem przyprowadzić konie, jeszcze nie nadeszła, będę mógł przed odjazdem pogawędzić z tobą trochę. I uścisnął rękę Andrei, starając się uśmiechnąć. Panna de Taverney uczuła coś przymuszonego w tym uścisku i uśmiechu.
Doktór odprowadził Filipa do drzwi, zamknął je za nim, potem usiadł na sofie obok Andrei.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.