Józef Balsamo/Tom XI/Rozdział CXLIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom XI
Pobierz jako: Pobierz Cały tom XI jako ePub Pobierz Cały tom XI jako PDF Pobierz Cały tom XI jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CXLIII
POMYŁKA

Filip, rozmawiając z siostrą, obserwował ją nieustannie, co czując, Andrea, starała się gwałtownie panować nad sobą, aby nowemi omdleniami nie przerażać ukochanego brata.
Filip rozprawiał dużo o swych widokach i zamiarach, o zapomnieniu królewskiem i niestałości Richelieu’go, ale gdy posłyszał, że bije godzina siódma, zerwał się i popędził, nie troszcząc się wcale nawet o to, co sobie pomyśli Andrea.
Pobiegł prosto przed pawilon delfinowej i umieścił się w takim punkcie, aby uniknąć spotkania z dworzanami, a jednak, aby widzieć wszystkich wchodzących do pałacu.
Nie czekał nawet pięciu minut, gdy ujrzał zbliżającą się poważną i imponującą postać, w której, kierując się opisem Andrei, poznał doktora.
Pomimo, iż zapadający zmrok utrudniał czytanie, pan doktór, idąc zwolna, przerzucał wyszłą świeżo w Kolonji rozprawę: „O przyczynach i skutkach paraliżu żołądka“. Musiał zgadywać raczej, niż czytać, gdy naraz duży cień zasłonił mu resztę światła dziennego.
Podniósł głowę, a zobaczywszy tuż przed sobą stojącego mężczyznę, zapytał:
— A co takiego?
— Czy z panem doktorem Louis mam zaszczyt?
— Tak jest, panie — odpowiedział, składając książkę.
— Proszę o chwilkę rozmowy, jeśli łaska.
— Wybacz pan, ale muszę stawić się bezzwłocznie u księżnej delfinowej, nie mogę jej kazać czekać na siebie.
— Panie! — zawołał Filip z błagalnym ruchem, zastępując drogę panu Louis, — osoba, dla której pozyskać chcę opiekę pańską, należy do dworu Jej Królewskiej Mości i cierpi bardzo.
— O kim pan mówisz, przedewszystkiem?...
— O osobie, do której Jej Wysokość osobiście zaprowadziła pana.
— A! o pannie Taverney.
— O niej, szanowny panie...
— Aha! — wyrzekł doktór, obrzucając młodego człowieka badawczem spojrzeniem.
— Wie pan wszakże, że jest bardzo cierpiąca.
— Ma ciągłe mdłości, nieprawda?
— Tak jest, panie, co chwila traci przy tem przytomność; w przeciągu zaledwie kilku godzin trzy czy cztery razy padła mi bez życia na ręce.
— Więc jest gorzej tej młodej damie?
— To właśnie chciałbym wiedzieć, bo gdy się tak kogo kocha...
— Więc to pan kochasz pannę de Taverney?
— Więcej, niż własne życie, doktorze! Filip wyrzekł te słowa z takiem uniesieniem miłości braterskiej, że doktora zmyliło to co do ich znaczenia.
— Ach! więc to pan...
I doktór zatrzymał się, jakby z wahaniem.
— Co pan chcesz przez to powiedzieć, panie doktorze?...
— Że to pan w takim razie, pan jesteś...
— Kto, panie?
— No... jej kochanek, naturalnie, wybuchnął z niecierpliwością pan Louis.
Filip zrobił dwa kroki wtył, podniósł rękę do czoła i zbladł śmiertelnie.
— Panie, strzeż się, obrażasz moją siostrę!... — zawołał.
— Pańską siostrę? panna Andrea de Taverney jest zatem siostrą pańską?...
— Tak panie, sądzę, że nie powiedziałem nic takiego, coby mogło dać powód do tej szczególnej pomyłki z pańskiej strony.
— Wybacz mi szanowny panie, pora o której mnie zagabnąłeś, wyraz rozpaczy i tajemniczości, rozlany na twej twarzy, niepokój z jakim się zwracasz do mnie, wpłynęły na to, iż osądziłem, że uczucia tkliwsze, niż braterskie, łączą pana z panną...
— O!... panie, kochanek czy mąż, nie będzie nigdy kochał siostry mej głębszem niż moje uczuciem.
— W takim razie rozumiem, że przypuszczenie moje dotknęło pana boleśnie, wybacz mi pan i pozwól się pożegnać.
— Doktorze, nalegał Filip, błagam cię, nie opuszczaj mnie dopóki mnie nie uspokoisz co do stanu zdrowia mej siostry.
— Cóż pana jednak tak znowu zaniepokoiło?...
— Ależ to, co sam widziałem, proszę pana.
— Widziałeś symptomaty, zdradzające chorobę?...
— Bardzo poważną, doktorze.
— To rzecz względna, proszę pana.
— Doktorze, w tem wszystkiem kryje się coś szczególnego; mówisz pan, jakbyś nie chciał, czy nie miał odwagi wyznać mi szczerej prawdy.
— Przypuść pan lepiej, że mi strasznie pilno do delfinowej, która oczekuje...
— Doktorze, doktorze — mówił Filip, ocierając ręką pot spływający mu z czoła — więc wziąłeś mnie za kochanka panny de Taverney?...
— Tak, ale pan mnie wywiodłeś z błędu.
— Przypuszczasz jednak, że panna Taverney ma kochanka?...
— Wybacz pan, ale nie czuję się obowiązany zdawać sprawy z moich myśli.
— Doktorze, zlituj się nade mną! doktorze, rzuciłeś słowo, które utkwiło mi w sercu, jak ostrze sztyletu; nie staraj się teraz wrażenia tego zacierać. Doktorze! jaka jest choroba, którą czułeś się w obowiązku oznajmić kochankowi, a którą chcesz ukryć przed bratem?... Doktorze, błagam cię, odpowiedz.
— Ja nawzajem błagam pana, uwolnij mnie od odpowiedzi, bo widzę, że w tej chwili nie jesteś pan zdolnym panować nad sobą.
— Ach, Boże, czyż pan nie czujesz, że każde słowo pana coraz jaśniej ukazuje mi przepaść, przed którą drżę cały?
— Panie...
— Doktorze, to coś wyrzekł, pozwala mi domyślać się, że masz dla mnie wiadomość straszną, iż potrzeba całej zimnej krwi, całej odwagi, aby ją usłyszeć.
— Ależ panie de Taverney, ja nie wiem co pan sobie wyobrażasz, bo ja przecież nic podobnego nie mówiłem.
— O!... tysiąc razy gorzej mię pan dręczysz, niż gdybyś mi ostatecznie prawdę powiedział, bo tak strasznie, tak okrutnie każesz mi jej się domyślać. To nie jest litość, doktorze, rozdzierasz mi okrutnie serce, proszę cię, przemów, powiedz mi nakoniec. Ja mam i odwagę i zimną krew... Ta choroba, to hańba może?... O Boże, wielki Boże!... doktorze pan mi nie zaprzecza?
— Panie de Taverney, nie powiedziałem nic ani księżnej delfinowej, ani ojcu pańskiemu, ani panu; nie pytaj mnie pan o nic więcej.
— Tak, tak, ale odgaduję pana milczenie, śledzę myśl pańską, gonię za nią po ciemnej i strasznej drodze, po której idzie; wstrzymaj mnie, zawróć, jeżeli się błąkam przypadkiem...
— Żegnam pana — odrzekł doktór głosem wzruszonym.
— Nie, nie, pan mnie nie opuścisz nie powiedziawszy mi: tak, lub nie. Jedno jedyne słowo, błagam cię, zaklinam cię, doktorze.
Pan Louis przystanął zakłopotany.
— Panie — odrzekł — co przed chwilą dopiero wywołało tę fatalną pomyłkę, która tak pana zraniła?
— Nie mówmy o tem panie.
— Przeciwnie, mówmy o tem; przed chwilą, może zapóźno trochę, powiedziałeś mi pan, że panna de Taverney jest siostrą pańską. A poprzednio, z uniesieniem, które spowodowało mą pomyłkę, powiedziałeś pan, że kochasz ją więcej, niż własne życie.
— Prawda.
— Jeżeli pańska miłość jest tak silną, panna Andrea powinna odpłacić się panu wzajemnością?...
— O!... panie, Andrea kocha mnie także, jak nikogo na świecie.
— W takim razie wróć pan i zapytaj jej; badaj ją w tej sprawie, o której ja zamilczeć muszę; a jeżeli kocha pana, tak jak pan ją kochasz, w takim razie odpowie szczerze na zapytania. Są rzeczy, które się mówi bratu-przyjacielowi, a których nie chce się powiedzieć doktorowi, Może siostra zechce panu coś powiedzieć; ja nie chciałbym nasunąć nawet przypuszczenia. Dowidzenia!...
I doktór zawrócił się w stronę zamku.
— O!... nie, nie, to niepodobna!... — wołał Filip, oszalały z bólu, głosem od łkań przerywanym, głosem, rozdzierającym mu piersi — ja widać źle słyszałem. Niepodobna, żebyś mi to chciał powiedzieć!
Doktór usunął się delikatnie i rzekł ze współczuciem.
— Zrób pan tak, jak ci poradziłem — i wierz mi, że nie pozostaje nic lepszego.
— Pomyśl pan jednakże tylko, że uwierzyć w to, to rozwiać wiarę całego życia, to oczernić anioła, to Boga wyzywać, doktorze! Powiedz mi pan zdanie swoje otwarcie...
— Żegnam pana.
— Doktorze!... — zawołał Filip z rozpaczą.
— Panie Taverney, bądź pan ostrożnym, rzekł Louis, — jeżeli będziesz w ten sposób postępował, rozgłosisz przed wszystkimi to, co ja poprzysiągłem zachować w tajemnicy przed światem, co chciałem ukryć nawet przed panem.
— Tak, tak, masz rację, panie doktorze — powiedział Filip tak cicho, że zaledwie szept pochwycić się dało; — ale przecież człowiek może się zawsze omylić i panu mogło się to zdarzyć.
— Zapewne panie, ale jestem człowiekiem bardzo ostrożnym i nigdy nie wyrzeknę tak, dopóki najdokładniej się nie przekonam. Czasami mogę się mylić, nie przeczę bynajmniej, ale tym razem, według wszelkiego prawdopodobieństwa, nie omyliłem się niestety!... No, uspokój się pan i żegnaj mi.
Filip jednak nie mógł się jeszcze z tem pogodzić, pochwycił pana Louis za rękę z tak błagalnym wyrazem, że tenże się zatrzymał.
— Błagam o jedną najwyższą łaskę — mówił — widzisz pan jak mam umysł zmęczony, dostaję jakby obłędu... muszę się stanowczo przekonać, aby wiedzieć czy mam żyć, czy umrzeć... powracam do siostry, ale nie będę z nią mówił, póki pan raz jeszcze jej nie zobaczysz. Zmiłuj się, panie doktorze!
— Nie potrzebuję nic rozważać, bo nie mam już ani jednego wyrazu do dodania lub ujęcia od tego, com powiedział.
— Doktorze, uczyń to dla mnie! Będzie to łaska, której kat nie odmówiłby ofierze swej, przyrzeknij mi pan, że odwiedzisz siostrę, wracając od Jej Wysokości; doktorze, zaklinam cię na wszystkie świętości!
— Ha, skoro pan sobie tak bardzo tego życzysz, muszę ci zadośćuczynić.
— Dzięki, stokrotne dzięki. Przyjdź, przyjdź doktorze, a zobaczysz, żeś się pomylił.
— Pragnąłbym tego z całego serca i z radością przyznałbym się do pomyłki. Dowidzenia zatem...
I doktór, uwolniony nareszcie, zostawił Filipa drżącego febrycznie, zlanego zimnym potem, jakby dotkniętego obłędem. Nie zdawał on sobie sprawy gdzie się znajdował, z kim mówił, jakiej tajemnicy się dowiedział. Przez jakiś czas patrzył to na niebo, coraz więcej iskrzące się gwiazdami, to na pałac, coraz świetniej oświetlany.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.