Józef Balsamo/Tom VIII/Rozdział LXXXVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom VIII
Pobierz jako: Pobierz Cały tom VIII jako ePub Pobierz Cały tom VIII jako PDF Pobierz Cały tom VIII jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
LXXXVIII
KSIĄŻĘ D‘AIGUILLON

Podczas, gdy przyjaciele żegnali odjeżdżającego na wygnanie ministra, w Luciennes panowała niczem niezmącona radość.
Pani Dubarry była już teraz bożyszczem, przed którem chyliły się wszystkie głowy, w jej rękach jak na teraz, spoczywały losy Francji.
Wieczorem te same powozy, które przeprowadzały ministra do rogatek, pędziły z pośpiechem do pałacyku faworyty.
Ale pani Dubarry miała także swoją policję; szanowny jej braciszek wiedział dokładnie, kto żegnał przyjaźnie Choiseul’a. Żaden z takich nie został przyjęty przez hrabinę, obdzielającą najuprzejmiejszemi uśmiechy wiernych sobie sprzymierzeńców.
Gdy rozjechał się tłum dworzan i pozostali sami tylko wybrani, Richelieu rzekł do hrabiny:
— To dzień prawdziwie szczęśliwy, szanowna pani.
— Ale trzeba przyznać, że hrabia Balsamo, czy Fenix, czy jak go tam zechcesz zresztą nazywać, mój książę, jest najznakomitszym człowiekiem naszej epoki. Jakto dobrze, że nie palą teraz czarowników. To byłaby wielka szkoda.
— O tak, tak hrabino, to wielki człowiek!...
— A jest przytem i bardzo pięknym mężczyzną. Wiesz, książę, on mi się podoba.
— Przestań, hrabino, bo zacznę zazdrościć i zrobię ci scenę! — rzekł, śmiejąc się Richelieu.
Coby to był za niebezpieczny minister policji z tego czarownika?...
— Myślałam już o tem ale to niepodobna.
— Dlaczego, hrabino?
— Bo jakby przy nim wytrzymał który kolega?
— Jakto, hrabino?
— Wiedziałby o każdym wszystko, patrzałby ciągle w karty każdego...
Richelieu zaczerwienił się okrutnie.
— Hrabino — rzekł — chciałbym zostać jego kolegą, chciałbym aby nieustannie śledził grę moją, mogłabyś być pewną, że widziałby zawsze waleta kierowego u stóp damy i króla.
— Jesteś pełen dowcipu, mój książę, ale pomówmy trochę o naszem ministerjum. Czy zawiadomiłeś, książę, swojego siostrzeńca?
— D’Aiguiillon jest już w Paryżu, u rogatek rozminął się z powozem Choiseul’a, zdaje się, że jest to dla niego dobrą wróżbą.
— Istotnie. Kiedyż tu będzie?
— Czeka tylko na rozkazy twoje, hrabino. Uważał za stosowne, żeby go tu tak zaraz nie widziano.
— Poślijże, książę, po niego, bo jesteśmy sami.
— Jesteśmy w zupełnem porozumieniu ze sobą, nieprawdaż, hrabino?
— W jak najzupełniejszem, mój książę; mówiliśmy tedy, że wolisz wojnę niż dochody; czy tak? A może życzysz sobie marynarkę.
— Wolę wojnę, hrabino; znam się na tem najlepiej i tu najodpowiedniejszym być mogę.
— Dobrze, pomówię o tem z królem. Czy masz, książę, jakie antypatje?
— Do kogo?
— Może do kogo z tych, którzy mają być twymi kolegami, możnaby usunąć takiego.
— Jestem nadzwyczaj zgodny i łatwy w pożyciu. Ale pozwól, hrabino, poślę po mego siostrzeńca, jeżeli przyjąć go raczysz.
Richelieu zbliżył się do okna i dał znak swemu lokajowi, a ten pędem wybiegł za bramę.
Zaczęto oświecać salony, turkot powozu dał się słyszeć, Dubarry, pospieszyła do okna.
Stary marszałek uśmiechnął się do siebie.
— Dobrze nam tu będzie obydwum, zdaje się, że i wuj i siostrzeniec bardzo są dobrze widziani.
Otwarły się drzwi salonu i oznajmiono przybycie księcia d’Aiguillon.
Był to niezwykle piękny mężczyzna; jakkolwiek pierwsza jego młodość już minęła, postawa szlachetna, układ wytworny, strój pełen dobrego smaku — niezaprzeczoną dawał mu wyższość nad najmłodszymi.
Czoło wolne od zmarszczek, pięknie sklepione, znamionowało myśl głębszą, głowę trzymał wysoko i dumnie, wyraz twarzy miał smutny i zamyślony.
Piękne ręce, o arystokratycznych kształtach, miał tak białe, że nawet koronki mankietów zaćmić ich nie mogły. W całej postaci malowała się tkliwość poety, wyniosłość wielkiego pana i muskularność muszkietera. Te trzy typy, złączone razem, w jednej osobie, musiały wywrzeć wrażenie na pięknej hrabinie.
Przez dziwny zbieg okoliczności, dwoje tych ludzi nie spotkało się było jeszcze dotąd u dworu, pomimo, że Dubarry panowała już na nim od tak dawna. Dawniej, kiedy jeszcze nie nosiła ani tego nazwiska, ani tytułu hrabiny, lecz była tylko śliczną istotką, uśmiechniętą i kochaną przez mnóstwo młodych ludzi, bogatych i dorodnych, w ich liczbie był także i książę d’Aiguillon. I on, za przykładem innych, układał rymy na cześć pięknej Joasi, i nazywał ją aniołem, parafrazując jej nazwisko rodzinne na: l’ange; ale gdy stary król, pod przybranem nazwiskiem barona de Genesse, zaczął rywalizować z całą świetną młodzieżą, panna Lange zamknęła drzwi dawnym swoim gościom, a książę d’Aiguillon wyjechał do Bretonji. Rozstali się nie zawiązawszy żadnego serdeczniejszego stosunku, pomimo niezaprzeczonej wzajemnej sympatji.
Pani Dubarry niewiele zajmowała się początkowo zniknięciem pana d’Aiguilon, ale gdy upływały lata, a on się nie zgłaszał, osądziła, że był człowiekiem wielkiego serca i rozumu.
Bo przeszłość pani Dubarry nieraz wielkiego nabawiała ją kłopotu, a raz nawet była powodem skandalu, gdy jakiś prosty muszkieter zgłosił się, aby odnowić dawne stosunki.
Z niecierpliwością też oczekiwała przybycia księcia, chcąc się przekonać, czy był do tego stopnia delikatny, czy też nie wiedział poprostu, z kim miał do czynienia.
Książę wszedł; ukłonił się i zatrzymał chwilę.
Richelieu powstał, wziął go za rękę, a przedstawiając pani Dubarry, rzekł:
— Książę d’Aiguillon, hrabino, nie przedstawiam ci go jako mego siostrzeńca, ale jako twego najwierniejszego sługę.
Hrabina popatrzyła badawczo na swego gościa, ale nie dojrzała najlżejszej zmiany na jego twarzy. Pochylony przez chwilę, podniósł książę na faworytę wzrok spokojny i pełen szacunku.
— Książę de Richelieu jest moim przyjacielem, czy mogę mieć nadzieję, że i siostrzeniec jego zechce mieć także dla mnie trochę życzliwości? — odezwała się Dubarry.
— Będę się usilnie starał zasłużyć sobie na względy pani hrabiny — odpowiedział książę d’Aiguillon z ponownym ukłonem.
— Podobno dość książę wycierpiałeś w Bretonji?... — zapytała hrabina.
— O, bardzo wiele, ale to jeszcze nie koniec — odpowiedział d’Aiguillon.
— Ja sądzę, że tam już wszystko teraz skończone, a tu, książę, może być bardzo panu de Richelieu pomocny.
D’Aiguillon spojrzał zdziwiony na swego wuja.
— Widzę, że panowie nie mieliście jeszcze czasu porozumieć się z sobą; pozostawiam was zatem samych, a proszę dom mój uważać za własny.
Rzekłszy to, wyszła z pokoju.
Obok buduaru, w którym pozostał Richelieu ze swoim siostrzeńcem, był gabinecik chiński, ulubione miejsce posiedzeń króla, z panią Dubarry.
Od buduaru przedzielała go ściana, tak cienka, iż można było dokładnie słyszeć wszystko, co mówiono obok. Dubarry chciała skorzystać ze sposobności, chciała dowiedzieć się o rzeczywistych zamiarach obu panów. Ale Richelieu znał tajemnicę, i, zamiast dać się w pole wyprowadzić, postanowił wyzyskać rozmowę na swoję korzyść.
Siadłszy obok siostrzeńca, zaczął:
— Widzisz, jak tu jestem dobrze widziany.
— Widzę to, wuju.
— Miałem szczęście zaskarbić sobie łaski tej ślicznej kobiety, uważanej za królowę, i można powiedzieć, będącej nią w istocie.
D’Aiguillon skinął głową, potakująco.
— Pani Dubarry — mówił dalej Richelieu, — obiecała mi wyrobić tekę ministerjalną.
— Wszak ci się ona należy, wuju.
— Nie wiem, czy mi się należy, ale jeśli ją otrzymam, chciałbym się zająć tobą, mój drogi.
— Dziękuję księciu, dałeś mi już nieraz dowody swojej o mnie pamięci.
— Czy nie masz czego na myśli, d’Aiguillon?
— Jak na teraz, o niczem nie myślę, dość mi będzie, gdy zdołam uratować mój tytuł para Francji i księcia, gdyż parlament domaga się, aby mnie zdegradowano.
— Czy możesz liczyć na jakie poparcie?
— Na żadne, wuju.
— To byłbyś przepadł napewno, gdyby nie ta szczęśliwa okoliczność.
— Napewno.
— Mówisz spokojnie, jak filozof... Ale ja też nie oszczędzam cię wcale i mówię z tobą nie jak wuj kochający, ale jak minister.
— Rozczula mnie, kochany wuju, twoja dobroć.
— Rozumiesz przecie, że jeżeli wezwałem cię z takim pośpiechem, to dlatego tylko, że chcę ci dać świetne stanowisko. Czy zastanawiałeś się kiedy nad rolą, jaką grał de Choiseul przez lat dziesięć?...
— Pozycja jego była bardzo piękna.
— Tak była piękną dopóty, dopóki żył zgodnie z panią de Pompadour i, póki przy jej pomocy, rządził królem, ale stała się bardzo smutną, gdy pokłóciwszy się z panią Dubarry, został skazany na wygnanie i otrzymał rozkaz wyjazdu w przeciągu dwudziestu czterech godzin... Nic nie odpowiadasz?...
— Słucham wuja i staram się zrozumieć do czego zmierzasz.
— Podoba ci się pierwsza rola Choiseul’a?
— Naturalnie.
— A więc, mój drogi, ja postanowiłem grać tę pierwszą rolę.
D’Aiguillon, zwrócił się nagle do wuja:
— Czy nie żartujesz tylko sobie wuju?
— Dlaczegóż to za żarty uważasz?...
— Jakto, chcesz zostać kochankiem pani Dubarry?
— To byłoby zawiele, widzę jednak, żeś mnie zrozumiał. Choiseul był bardzo szczęśliwy, rządził królem i jego faworytą; kochał się podobno w pani de Pompadour... A dlaczegóżby nie?... Widzę twój uśmiech szyderski, patrzysz młodemi oczami na moją twarz pomarszczoną, oczy zagasłe i ręce kościste, które kiedyś były tak piękne i mówisz sobie, że czas na miłość minął już dla mnie bezpowrotnie. Powiem ci prawdę, że w tym razie liczyłem na pomoc twoją, liczyłem, że ty mi pomożesz do odgrywania roli Choiseul’a.
— Ależ, wuju!...
— Wiem, że nie mogę być kochanym przez panią Dubarry, a jednak mógłbym kochać do szaleństwa tę kobietę, gdyby....
D’Aiguillon zmarszczył czoło.
— Ale — mówił dalej Richelieu, — zrobiłem sobie plan znakomity; wiek mój pozbawia mnie możności grania tej roli, a więc mogę się wyręczyć....
— Czy tak?... — rzekł d’Aiguillon.
— Ktoś z moich może pokochać panią Dubarry... Śliczna to przecie, kobieta!... Może ty, mój drogi....
— Ja? — zawołał d’Aiguillon — ależ to szaleństwo, mój wuju.
— Dlaczegóż to ma być szaleństwem? Zamiast podziękować mi za radę, ty w ten sposób się odzywasz?... Poznałeś ją, przyjęła cię uprzejmie i nie zakochałeś się w niej odrazu.... nie zapragnąłeś być przez nią kochanym?... Nie poznaję w tobie krwi mojej.
— Wuju — odrzekł d’Aiguillon — pojmuję że plan twój jest znakomitym, że godzien jest człowieka, tak jak ty, pełnego dowcipu... Istotnie rządziłbyś wtedy jak Choiseul, a ja byłbym ci w tem bardzo pomocny. Zapomniałeś tylko o jednej rzeczy, wuju....
— O czem? — zawołał Richelieu niespokojnie. Czy ci się nie podoba pani Dubarry?... Ależ to być nie może, trzebaby być warjatem....
— Wcale nie o to chodzi, mój wuju — odparł d’Aiguillon, jakgdyby był pewnym, że ani jedno jego słowo nie będzie straconem dla uszu pani Dubarry. — Pani Dubarry, którą dziś widziałem po raz pierwszy, jest cudnie piękną kobietą i mógłbym ją pokochać szalenie....
— Więc o cóż ci chodzi?
— Jestem pewny, że pani Dubarry nie pokocha mnie nigdy. Bo i skądże przyszło ci do głowy, mój wuju, aby ten cud piękności, otoczony kwiatem świetnej młodzieży dworskiej, mógł zająć się mną, com już dawno przeżył wiek młodzieńczy, mną, którego kłopoty i zgryzoty polityczne, postarzały i pochyliły ku ziemi. Gdybym przynajmniej, za młodości mojej, znał był panią Dubarry, mogłaby mnie zachować w pamięci takim, jakim byłem wtedy, ale i na to nawet liczyć niepodobna. Wierz mi wuju, porzuć ten projekt, bo on nigdy urzeczywistnić się nie może.
D’Aiguillon z takim zapałem wypowiedział tę całą przemowę, że Richelieu zagryzł sobie usta i pomyślał:
— Mój siostrzeniec rozumniejszy jest, niż myślałem, trzeba się z nim pilnować; musi się domyślać, że go tam słuchają z uwagą. Tymczasem pani Dubarry połykała każde jego słowo, upajała się wyznaniem księcia d’Aiguillon, podziwiała jego delikatność, dzięki której, nawet przed wujem nie zdradził tajemnicy dawnej ich znajomości, i powiedziała sobie, że musi być bardzo głęboko i szczerze kochaną.
— Odmawiasz mi zatem? — zapytał Richelieu.
— Nie podejmuję się zadań niemożliwych.
— Spróbuj przynajmniej, mój drogi.
— W jaki sposób?
— Widywać będziesz codzień hrabinę, staraj się jej podobać.
— Dla interesu? Za nic, mój wuju, gdybym popełnił coś podobnego, wstydziłbym się sam siebie, uciekłbym na kraj świata.
Richelieu pomyślał sobie:
— Udało się wszystko jak najlepiej!...
W tem turkot kilku zajeżdżających powozów dał się słyszeć w podwórzu i kilka głosów zawołało: „Król“!
— Uciekam, bo nie chcę, aby mnie tu król zastał — powiedział Richelieu, zmierzając ku drzwiom.
— A ja? — zapytał książę d’Aiguillon.
— Ty, to co innego, pozostań, trzeba żeby cię król zobaczył. A pamiętaj, pilnuj dobrze swoich interesów.
Wypowiedziawszy to, Richelieu zniknął, rzuciwszy jeszcze na pożegnanie siostrzeńcowi:
— Bądź u mnie jutro!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.