Józef Balsamo/Tom VIII/Rozdział LXXXVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom VIII
Pobierz jako: Pobierz Cały tom VIII jako ePub Pobierz Cały tom VIII jako PDF Pobierz Cały tom VIII jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
LXXXVII
NIEŁASKA

Nazajutrz o godzinie jedenastej z rana, Ludwik XV przeszedł przez galerję swego mieszkania i zawołał głosem suchym:
— Panie de la Vrilliére!
Król był blady i poruszony, a im więcej chciał ukryć swoje uczucia, tem wybitniej malowały się one drganiem nerwowem na twarzy, tak zwykle spokojnej.
Grobowe milczenie zaległo wśród zgromadzonych dworzan. Był pomiędzy nimi i Jan Dubarry i Richelieu, obydwaj udający zupełny spokój i nieświadomość.
Książę de la Vrilliére zbliżył się i wziął z rąk króla kopertę zapieczętowaną.
— Czy książę de Choiseul jest w Wersalu? — zapytał król.
— Jest, Najjaśniejszy Panie, wrócił z Paryża wczoraj, o wpół do trzeciej po południu.
— Czy jest u siebie, czy też w pałacu?
— Jest w pałacu, Najjaśniejszy Panie.
— Proszę mu zanieść ten rozkaz.
Dreszcz przeszedł po zebranych dworzanach.
Pochylili głowy, jak kłosy w czasie burzy.
Król zmarszczył brwi i dumnym krokiem wszedł do swego gabinetu. Szedł za nim kapitan gwardji i komendant lekkiej jazdy.
Oczy wszystkich zwróciły się na pana de la Vrilliére, który, smutny i zakłopotany powierzoną sobie misją, pociągnął wolno przez podwórze pałacowe do mieszkania księcia de Choiseul.
Tymczasem wokoło starego księcia de Richelieu powstały gwarne rozmowy, jedne nieśmiałe, inne groźne i burzliwe. Marszałek udawał, że nie wie o niczem, ale mu nikt nie wierzył.
Gdy wrócił pan de la Vrilliére, otoczono go dokoła.
— I cóż? — pytano na wszystkie strony.
— Zaniosłem księciu rozkaz opuszczenia dworu.
— Wygnanie?
— Jak najformalniejsze.
— Sami osądźcie.
I książę de la Vrilliére powtórzył słowa, które dokładnie zachował w pamięci:
„Mój kuzynie, dajesz mi takie powody do niezadowolenia, że zmuszony jestem oddalić cię ze dworu. Naznaczam ci na miejsce wygnania Chanteloup, dokąd masz się udać w ciągu dwudziestu czterech godzin. Byłbym cię wysłał dalej, gdyby nie to, że żal mi pani de Choiseul, której zdrowie jest takie wątłe. Uważaj, abyś swojem postępowaniem, nie zmusił mnie do bardziej stanowczych kroków”.
— I cóż powiedział pan de Choiseul, gdyś mu doręczył ten rozkaz, panie de Saint-Florentin? — zapytał książę de Richelieu, unikając umyślnie nowego nazwiska i tytułu pana de la Vrilliére.
— Odpowiedział mi: „Jestem głęboko przekonany o przyjemności, z jaką doręczasz mi ten papier“.
— Biedny książę, to ci się dostało! — rzekł Jan Dubarry.
— Nie dziwmy się, panie hrabio!... — każdy musi krzyknąć, gdy mu taki kamień zleci na głowę.
— A wiesz pan, co on teraz robić zamyśla?
— Prawdopodobnie spełni rozkaz.
— Hum! — mruknął marszałek.
— Książę de Choiseul idzie! — zawołał Jan, który patrzył przez okno.
— Idzie tu? — zawołał la Vrilliére.
— Przepowiedziałem ci to, panie de Saint-Florentin.
— Przechodzi przez podwórze.
— Sam?
— Zupełnie sam, trzyma tekę swoją pod pachą.
— Boże wielki! czy miałaby się powtórzyć scena wczorajsza? — szepnął Richelieu.
— To nie byłoby tak bardzo zabawne — odparł Jan.
Jeszcze nie skończył mówić, gdy u wejścia ukazał się książę de Choiseul i zmierzył spokojnym wzrokiem nieprzyjaciół, oraz tych, co się nimi stać mieli za chwilę w razie stanowczej niełaski.
Nikt nie spodziewał się tego, wszyscy stali zdumieni.
— Czyś tylko dobrze przeczytał, panie de la Vrilliére? — zapytał Jan.
— Najdoskonalej.
— I ośmiela się przyjść tutaj, odebrawszy list tej treści?
— Nie rozumiem tego, na honor!
— Król gotów go kazać wpakować do Bastylji!
— Toby wywołało skandal!
— Prawie mi żal starego.
— Patrzcie, wchodzi do króla! To nie do uwierzenia, naprawdę.
W istocie, pan de Choiseul, nie zwracając wcale uwagi na lekki opór, jaki stawiali mu zebrani panowie, wszedł do gabinetu Ludwika XV, który, ujrzawszy go, krzyknął ze ździwienia.
Książę trzymał w ręku przesłany sobie wyrok i okazał go królowi prawie z uśmiechem.
— Najjaśniejszy Panie, wczoraj Wasza Królewska Mość uprzedzić mnie raczył, że odbiorę rozkaz tej treści, odebrałem go w tej chwili.
— Tak, panie.
— Przychodzę zatem po ustne potwierdzenie, bo mi to Wasza Królewska Mość wczoraj zalecić raczył.
— Tym razem rozkaz jest stanowczy.
— Taki rozkaz, wiernemu, przywiązanemu słudze? Być że to może, Najjaśniejszy Panie?
— Przywiązany sługa nie każe grać panu swemu śmiesznej roli.
— Najjaśniejszy Panie — odpowiedział wyniośle książę — urodziłem się dość blisko tronu i znam jego majestat.
— Nie chcę cię długo nudzić — rzekł król — i w krótkich słowach opowiem ci twoją winę: wczoraj w Wersalu, w swoim gabinecie, odebrałeś list od pani de Grammont, przysłany przez umyślnego posłańca.
— Czy wzbronioną jest korespondencja pomiędzy bratem a siostrą, Najjaśniejszy Panie?
— Poczekaj, książę, wiem, co było w tym liście.
— Najjaśniejszy Panie!
— Oto jest jego zawartość, przepisałem własną ręką, czytaj książę — rzekł król, podając kartkę.
— Najjaśniejszy Panie!...
— Nie zaprzeczaj; list ten schowałeś do szkatułki żelaznej, znajdującej się za twojem łóżkiem.
Książę de Choiseul zbladł śmiertelnie.
— To jeszcze nie koniec — rzekł król — odpowiedziałeś pani de Grammont i wiem coś jej napisał. Ten list znajduje się obecnie w twojej tece ministerjalnej, miałeś dodać do niego dopisek po wyjściu ode mnie. Widzisz, że jestem dobrze powiadomiony o wszystkiem. Nieprawdaż?
Pot zimny oblał czoło księcia, skłonił się nisko i wyszedł z gabinetu, zataczając się, jakgdyby rażony apopleksją.
Chłodne, świeże powietrze, otrzeźwiło go trochę.
Zapanował nad sobą; przeszedł przez galerję, z głową do góry wzniesioną, wrócił do swego mieszkania i pochował lub popalił niektóre papiery.
W kwadrans później wsiadł do karety i wyjechał z zamku.
Złożenie z urzędu Choiseul’a wstrząsnęło całym krajem, jak uderzenie gromu.
Parlament, podtrzymywany jego tolerancją, ogłosił, że kraj utracił swoją najsilniejszą podporę. Arystokracja lubiła ministra, jako jednego ze swoich, duchowieństwo, nieraz w trudnych razach znajdujące w nim opiekę, żałowało go także, encyklopedyści podnieśli krzyk, bo Choiseul był osobistym przyjacielem Voltaire’a i popierał jego wydawnictwo.
Lud nawet, słysząc utyskiwania wszystkich stanów, chociaż zarówno nienawidził wszystkich, manifestował także swoje nieukontentowanie; powiedziano mu bowiem, że będzie teraz musiał płacić jeszcze więcej na faworytę i faworytów faworyty królewskiej, którzy zastąpią złożonego z urzędu ministra.
Pan de Choiseul był złym ministrem, ale umiał osłaniać swoje czynności pozorami cnoty, patrjotyzmu, bezinteresowności.
Cały Paryż wyległ na ulicę aby go, wyjeżdżającego do Chanteloup, przeprowadzić do rogatek.
Największy tłum był przy rogatce de l’Enfer, prowadzącej na gościniec turyngeński.
Na parę godzin musiano wstrzymać ruch kołowy, aby uniknąć wypadku.
Gdy de Choiseul wydostał się za rogatki na drogę, towarzyszyło mu zgórą sto karet.
Okrzyki i westchnienia popłynęły za nim.
Książę de Choiseul, zanadto dobrze znał świat i ludzi, aby nie zrozumieć, że powodem tej demonstracji nie tyle był żal za nim, ile obawa tych, którzy mieli po nim nastąpić.
Zaledwie kilkaset kroków odjechał, gdy kareta, pędem jadąca w przeciwną stronę, tylko co nie wpadła na niego. Pocztyljon zatrzymał konie, a w oknie ukazała się głowa jadącego. Był nim książę d’Aiguillon; skłonił się uprzejmie ministrowi, po którym pragnął otrzymać tekę.
Jedna ta chwila zatruła Choiseul’owi cały triumf odjazdu. Posmutniał i zasunął się w głąb powozu.
Ale, jakgdyby chcąc mu wynagrodzić doznaną przykrość, nadjechał powóz dworski, w którym siedziała następczyni tronu z damą honorową, panią de Noaille i Andreą de Taverney na przedzie.
Pan de Choiseul zaczerwienił się z radości, wychylił głowę z powozu i złożył ukłon głęboki.
— Żegnam Waszą Wysokość!... — rzekł głosem urywanym.
— Dowidzenia, panie de Choiseul!.. — odpowiedziała wielka księżna, darząc go uprzejmym uśmiechem, wolnym od wszelkiej etykiety.
— Niech żyje pan de Choiseul! — zawołał po tych słowach Marji-Antoniny, głos jakiś pełen zapału.
Na dźwięk tego głosu Andrea de Taverney odwróciła głowę.
— Na bok! na bok! — wołali słudzy wielkiej księżny i między innymi usunęli Gilberta, który stał, zapatrzony na damy, jadące w powozie.
On to zawołał: „Niech żyje pan Choiseul“.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.