Józef Balsamo/Tom VI/Rozdział LXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom VI
Pobierz jako: Pobierz Cały tom VI jako ePub Pobierz Cały tom VI jako PDF Pobierz Cały tom VI jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
LXIV
PLAN WYPRAWY

Pan de Sartines powrócił do domu o godzinie trzeciej rano; znużony był bardzo, ale też i zadowolony zarazem, że mu się tak doskonale udało urządzić wieczorek dla króla i pani Dubarry.
Lud rozentuzjazmowany widokiem następczyni tronu, powitał jadącego Ludwika okrzykami: „Niech żyje król!“ których skąpiono mu już od dawnego czasu. Nawet pani Dubarry, której nie udawało się prawie nigdy ukazać publicznie, ażeby nie być obrzuconą obelgami tłumu, tym razem przejechać mogła spokojnie swoją karetą, a nawet szereg widzów, wysunięty naprzód, mile ją powitał. Król uśmiechnął się też do pana de Sartines, a ten pewien był podziękowania przy pierwszej sposobności.
Pozwolił więc sobie dnia tego spać do południa, a wstawszy, przymierzał dwa tuziny peruk, czekających jego wyboru. Przymierzając, słuchał raportów, jakie składali mu różni agenci, gdy oświadczono mu wizytę wicehrabiego Jana Dubarry.
— Dobrze!... pomyślał de Sartines — zapewne król przysyła mi podziękowanie.
I kazał prosić gościa do salonu.
Jan, znużony już bezsenną nocą i tak czynnym porankiem, zagłębił się rozkosznie w fotelu.
Gdy pan de Sartines wszedł do salonu, Jan z rozpromienioną twarzą powstał i uścisnęli sobie ręce.
— Czemuż mam przypisać przyjemność widzenia cię tak rano u mnie, wicehrabio?
— Przedewszystkiem — rzekł Jan, rad, że mu się zdarza sposobność powiedzenia komplementu — chciałem powinszować panu talentu w urządzeniu wczorajszej uroczystości.
— Dziękuję, czy mam to uważać za oficjalne podziękowanie?...
— Jak najzupełniej ze strony Luciennes.
— Miło mi to słyszeć. Wszak tam słońce wschodzi?
— Nawet i zachodzi czasami.
Dubarry zaśmiał się rubasznie.
— Ale, panie de Sartines, chcę także prosić cię o małą przysługę.
— Dwie, jeśli można.
— Skoro rzecz jaka zaginie w Paryżu, czy można ją odnaleźć?
— Tak; byle rzecz ta była bardzo wielkiej lub żadnej wartości!
— To, czego szukam, prawie nic nie jest warte.
— Czego pan szuka?
— Szukam chłopca, mającego mniej więcej lat ośmnaście.
Pan de Sartines wyciągnął rękę, wziął ołówek i zaczął pisać.
— Lat ośmnaście. — Jak na imię temu chłopcu?
— Gilbert.
— Czem się trudni?
— Prawdopodobnie niczem.
— Skąd pochodzi?
— Z Lotaryngji.
— Gdzie był przedtem?
— W służbie u rodziny de Taverney.
— Czy go przywieźli z sobą?
— Nie, siostra moja Chon kazała go podnieść na gościńcu nawpół umarłego z głodu i wyczerpania, wzięła go do karety, przywiozła do Luciennes, a tam...
— Cóż dalej, panie wicehrabio?
— Tam, obawiam się, czy nie nadużył gościnności.
— Nie, tego nie mówię... tylko uciekł w tak dziwny sposób.
— A teraz pan chce go dostać napowrót?
— Tak jest.
— Czy nie domyśla się pan mniej więcej, gdzie obecnie znajdować się może?
— Spotkałem go dziś przy studni, na rogu ulicy La Plâtrière, i zdaje mi się, że musi mieszkać w tej stronie; domyślam się nawet w którym domu.
— A więc skoro wiadomy jest panu dom, w którym się ukrywa, nic łatwiejszego, jak posłać tam po niego i natychmiast go panu sprowadzić. — Co pan z nim sobie życzy dalej robić? Czy go pan chce zamknąć w Bicetre czy w Charenton, proszę mówić szczerze, najchętniej spełnię pańską wolę.
— Właściwie tego sobie nie życzę. Oto poprostu, chłopiec ten podobał się mojej siostrze, chciała zatrzymać go w swojej służbie, bo jest inteligentny; gdyby zatem łagodnie sprowadzić go jej można, byłoby mi to bardzo przyjemnie.
— Spróbujemy. Czy pan nie pytał o tego chłopca nikogo na ulicy La Plâtrière?
— Gdy mnie zobaczył, uciekł przede mną, nie chciałem zatem pytać o niego w domu, gdzie zamieszkuje; mógłby się dowiedzieć i wynieść się stamtąd.
— Słusznie. Ale gdzież znajduje się ten dom na końcu, na początku, czy w środku ulicy La Plâtrière?
— Zdaje się, że w środku.
— Poślę tam zaraz zręcznego człowieka.
— Ach! panie! Ten człowiek, choćby był najzręczniejszy, będzie musiał rozmawiać.
— U nas niema tego zwyczaju.
— Chłopiec jest niesłychanie sprytny.
— A, przepraszam, nie zrozumiałem pana odrazu, pan sobie życzy, żebym sam się zajął tą sprawą. Dobrze... bo nawet przeczuwam, że można napotkać na pewne trudności.
Jakkolwiek Jan był przekonany, że owe trudności istniały tylko w mowie pana de Sartines, dodał jednak:
— Właśnie też, z powodu tych nadzwyczajnych trudności, wolałbym wiedzieć, że pan, osobiście, zajmuje się tą sprawą.
Pan de Sartines zadzwonił.
— Niech natychmiast zaprzęgają, — rzekł do wchodzącego lokaja.
— Mam swój powóz przed domem.
— Dziękuję, wolę mój własny, bo nie ma żadnych herbów i co miesiąc każę go przemalowywać, tak, aby go nikt poznać nie mógł. Zanim zaprzęgną, pozwól mi pan przymierzyć peruki, które mi przyniesiono.
— Ależ, bardzo proszę, niech pan się nie krępuje moją obecnością.
Fryzjer pana de Sartines był prawdziwym artystą i przyniósł był ogromną ilość peruk wszystkich możliwych form i kolorów.
Pan de Sartines, w interesie swego powołania, miał zwyczaj często przebierać się, a kogokolwiek udawał: adwokata, doktora lub kupca, zawsze dbał niezmiernie o dokładność przebrania.
Gdy przymierzał dwudziestą czwartą perukę, dano znać, że powóz zaszedł.
— Czy pozna pan dom? — zapytał pan de Sartines gościa.
— Naturalnie!
— Zauważył pan bramę?
— To pierwsza rzecz, na którą zwróciłem uwagę.
— A jakże wygląda?
— Są to drzwi, prowadzące do korytarza.
— Drzwi, poza niemi długi, ciemny korytarz, tam do licha!
— Zdawało mi się, że zamek przy nich jest z sekretnym mechanizmem.
— O... to źle. A na którem piętrze mieszka ów chłopiec?
— Na facjatce. Wreszcie zaraz da się to widzieć, bo oto studnia.
— Jedź stępa! — zawołał na stangreta pan de Sartines.
Stangret wstrzymał konie, powóz toczył się zwolna; pan de Sartines opuścił szybę u drzwiczek pojazdu.
— Patrz pan, to tu; ten dom taki brudny.
— A to nieszczęście prawdziwe! Tego się właśnie obawiałem.
— Jak to, pan boisz się czegoś?
— Tak jest, niestety. Bardzo się boję.
— I czegóż to?
— A to dopiero źleś pan trafił.
— Nie rozumiem, niech mi pan wytłumaczy.
— Ten dom brudny, który mi wskazałeś, jest zamieszkały przez pana Rousseau z Genewy.
— Tego autora?
— Tak.
— Więc cóż to szkodzi?
— Jakto, co szkodzi? Widać, że pan nie należy do policji i nie zna jej obowiązków.
— Ależ panie, Gilbert u tego filozofa? — to być nie może?
— Wszak sam mi mówiłeś, że ten chłopiec jest filozofem, cóż więc w tem dziwnego, że się zeszli?
— Więc przypuśćmy, że Gilbert jest u pana Rousseau. To cóż stąd?
— Że go nie dostaniesz, wicehrabio.
— Dlaczego?
— Bo Rousseau jest człowiekiem niebezpiecznym.
— Dlaczego nie wsadzicie go do Bastylji?
— Proponowałem to kiedyś królowi, ale nie śmiał tego uczynić.
— Jakto, król nie śmiał?
— Chciał, abym wziął na siebie całą odpowiedzialność; przyznaję się, że odmówiłem.
— Doprawdy?
— Bardzo się trzeba namyślić, nim się kto odważy zaczepić tę całą filozoficzną psiarnię; mają oni dobre zęby i gryźć potrafią. Zabrać kogoś od pana Rousseau? Dziękuję; to zbyt niebezpieczne.
— Daruj, panie de Sartines, ale zrozumieć nie mogę waszej trwogi. Czyż król przestał być królem, a pan jego ministrem policji?
— Ale, bo wy, panowie, nic nie rozumiecie; wolałbym tysiąc razy zabrać pana od pani Dubarry niż Gilberta od pana Rousseau.
— Doprawdy! Uprzejmie dziękują za tę łaskawość...
— Bądź pan pewny, że mniejby o tem mówiono. Nie uwierzy pan, jak ci literaci mają drażliwą skórę — co oni za hałas wszczynają o najlżejsze zadraśnięcie.
— Ale cóż nam daje pewność, że Rousseau przyjął do siebie Gilberta? Czyż ten dom czteropiętrowy jest jego własnością? czyż sam jeden go tylko zamieszkuje?
— Pan Rousseau nie posiada nic, to też nie jest właścicielem domu; być może, że prócz niego zamieszkuje w tym domu piętnastu lub dwudziestu lokatorów, a jednak wszelkie prawdopodobieństwo przemawia za mojem twierdzeniem. Zresztą spodziewałem się tego, co tu zastaję i zabrałem z sobą notatki.
— Jakie notatki?
— Notatki, dotyczące pana Rousseau. Sądzisz pan, że nie jestem dokładnie zawiadamiany o każdym jego kroku?
— Czy doprawdy jest tak niebezpieczny?
— Nie, ale niepokojący; taki jak on warjat w każdej chwili może sobie skręcić kark, lub złamać nogę, a powiedzianoby zaraz, że to nieszczęście stało się przez nas.
— A niechżeby sobie już raz kark skręcił.
— Niechże nas od tego Pan Bóg uchowa!
— Pozwól, że ci powiem, panie de Sartines, iż zupełnie tego nie rozumiem.
— Lud od czasu do czasu zarzuca kamieniami biednego genewczyka, ale zachowuje dla siebie samego ten przywilej; gdybyśmy chcieli rzucić na niego choćby ziarnkiem piasku, ukamienowanoby nas niezawodnie.
— Wybacz, panie de Sartines, ale nic się na tem nie znam.
— Teraz dowiemy się najprzód, czy Gilbert mieszka u pana Rousseau. Proszę cię, wicehrabio, ukryj się w głębi powozu.
Gdy Dubarry zasunął się w kąt pojazdu, pan de Sartines kazał wolno jechać dalej stangretowi, a wyjąwszy pugilares, otworzył go i zapytał:
— Od jak dawna może być ten chłopiec u pana Rousseau?
— Od szesnastego bieżącego miesiąca.
De Sartines zaczął czytać notatki:
— 17. Widziano pana Rousseau w lasku Meudon, zbierającego zioła. Był sam.
Tego samego dnia widziano go znów w południe w tymże lasku; był z nim młody człowiek; obydwaj zbierali zioła. Co mówisz na to wicehrabio?
— Pewnie to Gilbert, niema wątpliwości.
Sartines czytał dalej:
— Chłopiec jest szczupły, wydaje się wątłym.
— To on!
— Czytajmy dalej: — Wieczorem Rousseau zabrał z sobą do domu chłopca; do północy nie widziano, aby tenże wychodził z domu.
— 18. Młody człowiek nocował u pana Rousseau i zdaje się, że stale zamieszkał przy nim.
— Jeszcze mam jedną słabą nadzieję; może Gilbert ma kogoś z krewnych w tym domu i mieszka u nich, a nie u filozofa.
— Zobaczymy. Stój! — zawołał de Sartines na stangreta.
Powóz zatrzymał się; de Sartines wysiadł. Zaledwie postąpił kilka kroków, spotkał człowieka w szarym surducie, zapiętym pod szyję.
Człowiek ten, zrównawszy się z panem de Sartines, zdjął kapelusz i spokojnie popatrzył na ministra policji.
Pan de Sartines skinął na niego, szepnął mu krótki rozkaz, i jegomość wnet zniknął w ciemnym korytarzu.
De Sartines wrócił do powozu.
W pięć minut potem nieznajomy stanął u drzwiczek pojazdu.
— Odwracam głowę, żeby mnie nie widział, rzekł Dubarry.
Sartines uśmiechnął się, wysłuchał raportu agenta i odprawił go.
— Czego się pan dowiedziałeś? — zapytał Dubarry.
— Gilbert mieszka u pana Rousseau; wierzaj mi, wicehrabio, zrzec się musisz dalszych zabiegów; ten chłopiec jest już dla ciebie stracony.
— Mam się zrzec zabiegów?
— Wątpię, abyś pan życzył sobie poruszyć wszystkich filozofów w Paryżu.
— Ale co na to powie siostra moja, Joanna?
— Czy tak bardzo dba o tego Gilberta?
— Bardzo.
— Jedyny więc pozostaje wam sposób: postarajcie się wkraść w łaski pana Rousseau, a wtedy sam odda wam Gilberta, którego siłą odebrać mu nie potrafimy.
— To równie łatwe, jak oswojenie niedźwiedzia.
— Może mniej trudne, niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Rousseau jest wrażliwy na wdzięki niewieście; pani hrabina i panna Chon są jednemi z najpiękniejszych kobiet w Paryżu. Może hrabina zechce zrobić małe ustępstwo?
— Pewny jestem, że najchętniej zrobiłaby nawet wielkie.
— Gdyby, naprzykład, zechciała zakochać się w panu Rousseau.
— Jeżeli koniecznie byłoby tego potrzeba....
— Najpożyteczniejszeby to było, ale trzebaby ich zapoznać. Czy kto z pańskich przyjaciół zna pana Rousseau?
— Książę de Conti.
— To się na nic nie zdało; Rousseau nie ma zaufania do książąt, lepszy byłby jaki uczony.
— Tych wcale nie widuję.
— Zdaje mi się jednak, że spotkałem kiedyś pana Jussieu u pani hrabiny.
— Botanika?
— Tak.
— Istotnie, bywa czasem w Trianon; hrabina pozwala mu szperać w swych klombach.
— Tego tylko właśnie potrzeba, Jussieu jest moim przyjacielem.
— Więc odbierzemy Gilberta?
De Sartines pomyślał chwilę.
— Spróbuję, a jeśli mi się uda, Rousseau sam odda wam do rozporządzenia Gilberta.
— Cóż należy uczynić?
— Bagatelkę. Macie zapewne w stronie Meudon lub Marly jakiś grunt pusty?
— Na tem nam nie zbywa.
— Każcie tam zbudować pułapkę na filozofów.
— Co pan mówi? co mamy zbudować?
— Pułapkę na filozofów.
— Pojęcia nie mam, co to takiego.
— Dam ci plan, wicehrabio. A tymczasem jedźmy stąd, bo zaczynamy zwracać na siebie uwagę. — Do domu! — zawołał na stangreta.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.