Józef Balsamo/Tom VI/Rozdział LXIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom VI
Pobierz jako: Pobierz Cały tom VI jako ePub Pobierz Cały tom VI jako PDF Pobierz Cały tom VI jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
LXIII
MIESZKANIE PRZY ULICY LA PLÂTRIÈRE

Chon zajęta była właśnie przyglądaniem się młodej dziewczynie, gdy wicehrabia Jan stanął we drzwiach.
— I cóż? — zapytał.
— A! to ty Janie, jakżeś mnie przestraszył.
— Jak ci się podoba mieszkanie?
— Powiem ci, Janie, że można będzie widzieć stąd wszystko, ale za to słyszeć ani słowa.
— Za wiele ci się zachciewa. Czekaj, powiem ci nowinę.
— Jaką?
— Cudowną!
— Cóż takiego?
— Nieporównaną!
— Zabijasz mnie twemi wykrzyknikami.
— Filozof...
— No i cóż? filozof...
— Jakkolwiek: „Mędrzec na wszystko powinien być przygotowany“, jak mówi poeta, wyznam ci szczerze, na to przygotowanym nie byłem wcale...
— Czy chcesz mnie piec na wolnym ogniu?... — A może przeszkadza ci ta dziewczyna? Sylwjo, przejdź proszę do ostatniego pokoju.
— Taka piękna panna nigdy przeszkadzać mi nie może — rzekł Jan poufale, biorąc Sylwję pod brodę.
— Niechże sobie zostanie; ale ty mów nareszcie.
— Od chwili jak tu wszedłem, nie przestaję rozmawiać.
— O niczem.... Więc przestań paplać i nie przeszkadzaj mi patrzyć.
— Uspokój się. Otóż mówiłem, że, przechodząc obok studni...
— Właśnie, żeś o tem nic dotąd nie mówił.
— Przerywasz mi?
— No, mów dalej.
— Przechodziłem tedy obok studni i przystanąłem na chwilę, chcąc kupić jakie stare graty do tej tu dziury, gdy wtem czuję strumień wody, płynący po moich pończochach.
— To istotnie bardzo zajmująca historja!...
— Co za gorączka.... czekajże cierpliwie.... oglądam się i spostrzegam.... zgadnij co?
— Dajże mi pokój.
— Widzę młodego człowieka, który zatkał kurek kawałkiem chleba, co spowodowało, że woda mnie tak obryzgała.
— Nie uwierzysz, jak mnie żywo obchodzi twoje opowiadanie! — rzekła Chon, wzruszając ramionami.
— Zaczekajże.... Zakląłem jak furman. Młody człowiek odwrócił się i poznałem w nim....
— Kogo poznałeś?
— Twego filozofa, a raczej naszego filozofa.
— Kogo? Gilberta?
— W jego własnej osobie; był bez czapki, ubranie na nim było w nieładzie, surdut rozpięty....
— Gilbert? I cóż ci powiedział?
— Poznałem go i on mnie poznał; chciałem się zbliżyć do niego, lecz cofnął się wtył; wyciągam do niego ręce, a on w nogi i ginie mi wkrótce z oczu wśród różnorodnego tłumu.
— I straciłeś go z oczu?
— Spodziewam się; nie mogłem go przecie gonić.
— Masz słuszność, to było niepodobieństwem, ale to szkoda, że przepadł...
— A to nieszczęście! — westchnęła Sylwja.
— Zapewne. Należą mu się ode mnie dobre cięgi, a że wie o tem, uciekł mi. Ale co się odwlecze, nie uciecze. Wiem przynajmniej, że jest w Paryżu, a kto, jak ja, żyje w dobrych stosunkach z ministrem policji, odnajdzie w Paryżu każdego.
— Musimy go dostać.
— A jak go dostaniemy, to go trochę wygłodzimy.
— Zamkniemy go; tylko już tym razem trzeba będzie wybrać bezpieczniejsze miejsce.
— Sylwja nosić mu będzie chleb i wodę.
— Niema z czego żartować, bracie. Ten chłopiec zna sprawę z końmi pocztowemi. I możnaby go się obawiać, jeśli ma żal do ciebie.
— To też dałem sobie słowo, idąc tu na górę, że pójdę stąd prosto do pana de Sartines i poproszę, aby kazał odszukać tego młodzieńca. Pan de Sartines zapewne będzie zdania, że młody chłopiec spotkany przy studni w takim negliżu, niezawodnie musi mieszkać w tej dzielnicy i odnajdzie go z łatwością.
— Co on tu może robić bez pieniędzy?
— Może jest posłańcem.
— On!... takich surowych zasad filozof.... posłańcem.... śni ci się?...
— Może tu znalazł jaką starą ciocię dewotkę, co oddaje mu skórki chleba, za twarde dla jej pieska faworyta.
— Dosyć już tego gadania. Sylwjo! ułóż bieliznę do tej starej szafy, a ty, Janie, siądź przy mnie i będziemy się przypatrywali tej pięknej pannie.
Ostrożnie zbliżyli się oboje do okna.
Andrea porzuciła haft, ułożyła się wygodnie w fotelu, wzięła książkę, leżącą obok niej na stoliku, otworzyła i zatopiła się cała w czytaniu.
— Co za pracowita osoba! Ciekawa jestem co też to ona czyta?
— Oto pierwszy, niezbędny sprzęt w tem mieszkaniu — rzekł Jan, wyjmując z kieszeni lunetę, a oparłszy ją mocno o ramę okna, przyłożył do niej oko.
— A no, powiedz mi, proszę cię, Janie, czy ta istota doprawdy jest piękna?
— Przepyszna! Doskonalszą piękność trudno wymarzyć! Co za ręce! jakie ramiona! usta, a nóżki.... co za prześliczne nóżki.... cieniutkie w kostce — przecudnie rysują się pod jedwabną pończoszką!
— Wiesz co, zakochaj się w niej, zrobisz nam tem prawdziwą przyjemność! — krzyknęła Chon ze złością.
— Ciekawy jestem, coby w tem było tak złego, szczególniej gdyby chciała mi być wzajemną?...
Biedna Joanna mogłaby się uspokoić trochę.
— Nie pleć głupstw, jeśli możesz, i daj mi lunetę.... W istocie to piękna dziewczyna.... niepodobna, ażeby nie miała kochanka.... Patrz, ona ani myśli czytać.... Książka wypada z jej ręki.... pada... już leży na ziemi.... Ja ci to mówiłam, Janie, ona nie czyta, ale marzy.
— Może śpi?
— Z otwartemi oczami? Trzeba przyznać, że ma piękne oczy.
— W każdym razie — rzekł Jan — jeśli panna Taverney ma kochanka, musi on tu się zjawić i zobaczymy go.
— Tak, jeżeli przyjdzie w dzień; ale jeżeli przychodzi w nocy?...
— To prawda! Co za naiwność z mojej strony, nawet nie pomyślałem o tem; a no to trzeba będzie obmyślić jakieś środki.
— Ale co to za doskonała luneta.... mogłabym przez nią czytać tę książkę, co tam leży na ziemi.
— Przeczytaj tytuł i powiedz mi — może uda mi się coś z tego odgadnąć.
Chon patrzyła ciekawie; nagle usunęła się przerażona.
— Co ci się stało? — zapytał wicehrabia.
— Patrz tylko ostrożnie, żeby nie spłoszyć ptaszka, czy widzisz tę głowę, wystającą z okienka na poddaszu.
— Ha, ha, ha — zaśmiał się głucho Dubarry — wszak to mój filozof.
— Czemu on się przygląda z taką lubością, z takiem rozmarzeniem?
— Coś szpieguje.... aha!... już rozumiem, przedmiotem jego wytężonej uwagi jest panna de Taverney.
— Panna de Taverney?
— Nie inaczej, oto kochanek, który ściga ją wszędzie; gdy przyjechała do Paryża, porzucił nas, zamieszkał tu, aby patrzyć na nią, a podczas gdy on w nią jest tak wpatrzony, ona marzy rozkosznie.
— Tak to prawda — rzekła Chon — co za wejrzenie, co za ogień w oczach: kocha się do szaleństwa.
— Teraz, kochana siostro, możemy przestać pilnować panny; zastąpi nas doskonale ten chłopiec.
— Tak, ale on jej będzie pilnował dla siebie.
— My też z tego skorzystamy. Tymczasem bądź zdrowa, Chon, muszę odwiedzić zaraz kochanego de Sartines. Ależ szczęści nam się djabelnie! Tylko unikaj wzroku filizofa, bo jak cię zobaczy — ucieknie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.