Józef Balsamo/Tom VI/Rozdział LVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom VI
Pobierz jako: Pobierz Cały tom VI jako ePub Pobierz Cały tom VI jako PDF Pobierz Cały tom VI jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
LVIII
PODWÓJNE ŻYCIE. NA JAWIE.

Lorenza spojrzała dokoła i jednym rzutem oka objęła wszystko co się tu znajdowało.
Wzrok jej po kolei spoczywał na każdym przedmiocie, ale posępne wejrzenie najmniejszego nie okazało zadowolenia.
Spostrzegła też opodal siedzącego Balsama.
Zadrżała boleśnie; zimny pot wystąpił jej na czoło, niewysłowiona trwoga malowała się na jej twarzy.
— Co tu robisz? — rzekła w tył się cofając.
Balsamo milczał.
— Gdzie ja jestem? — spytała.
— Musisz pamiętać przecie skąd wracasz, nie trudno ci więc będzie odgadnąć gdzie się znajdujesz.
— Tak, tak, masz słuszność, przypominam sobie wszystko w tej chwili. Wiem, że jesteś nieubłaganym moim prześladowcą, że napróżno szukałam przed tobą opieki, że wyrwałeś mnie z rąk księżny, co mi dała u siebie schronienie.
— Musisz przeto wiedzieć, że władza tak nawet potężnej opiekunki, nie mogła cię uwolnić ode mnie?...
— Zwyciężyłeś ją przez jakieś czary piekielne! — zawołała Lorenza, składając ręce jak do modlitwy. — O! Bożel Boże! wyrwij mnie z rąk tego szatana!
— Żebyś też już raz przecie pozbyła się tych twoich przesądów. Co u licha za podobieństwo upatrujesz pomiędzy mną a djabłem? Opamiętaj się, Lorenzo!
— O, mój klasztor! mój klasztor kochany! — westchnęła Lorenza i zalała się łzami.
— Masz też czego żałować Lorenzo! — rzekł Balsamo, wzruszając ramionami.
Młoda kobieta podbiegła do okna, rozchyliła firanki, otworzyła okno, ale ręka jej spotkała się z silną żelazną kratą, ukrytą poza kwiatami.
— Więzienie, zawsze więzienie; wolę to, co prowadzi do nieba, niż to z którego tylko do piekła wyjść można. Przekładam klasztor nad dom, gdzie jestem uwięziona.
Z wściekłością szarpnęła, delikatnemi rączkami żelazną kratę.
— Gdybyś była rozsądną, Lorenzo, kwiaty tylko zdobiłyby twoje okna.
— Dlaczego więc, choć byłam zupełnie spokojna, zamykałeś mnie w mojem ruchomem więzieniu wraz z tym strasznym wampirem, którego nazywałeś Althotas? Nie spuszczałeś oka ze mnie ani na chwilę, a gdy się oddalałeś, nasyłałeś na mnie tego jakiegoś ducha, którego zwyciężyć nie mogę! Gdzież on jest ten straszny starzec, przed którym umieram ze strachu? Musi tu gdzieś być, w jakimś kącie! Gdy zamilkniemy oboje, usłyszę niezawodnie głos jego grobowy!
— Co za dziwne potwory tworzy sobie wyobraźnia twoja, — powiedział Balsamo. — Althotas jest starcem szanownym — prawdopodobnie nie widział cię nigdy, a jeśli widział, z pewnością nie zauważył. Zacny mój mistrz jest tak zatopiony w swem wielkiem dziele, że świat zewnętrzny wcale go nie zajmuje.
— Mówisz, że zatopiony jest w swem dziele? a cóż to za dzieło?
— Pracuje nad wynalazkiem, nad którym od sześciu tysięcy lat pracują wszyscy uczeni, nad eliksirem życia.
— A ty czego poszukujesz?
— Ja? Udoskonalenia rodu ludzkiego.
— O! szatany! szatany! — zawołała Lorenza wznosząc ręce do góry.
Balsamo powstał.
— Widzę, że twój paroksyzm już się zaczyna.
— Mój paroksyzm? Co to znaczy?
— Tak jest — rzekł spokojnie Balsamo. — Ty nie wiesz o tem Lorenzo, że życie twoje ma dwa przeciwne prądy, a ty, ulegając im, bywasz to słodką i łagodną, to szaloną.
— A ty pod pozorem tego urojonego szału, zamykasz mnie?
— Niestety! niepodobna mi postępować inaczej.
— O! proszę cię, bądź względem mnie nieludzkim, barbarzyńskim, wiąż mnie, zamykaj, znęcaj się nade mną! tylko oszczędź mi obłudy, nie udawaj, że mnie żałujesz, zadając mi męczarnie.
Balsamo uśmiechnął się łagodnie.
— Powiedz mi, Lorenzo, na czem polega męczarnia twoja? mieszkanie masz wygodne, wytworne...
— Kraty! wszędzie kraty... brak mi powietrza, przestrzeni!
— Kraty te są niezbędne, one ręczą mi za twoje życie, Lorenzo.
— Moje życie, moje życie! — ach! jak mnie dręczy ten człowiek! on śmie mi mówić, że go życie moje obchodzi...
Balsamo zbliżył się do młodej kobiety, chcąc ująć jej rękę, ale ona usunęła się ze wstrętem i trwogą.
— Proszę mnie nie dotykać! — zawołała.
— Więc ty mnie nienawidzisz? Lorenzo?
— Spytaj ofiarę, czy kocha kata?
— Właśnie dlatego, że nie chcę nim zostać, muszę trochę ograniczyć twą wolność. Kto wie, do czego mogłabyś dojść w napadach szału, gdybyś miała zupełną swobodę działania.
— Cobym zrobiła?... dajno mi jeden dzień swobody, a zobaczysz.
— Lorenzo, źle postępujesz z mężem, którego sobie wybrałaś przed Bogiem.
— Ja sobie ciebie wybrałam? Nigdy!
— A jednak jesteś moją żoną.
— To właśnie dzieło szatańskie.
— Biedna, obłąkana kobieto! — rzekł Balsamo, patrząc na Lorenzę ze współczuciem.
— Ale wiedz, że jestem rzymianką i przyjdzie chwila, gdy zemszczę się nad tobą.
— Mówisz to, aby mnie straszyć, nieprawdaż, Lorenzo? — podchwycił Balsamo, uśmiechając się łagodnie.
— Nie, nie, dotrzymam słowa! bądź pewny.
— Taką jesteś chrześcijanką? także to pojmujesz religję, która wrogom przebaczać każe? Chcesz płacić złem za dobre i uważasz to za sprawiedliwe?
Lorenza zatrzymała się przez chwilę, jakby się chciała zastanowić nad tem, co powiedział Balsamo. Po chwili rzekła:
— Przecież przestrzedz społeczeństwo przed wrogiem nie jest zemstą, lecz obowiązkiem każdego człowieka.
— Jeżeli wydasz mnie jako czarnoksiężnika, biorącego moc swoją od ducha ciemności, to w czemże znajdziesz wykroczenie przeciw społeczeństwu?
Balsamo uśmiechną! się.
— A chcesz zdradzić swego przyjaciela, opiekuna, męża? — dodał.
— Mężem moim nie jesteś, dzięki Bogu! Nigdy ręka twoja nie dotknęła się mojej, bez wzbudzenia we mnie wstrętu i trwogi.
— Wiesz przecie, że nigdy nie narzucam ci praw swoich.
— Tak jest, w tem jednem muszę ci oddać sprawiedliwość; gdyby mi przyszło znosić miłość twoją, nie przeżyłabym takiej męczarni.
— Dziwne, dziwne, niezgłębione tajemnice! — szeptał do siebie Balsamo.
— Czy powiesz mi nakoniec, dlaczego pozbawiasz mnie wolności?
— Teraz ja muszę zapytać ciebie: dlaczego uciekasz ode mnie? Dlaczego chcesz wyrwać się z pod mojej opieki? Dlaczego udajesz się pod opiekę ludzi obcych? Dlaczego grozisz mi ciągle wyjawieniem tajemnic, których doniosłości znać nie możesz?
Lorenza, nie odpowiadając wcale na te wszystkie pytania, rzekła:
— Gdy więzień postanowił wrócić na wolność, nie pomogą kraty żelazne i zamki. I ja stąd się wydobędę tak, jak uciekłam raz już z ruchomego więzienia.
— Tu, Lorenzo, mocne są zamki i kraty — rzekł Balsamo ze spokojną powagą.
— Może mi Bóg tu, jak w Lotaryngji, ześle jakąś burzę do pomocy.
— Mówię ci, Lorenzo, zwalcz w sobie te romantyczne popędy. Proś Boga, aby uspokoił twe serce wzburzone i wierz mi, że nie posiadasz lepszego nade mnie przyjaciela.
W tych słowach kryło się tyle hamowanego gniewu, ręce Balsama tak zaciskały się kurczowo, w oczach jego gorzał blask tak posępny, że Lorenza zamilkła i zaczęła słuchać go mimowolnie.
— Spójrz wokoło siebie i osądź sama — ciągnął dalej Balsamo tym samym tonem — że więzienie to wygląda raczej na rezydencję królewską; żyć tu będziesz otoczona zbytkiem i przepychem, każdy rozkaz twój będzie spełniony. Chciałbym, aby obecność moja przestała ci być nieznośną; moglibyśmy żyć w stosunkach przyjaznych. Ja mam wiele zmartwień, smutków, rozczarowań, wszystko to opowiem ci, lube dziecię moje, a uśmiech twój, słówko przyjazne, będzie dla mnie pociechą. Jeśli będziesz dobrą, łagodną dla mnie, starać się będę, abyś miała więcej swobody, a kto wie, czy za rok, sześć miesięcy może, nie będziesz swobodna, ponieważ sama nie będziesz już pragnęła rozłączenia ze mną.
Lorenza, nie mogąc zrozumieć, aby taki despotyzm mógł się godzić z taką łagodną i spokojną mową, odrzekła z gniewem:
— Nie, nie, ja z tobą żyć nie chcę pod jednym dachem, oddaj mnie Bogu, jeśli zupełnej swobody nie chcesz mi wrócić. Miałam dla ciebie wdzięczność za to, żeś mnie wyrwał z rąk zbójców, co zhańbić mnie chcieli; niemniej przeto byłam przez ciebie porwaną gwałtem. Powiem ci nawet, że chwilami zdaje mi się, iż byłeś w porozumieniu z tymi rozbójnikami.
— Tego już tylko brakuje, żebyś mnie miała za herszta bandy zbójeckiej!
— Nie wiem, ale spostrzegłam pewne znaki, słyszałam słowa...
— Słowa... znaki... — powtórzył, blednąc Balsamo.
— Widziałam, słyszałam, pamiętam je.
— Ale nie powtórzysz ich nikomu, nigdy, zamkniesz je tak głęboko w swej duszy, aby z niej nigdy nie wyszły.
— Przeciwnie, będę je sobie codzień powtarzała po cichu, aby mi nie wyszły z pamięci, a przy pierwszej sposobności powtórzę je, komu będę mogła, jużem je nawet powtórzyła.
— Komu? — zapytał Balsamo.
— Księżnie.
— Jeśli je powtórzyłaś, to już więcej tego nie uczynisz, bo będziesz zamknięta za takiemi kratami, za takim murem wysokim, iż żadna siła ludzka nie zdoła cię wydobyć z rąk moich.
— Już ci mówiłam, Balsamo, że niema więzienia, z którego ujśćby nie można.
— Dobrze, a więc uciekaj, gdy możesz, Lorenzo, ale uprzedzam cię, że za pierwszym razem ukarzę cię tak boleśnie, iż na opłakanie zabraknie ci łez, a za drugim zbiję bez miłosierdzia i wytoczę wszystką krew z żył twoich.
— Boże, mój Boże! morderca! zbój! on mnie chce zamordować! — krzyknęła Lorenza w ostatecznym wybuchu gniewu, wijąc się po dywanie.
Balsamo patrzył na nią przez chwilę, a w oczach jego, na przemianę, błyszczał gniew i litość.
Litość zwyciężyła.
— Lorenzo, uspokój się, proszę cię — wyrzekł. — Przyjdzie chwila, gdy będzie wynagrodzone wszystko, co wycierpiałaś.
— Zamknięta! jestem zamknięta! — krzyczała Lorenza, nie słuchając tego, co do niej mówił Balsamo.
— To są chwile próby.
— Jestem szalona! szalona!
— Ja cię wyleczę.
— O! lepiej oddaj mnie zaraz do domu warjatów lub zamknij w prawdziwem więzieniu.
— Tego nie mogę uczynić, wiem, co mówiłabyś o mnie.
— A więc zabij mnie! zabij zaraz!
I, zerwawszy się z dywanu, z szybkością i zwinnością dzikiego zwierzęcia, Lorenza biegła ku ścianie, chcąc głowę o mur roztrzaskać! Wtedy Balsamo wyciągnął do niej rękę i szepnął słowa zaklęcia: Lorenza zatrzymała się w pędzie i padła bezwładna w jego ramiona.
Dziwną była władza czarodzieja nad tą kobietą, pobił on zupełnie jej istotę materjalną, gdy władze duchowe opierały się jego wpływowi. Wziął uśpioną kobietę na ręce, jak dziecko, zaniósł ją i złożył na łóżku, pocałował w same usta, zasunął firanki alkowy i wyszedł.
Lorenza spała snem spokojnym i dobroczynnym, jak dziecko, po długim i uporczywym płaczu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.