Józef Balsamo/Tom VI/Rozdział LVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom VI
Pobierz jako: Pobierz Cały tom VI jako ePub Pobierz Cały tom VI jako PDF Pobierz Cały tom VI jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
LVII
ŻYCIE PODWÓJNE

Balsamo usunął się na bok, a ręce Lorenzy opadły bezwładnie i skrzyżowały się na piersiach.
— Czy chcesz porozmawiać z przyjacielem swoim Lorenzo?
— O tak najdroższy; mów, mów do mnie jak najwięcej, gdy słucham głosu twojego, to rozkosz dla mnie nadziemska!
— Mówiłaś mi nieraz, że chciałabyś żyć ze mną, sama zdaleka od świata i ludzi.
— Coby to było za szczęście!
— Spełniłem twoje żądanie, Lorenzo. Pokój w którym się znajdujesz, jest zupełnie oddzielony od świata — najlżejszy szmer życia zewnętrznego dojść nas tu nie może; jesteśmy sami, zupełnie sami.
— A! jak to dobrze.
— Powiedz mi Lorenzo, czy podoba ci się ten pokój?
— Rozkaż mi abym go zobaczyła.
— Patrz!
— Prześliczne mieszkanie!
— Więc ci się podoba? — zapytał łagodnie.
— Bardzo mi się podoba! Otoczoną jestem wszystkiem co lubię — róże i heljotropy, to moje ulubione kwiaty. Jakiś ty dobry, mój najdroższy Józefie.
— Robię, co mogę, aby ci się podobać droga Lorenzo.
— Czynisz dla mnie daleko więcej, niż zasługuję.
— Przyznajesz to?
— Najchętniej.
— Przyznajesz, żeś źle sobie ze mną postąpiła?
— Bardzo źle, przyznaję, ale wierzę, że ty mi to przebaczysz, nieprawdaż?
— Przebaczę ci, ale! nie prędzej aż wytłumaczysz mi tę niepojętą tajemnicę, przeciwko której walczę, prawie od chwili naszego poznania.
— Słuchaj więc mnie przyjacielu. W osobie mojej mieszczą się dwie zupełnie różne kobiety; jedna z nich kocha cię bez granic, druga nienawidzi z całego serca. I życie moje podzielone jest również na dwie połowy; w jednej doznaję przy tobie niebiańskich rozkoszy, w drugiej piekielnych męczarni.
— A te dwie połowy, to sen i czuwanie, nieprawdaż?
— Tak jest w istocie.
— Kochasz mnie we śnie, a nienawidzisz na jawie.
— Tak.
— Dlaczego?
— Nie wiem.
— Musisz wiedzieć i powiedzieć.
— Nie wiem.
— Pomyśl tylko dobrze, zajrzyj w głąb serca, rozpoznaj uczucia.
— Tak.... teraz już rozumiem.
— Mów więc.
— Bo Lorenza, mój drogi, jest na jawie przesądną włoszką, dla której nauka jest zbrodnią a miłość grzechem. Boi się wtedy uczonego doktora; drży przed pięknością twoją Józefie. Ojciec powiedział jej, że jeśli cię pokocha, zgubi duszę — musi więc uciekać zawsze przed tobą.
— A gdy jest uśpioną?
— O wtedy Lorenza przestaje być rzymianką, przestaje być przesądną włoszką i jest tylko kochającą kobietą. Myśl moja sięga wtedy do głębi twej duszy i widzi cię wielkim, uczonym, szlachetnym; pojmuje cele do których dążysz i pragnie być zawsze przy tobie; marzy, że kiedyś, gdy świat z uwielbieniem wymawiać będzie sławne nazwisko, Cagliostro, ktoś podszepnie zawsze z cicha imię wiernej mu do śmierci Lorenzy.
— Czy pod tym nazwiskiem zasłynę kiedyś w świecie?
— Tak mój drogi.
— Powiedz-że mi teraz kochana Lorenzo, czy będziesz szczęśliwą, czy będziesz zadowoloną ze swego losu w tem tu nowem mieszkaniu swojem?
— Mieszkanie to piękniejsze jest i bogatsze niż inne jakie mi dotąd dawałeś; nie w tem jednak leży dla mnie jego zaleta.
— W czemże więc? powiedz mi ukochana.
— Tu mamy mieszkać razem.
— Więc gdy śpisz to wiesz że cię kocham i wierzysz w moje przywiązanie?
Młoda kobieta uśmiechnęła się smutno.
— O tak Józefie, wierzę najzupełniej w miłość twoją, a jednak jest coś, co w sercu twojem ma przede mną pierwszeństwo.
— A to jest?
— Mrzonki twoje.
— Nazwij to raczej wielkim celem, do którego dążę.
— Ambicja twoja.
— Dlaczegóż nie powiesz, sława?
— Boże, Boże! — jęknęła boleśnie Lorenza i łzy polały się z pod jej zamkniętych powiek.
— Cóżeś zobaczyła? — zapytał przerażony Balsamo.
— Widzę ciemności nieprzeniknione, a wśród nich widma straszliwe, królowie to niby, ale w rękach niosą ukoronowane swoje głowy, a ty przechodzisz pośród tego tłumu, rozkazujesz i wszyscy są ci posłuszni.
— Jakto Lorenzo — i ty smucisz się zamiast być dumną ze mnie?
— Ja, drogi Józefie, wolę cię widzieć dobrym, niż wielkim. Wreszcie szukam siebie wśród tłumu, ale się nie znajduję. O! mnie już wtedy nie będzie, gdy to nastąpi.
— A gdzież ty będziesz wtedy?
— W grobie.
Balsamo zadrżał.
— Ty miałabyś umrzeć Lorenzo? Nie, nie, ty żyć będziesz wraz ze mną długie lata — i będziemy kochać się zawsze.
— Kiedy ty mnie wcale nie kochasz, Józefie....
— Mylisz się, droga Lorenzo.
— Nie dosyć, nie dosyć mnie kochasz Józefie! — zawołała, zarzucając mu ręce na szyję i tuląc głowę w jego namiętnym uścisku.
— Cóż mi zarzucić możesz Lorenzo?
— Oziębłość twoją. Dlaczego usuwasz się ode mnie? Czy cię usta moje tak palą? O, gdybyś mi powrócił moje niewinne lata dziewicze, owe spokojne noce wśród murów klasztornych w Subiaco, gdy na skrzydłach zefirów posyłałeś mi pocałunki, a ja czułam je na ustach moich, wśród samotnej celi....
— Lorenzo! Lorenzo moja!
— Czemu mnie unikasz Józefie! czemu uciekasz przede mną? Podaj mi rękę, niech ją uścisnę; daj oczy twoje, niech je ucałuję. Nie jestemże żoną twoją, Balsamo?
— O tak, droga Lorenzo, jesteś moją żoną, ukochaną nad wszystko.
— Czemu pozostawiasz mnie samotną, opuszczasz; dlaczego nie utulisz mnie nigdy w uścisku? Nie, Józefie, ja czuję to dobrze, że ty wcale mnie nie kochasz!
— Czyż nie wystarcza ci, droga Lorenzo, że stanowisz całą siłę i szczęście moje. Ty jesteś potęgą moją, genjuszem moim, bez ciebie nicbym zdziałać nie potrafił. Kochaj mnie Lorenzo, tak, jak ja kocham ciebie!
— Uczucie twoje wcale miłością nazwać się nie może.
— Jest to jednak wszystko, co dać ci mogę; wystarcza mi do szczęścia być panem i władcą twojej duszy.
— Szczęśliwym? ty czujesz się szczęśliwym?... powiedziała pogardliwie Lorenza.
— Tak jest — odpowiedział Balsamo — bo szczęście dla mnie — to wielkości O, gdybyś ty pojąć mogła, droga Lorenzo, jakiej rozkoszy doznaję, gdy jak w otwartej księdze czytam w tajnikach serca ludzkiego, gdy poznawszy słabości i namiętności wielkich tej ziemi, zdobywam nad nimi niezaprzeczoną władzę!
— Rozumiem. Do tego ci potrzebna pomoc moja.
— Oczy twoje czytają przyszłość i to, czego dojść nie mogłem w ciągu dwudziestoletnich dociekań naukowych, ty, luba gołąbko moja, zgadujesz odrazu. Życiu mojemu grożą tysiączne zasadzki, ale ty mi je odkrywasz wszystkie; tobie zawdzięczam zdrowie i życie, potęgę i sławę; bez ciebie jam niczem — przez ciebie cudów dokonywam.
— I za to wszystko czynisz mnie najnieszczęśliwszą z kobiet — powiedziała — i namiętniej niż kiedykolwiek ujęła go w uścisk. Była chwila, że Balsamo czuł się podbitym; jakiś prąd elektryczny ciągnął go bezwiednie.
Zwyciężył się jednakże i wysunął z objęć Lorenzy.
— Litości, litości Lorenzo.
— Jam żoną twoją, a nie córką; nie chcę być kochaną przez ciebie takiem uczuciem, jakie ojciec mój miał dla mnie.
Balsamo drżał wzruszony.
— Lorenzo — rzekł — jedyne to uczucie na jakie pozwolić sobie mogę; przez litość, nie żądaj ode mnie innej miłości.
— Ależ to nie jest miłość!... nie, to nie miłość Józefie!
— Nie rozumiesz mnie; taką miłością, czystą i pełną szacunku, kochać można tylko dziewicę.
— Pocóż więc kazałeś mi opuścić rodzinę i ojczyznę, wszystko co kochałam i co mi było drogie; wszystko — aż do religji i Boga, bo przecież Bóg twój niepodobny do mojego?
W gwałtownych, burzliwych ruchach, włosy jej opadły na ramiona i okryły ją czarnym, lśniącym płaszczem. Była zachwycająca.
Balsamo westchnął głęboko. — Wina to owego nieoszacowanego daru twojego, daru zaglądania w najskrytsze tajniki. Wzroku twego nic nie wstrzymuje: oddalenie, ciemności, przeszłość, przyszłość, wszystko przed nim stoi otworem, ty wszystko widzisz okiem czystego bez skazy anioła; ale dopóty tylko trwać to będzie, dopóki pozostaniesz dziewicą; z chwilą, gdy staniesz się kobietą, wszystko to zniknie i zostaniesz istotą materjalistyczną jak każda inna.
— A ty nie chcesz poświęcić dawnych swych zamiarów dla mojej miłości? Popełniasz zbrodnię, Józefie!
— Nie bluźnij, Lorenzo moja! czy ty wiesz co ja za straszne znoszę męczarnie? Rozkazuję ci, czytaj teraz w sercu mojem i dowiedz się, czy w niem niema dla ciebie miłości!
— O tak, widzę, już widzę teraz, ty kochasz mnie bardzo, więcej niż sławę twoją; tak jest, ty kochasz mnie więcej niż siebie samego. Ale czemuż opierasz się tej miłości?
— Bo chcę cię wraz z sobą uczynić królową całego świata.
— Czyż wiecznie między nami stać będzie ambicja twoja?
— O jeśli mnie kochasz Lorenzo, miej litość nade mną!
Lorenza w paroksyzmie szału zarzuciła ręce na szyję Balsama.
— Kocham cię, będę cię kochać, tak jak chcesz być kochanym; siostrą, kochanką, czy dziewicą, wszystkiem zostanę, ale teraz, teraz pocałuj mnie Józefie.
Balsamo słabł coraz bardziej i już usta jego złączyć się miały z ustami ukochanej kobiety...
Ale pohamował się nagle.
— Zbudź się Lorenzo, rozkazuję ci, zbudź się!
Ręce śpiącej opadły bezwładnie, uśmiech namiętny znikł z ust pobladłych, osunęła się zwolna na kanapę i podniosła znużone powieki.
Balsamo usiadł zdaleka i westchnął głęboko.
— Skończyły się chwile szczęścia! — szepnął do siebie zcicha.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.