Józef Balsamo/Tom VI/Rozdział LVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom VI
Pobierz jako: Pobierz Cały tom VI jako ePub Pobierz Cały tom VI jako PDF Pobierz Cały tom VI jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
LVI
DOM PRZY ULICY SAINT-CLAUDE

Ulica Saint-Claude wychodziła na ulicę St-Louis i posiadała piętnaście domów i siedem latarń.
Miała dwa wgłębienia po prawej i lewej stronie. Wgłębienie prawe kończyło się na murze pałacu de Voysins, lewe dotykało ogrodu Panien-Sakramentek.
To ostatnie, zacienione z jednej strony drzewami klasztornego ogrodu, miało po drugiej stronie szary mur domu, którego fronton wychodził na ulicę Saint-Claude.
W tym murze posępnym widniało, niby oko Cyklopa, jedno okienko, zaopatrzone gęstą kratą żelazną i nie otwierające się nigdy, jak świadczyły czarne, gęsto dokoła osiadłe, pajęczyny. Pod oknem znajdowały się drzwi, mocno żelazem okute.
Nie mieszkał tu nikt; na dzień tylko rozsiadał się w drewnianej budzie szewc, łatający obuwie i przekupka, która w starej beczce trzymała swój towar; oboje chronili się pod cieniem akacyj, opuszczających gałęzie ponad mur ogrodowy.
Wieczorem przekupka wracała do domu; szewc zamykał budę i uliczka pozostawała pod strażą owego zakratowanego okna, smutno i posępnie na świat boży wyglądającego.
Oprócz drzwi, o których już mówiliśmy, dom posiadał wejście główne od ulicy Saint-Claude. Była niem brama, opatrzona w płaskorzeźby z czasów Ludwika XIII. Zdobił ją młotek w kształcie potwornej głowy gryfa, o którym hrabia Fenix opowiadał kardynałowi de Rohan, naznaczając mu miejsce schadzki.
Okna domu, o którym mowa, wychodziły na bulwar, a od promieni słońca ochraniały je żaluzje.
Pierwsze piętro było podobne do fortecy. Dla zabezpieczenia od nieprzyjaciół, złodziei czy kochanków, okna były okratowane, a balkony ostremi najeżone kolcami. Głęboki rów oddzielał dom od bulwaru, a od ulicy osłaniał go mur na trzydzieści dwie stopy wysoki. Poza murem znajdowało się podwórze, prowadzące do wejścia głównego.
Dziś przed tym domem zatrzymałby się z pewnością każdy przechodzień i dziwiłby się obronnej jego postawie, ale w roku 1770 nie zwracał on niczyjej uwagi, zwłaszcza w tej dzielnicy Paryża. Bliskość pustego placu i sąsiedztwo mostu aux Choux, pod którego arkadami kryły się całe regimenty złodziei, czyniły wszelkie środki obronne zupełnie właściwemi.
O dziewiątej wieczorem, wśród tej pustej i ciemnej ulicy, ukazała się wytworna kareta, zdobna w herby hrabiego de Fenix.
Sam hrabia poprzedzał ją na swym dzielnym Dżeridzie, który parskał, nie mogąc znieść gęstego i brudnego pyłu miejskiego.
W karecie, o zapuszczonych firankach, spoczywała Lorenza, pogrążona w śnie głębokim.
Na turkot nadjeżdżającej karety, otworzyła się brama pałacu, jakby różdżką czarodziejską dotknięta i ukryła przybyłych w swem ciemnem wnętrzu.
Hrabia Fenix nie potrzebował otaczać się taką tajemnicą, żadne bowiem ciekawe oko nie śledziło go w tem pustkowiu. Gdyby wiózł z sobą cały skarbiec królewski, niktby tego na pewno nie zauważył.
W tem miejscu godzi się poznajomić czytelnika z wnętrzem domu, bo nieraz wrócić nam doń wypadnie.
Podwórze, zarośnięte trawą rozsadzającą bruki, miało po jednej stronie stajnię, po drugiej wozownię, środkiem zaś dochodziło się do drzwi, do których dwanaście schodków prowadziło z obydwóch stron.
Mieszkanie na dole składało się z ogromnego przedpokoju, sali jadalnej, zdobnej w bogate srebrne i złote naczynia, porozstawiane na półkach wielkiego kredensu; wreszcie z salonu, zupełnie świeżo, jakby umyślnie dla nowo przybyłych mieszkańców, umeblowanego.
Z salonu wychodziło się na szerokie schody, prowadzące na pierwsze piętro, na którem były trzy obszerne pokoje.
Biegły technik, spojrzawszy na rozmiary zewnętrznych murów pałacu, zdziwiłby się z pewnością temu stosunkowo tak małemu pomieszczeniu; bo też było to tylko mieszkanko w mieszkaniu. Ale o istnieniu tego ostatniego wiedział tylko sam właściciel.
W przedpokoju, gdzie stał piękny posąg Harpokratesa, bożka milczenia, z palcem do ust przyciśniętym, znajdowały się małe drzwi, starannie wśród ornamentacyj, zdobiących ściany, ukryte.
Drzwi te wychodziły na schody prowadzące na pierwsze piętro, gdzie znajdował się pokój o dwóch oknach zakratowanych, wychodzących na podwórze.
Pokój ten musiał zamieszkiwać mężczyzna. Wspaniałe skóry lwie, lamparcie i tygrysie, o błyszczących szklanych oczach, a paszczękach w straszliwe kły uzbrojonych, służyły za dywany przed łóżkiem, przed kanapą i fotelami; ściany pokryte były przepyszną skórą korduańską, której desenie lekkie i harmonijne niknęły pod mnóstwem rozmaitego rodzaju broni, od tomahawku dzikiego Hurona, aż do crik’a malajskiego; od szerokiego miecza, o rękojeści krzyżem ozdobionej, aż do pałąkowatego kindżału arabskiego; od samopału XVI stulecia, aż do wytwornej, złotem inkrustowanej, strzelby z wieku XVIII-go.
Pokój ten, jak się zdawało, nie miał innego wyjścia, oprócz tego, które prowadziło na schody; jeśli zaś miał jakie inne, to musiało być dobrze ukryte.
Służący, niemiec, lat dwudziestu pięciu, był jedynym człowiekiem, błądzącym od dni kilku po tych opustoszałych kątach. Zaryglował on starannie bramę i podszedł do karety, około której krzątał się w milczeniu stangret, wyprzęgający konie; otworzył drzwiczki, wziął na ręce uśpioną Lorenzę, zaniósł ją do przedpokoju i tu złożył na stole, zasłanym ponsowym dywanem i przykrył jej nóżki długim białym welonem, jaki miała na sobie.
Następnie zszedł, zapalił od latarni karety świecznik siedmioramienny i wrócił z nim natychmiast.
Nie trwało to dłużej nad parę minut, a jednak, nie zastał już Lorenzy.
Hrabia Fenix przeniósł uśpioną do powyżej opisanego pokoju. Zamknąwszy za sobą małe drzwi, zbliżył się do kominka, dotknął lekko ukrytej sprężyny i natychmiast, bez najmniejszego szelestu otwarły się inne drzwi, prowadzące na drugie schody wyłożone utrechtem. Wchodziło się stąd do pokoju o ścianach pokrytych atłasem haftowanym w kwiaty i ptaki, jakby żywe, tak artystycznie wykonane. Meble złocone prześlicznie, pokryte były tym samym atłasem; dwie wielkie szafy inkrustowane szyldkretem, klawikord, toaleta z drzewa różanego, przepięknie usłane łóżko, wytworne kanapy i krzesła uzupełniały umeblowanie mieszkania, składającego się prócz tego pokoju z małego buduarku i garderoby.
Dwa okna przysłonięte ciężkiemi firankami, nigdy nie dawały wcisnąć się światłu dziennemu; obecnie jednak, ostrożność ta była zbyteczna, gdyż cienie nocy wszystko pokrywały.
Nigdzie nie było widać żadnych drzwi; u sufitu wisiały lampy, dające światło dniem i nocą, bo gdy się tylko wypalały, niewidzialne jakieś ręce napełniały je znowu wonnymi olejkami.
Niczem niezamącona cisza panowała w tym pokoju. Ze wszech stron połyskiwało złoto, a wzrok spoczywał z przyjemnością na pięknych obrazach, wytwornych materjach i ozdobach.
Wszedłszy tu, hrabia złożył Lorenzę na sofie, wyjął z kieszeni srebrne pudełeczko, które kiedyś zaintrygowało było Gilberta, wydobył z niego płomyk, zapalił różowe świece obsadzone w kandelabrach stojących na kominku, powrócił do Lorenzy, przykląkł przed nią na jedno kolano i zawołał:
— Lorenzo!
Młoda kobieta nie odrzekła nic, ale podniosła głowę i oparła się na łokciu, nie otwierając wcale oczu.
— Lorenzo — powtórzył hrabia — czy śpisz w tej chwili snem naturalnym, czy też magnetycznym?
— Śpię snem magnetycznym — odpowiedziała Lorenza.
— Czy będziesz odpowiadać na moje pytania, Lorenzo?
— Zdaje mi się że będę.
— No to dobrze.
Nastąpiła chwila milczenia; poczem hrabia Fenix zaczął znowu:
— Zajrzyj do pokoju księżnej Ludwiki, którą widzieliśmy przed trzema kwadransami.
— Patrzę — odrzekła Lorenza.
— Czy widzisz?
— Widzę.
— Czy jest tam kardynał de Rohan?
— Nie dostrzegam go wcale.
— Co robi księżna?
— Odmawia modlitwy wieczorne.
— Zajrzyj na korytarze i w dziedziniec klasztorny, czy nie widzisz gdzie kardynała?
— Nie widzę go nigdzie.
— Zobacz czy powóz jego stoi jeszcze przed bramą.
— Nie stoi.
— Zobacz co się dzieje na drodze, którą jechaliśmy?
— Patrzę.
— Nie widzisz jakiej karety?
— Widzę kilka.
— A czy niema w której z nich kardynała?
— Nie.
— Zbliż się do Paryża.
— Jestem.
— Jeszcze bliżej.
— Dobrze.
— Jeszcze bliżej.
— Widzę go już teraz.
— Gdzie?
— U rogatki.
— Czy się zatrzymał?
— Zatrzymuje się w tej chwili. Lokaj podchodzi.
— Czy mówi co?
— Zaraz będzie mówić.
— Słuchaj dobrze Lorenzo, zależy mi na tem, abym dokładnie wiedział, co kardynał powie temu człowiekowi.
— Zapóźno słuchać mi kazałeś. Niedosłyszałam. Ale poczekaj, lokaj mówi coś do stangreta.
— Co powiedział?
— Jedź przez bulwary na ulicę Saint-Claude.
— Dobrze Lerenzo, dziękuję.
Hrabia napisał szybko kilka słów na karteczce, owinął ją na metalową blaszkę, zapewne aby jej dodać ciężaru, pociągnął za sznurek od dzwonka, poruszył sprężynę i ukazała się otwarta paszcza jakiegoś potwora. Wrzucił w nią bilecik i wszystko wróciło na miejsce.
Tym sposobem porozumiewał się hrabia z Frycem, gdy był w swoich ukrytych pokojach.
Wrócił i zasiadł obok młodej kobiety.
— Dziękuję ci, Lorenzo — rzekł.
— Jesteś dziś ze mnie zadowolony? — zapytała.
— Tak jest, droga Lorenzo!
— A nagroda moja, Józefie?
Balsamo uśmiechnął się, zbliżył usta swoje do ust kobiety; dreszcz rozkoszy przebiegł jej ciało.
— O! jak ja cię kocham, Józefie, — szepnęła — Józefie, mój drogi Józefie. I wyciągnęła do niego ramiona, by go do swej piersi przytulić.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.