Józef Balsamo/Tom VI/Rozdział LV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom VI
Pobierz jako: Pobierz Cały tom VI jako ePub Pobierz Cały tom VI jako PDF Pobierz Cały tom VI jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
LV
PAWILON

Wróciwszy późno, znużony trudem całodziennym, Gilbert zapomniał zasłonić okienka swego starym kawałkiem płótna, ochraniającym jego wzrok przed pierwszymi promieniami wschodzącego słońca.
O piątej zerwał się na równe nogi, mniemając, że spał fatalnie.
Wieśniak, oswojony od dziecka z widokiem natury, spojrzawszy na słońce poznał natychmiast godzinę. Ucieszyło go przekonanie, że nietylko nie zaspał, ale, owszem, wstał nawet trochę za wcześnie.
Zajął się zaraz swoją toaletą i w chwilę potem stanął ubrany w okienku. Poszukał wzrokiem pałacu d’Armenonville i starał się rozpoznać dom, w którym zamieszkała Andrea.
Przypomiał sobie, jak pytała Filipa: — „A czy są tam jakie drzewa?“ — O gdyby zamieszkała w tym tu pustym zupełnie domu, pomyślał i jednocześnie spojrzał znowu w tamtą stronę. Jakżeż się zdziwił niezmiernie, gdy zobaczył otwierające się jedno z okien pawilonu. Dość długo mocował się ktoś z tem oknem bo widocznie z powodu spaczonych od wilgoci ram lub zardzewiałych zawias, nie dawało się otworzyć. Nakoniec otwarło się na rozcież i ukazała się młoda dziewczyna, zaspana jeszcze trochę i zarumieniona. Była to Nicolina, pokojówka Andrei.
Nie było zatem żadnej już teraz wątpliwości. Dom w którym zniknęli Taverney’owie, był ten właśnie, który miał przed oczyma.
Cofnął się szybko, nie chcąc zostać spostrzeżonym przez Nicolinę.
Nie chciał, aby go dojrzano w okienku na strychu; gdyby zajmował apartament na pierwszem piętrze, no, to chętnie stanąłby w oknie, chętnie ukazałby się służącej Andrei. Obawiał się nadto aby Andrea, dowiedziawszy się o jego sąsiedztwie, nie zechciała zmienić mieszkania, lub też nie zaniechała przechadzki po ogrodzie.
Miłość własna dziwnie zaślepiała młodego chłopaka. Andrea była jedną z tych kobiet, dla których mężczyźni z niższej warstwy społeczeństwa nie istnieją wcale. Kobiety takie gotowe są używać kąpieli w obecności lokaja lub chłopa, bo chłop i lokaj nie są dla nich mężczyznami.
Nicolina nie należała do tej sfery, to też Gilbert dobrze zrobił, że unikał jej wzroku.
Wrócił jednak niezwłocznie do okienka, ukrył się we framudze i śledził okna z przeciwka.
Za chwilę otworzyło się inne okno, poniżej tego w którem stała zaspana pokojówka, i Gilbert dostrzegł Andreę w wielkim negliżu, dopiero bowiem przed chwilą opuściła łóżko i schylała się właśnie po pantofelek, który zsunął się jej z nóżki.
Jakkolwiek Gilbert poprzysięgał sobie, że musi znienawidzieć Andreę, doznawał zawsze jednak uczucia z którego nie potrafił sobie zdać sprawy. I w tej chwili, na jej widok, serce mu gwałtownie zabiło, a krew falą gorącą napłynęła do głowy.
Gdy ochłonął z pierwszego wrażenia, począł się namyślać co robić, aby widzieć, nie będąc widzianym. Obejrzał się wokoło. Spostrzegł suknię pani Teresy; przypiął ją szpilką do sznura, wiszącego ponad okienkiem, i uczuł się zupełnie bezpiecznym pod tą zaimprowizowaną firanką.
Andrea przeciągnęła się, co rozchyliło na chwilę biały jej peniuar; następnie wyjrzała oknem, aby zapoznać się z miejscowością i przyglądała się ciekawie ogrodowi.
Na twarzy jej wybiło się widocznie zadowolenie: ze wszech stron otoczona była zielonością. Ona tak skąpa w uśmiechu dla ludzi, rozkosznie śmiała się do natury.
Gdy kolejno rozglądała się wokoło, wzrok jej spoczął przez chwilę na domu, w którym mieszkał Gilbert. Wysokie drzewa zakrywały wyższe jego piętra, facjatki tylko górowały nad niemi — to też dumna dziewczyna zaraz w drugą stronę oczy zwróciła. Cóż mogły ją obchodzić stworzenia, które facjatki zamieszkiwały?
Andrea z rozkoszą uczuła się samotną wśród wielkiego miasta, swobodną w czynnościach swoich, wolną od wszelkiej złośliwości paryżan, której tak bardzo obawiają się panie z prowincji. Pozostawiła okno otwarte i zadzwoniła. Nicolina ukazała się w tej samej chwili i otworzywszy szkatułkę podróżną, dobyła z niej przybory toaletowe.
Andrea siadła przed toaletą, pokojówka rozpuściła jej włosy, które spływały na ramiona. Gilbert westchnął głęboko; Andrea nawpół zaledwie odziana, z włosami rozpuszczonymi, była przedziwnie piękną. Tchu mu brakowało w piersiach, język przysychał do podniebienia, wzrok wytężony prawie odmawiał mu posłuszeństwa.
Wypadek zrządził, że Andrea podniosła oczy na facjatkę w której stał zapatrzony w nią młody człowiek.
— Patrz! patrz wiele ci się podoba, pomyślał — nie zobaczysz nic, podczas gdy ja widzę wszystko.
Pomylił się jednak grubo, bo Andrea dostrzegła zawieszoną w okienku suknię, spadającą na głowę młodego człowieka i tworzącą w tem połączeniu przedmiot dziwaczny, którego niepodobna było narazie rozpoznać.
Grzebieniem wskazała pokojówce okno. Ta ostatnia podniosła głowę i obie z natężoną uwagą starały się rozpoznać, coby to być mogło.
Gilbert, zadowolony z tego zakłopotania sąsiadek, stał ciągle i czekał co dalej nastąpi, gdy w tem suknia, szarpnięta jakąś niecierpliwą ręką, spadła mu na głowę.
— Co u djabła robisz w tem oknie, mój paniczu? Co znaczy ta draperja z sukni mojej żony? — zawołał Rousseau, który od chwili stał już w izdebce niespostrzeżony przez Gilberta.
— Ależ nic... nic... — wybąkał bezprzytomnie młody chłopak, starając się odwrócić uwagę Rousseau w inną stronę.
— Nic? Dlaczego więc ukrywałeś się pod tą suknią?
— Słońce mi wzrok raziło.
— Dziwne masz oczy, mój drogi; okno zwrócone jest na zachód, skądże więc o wschodzie słońce razić cię może?
Gilbert próbował się jeszcze usprawiedliwiać, ale spostrzegł, że plącze się coraz bardziej, więc zamilkł nagle i ukrył głowę w rękach.
— Kłamiesz i boisz się! a zatem to co robiłeś złem być musiało.
Powiedziawszy to, Rousseau postąpił ku i stanął.
Gilbert, zapomniawszy o wszelkiej ostrożności, jednym skokiem znalazł się przy nim.
— Aha! — rzekł Rousseau — ten dom dotąd pusty, teraz jak widzę jest zamieszkały. Gilbert milczał.
— Mieszkańcy widać mnie znają, bo patrzą do moich okien.
Gilbert cofnął się w tył, w obawie, aby go nie poznano.
Rousseau zauważył natychmiast ten ruch i domyślił się co go spowodowało.
— Nie, to ci się nie uda, mój przyjacielu, proszę wrócić na swoje miejsce; to twoja facjatka jest przedmiotem uwagi mieszkańców pawilonu. I chwycił silną dłonią rękę Gilberta, chcąc go zmusić, aby stanął w oknie.
— Nie, nie, proszę cię panie, puść mnie — zawołał ten ostatni, starając się uwolnić.
Młody i zręczny, mógł był to z łatwością uczynić, ale trzebaby się szamotać, a na to nie pozwalał mu szacunek, niemal ubóstwienie, jakie miał dla mistrza.
— Znasz te kobiety i one znają też ciebie? — zapytał Rousseau.
— Ależ nie, nie, nie, szanowny panie.
— A więc skoro nawzajem jesteście sobie nieznani, dlaczego unikasz ich wzroku?
— Panie Rousseau, musiałeś przecież w swojem życiu mieć także tajemnice — miej litość nade mną.
— A, zdrajco. Tajemnice!.. znam je, pojmuję, jakiej są one natury. Pewno Grimm i Holbach tu cię nasłali, abyś, zyskawszy moje zaufanie, zdradził mnie następnie przed nimi. Szalony byłem; mniemałem, że przychodzę w pomoc poczciwemu i biednemu chłopcu, a ja tymczasem szpiega sobie w dom ściągnąłem.
— Szpiega!? — zawołał Gilbert z oburzeniem.
— Kiedyż myślisz mnie sprzedać, Judaszu? — rzekł Rousseau, machinalnie zarzucając na siebie suknię Teresy i stając przed Gilbertem w pozie, którą uważał za majestatyczną, a która tylko śmieszną była do najwyższego stopnia.
— Znieważasz mnie pan — powiedział Gilbert.
— Znieważam cię? A to mi się podoba. Zastałem cię przecie, wężu zdradziecki, w oknie, przy rozmowie mimicznej, w której opowiadałeś może treść dzieła nad którem obecnie pracuję!
— Gdybym cię chciał zdradzić, zacny panie, byłbym bez najmniejszej przeszkody przepisał rękopisy, leżące na twojem biurku. Pocóż miałbym je gestami opowiadać?
Była to prawda. Rousseau zrozumiał, iż popełnił niesprawiedliwość, co często mu się trafiało, gdy wpadał w paroksyzm trwogi. Gniewny mówił dalej:
— Przykro mi bardzo, mój panie, ale życie moje przepełnione jest smutkami i rozczarowaniami; bywałem zdradzany często, prześladowany często, nieszczęśliwy prawie zawsze. Życie takie uczyniło mnie podejrzliwym; być może, że się mylę, ale od chwili, gdym stracił do ciebie zaufanie, nie mogę cię trzymać dłużej w domu moim i proszę cię, abyś go niezwłocznie opuścił. Wiesz, że rząd mnie ściga, muszę zatem zachowywać wszelkie ostrożności.
Gilbert mógł się spodziewać wszystkiego, oprócz tego, co go spotkało w tej chwili. Więc miał być stąd wypędzonym?...
Zacisnął pięści, oczy mu zabłysły złowrogo. Ale trwało to krótką chwilę. Czuł, że miał naraz utracić i przyjaźń filozofa i możność widywania Andrei. Pohamował oburzenie i zawołał głosem błagalnym:
— Panie, zechciej mnie posłuchać — nie potępiaj, ale daj się usprawiedliwić.
— Życie i niesprawiedliwość ludzka uczyniły mnie dzikim, okrutniejszym od tygrysa, pan znasz moich nieprzyjaciół i jesteś z nimi w stosunkach. Nie myślę ci przeszkadzać w twoich zamiarach, ale proszę cię, opuść mój dom, bo odtąd niema w nim miejsca dla ciebie.
— Ależ panie, te dwie młode dziewczyny nie są wcale nieprzyjazne panu: to panna Andrea i panna Nicolina.
— Kimże jest panna Andrea, kto ona? — pytał Rousseau, przypominając sobie, że nieraz już słyszał to imię z ust Gilberta.
— Panna Andrea jest córką barona de Taverney. Jest to kobieta, którą kocham goręcej, niż pan kochałeś pannę Galley, panią Warens i inne. Za nią to szedłem pieszo, głodny i spragniony, aż upadłem bezsilny na drodze. Ją to chodziłem wczoraj zobaczyć w Sanit-Denis; dla niej jedynie pragnąłbym zostać Tureniuszem, Richelieu’m albo Rousseau. Przebacz mi pan, że ci to wszystko mówię, ale zmusiłeś mnie do tego.
Rousseau znał dobrze serca ludzkie, wiedział, że najwytrawniejszy aktor nie byłby zdolnym wydobyć z pod serca tych dźwięków, pełnych łez i namiętności, jakie w tej chwili z ust Gilberta płynęły.
— A więc ta młoda osoba jest panną Andreą?
— Tak panie, to ona.
— Więc ją znasz?
— Jestem synem jej mamki.
— Kłamałeś zatem, mówiąc, przed chwilą, że jej nie znasz. Jeśli zatem nie jesteś zdrajcą, to w każdym razie jesteś kłamcą.
— Panie — rzekł Gilbert — rozdzierasz mi pan serce i zrobiłbyś lepiej, zabijając mnie w tej chwili.
— To frazeologia, styl Diderot’a i Marmontel’a; jesteś kłamcą.
— No więc tak, jestem kłamcą, ale tem gorzej dla ciebie, mój panie, jeżeliś nie zrozumiał powodów tego kłamstwa! Bywaj zdrów, szanowny panie!... Wychodzę stąd zrozpaczony... niechaj ta rozpacz spadnie na pańskie sumienie!
Rousseau patrzył na młodzieńca, gładząc brodę. Jakże on bardzo był do niego podobny.
— Jedno z dwojga, albo ten chłopak jest bardzo szlachetnym, albo też jest łotrem skończonym; przyszłość to pokaże. Jeżeli jednak spiskują przeciwko mnie, może lepiej mieć go pod ręką.
Gilbert zatrzymał się przy drzwiach, z ręką na klamce, oczekując na ostatnie słowo.
— Rozmowa skończona — rzekł Rousseau — jeżeli jesteś zakochany, tak jak mówisz, to smutną wróżyć ci można przyszłości. Ale późno już i wielki czas wziąć się do roboty. Straciłeś cały dzień wczorajszy, a na dziś mamy trzydzieści stronic do przepisania. Spiesz się zatem Gilbercie; siadajmy do roboty.
Gilbert chwycił rękę filozofa i do ust przycisnął.
Nie byłby tego dumny chłopak uczynił z pewnością z ręką królewską.
Nim wyszli, Rousseau zbliżył się raz jeszcze do okna i spojrzał naprzeciwko. Andrea, która w tej chwili zmieniała suknię, rzuciła okiem w okienko facjatki. Zmieszała się, zobaczywszy bladą twarz filozofa i kazała zamknąć pokojówce okno.
Nicolina niezwłocznie spełniła rozkaz.
— Stara moja głowa przestraszyła dziewczynę — powiedział Jan-Jakób. O młodości! młodości! jakżeś ty piękna — szepnął zcicha i głośno powiedział:

O quiventu primavera del eta!
O primavera quiventu del anno!

Potem zawiesił na gwoździu suknię Teresy i poszedł zwolna za Gilbertem. Jakże chętnie zamieniłby jego młodość na swoją sławę, głośną już w świecie, rywalizującą ze sławą Voltaira.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.