Józef Balsamo/Tom IX/Rozdział CIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom IX
Pobierz jako: Pobierz Cały tom IX jako ePub Pobierz Cały tom IX jako PDF Pobierz Cały tom IX jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CIX
CZŁOWIEK I JEGO DZIEŁA

Podczas gdy Marat zastanawiał się nad istnieniem duszy i sumienia, inny filozof, na ulicy Plâtrière, rozmyślał o wczorajszym wieczorze. Pytał siebie, czy rzeczywiście był winowajcą. Z głową spuszczoną, rękoma opartemi na stole, Rousseau myślał i marzył.
Przed nim leżały dwa dzieła: Emil i Umowa Społeczna. Co chwila przerzucał kartki ulubionych utworów.
— Mój Boże! mówił do siebie, odczytując paragraf z Emila o wolności sumienia, co to za zapał!
Czy to być może, abym ja się odważył napisać to? ja?! te wymysły na tron, ołtarz i społeczeństwo?
Nie dziwię się, iż ludzie gubią się w tych sofizmatach; doprawdy, jestem przewrotowcem.
I odniósł się i mierzył wzdłuż i wszerz swój gabinecik.
— Wygadywałem na władzę, iż prześladuje pisarzy. Warjatem, głupcem byłem!... Ci ludzie mają rację.
Czemże ja jestem dla państwa? jeśli nie niebezpiecznym człowiekiem? Jedyną moją obroną jest to, że oświecą masy; to mój pretekst, podobno dowodziłem, że myśl moja, to pochodnia która świat oświeci.
„Dowodziłem również potrzeby równości, braterstwa ludów, tworzyłem plany na przyszłość, cóż mam za to?... spotykam ludzi z instynktami zwierzęcemi, ze zwyczajami, którychby się wstydzili barbarzyńcy... O! jestem winien!
Przeczytał stronicą z „Wikarjusza-Sabaudzkiego“....
— Hm, to tutaj... „Połączmy się, tylko jednością zdobędziemy szczęście“... Ja to napisałem! „Nasze cnoty powinny mieć siłą, jaką posiadają u innych występki“.
Rousseau zasępił się.
Niedługo wszystkie więzienia będą zapełnione ludźmi, stosującymi się do mych zasad, przed sądem wyciągną na świat moje dzieła i rzekną:
— Jesteśmy zwolennikami Rousseau’a, filozofa!
— Oh! jakże się śmiać ze mnie będzie Voltaire: On pierwszy rzuci się na mnie, jak osa.
Myśl, że filozof z Ferney wyśmieje go, do rozpaczy doprowadzała genewczyka.
— Jestem więc spiskowcem! ładnie, ładnie!
Teresa wniosła śniadanie. Spostrzegła, iż Rousseau odczytuje swe dzieła.
— Pięknie! — krzyknęła mu nad uchem, stawiając przed nim szklankę mleka — pan filozof czyta swe arcydzieła! hm... pan Rousseau zachwyca się sobą.
— Daj mi pokój — przerwał niecierpliwie Rousseau, nie masz się czego śmiać.
— Jakież to cudne, wzniosłe! — mówiła, przedrzeźniając Teresa. — Ci pisarze, co to za zarozumialcy... niegodziwcy... i tu żyj z takim potworem! Kiedy ja się przeglądam w lustrze, pan mąż nazywa mię kokietką, a cóż pan robi teraz?
Rousseau nic nie odpowiedział, cierpliwie czekał na zakończenie tej miłej sceny; pił mleko z miną skazańca.
— Rozmyślaj, rozmyślaj, pewno znów chcesz coś okropnego napisać.
Rousseau zadrżał.
— Marzysz ciągnęła niegodziwa baba — o swych idealnych kochankach, a piszesz dzieła, nienadające się do czytania dla młodych dziewcząt, albo książki, które kat spali kiedyś na rynku.
Ofiara drgnęła.
Teresa zręcznie wyszukiwała bolące miejsca.
— Nie odrzekł w zamyśleniu — napiszę teraz książkę, którą wszyscy uczciwi ludzie przeczytać będą mogli z radością.
— O! o! rzekła Teresa, sprzątając szklankę — to niemożebne, masz umysł, zdolny tylko do okropności. Wczoraj słyszałam, gdyś czytał na głos jakąś książkę o pięknych kobietach, ty satyrze! potworze! kuglarzu!
Kuglarz, była to najstraszliwsza obelga ze słownika Teresy.
— No, no, moja przyjaciółko — odezwał się filozof — będziesz zadowolona... Mam sposób zreformowania świata bez ofiar i cierpień. Tak, tak, ten projekt już dojrzał. Nie będzie rewolucji! Wielki Boże! tylko bez rewolucji.
— Zobaczymy, zobaczymy — odrzekła, krzątając się. — Co to dzwonią!
Po chwilce wróciła.
— Pochowaj te obrzydliwości!... słyszysz, prędko! jakiś młody człowiek chce się widzieć z tobą.
— Kto taki?
— Jakiś pan z królewskiego dworu.
— Nie wymienił ci nazwiska?
— Naturalnie, także pytanie!
— Powiedz-że nareszcie...
— Pan de Coigny.
— Co?! Pan de Coigny? — zawołał Rousseau — nieodstępny towarzysz księcia delfina!
— Zapewne ten sam. Śliczny chłopak, miły, grzeczny.
— Idę, już idę.
Rousseau spojrzał w lustro, poprawił na sobie ubranie, włosy i wszedł do saloniku.
Młody magnat przyglądał się z ciekawością kolekcji roślin, zebranych przez filozofa. Drzwi skrzypnęły. Oficer ukłonił się wchodzącemu.
— Czy mam honor mówić z panem Rousseau?
— Tak, panie — odrzekł filozof, przypatrując się z zachwytem eleganckiemu gościowi.
Pan de Coigny był rzeczywiście jednym z najbardziej eleganckich i najpiękniejszych ludzi swego czasu. Zdawało się, specjalnie wymyślono strój owej epoki, dla jego pięknej głowy, wspaniałej postaci, i białych rąk o klasycznych kształtach.
Rousseau uwielbiał piękno w jakiejkolwiek je spotykał formie, to też ta piękność i młodość miłe na nim wywarła wrażenie.
— Czem mogę panu służyć?
— Jestem hrabia de Coigny. Przychodzę do pana w imieniu delfinowej.
Rousseau ukłonił się. Teresa zaglądała z sąsiedniego pokoju i podziwiała pięknego posła Marji-Antoniny.
— Co rozkazuje mi Jej Królewska Wysokość? proszę, siadaj pan.
Usiedli.
— Otóż Jego Królewska Mość, Ludwik XV, wczoraj wieczór chwalił bardzo pańską muzykę, a delfinowa, chcąc sprawić królowi przyjemność, postanowiła wystawić w teatrze, w Trianon, jedną z pańskich oper komicznych.
Rousseau skłonił się głęboko.
— To też przychodzę prosić pana w imieniu delfinowej...
— O! mój, panie — przerwał gospodarz — moje zezwolenie jest tu chyba zbyteczne; wiem, że wszystkie utwory, przeznaczone na scenę, należą już do teatru. Zdaje mi sią, że artyści bądą sobie uważali za zaszczyt grać przed dworem.
— Nie poto przyszedłem — rzekł pan de Coigny. — Delfinowa chce urządzić coś zupełnie oryginalnego. Jej Królewska Wysokość zna i śpiewa wszystkie pańskie opery...
Nowy ukłon Rousseau’a.
— To wielki zaszczyt dla mnie... — wyjąkał.
— Wiele dam dworskich śpiewa świetnie — ciągnął dalej de Coigny — panowie również uprawiają muzyką z zapałem, to też delfinowa chce wystawić jedną z pańskich oper, w której aktorami będzie dwór i ona sama.
— Wyraź pan dostojnej delfinowej moje najuniżeńsze podziękowanie — wyszeptał filozof zmieszany.
— Ale to jeszcze nie wszystko — odparł de Coigny z uśmiechem.
— A!
— Aktorzy i aktorki będą znakomici, ale niedoświadczeni, a trzeba wszak grać tak, aby nie zawstydzić się przed królem i słynnym autorem dzieła.
Tym razem komplement ucieszył filozofa.
— Otóż — ciągnął dworak — Jej Królewska Wysokość prosi pana o przybycie do Trianon na ostatnią próbą i przedstawienie.
— O! — zawołał Rousseau, ja w Trianon?...
— Dlaczegóżby nie? — spytał najspokojniejszym tonem poseł.
— O! panie, jesteś człowiekiem inteligentnym, taktownym i honorowym, odpowiedz szczerze z ręką na sercu: Rousseau filozof, Rousseau mizantrop, Rousseau spiskowiec, na dworze królewskim? Toż moi nieprzyjaciele wyśmiewać mię będą do końca życia!
— Nie widzę przyczyny — odezwał się zimno de Coigny — dla którejby filozof Rousseau miał nam odmówić; czyż tak wielkiego człowieka powinny obchodzić czcze gadaniny głupców lub niechętnych? Tembardziej, iż odmówić następczyni tronu, byłoby lekkomyślnością i niegrzecznością.
— To prawda, to prawda — szeptał Rousseau.
— Czyż to resztki fałszywego wstydu? — spytał, uśmiechając się de Coigny. — Można być surowym dla królów, lecz nie być odludkiem? Panie Rousseau, dajesz pan rady ludzkości, lecz przecie nie jesteś jej wrogiem? Zresztą, nawet w takim razie, racz uczynić wyjątek dla dam, w których żyłach krew królewska płynie.
— Ma pan słuszną rację... lecz ja żyję tak samotnie... jestem tak nieszczęśliwy....
Teresa skrzywiła się.
— Nieszczęśliwy... hm... — mruknęła.
— Pomimo najszczerszej chęci udawania, nie potrafię być miłym i wesołym w towarzystwie tak wysoko postawionych osób. Cóż będę tam robił?...
— Wielkim ludziom nie wolno wątpić o sobie; ten, kto napisał „Nową Heloizę“, ma dosyć rozumu, taktu, wykształcenia, aby wiedzieć, jak mu postąpić wypada.
— Przysięgam panu, to niemożebne...
— Słowo to jest nieznane królom.
— Pomimo to, pozostanę w domu.
— Nie sprawi mi pan tej przykrości, abym musiał wracać z odmową do Versalu, z odmową, która zapewne pierwszy raz w życiu spotkałaby delfinową. Byłbym w rozpaczy, musiałbym chyba wyjechać z kraju. To też nie odmawiaj, panie Rousseau, nie odmawiaj temu, który jest wielbicielem twego talentu, genjuszu raczej.
— Doprawdy, argumenty, jakie pan daje, są doskonałe...
— Dajże się pan wzruszyć.
— Nie, nie mogę, wszelkie podróże szkodzą mi niewymownie.
— Czyż to można nazwać podróżą — półtorej godziny drogi.
— Dla pana, dla takich koni, jak pańskie.
— Wszystkie konie dworskie czekają na rozkazy pana, mieszkanie już przygotowane w Trianon, bo delfinowa nie pozwoli panu wracać w nocy do Paryża; delfin, zachwycający się twemi arcydziełami, zamierza pokój, w którym Rousseau prześpi tę noc, zamknąć na pamiątkę.
Teresa wydała okrzyk zachwytu, naturalnie nie przez uznanie dla męża; oczarowała ją dobroć delfina.
— Trudno — rzekł filozof — muszę się poddać, tak zręcznie mnie pan atakuje.
— Starałem się chwycić cię za serce, panie.
— Zrobię więc, czego żądacie...
— Serdeczne dzięki za siebie, co do delfinowej, sama je panu złoży; nawet tobie, filozofie, sprawi przyjemność podziękowanie z tak czarownych ustek.
— Tak, przyznaję to, drogi panie; lecz widzę, że i starcy mają przywileje pięknych kobiet: dają się prosić.
— O której więc godzinie mam przysłać po pana karetę? lub, jeśli pan pozwoli, przyjadę po niego.
— O, to zbyteczne. Będę w Trianon, ale sam się tam udam.
— Jakto, odmawiasz mi, panie, zaszczytu towarzyszenia ci?
— Wiem, że jesteś pan jedną z najznaczniejszych osób na dworze, odmawiam ci więc, panie, tylko dlatego, iż chcę się tam udać bez żadnej okazałości, jestto moje ultimatum.
— Cóż robić?... ustępuję. Widowisko zacznie się dziś o 6 wieczorem.
— Dobrze, o 5 i pół będę w Trianon.
— W jaki sposób się pan tam dostaniesz?
— O! to już moja rzecz, — oto mój powóz.
I wskazał na nogi.
— Żarty chyba, pięć mili zamęczysz się pan.
— Hm... mam swe własne konie i karetę; karetę ogólną, która należy tak do mnie, jak do mego sąsiada, za cenę 15 sous.
— Mój Boże! myślisz pan udać się tam omnibusem! zimno mi się robi na samą myśl.
— Ławki, które się panu wydają twardemi, są dla mnie rozkosznem siedzeniem. Dowidzenia!
Rousseau odprowadził gościa aż na schody. Teresa weszła do gabinetu, trzaskając drzwiami; była to oznaka złego humoru.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.