Józef Balsamo/Tom IX/Rozdział CVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom IX
Pobierz jako: Pobierz Cały tom IX jako ePub Pobierz Cały tom IX jako PDF Pobierz Cały tom IX jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CVIII
SŁUŻĄCA MARATA

Kobieta, którą zająć się nie mieliśmy dotąd czasu, należy jednak do ogólnego obrazu; do obrazu, którybyśmy chcieli, gdyby geniusz był równy naszej chęci, rozszerzyć tak, aby pomieścić w nim świat cały, od ziemi do nieba i wszystkich ludzi, od żebraka do króla.
Wróćmy do pani Grivette. Jest to kobieta wysoka i chuda, lat 32 lub 33, z żółtą twarzą, zapadłemi oczyma, stworzenie wynędzniałe, z jakiem tylko w mieście spotkać się można, typ zwyrodniały, tak fizycznie, jak i moralnie. Bóg stworzył pięknem, wszystko, co żyje na ziemi, niebie i powietrzu.
To też odźwierna ta, byłaby piękną kobietą, lecz całe życie mieszkała w norze, bez powietrza i światła, w norze, jakich jest mnóstwo w Paryżu. Ręce jej długie i chude, cudnego kształtu, zniszczone były szyciem, praniem i gotowaniem. Czasami tylko w tych podkrążonych oczach zapalały się błyski inteligencji i uczucia, jednem słowem tego, co jest wyższem w istocie ludzkiej.
Balsamo długo przypatrywał się tej kobiecie, gdyż wpierw już zwróciła jego uwagę.
Odźwierna podała list Maratowi.
— Nie o list mi chodzi — rzekł chirurg, chciałem się z panią rozmówić.
— Czego pan sobie życzy?
— Chcę się dowiedzieć, co się dzieje z mym zegarkiem?
— Ach, mój Boże, skądże ja o tem mogę wiedzieć? Wczoraj wisiał na zwykłem miejscu, nad kominkiem.
— Mylisz się pani, cały dzień go nosiłem, dopiero o szóstej wieczorem, gdy wychodziłem, zostawiłem go w domu, z obawy, aby mi go w tłumie nie ukradziono. Pamiętam doskonale, położyłem go pod lichtarzem.
— Zapewne więc tam leży.
I odźwierna z najniewinniejszą miną podeszła do kominka, gdzie stały lichtarze, i podniosła właśnie ten pod którym doktór schował był zegarek.
— Cóż... jest? — spytał Marat.
— Niema! Może nie położyłeś go tam, panie Marat?
— Ależ tak.
— Szukaj więc pan.
— Szukałem już, niema go jednak — mówił rozgniewany doktór.
— Możeś go pan zgubił?
— Przecież mówiłem już raz, że wczoraj tu go położyłem.
— Może kto wykradł go stąd, tylu obcych tu wchodzi.
— Jeszcze co! A to śliczna historja! — krzyczał chirurg, unosząc się coraz bardziej. Nikt nie był u mnie od wczoraj. Widzę, że ściągnął go ten, kto zabrał mi laskę ze srebrną gałką, łyżeczkę i scyzoryk. Okradają mnie haniebnie, pani Grivette! Będę się już miał na baczności!
— Ależ, panie doktorze, czyż mnie pan podejrzewasz?
— Powinnaś pani pilnować mych rzeczy!
— Nietylko ja mam klucz od mieszkania.
— Jesteś tu odźwierną.
— Płacisz mi pan dukata miesięcznie, a chciałbyś być obsłużonym, jak przez dziesięciu lokajów.
— To mnie nic nie obchodzi, okradać się nie dam.
— Panie, jestem uczciwą kobietą.
— Uczciwą kobietą, którą zaskarżę do policji, jeśli za godzinę nie odnajdę mego zegarka.
— Mnie uczciwą kobietę, zaskarżysz pan do policji.
— Ładna uczciwość!...
— Nikt nie może mi zarzucić nieuczciwości słyszysz pan!
— Dosyć. Dajmy temu pokój.
— Domyślałam się już od rana, iż mię pan podejrzewasz.
— Podejrzewam panią od zniknięcia owej gałki srebrnej.
— Powiem panu coś, panie Marat.
— Naprzykład?
— Podczas pańskiej nieobecności radziłam się sąsiadów...
— O co!
— A no, że mię pan podejrzewasz...
— Dziwna rzecz, wszak nic pani rano o tem nie mówiłem.
— Domyślałam się.
— Cóż na to owi sąsiedzi?... Bardzo jestem ciekawy.
— Powiedzieli, że kto podejrzewa, ten musi dowieść...
— A co, zapewne dowieść, że mi zegarek ukradziono?
Bardzo łatwo mi to przyjdzie, zegarek położyłem, ot tu i niema go.
— Hm... dowieść, że to ja go ukradłam. O! dla sądu trzeba dowodów, mój panie!
Balsamo udawał obojętność, ale gotował się do działania.
— Tak jest, mój panie — mówiła dalej pani Grivette — jeśli mię pan nie przeprosisz, to ja wezwę komisarza policji, jak mi już radził gospodarz domu.
Marat zagryzł wargi. Ów właściciel domu był to stary szczwany lis, a kronika skandaliczna głosiła, iż przed jakiemiś dziesięciu laty był on wielbicielem i protektorem pani Grivette.
Otóż Marat, członek tajemniczych stowarzyszeń, przytem nieostrożny Marat, bał się pana de Sartines, lubiącego badać takich młodych doktorków, robić u nich rewizje w mieszkaniu i posyłać ich na rozmyślanie do Vincennes, Bastylji, Charenton i Bicêtre. Chirurg nasz zwiesił głowę i zniżył głos, za to odźwierna podnosiła swój coraz wyżej, a po chwili, krzyczała, płakała, lamentowała, przysięgała — istny huragan złości i nerwów.
Wtedy Balsamo nie mógł się pohamować i postanowił wdać się w tę sprawę. Wstał z krzesła i zbliżył się do kobiety, stojącej na środku pokoju. Popatrzył na nią przenikliwie, przyłożył jej dwa palce do piersi i powiedział oczyma, myślą, siłą woli, słowo, którego Marat nie mógł usłyszeć. W tejże chwili pani Grivette umilkła, wstrząsnęła się, oczy rozwarła szeroko i chwiejąc się, podeszła do łóżka, na które padła jak nieżywa.
— O! o! to zupełnie, jak chory ze szpitala! — zawołał Marat.
— Tak jest.
— Czy śpi?
— Cicho! panie — dodał, zniżając głos Balsamo — jest to chwila, w której cały twój sceptycyzm runie. Podnieś ten list, który ci przyniosła odźwierna.
Marat usłuchał natychmiast.
— Co mam z nim uczynić?
— Daj mi go pan. Co zawiera ten list — rzekł Balsamo, pokazując go uśpionej.
— Nie wiem.
— Naturalnie, że nie wie; nie umie zresztą czytać — przerwał Marat.
— Przeczytaj go wpierw, doktorze, ona ci go powtórzy.
Marat rozerwał kopertą i czytał po cichu, a wraz z nim mówiła pani Grivette, drżąc pod naciskiem woli Balsama.

„Mój drogi Hipokratesie!

Appelles zrobił swój pierwszy portret i sprzedał go za 50 franków, musimy przehulać dziś te pieniądze w winiarni na ulicy św. Jakóba. Czy przyjdziesz?

Twój przyjaciel
L. Dawid.

Maratowi wypadł list z ręki.
— Widzisz, młody niedowiarku, pani Grivette ma też duszę, która czuwa podczas jej snu.
— I dziwną do tego, duszę, umiejącą czytać, gdy ciało nie umie.
— Bo dusza może wszystko. Spróbować nie zawadzi, gdy odźwierna się obudzi, niechże ci ten list przeczyta.
Marat nie znalazł odpowiedzi, był literalnie przybity brakiem argumentów ze swej strony.
— Ale dowiedzmy się nareszcie, co się dzieje z pańskim zegarkiem.
— Pani Grivette — zwrócił się Balsamo do uśpionej — kto wziął zegarek pana Marata.
— Nie wiem.
— Wiesz doskonale, musisz powiedzieć natychmiast!
— Mów!
— Pani Grivette nie ukradła zegarka, dlaczego pan Marat posądza ją o coś podobnego?
— Któż więc skradł go, jeśli nie pani?
— Nie wiem.
— Powiedz pani natychmiast, ja każę!
— To rzecz niemożliwa! — zawołał Marat.
— Gdy zechcę, wszystko jest możliwe! Mów!
Pod wrażeniem tego przejmującego głosu biedna kobieta szalała, gryzła ręce, darła włosy, rzucała się, jak w konwulsjach.
— Nie! nie! nie powiem! wolę umrzeć!
— A więc — zawołał Balsamo z wściekłością — umrzesz, a wyznasz prawdę. Ja znam ją, ale on sceptycznie nie wierzy, muszę go przekonać. Mów! ja chcę, mów! kto skradł zegarek?
Doświadczenie było straszne, odźwierna wiła się, rzucała, wytężała całą wolę aby się oprzeć, krwawa piana wystąpiła jej na usta.
— Ależ ona wpadnie w katalepsję! — rzekł Marat.
— Nie bój się doktorze, to szatan kłamstwa ją męczy.
— Mów! krzyknął Balsamo — kto skradł zegarek?
— Pani Grivette — wyjąkała prawie niedosłyszalnie kobieta.
— Kiedy?
— Wczoraj wieczorem.
— Gdzie leżał?
— Pod lichtarzem.
— Co z nim zrobiła pani Grivette?
— Zaniosła go na ulicę Św. Jakóba.
— Pod który numer?
— Pod numer 20.
— Na które piętro?
— Na piąte.
— Do kogo?
— Do pewnego czeladnika szewskiego.
— Jak on się nazywa?
— Simon.
— Co to za chłopiec?
Odźwierna zacięła usta.
— Pytam, skąd pani Grivette zna tego chłopca?
To samo milczenie. Bahamo uczynił ruch ręką, nieszczęśliwa wyszeptała zdławionym głosem:
— To jej kochanek.
Marat wydał okrzyk zdziwienia.
— Cicho? — zawołał Balsamo — niech sumienie mówi. — I zwrócił się do kobiety.
— Któż ją namówił do kradzieży?
— Nikt. Podniosła przypadkowo lichtarz, zobaczyła zegarek, djabeł ją skusił i zabrała.
— Czy zrobiła to z potrzeby?
— O! nie. Nie sprzedała zegarka.
— Więc go dała komuś? Czy Simonowi?
— Simonowi.
Nieszczęśliwa zakryła twarz rękami, przez które spływały łzy.
Balsamo spojrzał na Marata, stojącego z otwartemi ustami, potarganą głową i z przerażeniem przypatrującemu się tej scenie.
— Cóż więc, mój panie? — spytał Balsamo — widziałeś, doktorze, walkę duszy z ciałem? Cóż znaczy wola wobec siły wyższej? Nie lekceważ, młodzieńcze, ani sumienia, ani duszy, ani wiary, a nadewszystko tego, czego jeszcze nie rozumiesz. Masz ambicję, chłopcze, ucz się, ucz, mów mało, myśl dużo, a nie lekceważ nauczycieli. Dowidzenia więc, masz, doktorze, otwartą drogę. Życzę ci z całego serca, pozbądź się pychy i niewiary.
Marat, zawstydzony, upokorzony zwiesił głowę. Balsamo wyszedł z pokoju. Chirurg niemy, oszołomiony tem co widział i słyszał, nie zauważył jego wyjścia, nie mógł oderwać oczu od leżącej kobiety.
Jakież było jego przerażenie, gdy ujrzał tego żywego trupa, podnoszącego się; za sekundę pani Grivette wzięła go za rękę. Pierwszy raz w życiu Marat zatrząsł się ze strachu.
— Chodź pan ze mną, panie Marat.
— Dokąd?
— Na ulicę Św. Jakóba.
— Po co?
— Chodź! chodź pan! O! on mi każe iść!
Marat zdrętwiał z przerażenia, lecz wstał z miejsca.
Pani Grivette, zawsze uśpiona, otworzyła drzwi i zaczęła schodzić ze schodów, zaledwie dotykając nogą stopni.
Marat szedł za nią; był pewnym, że lada chwila lunatyczka upadnie i zabije się. Ale nie, skręciła w bramę, przeszła przez ulicę i weszła na piąte piętro dużej kamienicy; doktór podążał za nią. Tu zatrzymała się i zapukała do mieszkania.
Młody robotnik, może lat 25, otworzył im; widząc za odźwierną Marata, cofnął się zdumiony.
Uśpiona podeszła wprost do łóżka, podniosła nędzną poduszkę, wyjęła zegarek i oddała Maratowi.
Simon zbladł ze strachu, pewnym był, że kobieta zwarjowała.
Ta, zaledwie oddała zegarek Maratowi, krzyknęła przeraźliwie:
— Boże!! on mnie budzi!
Rzeczywiście drgnęła, jakby zbudzona ze snu, oczy jej przybrały wyraz przytomny, trzymając jeszcze zegarek w ręku, padła zemdlona.
— Więc dusza istnieje? — myślał Marat, wychodząc z poddasza z marzeniem w oczach, a niepewnością w sercu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.