Józef Balsamo/Tom IV/Rozdział XXXV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom IV
Pobierz jako: Pobierz Cały tom IV jako ePub Pobierz Cały tom IV jako PDF Pobierz Cały tom IV jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXXV
VOLTAlRE I ROUSSEAU

Sypialnia w Luciennes była arcydziełem sztuki pod względem budowy i urządzenia.
Położona od strony wschodniej, hermetycznie przysłonięta złoconemi okiennicami i firankami z atłasu, tylko wtedy stawała się przystępną dla światła dziennego, kiedy mu, niby dworzaninowi, udzielono na to szczególniejszego zezwolenia.
Latem ukryte wentylatory przesiewały powietrze tak lekko, jakby to robiło tysiące zwolna poruszających się wachlarzy.
Dziesiąta biła, gdy król wyszedł z błękitnego pokoju.
Tym razem powozy oczekiwały w dziedzińcu od godziny.
Zamor ze skrzyżowanemi rękami wydawał, czy też zdawał się wydawać rozkazy.
Król wyjrzawszy oknem, spostrzegł te przygotowania do odjazdu.
— Co mam o tem myśleć, hrabino? — zapytał — nie zasiądziemy do śniadania? Możnaby rzec, że chcesz mnie wyprawić naczczo.
— Boże uchowaj, Najjaśniejszy Panie! — odpowiedziała Dubary — sądziłam jednak, że Wasza Królewska Mość ma w Marly rendez-vous z panem de Sartines.
— Na Boga! — zawołał król — możnaby przecie kazać powiedzieć Sartinowi, ażeby tu przyjechał, to tak blisko.
— Wasza Królewska Mość raczy mi wierzyć — odpowiedziała hrabina z uśmiechem, — że nie Wy pierwsi powzięliście ten projekt.
— A zresztą poranek jest za piękny: — chodźmy na śniadanie.
— Należałoby jednak, Najjaśniejszy Panie, wydać niektóre rozporządzenia.
— Dla pani de Béarn?
— Tak właśnie! I dzień oznaczyć.
— Co za dzień?
— I godzinę.
— Jaką godzinę?
— Dzień i godzinę mojego przedstawienia.
— Na honor — powiedział król — dobrześ zarobiła na to przedstawienie, hrabino. Oznacz dzień sama.
— Najbliższy, jaki można, Najjaśniejszy Panie.
— A czy gotowe wszystko?
— Wszystko a wszystko.
— Nauczyłaś się trzech ukłonów?
Wprawiałam się w nie od roku.
— A suknię masz?
— Dosyć dwudziestu czterech godzin na to, aby była gotowa.
— Masz chrzestną matkę?
— Będzie tu za godzinę.
— A zatem, hrabino! zróbmy układ.
— Jaki?
— Nie wspomnisz mi więcej o zajściu wicehrabiego Jana z baronem de Taverney.
Poświęcamy więc biednego Jana?
— To konieczne.
— Zgoda! Najjaśniejszy Panie — nigdy ani wzmianki... Dzień?
— Pojutrze.
— Godzina?
— Dziesiąta wieczorem, jak zwykle.
— Słowo, Najjaśniejszy Panie?
— Powiedziane.
— Słowo królewskie?
— Słowo szlacheckie.
— Twoja ręka, Francjo.
I pani Dubarry wyciągnęła do króla śliczną małą rączkę, na której Ludwik XV położył swoją.
Tego ranka, w Luciennes, wszystko odczuwało wesołość władcy; przegrał on na punkcie, na którym oddawna zdecydowany był przegrać, lecz wygrał za to na innym: było to całem jego wynagrodzeniem. Dałby sto tysięcy liwrów Janowi pod warunkiem, ażeby wyjechał do wód pirenejskich lub innych; niechby tam stracił te pieniądze, byleby tylko ujść to mogło w oczach Choiseul’ów za wygnanie. Znalazłby i tak luidory dla biednych, dla karpi ciastka, a pochwały dla malowideł Boucher’a.
Pomimo, że poprzedniego dnia Jego Królewska Mość jadł kolację co się nazywa, śniadanie także pochłaniał ze smakiem.
— Nareszcie wybiła jedenasta. Hrabina cała zajęta przyjmowaniem króla, rzucała okiem na zegar, za wolno się dla niej wlokący.
Król pierwszy zaproponował, aby, gdy przybędzie pani de Béarn, wprowadzono ją do sali jadalnej.
Kawa została podana, sprobowana, wypita, a pani de Béarn nie było!
O kwadrans na dwunastą dał się słyszeć w dziedzińcu tętent galopującego konia.
Pani Dubarry zerwała się z miejsca i pobiegła do okna.
Kurjer Jana Dubarry zeskakiwał z bieguna okrytego pianą.
Hrabina zadrżała; ażeby jednak utrzymać króla w dobrem usposobieniu, nie mogła okazać żadnego niepokoju, powróciła więc i usiadła przy nim.
W chwilę późnej, weszła Chon z biletem w ręku.
Trudno się było cofać, należało przeczytać.
— A co tam? Chon, liścik miłosny? — zapytał król.
— O! Boże! tak, Najjaśniejszy Panie.
— Od kogo?
— Od wicehrabiego biedaka.
— Na pewno?
— Zobacz sam, Najjaśniejszy Panie.
Król poznał pismo, a przypuszczając, że mowa w nim o awanturze w la Chaussée, rzekł:
— Dobrze, dobrze, dosyć.
Hrabina siedziała, jak na szpilkach.
— Czy do mnie? — zapytała.
— Tak, hrabino.
— Czy król pozwoli?
— Nie krępuj się niczem! Tymczasem Chon powie mi bajkę o Kruku.
I przyciągnął do siebie siostrę faworyty, nucąc najfałszywszym, jak mówił Jan-Jakób, z całego królestwa głosem:

J’ai perdu mon serviteur,
J’ai perdu tout mon bonheur.

Hrabina usunęła się we framugę okna i czytała co następuje:
„Nie oczekuj starej szachrajki; udaje, że wczoraj wieczorem oparzyła nogę i nie wychodzi z pokoju. Podziękujmy Chon za jej wczorajsze przybycie nie w porę, jej to zawdzięczamy; poznała ją czarownica i cała komedja przepadła.
„Całe szczęście, że ten włóczęga Gilbert, ta przyczyna wszystkiego złego, przepadł. Ukręciłbym mu łeb. Lecz niech będzie spokojny, jeżeli go spotkam, nie ominie go to napewno.
„Przybywaj natychmiast do Paryża, lub powrócimy do tego, czem pierwej byliśmy.

„Jan“.

— Co takiego? — zapytał król, dostrzegłszy nagłą bladość hrabiny.
— Nic, Najjaśniejszy Panie; biuletyn o zdrowiu mojego szwagra.
— Ma się coraz lepiej, drogi wicehrabia?
— Coraz lepiej — odpowiedziała hrabina. — Dziękuję, Najjaśniejszy Panie. Ale otóż i powóz jakiś wjeżdża w dziedziniec.
— Zapewne pani de Béarn.
— Nie, Najjaśniejszy Panie, to pan Sartines.
— A to co? — zapytał król, widząc kierującą się ku drzwiom panią Dubarry.
— To, Najjaśniejszy Panie, — odpowiedziała hrabina, — że zostawiam was samych i idę się ubierać.
— A pani de Béarn?
— Skoro tylko przybędzie, będę miała zaszczyt uprzedzić o tem Waszą Królewską Mość odpowiedziała hrabina, mnąc bilecik w głębi kieszeni peniuara.
— Więc mnie opuszczasz, hrabino? — powiedział król z melancholij nem westchnieniem.
— Najjaśniejszy Panie, dziś niedziela; podpisy, podpisy!...
I nadstawiła królowi świeże swoje policzki, na których złożył on dwa głośne pocałunki.
— Niech djabli wezmą podpisy i tych, co przyjeżdżają po nie! Kto też to wynalazł ministrów, teki i stemple?
Zaledwie skończył swoje złorzeczenia, gdy minister i teka wchodzili drzwiami przeciwległemi tym, któremi wyszła hrabina.
Król wydał drugie westchnienie, jeszcze bardziej melancholijne, niż poprzednie.
— Ach! jesteś, Sartines — powiedział — jakiś ty akuratny!
Powiedział to z takim akcentem, iż trudno było zrozumieć, pochwała to, czy wymówka.
Pan de Sartines roztworzył tekę i zabierał się do pracy, gdy skrzypienie kół powozowych po piasku alei doszło do ich uszu.
— Zaczekajno, Sartines — powiedział król.
I pobiegł do okna.
— Jakto? — zawołał — hrabina wyjeżdża?
— Tak jest, Najjaśniejszy Panie — odpowiedział minister.
— I nie czeka na hrabinę de Béarn?
— Najjaśniejszy Panie, bodaj, że znużona czekaniem, sama się po nią udaje.
— Ta dama miała jednakże przybyć dzisiaj...
— Najjaśniejszy Panie — nieledwie pewny jestem, że nie przybędzie wcale.
— Jakto? ty wiesz o tem Sartines?
— Muszę, Najjaśniejszy Panie, choć trochę wiedzieć o wszystkiem, aby Wasza Królewska Mość była ze mnie zadowolona.
— Cóż się to przytrafiło? opowiedz mi.
— Starej hrabinie?
— Tak.
— Co się zwykle we wszystkiem przytrafia: trudności.
— Lecz czy nakoniec przyjedzie ta hrabina de Béarn.
— Hm! Najjaśniejszy Panie, to było pewniejsze wczoraj wieczorem, niż dzisiaj rano.
— Biedna Dubarry! — powiedział król, nie mogąc się powstrzymać od błysku radości w oczach.
— O! Najjaśniejszy Panie! — poczwórne przymierze i pakta familji byłyby błahostkami wobec tej sprawy prezentacji.
— Biedna Dubarry — powtarzał król, kiwając głową, nigdy nie dojdzie z tem do końca.
— Bardzo się lękam, chyba, że Wasza Królewska Mość się rozgniewa.
— Sądziła, że napewno już dopnie teraz celu!
— Co jest najgorszem — powiedział de Sartines — to fakt, iż, jeżeli nie zostanie przedstawioną przed przybyciem pani delfinowej, to potem z pewnością nigdy.
— To więcej niż prawdopodobne, masz słuszność, Sartines. Mówią, że jest bardzo surowa, bardzo pobożna i bardzo skromna, moja synowa. Biedna hrabina!
— Będzie to powodem wielkiego zmartwienia dla pani Dubarry, ale oszczędzi bardzo wiele trosk Waszej Królewskiej Mości.
— Tak sądzisz, Sartines?
— Ależ bez żadnej wątpliwości; o tyle będzie mniej zazdrosnych, obmawiających, opiewających, pochlebców i gazet. Gdyby pani Dubarry została przedstawiona, potrzebaby wydać z jakie sto tysięcy franków na nadzwyczajną policję.
— Rzeczywiście biedna hrabina. Ona jednak tak pragnie tego!
— Niech zatem Wasza Królewska Mość rozkaże, a wszystko zostanie spełnione.
— Co ty mówisz, Sartines? — wykrzyknął król. Czy ja mogę się do tego mieszać? Czyż mogę podpisać rozkaz, zmuszający wszystkich do uprzejmości dla pani Dubarry? Czy to ty, Sartines, człowiek rozumny, radziłbyś mi uczynić zamach stanu dla dogodzenia kaprysowi hrabiny?
— O! nie, Najjaśniejszy Panie. Zadowolniłbym się powiedzeniem, jak Wasza Królewska Mość: Biedna hrabina!
— Zresztą — powiedział król, położenie jej nie jest znowu tak smutne. Ty, Sartines, widzisz wszystko w kolorze twojej sukni. Kto wie, czy pani de Béarn nie zmieni zdania? Kto nam zaręczy, że Jej Wysokość delfinową tak niebawem przyjedzie? Czterech dni jeszcze potrzeba na przybycie do Compiégne; a w ciągu tego czasu wiele dokonać można. No, cóż, Sartines, czy zabierzemy się do roboty?
— Najjaśniejszy Panie, trzy podpisy tylko wszystkiego!
Na widok pierwszego papieru, wydobytego z teki ministra, król zawołał:
— Ho! ho! tajny rozkaz?
— Tak, Najjaśniejszy Panie.
— O kogóż to idzie?
— Może Wasza Królewska Mość raczy zobaczyć.
— Przeciw jakiemuś Rousseau. Co to jest za Rousseau — i co on popełnił?
— Przebóg! „Umową społeczną“, Najjaśniejszy Panie.
— Ah! to Jan-Jakób? Chcesz go do Bastylji wpakować?
— Najjaśniejszy Panie, toć robi ciągle skandale.
— A cóż chcesz, ażeby robił?
— Zresztą nie nastaję na zamknięcie go w Bastylji.
— Cóż więc proponujesz?
— Chcę, Najjaśniejszy Panie, ażebyśmy mieli broń gotową.
— Wcale mi o nich nie idzie, o wszystkich tych waszych filozofów!
— Wasza Królewska Mość ma zupełną co do tego słuszność.
— Narobionoby hałasu, widzisz; zresztą, zdawało mi się, że przebywanie jego w Paryżu była uprawomocnione.
— Tolerowane, Najjaśniejszy Panie, lecz pod warunkiem, że się pokazywać nie będzie.
— A on się pokazuje?
— Nic innego nie robi.
— W armeńskim kostjumie?
— Nie, Najjaśniejszy Panie, zażądaliśmy, aby go zaniechał.
— I usłuchał?
— Tak, ale wrzeszczy na prześladowanie.
— Jakże się teraz ubiera?
— Jak wszyscy, Najjaśniejszy Panie.
— Więc skandal nie taki wielki.
— Jakto! Najjaśniejszy Panie, ten człowiek, któremu zakazano pokazywać się, czy wie Wasza Królewska Mość, gdzie chodzi codziennie? Do marszałka Luxemburskiego, do pana d’Alembert, do pani d’Epinay?
— Do kawiarni Regencji, Najjaśniejszy Panie. Grywa tam w szachy co wieczór, tylko przez upór, bo przegrywa zawsze, a ja każdego wieczora potrzebuję całej brygady do pilnowania tłumów, zbierających się przed domem.
— Paryżanie są widocznie daleko głupsi, niż sądziłem. Pozwól im się bawić, Sartines; przynajmniej krzyczeć na nędzę nie będą.
— Tak, Najjaśniejszy Panie; lecz gdyby pewnego pięknego poranku poważył się mieć przemowy, jak to miało miejsce w Londynie?...
— O! w takim razie, ponieważ to byłoby zbrodnią i to zbrodnią publiczną, nie potrzebowałbyś tajnego rozkazu, mój kochany.
Minister policji, widząc, że aresztowanie Rousseau’a było krokiem, za który król nie chciał brać odpowiedzialności, nie nalegał więcej.
— A teraz, Najjaśniejszy Panie, chodzi o innego filozofa.
— Jeszcze? — odpowiedział król niechętnie — czyż nigdy z nimi nić skończymy?
— Niestety! Najjaśniejszy Panie, to oni właściwe nie chcą skończyć z nami.
— O kogóż więc tam znów chodzi?
— O Voltaire‘a.
— To i on powrócił do Francji?
— Nie, Najjaśniejszy Panie, możeby lepiej było, gdyby tu był; byłby przynajmniej pod dozorem.
— Cóż on popełnił?
— Nie on, ale jego stronnicy: ni mniej, ni więcej, tylko mu chcą wystawić pomnik.
— Na koniu?
— Nie, Najjaśniejszy Panie, a jednak faktem jest, że sławny to zdobywca miast.
Ludwik XV wzruszył ramionami.
— Od czasów Poliorceta, nikogo równego mu nie widziałem. Ze wszystkimi ma stosunki; najwyższe w państwie figury jego książki przemycają. Niedawno przejąłem ich ośm pełnych pak, z tych dwie nadeszły pod adresem pana de Choiseul.
— Widocznie bardzo są zajmujące.
— Zauważ jednak, Najjaśniejszy Panie, iż chcą uczynić dla niego więcej, niż dla królów, wznosząc mu pomnik.
— Nikt nie wznosi pomników dla królów, mój Sartines, tylko oni sami sobie je wznoszą. I komuż powierzono to piękne dzieło?
— Rzeźbiarzowi Pigale. Pojechał do Ferney dla wykonania modelu. Tymczasem podpisy się sypią. Sześć tysięcy talarów już się zebrało, a tylko sami literaci mają prawo składać podpisy. Wszyscy śpieszą z ofiarami. Istna procesja. Rousseau dał dwa luidory.
— Więc cóż chcesz, żebym ja na to poradził? zapytał Ludwik XV. — Ja nie jestem literatem, więc to do mnie wcale się nie stosuje.
— Chciałem zaproponować Waszej Królewskiej Mości, by odrazu położył kres tej demonstracji.
— Strzeż się tego, Sartines, bo zamiast z bronzu, wystawią mu pomnik ze złota. Daj im pokój. Boże drogi! toż on jeszcze brzydszy będzie z bronzu, niż jest z ciała i kości!
— A zatem, Wasza Królewska Mość nie życzy sobie, aby tamować bieg tej rzeczy?
— Porozumiejmy się, Sartines — chciałbym im przeszkodzić, ale czy to podobna?... Odwróćmy lepiej oczy i udajmy, że nie widzimy.
Pan de Sartines westchnął. Za chwilę powstał, ukłonił się królowi i wyszedł.
Ludwik XV, pozostawszy sam, wziął pióro i napisał do delfina:
„Żądałeś, abym przyśpieszył przybycie pani delfinowej: chcemy sprawić ci tę przyjemność.
Rozkazuję, aby nie zatrzymywano się w Noyon; skutkiem tego będzie ona we wtorek rano w Compiégne.
Ja sam będę tam o dziesiątej, czyli na kwadrans przed nią“.
— W ten sposób, mruknął, będę zwolniony od tej głupiej sprawy prezentacji, która dręczy mnie więcej, niż Voltaire i Rousseau oraz wszyscy teraźniejsi i przyszli filozofowie.
Pozostanie partja do rozegrania pomiędzy biedną hrabiną, delfinem i delfinową. Podzielmy się troskami z umysłami młodymi i rzeźkimi; mają one siły do walki. Niech się dzieci uczą cierpieć, to kształci młodzież.
Zachwycony, że udało mu się zażegnać trudności i pozostać neutralnym w sprawie przedstawienia, którą cały Paryż był zajęty, król wsiadł do powozu i udał się do Marly, gdzie dwór nań oczekiwał.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.