Józef Balsamo/Tom IV/Rozdział XXXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom IV
Pobierz jako: Pobierz Cały tom IV jako ePub Pobierz Cały tom IV jako PDF Pobierz Cały tom IV jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXXIV
KRÓL SIĘ BAWI

Ludwik XV uradowany, że ukarze hrabinę, zawrócił do drzwi salonu.
Chon ukazała się na progu.
— No, cóż tam?... — zapytał król.
— Niema w przedpokoju nikogo ze służby waszej, Najjaśniejszy Panie.
Ludwik zbliżył się do drzwi.
— Służba! — zawołał.
Nikt, nawet echo mu nie odpowiedziało.
— Ktoby uwierzył, u djabła — rzekł, wracając do pokoju, że jestem wnukiem tego, który powiedział: „Ledwie, że nie czekałem“.
Zbliżył się do okna i otworzył je.
Zarówno podwórza, jak przedpokoje puste były: ani koni, ani łuczników, ani straży królewskiej. Noc tylko ciemna w całej piękności i spokoju. Księżyc wschodzący oświecał chwiejące się wierzchołki drzew lasu de Chatou i złocił wody Sekwany, płynącej leniwie w różnych zakrętach od Bougival do Maisons. Słowik improwizował jedną z tych cudnych melodyj, które w maju śpiewa jedynie.
Ludwik XV ani poeta, ani marzyciel, ani artysta, człowiek zmaterjalizowany, nie odczuwał tych wszystkich piękności.
— Proszę cię, hrabino — powiedział z widoczną złością — niech do djabła ustaną już raz te żarty.
— Najjaśniejszy Panie — odpowiedziała hrabina ze śliczną minką, którą zawsze króla rozbrajała — ja tu nie rozkazuję!
— Ani ja także — powiedział Ludwik XV, — widzisz jak mnie słuchają.
— Nie więcej jak mnie, Najjaśniejszy Panie.
— Któż więc tu rozkazuje? może ty Chon?
— Ja?... — odpowiedziała młoda kobieta — ja nie lubię słuchać, a tembardziej rozkazywać.
— Któż zatem jest tu panem?
— Gubernator, Najjaśniejszy Panie.
— Pan Zamor?
— Tak..
— A prawda; proszę zadzwonić na kogokolwiek.
Hrabina z zachwycającą obojętnością wyciągnęła rączkę do dzwonka.
Ukazał się lokaj, prawdopodobnie wyuczony także swej roli.
— Gdzie gubernator? — powiedział król.
— Gubernator — odpowiedział z uszanowaniem służący — pilnuje bezpieczeństwa zamku.
— Gdzie jest obecnie?
—Obchodzi pałac dokoła wraz z czterema oficerami.
— Zupełnie jak Marlborough — zawołała hrabina.
Król nie mógł powstrzymać uśmiechu.
— To zabawne rzeczywiście, ale niech zaprzęgają.
— Gubernator, Najjaśniejszy Panie, pozamykał stajnie.
— Gdzie łucznicy moi?
— W oficynach.
— Co robią?
— Śpią.
— Jakto śpią?
— Podług rozkazu, Najjaśniejszy Panie.
— Czyjego?
— Gubernatora.
— A bramy zamku?
— Pozamykane.
— Bardzo dobrze, lecz można przecie zażądać kluczy.
— Klucze, Najjaśniejszy Panie, zabrał także gubernator.
— No zamek dobrze jest widocznie strzeżony. Prawdziwie djabli porządek!...
Służący się oddalił, widząc, że król już o nic nie pyta.
Hrabina, wyciągnięta w fotelu, wąchała prześliczną białą różę, przy której usteczka jej wydawały się jakby z koralu.
— Żałuję Was, Najjaśniejszy Panie, — rzekła z przecudnym uśmiechem — podajcie mi ramię i chodźmy, może kogo znajdziemy. Chon, bierz świecę i idź naprzód.
Chon poszła jako straż przednia; a na zakręcie pierwszego korytarza, rozkoszna woń potraw zwróciła uwagę króla.
— A! — powiedział, zatrzymując się — co znaczą, hrabino, te zapachy?
— Myślałam, Najjaśniejszy Panie, iż uczynisz mi zaszczyt i przyjmiesz kolację w Luciennes; odpowiednio się urządziłam.
Ludwik XV poczuł, że ma żołądek, a z zapachu ocenił, że kolacja musi być doskonała. Na rozbudzenie łuczników potrzebaby z pół godziny, z kwadrans na zaprzężenie, z dziesięć minut na drogę do Marly. W Marly nie był oczekiwany, zatem nic tam nie zastanie; wciągnął raz jeszcze w siebie zdradziecki zapach i zatrzymał się przy drzwiach do sali jadalnej.
Na stole oświetlonym à giorno, widniały dwa nakrycia.
— Masz widać doskonałego kucharza, hrabino — rzekł z uśmiechem.
— Pierwszy to jego występ, Najjaśniejszy Panie, wysilał się biedak, aby zasłużyć na pochwałę Waszej Królewskiej Mości. Gotów życie sobie odebrać, jak smutnej pamięci Vatel.
— Pani to na serjo mówisz? — zapytał Ludwik XV.
— Zrobił właśnie omlet z jaj bażancich, na który niezmiernie liczył...
— Omlet z jaj bażancich, ależ przepadam za takim omletem!
— Cóż robić?...
— A no, nie unieszczęśliwiajmy, kochana hrabino, twojego kucharza — rzekł król, śmiejąc się, a może zanim zjemy i pan Zamor nareszcie powróci.
— Wyborna myśl! Najjaśniejszy Panie!... zawołała hrabina, nie mogąc ukryć radości z tej pierwszej wygranej.
— Któż nam będzie usługiwał? — powiedział król, oglądając się napróżno za lokajem.
— Czyż kawa, którą sama zwykle podaję Waszej Królewskiej Mości, mniej się Wam smaczną wydaje? — rzekła Dubarry.
— Nie, hrabino, nawet wtedy, gdy sama ją przyrządzasz.
— Zatem chodźmy, Najjaśniejszy Panie.
— Jakto, dwa tylko nakrycia? — zapytał król. Czy Chon już po kolacji?
— Nie ośmieliłybyśmy się, Najjaśniejszy Panie, bez wyraźnego rozkazu...
— Co znowu! — rzekł król, biorąc sam talerze z etażerki. — Chodź mała Chon, siadaj tam naprzeciwko nas.
— O! Wasza Królewska Mość... — wyjąkała Chon.
— No, no, nie udawaj pokornej, hipokrytko! Hrabino, siadaj obok mnie. Ach, jaki masz profil prześliczny!
— Dziś to dopiero zauważyłeś, Najjaśniejszy Panie?
— Przyzwyczaiłem się patrzeć na ciebie „en face“, hrabino.
Naprawdę, doskonałego macie kucharza, wyborna zupa!
— Dobrze więc, że odprawiłam poprzedniego?
— Naturalnie.
— Przyznajecie więc, Najjaśniejszy Panie, że skorzystałam na tem?
— Nie rozumiem, co chcesz powiedzieć, hrabino.
— Oto, skoro ja oddaliłam mego Choiseul’a, oddalcie i wy swojego.
— Nie mówmy o polityce, hrabino, bardzo cię o to proszę, nalej mi lepiej madery.
Król podsunął szklankę, hrabina ujęła karafkę rączką prześliczną i nalewała.
— Nie śpiesz się, hrabino, nalewaj powoli — rzekł król.
— Ażeby nie zmącić wina, Najjaśniejszy Panie?
— Nie, ale żebym mógł dłużej podziwiać twoją rączkę.
— Wasza Królewska Mość jest dziś w usposobieniu do robienia odkryć.
— Na honor! tak, hrabino — rzekł król, któremu powoli wracał dobry humor — nawet sądzę, że jestem na najlepszej drodze do odkrycia...
— Nowej części świata? zapytała hrabina.
— Nie nie — rzekł król — część świata, toby było za wiele ambicji, tembardziej, że mam już dość jednego królestwa. Chciałbym odkryć wyspę jaką, cichy zakątek, górę jaką zaczarowaną i na niej pałac, w którym pewna dama byłaby Armidą, a przeróżne potwory broniłyby wejścia...
— Najjaśniejszy Panie — rzekła hrabina, podając królowi nowość w owym czasie: wino szampańskie mrożone, oto woda zaczerpnięta z rzeki Lety.
— Z rzeki Lety, hrabino! jesteś pewną tego?
— Mój biedny Jan dostarczył mi jej z piekieł, gdzie był już jedną nogą.
— Hrabino rzekł król, podnosząc szklankę — piję za szczęśliwe jego zmartwychwstanie; tylko ani słówka o polityce, bardzo proszę.
— Jeżeli tak, to nie wiem, o czem mówić; możeby zatem Wasza Królewska Mość raczyła nam co oopwiedzieć, bo tak pięknie opowiada...
— Powiem wam wiersze.
— Wiersze? — zawołała pani Dubarry.
— Tak, wiersze.... Cóż w tem dziwnego?
— Wasza Królewska Mość nienawidzi ich.
— Tak, bo na sto tysięcy utworów rymowanych, dziewięćdziesiąt z pewnością jest zwróconych przeciw mnie...
— Czy te wiersze, które Wasza Królewska Mość ma zamiar nam powiedzieć, należą do dziesięciu tysięcy wybranych?
— Nie, hrabino, te do ciebie są skierowane.
— Do mnie?
— Tak, do ciebie, hrabino.
— Przez kogo?
— Przez pana Voltaire’a.
— I on je polecił Waszej Królewskiej Mości?...
— O nie, przesłał je wprost pod adresem pani.
— Jakto?... bez listu?
— Przeciwnie, z bardzo eleganckim bilecikiem.
— A! rozumiem: Wasza Królewska Mość pracował dziś rano z dyrektorem poczty.
— Naturalnie.
— Proszę, Najjaśniejszy Panie, raczcie mi przeczytać te wiersze pana Voltaire’a.
Ludwik XV rozłożył papier i wiersze odczytał. Poeta pochlebiał hrabinie, porównywując ją do Wenus, bogini miłości, lecz równocześnie brał w obronę pana de Choiseul, którego, jak ongiś Odysseusza, ścigała bogini swym gniewem.
— Stanowczo, Najjaśniejszy Panie — rzekła hrabina, więcej dotknięta, niż wdzięczna — stanowczo pan Voltaire chce się pogodzić z wami.
— Próżne zabiegi — powiedział Ludwik XV duch to niespokojny, przewróciłby wszystko do góry nogami, gdyby znów znalazł się w Paryżu.
Niech się uda do przyjaciela swego, Fryderyka II, ja mam dosyć pana Rousseau.
Ale weź te wiersze, hrabino, i zastanów się nad niemi.
Hrabina wzięła papier, zwinęła i położyła obok talerza.
Król patrzył, co robi Dubarry.
— Najjaśniejszy Panie — odezwała się Chon — może trochę tego tokaju? Pochodzi z piwnic cesarza austrjackiego — dodała hrabina — można więc być dla niego z całem zaufaniem.
— Z piwnic cesarskich?... — rzekł król — ja tylko taki posiadam.
— Dostałam go od piwniczego Waszej Królewskiej Mości.
— Jakto! przekupiliście go?...
— Nie, rozkazałam mu tylko.
— To dobrze powiedziane, hrabino. Król jest skończonym głupcem.
— O tak! ale pan Francja...
— Pan Francja ma tyle przynajmniej rozumu, że kocha was z całego serca.
— Ach, dlaczegóż Najjaśniejszy Panie, nie jesteście naprawdę tylko panem Francją?
— Hrabino!... nie chcę mówić o polityce.
— Czy król będzie pił kawę? — zapytała Chon.
— Naturalnie.
—Czy Wasza Królewska Mość sam ją sobie ugotuje, jak zwykle? — zapytała hrabina.
— Jeżeli pani domu niema nic przeciwko temu.
Hrabina się podniosła.
— Co to znaczy? — zapytał Ludwik XV.
— Chcę wam usłużyć, Najjaśniejszy Panie.
— Widzę, że najlepiej będzie pozwolić wam robić, co chcecie — rzekł król, wyciągając się na krześle z miną człowieka, któremu dobra kolacja powróciła równowagę humoru.
Hrabina przyniosła na srebrnej podstawie małą maszynkę z prawdziwą mokką, przysunęła filiżankę pozłacaną i karafeczkę kryształową; później papier do zapalenia.
Król z przejęciem zabrał się do gotowania; włożył cukier, odmierzył kawę, podlał spirytusu, wziął podsunięty papierek, zapalił u świecy i zbliżył do spirytusu.
W pięć minut zapijał kawę z rozkoszą skończonego gastronoma.
Hrabina milczała, lecz gdy ostatnią kroplę wychylał:
— Ach! Najjaśniejszy Panie — zawołała — gotując kawę, spaliłeś wiersze pana Voltaire’a, to przyniesie panu Choiseul nieszczęście.
— Nie znałem cię dotąd, hrabino — rzekł król, nie jesteś czarodziejką, ale szatanem.
Hrabina wstała.
— A może Wasza Królewska Mość — rzekła — życzy sobie przekonać się, czy gubernator powrócił?
— A! Zamor? Ba! cóż mi z tego przyjdzie?
— Mieliście jechać do Marly, Najjaśniejszy Panie.
— Prawda — rzekł król, powstając — dobrza zatem, chodźmy zobaczyć, hrabino, chodźmy.
Pani Dubarry dała znak Chon, a ta znikła w tej chwili.
Król rozpoczął poszukiwania z daleko jednak mniejszą werwą niż porzednio. Mędrcy dowodzą, że sposób zapatrywania się na rzeczy, zależy zawsze od stanu żołądka.
Król był w wyśmienitym humorze.
Po przejściu kilkunastu kroków, cudowny zapach zwrócił znowu jego uwagę.
Rozwarły się drzwi do ślicznego pokoju, obitego atłasem niebieskim, zarzuconego świeżemi kwiatami i oświeconego światłem tajemniczem, a w głębi ukazała się alkowa, do której od dwóch godzin zmierzała piękna czarodziejka.
— Otóż Najjaśniejszy Panie, — rzekła — zdaje się, że Zamora nie znajdziemy, jesteśmy zamknięci i chyba oknem wydostalibyśmy się z zamku?
— Czy razem z łóżkiem? — zapytał król.
— Najjaśniejszy Panie — odrzekła hrabina z prześlicznym uśmiechem — używajmy, lecz nie nadużywajmy.
Król, śmiejąc się, wziął hrabinę w objęcia — a ona upuściła piękną różę, która osypała się, padając na dywan.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.