Józef Balsamo/Tom IV/Rozdział XLII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom IV
Pobierz jako: Pobierz Cały tom IV jako ePub Pobierz Cały tom IV jako PDF Pobierz Cały tom IV jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XLII
LEKARZ Z MUSU

Gilbert jakkolwiek niemile dotknięty tem, ze musi słuchać lokaja, pośpieszył jednak za mm, ponieważ jakakolwiek zmiana była dla niego pożądaną.
Chon, swobodna nakoniec, po udzieleniu szwagierce informacji o wyniku swej misji u pani de Béarn, siedząc w pięknym negliżu przy oknie, do którego sięgały gałęzie akacyj i kasztanów, jadła śniadanie, złożone z wykwintnych przysmaków.
Filozof Gilgert napróżno szukał oczami drugiego nakrycia na stoliku; Chon nie poprosiła go nawet aby usiadł.
Spojrzała zaledwie na niego; potem, wychyliwszy szklaneczkę topazowego wina:
— I cóż, kochany lekarzu, jakże jesteście z Zamorem? — zapytała.
— Jak jestem z nim?
— Rozumie się; czyście się poznajomili?
— Jak pani możesz żądać, abym się poznajomił z bydlęciem, nie umiejącem mówić, bo, jak się do niego odezwać, przewraca tylko oczami i zęby pokazuje.
— Przerażasz mnie — odpowiedziała Chon, nie przestając zajadać, a wyraz jej twarzy nie licował wcale z tem, co mówiła: — jesteś więc bardzo trudny w zawieraniu przyjaźni?.
— Pani, przyjaźnić się można tylko z równymi sobie.
— Piękna zasada! — nie uważasz się więc za równego Zamorowi.
— Doprawdy, paradny! — rzekła do siebie Chon.
Dostrzegłszy zaś minę wyniosłą Gilberta, dodała:
— Mówiłeś więc, kochany doktorze, że nie łatwo serce oddajesz?
— Tak, pani.
— Myliłam się zatem, pochlebiając sobie, że jestem twoją dobrą przyjaciółką?
— Osobiście czuję dla pani wielką życzyliwość — sztywno odrzekł Gilbert. Lecz...
— A! dzięki ci za to usiłowanie; zaszczyt mi sprawiasz doprawdy. Ileż to, mój wzgardliwy paniczu, potrzeba czasu na to, aby dostąpić łask twoich?
— Bardzo wiele, pani; są nawet tacy, którzy, pomimo wszelkich zabiegów, nie dostąpią ich nigdy.
— O! to mi wyjaśnia, dlaczego, przebywszy lat ośmnaście w domu Taverney’ów, porzuciłeś go tak nagle. Widocznie nie mieli szczęścia zjednać cię sobie, nieprawdaż?
Gilbert się zarumienił.
— Dlaczego mi nie odpowiadasz?
— Tyle tylko odpowiedzieć na to mogę, że przyjaźń i zaufanie zdobywa się zasługą jedynie...
— O! więc w takim razie, mieszkańcy Taverney nie zasługiwali na nie?
— Nie wszyscy, pani.
— A ci, czemże zawinili, którzy zasłużyli na twoje niezadowolenie?
— Nie przychodzę się skarżyć z dumą odpowiedział Gilbert.
— No, no, widzę, że i ja pozbawioną jestem zaufania pana Gilberta. Nie brak mi jednak chęci do pozyskania go, tylko nie wiem, jakich użyć sposobów.
Gilbert zacisnął wargi.
— Jednem słowem, ci Taverney‘owie nie umieli cię zadowolnić — mówiła Chon z ciekawością, którą Gilbert zrozumiał. Opowiedz że mi coś u nich porabiał?
To go zmieszało, nie wiedział bowiem sam, co tam robił.
— Pani — rzekł — byłem... byłem powiernikiem.
Na te słowa wypowiedziane z filozoficzną flegmą, charakteryzującą Gilberta, Chon parsknęła śmiechem.
— Czy pani o tem wątpi? — zapytał, marszcząc brwi.
— Boże uchowaj! wiesz, że jesteś dziki, i że nie można z tobą mówić. Pytałam tylko, co to za ludzie ci Tavenney‘owie. Bynajmniej nie chciałam cię obrazić, lecz raczej przysłużyć ci się, mszcząc się za ciebie.
— Zemsty nie żądam, lub mszczę się sam, proszę pani.
— Bardzo dobrze; ponieważ jednak, jak i ty, mamy z Taverneyami na pieńku, jesteśmy zatem najwłaściwszymi sprzymierzeńcami.
— Mylisz się, pani; zemsta moja nie ma nic z tobą wspólnego, włączasz w nią bowiem całą rodzinę, a ja... uwzględniam rozmaite odcienia w uczuciach, jakie mam dla nich.
— A panu Filipowi, dajmy na to, czy ciemne, czy też jasne nadasz kolory?
— Przeciwko niemu nic nie mam. Nic mi złego ani dobrego nie wyświadczył. Ani go kocham, ani też nienawidzę; jest mi zgoła obojętnym.
— Więc ani przed królem, ani przed panem de Choiseul — nie świadczyłbyś przeciw niemu.
— Z jakiego powodu?
— Z powodu pojedynku z moim bratem.
— Jeżeli będę wezwany, powiem to co wiem.
— A cóż wiesz?
— Prawdę.
— Co nazywasz prawdą? — to słowo jest bardzo elastyczne.
— Nigdy dla tego, kto odróżnić umie dobre od złego, a sprawiedliwe od niesprawiedliwego.
— Rozumiem: — dobre, to pan Filip de Taverney; — złe — to wicehrabia Dubarry.
— Tak, pani, przynajmniej według mego zdania i sumienia.
— Warto było podnieść go z drogi! — rzekła Chon cierpko — pięknie mi się odpłaca ten, który winien mi życie.
— Powiedz pani raczej, ten który ci śmierci nie zawdzięcza.
— To wszystko jedno.
— I owszem, to zupełnie co innego.
— Jakto?
— Nie zawdzięczam pani życia, pani a raczej pocztyljon twój przeszkodził twoim koniom pozbawić mnie życia, oto wszystko.
Chon popatrzyła uważnie na logicznego chłopca, dobierającego wyrażeń.
— Mogłabym się spodziewać — rzekła łagodząc głos i uśmiech — więcej grzeczności od towarzysza podróży, który w drodze wiedział, gdzie ręki mojej szukać i z przyjemnością pozwalał moim nóżkom spoczywać na swoich kolanach.
Jej słodycz i łatwość obejścia tak była wyzywająca, że Gilbert zapomniał o krawcu, Zamorze i śniadaniu, na które nie został zaproszony.
— Tak, to dobrze, zaczynamy się oswajać — rzekła Chon, głaszcząc go po twarzy. Będziesz przeciwko Filipowi de Taverney świadczył, wszak prawda?
— O! co to, to nie — odpowiedział — nigdy!
— Dlaczegóż to, uparciuchu?
— Bo wicehrabia nie miał słuszności.
— A dlaczego to, proszę, nie miał racji?
— Ubliżał żonie delfina, gdy pan Filip de Taverney, przeciwnie...
— Co?
— Słusznie jej bronił.
— Jesteśmy po stronie delfinowej, widocznie?
— Nie, — tylko po stronie słuszności.
— Oszalałeś, Gilbercie! bądź cicho, niech w tym pałacu nie usłyszą cię tak mówiącego.
— To uwolnij mnie pani od odpowiedzi, na twoje pytania.
— Przestańmy o tem mówić.
Gilbert się ukłonił na znak, że się zgadza.
— I cóż, mój chłopcze, robić tu zamyślasz, jeżeli nie chcesz być użytecznym? — ostro zapytała młoda kobieta.
— Mam-że dlatego zaprzeć się siebie?
— Skąd czerpiesz wszystkie te wielkie słowa?
— Z przysługującego każdemu człowiekowi prawa, pozostania wiernym swojemu sumieniu.
— Ba, ten, komu się służy, bierze na siebie całą odpowiedzialność.
— Nie mam pana — mruknął Gilbert.
— Postępując w ten sposób, nigdy kochanki mieć nie będziesz — z wdzięczną wesołością, powstając z siedzenia, powiedziała Chon. — Raz jeszcze powtarzam pytanie, odpowiedz mi jasno: Co u nas robić zamierzasz?.
— Sądziłem, że można być użytecznym, będąc prawym.
— Mylisz się: aż nadto mamy takich.
— Więc się oddalę.
— Odejdziesz?
— Bezwątpienia; wszak o przybycie tu nie prosiłem? Jestem wolny.
— Wolny! — zakrzyczała Chon, wpadając w gniew na ten opór, do którego nie była przyzwyczajona. — Wcale nie!
Oczy Gilberta zapałały.
— No, no — rzekła młoda kobieta, spostrzegłszy zmarszczone brwi młodzieńca, dowodzące, że nie łatwo zrzekłby się swobody. — No, pogódźmy się. Jesteś ładnym, cnotliwym chłopcem, i dlatego bardzo zabawnym, choćby dla sprzeczności z tem, co nas otacza. Tylko zachowaj tę miłość prawdy.
— Zachowam ją bezwątpienia.
— Tak, ale w pojęciach naszych zachodzi różnica. Mówię: zachowaj ją dla siebie, nie głoś więc tych zasad w korytarzach w Trianon i w przedpokojach Wersalu.
Gilbert coś niezrozumiale zamruczał.
— Tu niema żadnych hm! jeszcze tak mądrym nie jesteś, mój filozofie, abyś się nie mógł wiele od kobiety nauczyć; oto pierwsza niezbita zasada: kto milczy, nie kłamie; zapamiętaj to sobie.
— A jeżeli pytać mnie będą?
— Kto taki? czyś ty oszalał, kochanku? Boże mój! kto tu myśli o tobie, prócz mnie jednej? Jesteś niedoświadczony, o ile widzę, mój filozofie. Tego rodzaju istoty są jeszcze rzadkością. Dużo świata przejść trzeba, aby podobnego tobie znaleźć. Pozostaniesz u mnie i cztery dni nie upłyną, a zmienisz się w skończonego dworaka.
— Pozwalam sobie wątpić — odparł wyniośle Gilbert.
Chon wzruszyła ramionami; Gilbert się uśmiechnął.
— Dosyć już o tem; zresztą potrzebujesz podobać się trzem tylko osobom.
— Którym?
— Królowi, mojej siostrze i mnie.
— Jak dojść do tego?
— Widziałeś Zamora? — zapytała, unikając wprost odpowiedzi na to zagadnienie.
— Tego murzyna? — ze wzgardą zapytał Gilbert.
— Tak, murzyna.
— Co mogę mieć z nim wspólnego?
— Staraj się z niego korzyść wyciągnąć. Ten murzyn ma już dwa tysiące liwrów dochodu ze szkatuły królewskiej. Będzie mianowany gubernatorem pałacu w Luciennes, a kto śmiał się z jego warg grubych i czarnej skóry, będzie mu teraz nadskakiwał i nazywał panem, a nawet jaśnie panem.
— Chyba nie ja, pani — odrzekł Gilbert.
— No proszę! a ja sądziłam, iż najpierwszą zasadą filozofji jest: że wszyscy ludzie są sobie równi?
— Dla tego też nie nazwę Zamora jasnym panem.
Chon zacięła usta; własną bronią została pobita.
— Nie masz widocznie wysokich dążności.
— Przeciwnie — rzekł z błyszczącym wzrokiem Gilbert.
— O ile sobie przypominam, pragnąłeś zostać lekarzem.
— Powołanie niesienia bliźnim pomocy uważam za najszczytniejsze.
— Więc marzenie twoje zostanie urzeczywistnione.
— Jakim sposobem?
— Będziesz lekarzem, i to lekarzem króla.
— Ja! — wykrzyknął Gilbert — ja, który nie mam pojęcia o sztuce lekarskiej? Pani... to żarty!
— A Zamor, czy zna się na tem, co to sztachety, mosty zwodzone i mury? Z pewnością wyobrażenia nie ma, a wcale się tem nie kłopocze. Nie przeszkadza mu to jednak być rządcą pałacu w Luciennes, ze wszystkimi przywilejami, przywiązanymi do tego tytułu.
— Rozumiem teraz! — gorzko odezwał się Gilbert — jednego błazna za mało. Król się nudzi; potrzeba mu zatem dwóch.
— Widzicie go — zawołała Chon — znowu mu się nos przedłuża. Oszpecasz się, mój mały. Zostaw te fantastyczne miny do chwili, w której wdziejesz na głowę perukę, a na nią szpiczasty kapelusz; wtedy zamiast brzydkim, komicznym się staniesz.
Gilbert znowu brwi zmarszczył.
— Jeżeli książę de Tresne życzy sobie zyskać tytuł małpki mojej siostry, czemuż nie miałbyś zająć stanowiska lekarza króla.
Gilbert nic nie odpowiedział. Chon zrozumiała to w znaczeniu zasady: „Kto milczy, ten przyzwala“.
— Na dowód, że jesteś w łaskach, nie będziesz jadał ze służbą.
— O! dzięki — odpowiedział Gilbert.
— Wydałam, rozkaz w tym względzie.
— A gdzie będę jadał?
— Z Zamorem.
— Ja?
— Tak; rządca i lekarz królewski wspólny stół mieć mogą. Jeżeli chcesz, możesz iść do niego na obiad.
— Nie jestem głodny — gniewnie odpowiedział Gilbert.
— Bardzo dobrze — rzekła ze spokojem Chon — jeżeli teraz nie jesteś głodnym, to będziesz wieczorem.
Gilbert zaprzeczył ruchem głowy.
— Jeżeli nie wieczorem, to jutro, pojutrze.
Ułagodzisz się, panie buntowniku, a jeżeli za wiele kłopotu sprawiać nam będziesz, mamy tu ochmistrza paziów, który jest nam oddany.
Gilbert zatrząsł się i zbladł.
— Udaj się więc do pana Zamora — surowo dodała Chon — źle ci tam nie będzie; tam dobrze jeść dają, a strzeż się być niewdzięcznym, nauczonoby cię bowiem wdzięczności.
Gilbert spuścił głowę.
Było to jego zwyczajem, gdy zamiast odpowiedzi, skupiał umysł do działania.
Ten sam lokaj czekał na jego wyjście. Zaprowadził go do małej sali jadalnej, przytykającej do znanego mu przedpokoju.
Zamor siedział przy stole.
Gilbert zajął miejsce przy nim, lecz niczego nie tknął.
Wybiła trzecia godzina; pani Dubarry odjechała do Paryża. Później mająca za nią podążyć Chon, wydała kilka zleceń dla oswojenia „swego niedźwiedzia“. Moc przysmaków i łakotek, jeżeli będzie miły; pogróżki, a nawet godzina kozy w razie oporu.
O czwartej przyniesiono Gilbertowi gotowe ubranie lekarza z musu: czapka szpiczasta, peruka, obcisły kaftan czarny, płaszcz tegoż koloru. Uzupełniono je kryzą, laseczką i dużą księgą.
Lokaj, który przyniósł to wszystko, przedstawił mu te przedmioty jeden po drugim; Gilbert przyjął je z pozornem poddaniem.
Za lokajem przyszedł pan Grange i objaśnił go, w jaki sposób ubrać się powinien w ten kostjum, czego Gilbert z całą cierpliwością wysłuchał.
— Zdaje mi się — nadmienił tylko — że dawniejsi lekarze nosili przy sobie kałamarz i zwitek papieru.
— Masz słuszność, na honor — zawołał pan Grange — trzeba wyszukać wielkiego kałamarza, abyś go sobie u pasa zawiesił.
— Pióra i papieru — krzyknął Gilbert. — Idzie mi o to, aby przebranie było zupełne.
Lokaj poskoczył, ażeby wypełnić zlecenie, a zarazem zawiadomić pannę Chon o zadziwiającej uległości Gilberta.
Zachwycona tą wiadomością, dała mu woreczek, zawierający ośm dukatów, dla zawieszenia z innemi przedmiotami przy pasie lekarza wzorowego.
Gilbert, podziękowawszy, poprosił, ażeby zostawiono go samego, dopóki się nie przebierze.
— Spieszże się — rzekł pan Grange, abyś mógł się pokazać pannie, zanim odjedzie do Paryża.
— O pół godziny tylko proszę — odpowiedział Gilbert.
— Trzy kwadranse, jeżeli potrzeba, szanowny doktorze — odpowiedział intendent Gilbertowi, zamykając za sobą drzwi.
Gilbert podszedł do nich na palcach przysłuchując się oddalającym krokom, pomknął następnie ku oknu, wychodzącemu na tarasy, wzniesione na ośmnaście stóp od ziemi, wysypane miękkim piaskiem i okolone rozłożystemi drzewami, których konary ocieniały balkony.
Podarł swoją długą togę na trzy pasy, których końce pozwiązywał, na stole położył kapelusz, woreczek i napisał:

Pani!

„Największym skarbem jest swoboda. Zachować ją, jest pierwszym obowiązkiem każdego człowieka. Zadajesz mi gwałt, więc się wyswobadzam“.

Gilbert.

Złożył papier, zaadresował do panny Chon, przymocował do kraty okna dziesięciołokciowy pas, wyślizgnął się jak jaszczurka, z narażeniem życia skoczył na taras i chociaż ogłuszony tym skokiem, podbiegł do drzewa, wdrapał się na gałęzie, zsunął się po nich i stanął na ziemi, a po chwili puścił się co tchu w kierunku lasów Ville-de Avray. Po upływie pół godziny, gdy po niego przysłano, już był daleko, bezpieczny od wszelkiej pogoni.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.