Józef Balsamo/Tom II/Rozdział XXII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXII
KIM BYŁA TA DAMA?

Na szczycie wzgórza, które przebywał w tej chwili powóz pocztowy, widniała wioska la Chaussée, gdzie miano zmienić konie.
Była to śliczna grupa domków, słomą krytych, to rozrzuconych ponad drogą, to wyglądających z gęstwiny drzew, to ukazujących się tu i tam nad strumieniem, o którym wspomnieliśmy już poprzednio.
Ale co przedewszystkiem zwracało w tej wiosce uwagę, to człowiek jakiś, stojący pośrodku drogi tak nieruchomo, jakgdyby go wyższa jakaś siła przykuła do miejsca. Człowiek ten pożerał gościniec oczami i spoglądał pożądliwie na przywiązanego u okienka chaty prześlicznego siwego konia, który zdradzał rżeniem i tupaniem zniecierpliwienie. Siodło, jakie miał na grzbiecie, wskazywało, że wyczekiwał na swego pana.
Nieznajomy, zmęczony daremnem wpatrywaniem się w gościniec, podchodził coraz do tego konia i głaskał go ręką po grzbiecie, lub dotykał końcami palców drobnej jego nóżki. Koń wierzgał za każdym razem, ale nieznajomy zawsze zręcznie unikał ciosu, powracał na swój punkt obserwacyjny i badał znowu pustą dotąd drogę.
Nie mogąc dostrzec nikogo, zaczął nareszcie bębnić w okiennicę.
— Hola! jest tam kto! — zawołał.
— A kto tam stuka? — odezwał się w odpowiedzi gruby głos męski.
I jednocześnie otworzyła się okiennica.
— Jeżeli to koń na sprzedaż, panie — przemówił nieznajomy — znalazłby się nabywca.
— Widzisz pan przecież, że niema zaplecionego w słomę ogona — odpowiedział gospodarz chaty i zamknął z powrotem okiennicę.
Widocznie odpowiedź ta nie wystarczyła nieznajomemu, bo znowu kołatać zaczął.
Był to człowiek lat czterdziestu, wysoki, tęgi, z twarzą czerwoną, żylastemi rękami, w szerokich koronkowych mankietach. Kapelusz z galonami miał według mody oficerów prowincjonalnych, nałożony napoprzek.
Zastukał po raz trzeci i zniecierpliwiony zawołał:
— A wiesz co, przyjacielu, że wcale do uprzejmych nie należysz; ostrzegam cię, że jeżeli nie otworzysz okiennicy, to ją wywalę natychmiast.
Groźba poskutkowała i ukazało się to samo co przedtem oblicze.
— Kiedy już raz się powiedziało, że koń nie jest na sprzedanie, to chyba dosyć, u djabła.
— Ale ja potrzebuję wierzchowca.
— To idź pan po niego na pocztę. Mają ich tam coś sześćdziesiąt, a wszystkie z królewskich stajen. Jest w czem wybierać. Właściciel tego konia ma go tylko jednego.
— Kiedy ja chcę koniecznie tego!
— Masz pan dobry gust, jak widzę, zachciało ci się araba!
— Chcę go koniecznie kupić.
— Wierzę, ale cóż, kiedy on nie do sprzedania.
— Czyj że on?
— Za bardzoś pan ciekawy.
— A ty za bardzoś ostrożny, mój bracie.
— Należy do osoby, która tu mieszka u mnie, a kocha to zwierzę, jak dziecko.
— Chciałbym pomówić z tą osobą.
— Nie można, bo śpi.
— Czy to mężczyzna, czy kobieta?
— Kobieta.
— Powiedzże zatem tej kobiecie, że dam pięćset pistolów za jej konia.
— O! o! — powiedział wieśniak, robiąc naraz wielkie oczy — pięćset pistolów! to bardzo ładny grosz!
— Dodaj także, jeżeli ci się podoba, że to król ma ochotę na tego konia.
— Król?
— We własnej osobie.
— Ee!... przecież pan nie jesteś królem?
— Nie, ale go przedstawiam.
— Króla? — zapytał wieśniak, zdejmując kapelusz.
— No, śpiesz się, przyjacielu, bo bardzo pilno królowi.
I znowu spojrzał badawczo na drogę.
— No, to dobrze! jak tylko się ta pani obudzi, to jej zaraz powiem o tem, może pan być spokojny.
— Ba; ale ja nie mam czasu czekać.
— Cóż zrobić zatem?
— Obudzić ją do licha.
— Nie śmiałbym.
— No, to ja ją sam obudzę, poczekaj.
I rzekomy przedstawiciel króla podszedł do drugiej okiennicy, aby w nią srebrną gałką szpicruty zakołatać.
Lecz natychmiast opuścił podniesioną rękę, nie dotknąwszy okiennicy, bo dostrzegł w tejże chwili powóz pędzący ostatnim wysiłkiem wyczerpanych koni.
Wprawnem okiem poznał odrazu malowidło powozu i puścił się na jego spotkanie z szybkością, jakaby przyniosła zaszczyt arabskiemu biegunowi, którego tak bardzo posiadać pragnął.
Był to powóz pocztowy, a w nim podróżna, anioł opiekuńczy Gilberta.
Pocztyljon niepewny, czy konie zdołają iść, spostrzegłszy człowieka, dającego mu znaki, był zadowolony że może stanąć.
— Chon! droga Chon! — wołał nieznajomy — więc jesteś nareszcie? Witaj!
— Jestem, Janie — odpowiedziała podróżna, powitana niezwykłem imieniem. — A ty co tutaj robisz?
— A to piękne pytanie! Czekam naturalnie na ciebie.
Powiedziawszy to, człowiek o kształtach herkulesowych wskoczył na stopień powozu i po przez okno objął ramionami młodą kobietę, okrywając ją pocałunkami.
Wtem spostrzegł Gilberta, który, nie znając stosunku, jaki łączył z sobą te dwie osobistości, świeżo wprowadzone na widownię, zrobił bardzo markotną minę.
— O! — zawołał — a to co?
— Najzabawniejszy z młodych filozofów — odpowiedziała panna Chon, nie troszcząc się, czy rani, czy też pochlebia swemu protegowanemu.
— Skąd go u licha wyrwałaś?
— Znalazłam na drodze. Ale tu nie o to chodzi.
— To prawda! — odrzekł ten, którego Janem nazwano. — Cóż nasza stara hrabina de Bearn?
— Załatwione.
— Jak to?
— Przyjedzie.
— Przyjedzie?
— No, tak, przyjedzie — powtórzyła panna Chon.
— Cóżeś jej nagadała?
— Że jestem córką jej adwokata, pana Flageot, że przejeżdżałam przez Verdun i miałam od ojca polecenie powiadomienia jej, że proces rozpoczęty.
— To wszystko?
— Rozumie się. Dodałam tylko, że to rozpoczęcie wymaga niezbędnie obecności jej w Paryżu.
— Cóż ona na to?
— Wytrzeszczyła szare swoje oczki, zażyła tabaki i, oświadczywszy że p. Flageot jest najznakomitszym człowiekiem na świecie, wydała rozkazy do wyjazdu.
— To wspaniałe, Chon! Czynię cię nadzwyczajnym moim pełnomocnikiem. A teraz, zapraszam na śniadanie.
— Bardzo dobrze, bo to nieszczęśliwe chłopię umiera z głodu; tylko co tchu, rozumiesz?
— A to dlaczego?
— Bo jadą za nami.
— Ta stara pieniaczka? Dość nam będzie wyprzedzić ją o dwie godziny, bo tylko tyle potrzeba czasu do pomówienia z p. de Maupeau.
— Nie ona, delfinowa.
— Delfinowa? E, gdzie tam... musi być jeszcze w Nancy.
— Jest już w Vitry.
— O trzy mile?...
— Ani mniej, ani więcej.
— No, to zmienia postać rzeczy! Ruszaj, pocztyljonie.
— Dokąd, panie?
— Na pocztę.
— Czy pan wsiada, czy wysiada?
— Zostaję, gdzie jestem, ruszaj!
Powóz się potoczył; w pięć minut potem stanął przed biurem pocztowem.
— Żywo! żywo! wołała Chon — kotlety, kurczę, jaja, butelka burgunda, cokolwiek bądź, co mają... bo natychmiast musimy jechać dalej.
— Wybacz pani!... — powiedział właściciel poczty, ukazując się na progu — jeżeli pani zaraz chce wyjeżdżać, to tylko swemi końmi chyba.
— Jakto? — zawołał Jan, ciężko ze stopnia zeskakując.
— Tak jest, chyba temi, które państwa tu przywiozły.
— Co to, to nie — odezwał się pocztyljon — dwie stacje już przebyły; dość spojrzeć, jak wyglądają.
— Prawda — powiedziała Chon — niepodobna, aby poszły dalej.
— Co panu szkodzi dać nam świeże konie?
— Nie mam ani jednego do dyspozycji.
— Jakto? jest przecie przepis, do djabła!
— Przepis nakazuje mi trzymać na stajni piętnaście koni.
— A więc?...
— A ja mam ich ośmnaście.
— Zatem więcej, niż potrzeba, bo my tylko trzech żądamy.
— Tak, ale ich niema.
— Wszystkich ośmnastu?
— Wszystkich.
— Cóż u stu tysięcy piorunów! — zaklął podróżny.
— Wicehrabio! — odezwała się młoda kobieta.
— Tak, tak, Chon — zawołał krzykacz — masz rację, bądź spokojna, pohamujemy się. A kiedyż pańskie szkapy powrócą? — zapytał wicehrabia, zwracając się do poczmistrza.
— Nic nie wiem, panie! to zależy od pocztyljonów; może za godzinę, za dwie może...
— Czy pan wiesz, — odezwał się wicehrabia Jan, nasuwając na lewe ucho kapelusz i wystawiając naprzód prawą nogę, — czy pan wiesz, że ja nigdy nie żartuję?
— Bardzo mi przykro i wolałbym, aby usposobienie pana było skłonniejszem do żartów.
— Zobaczymy!... Natychmiast zaprzęgać! — zawołał pan Jan — albo, słowo honoru, że źle będzie.
— Chodź pan ze mną do stajni i jeżeli choć jednego konia znajdziesz u żłobu, zabieraj go sobie darmo.
— Hipokryta! A jeżeli znajdę ich sześćdziesiąt?
— Byłoby to zupełnie to samo co ani jednego, bo wszystkie te sześćdziesiąt koni należą do króla.
— Więc cóż stąd?
— To, że się tych koni nie wynajmuje.
— Więc do czegóż one służą?
— Do użytku delfinowej.
— Jakto! sześćdziesiąt koni dla niej, a dla mnie ani jednego?
— Pojmujesz pan przecież?...
— Nic nie pojmuję, oprócz tego, że mi pilno.
— To trudno, panie.
— Ponieważ — ciągnął wicehrabia, nie troszcząc się o pocztmistrza, ponieważ Jej Wysokość nie prędzej tu przybędzie, jak wieczorem...
— Co takiego?... — zapytał osłupiały pocztmistrz.
— Konie, które my weźmiemy, powrócą przed przybyciem delfinowej.
— Panie — wykrzyknął pocztmistrz — czyżbyś pan wypadkiem?...
— Czekaj no pan do djabła! — wrzasnął wicehrabia, wchodząc do stajni.
— Ależ, panie!
— Chcę trzy tylko, nie żądam ośmiu, jak Jej Królewska Wysokość, choć mam może prawo do tego; trzy mi wystarczą.
— Ale ja nie dam ani jednego — zawołał pocztmistrz, stając pomiędzy końmi a wicehrabią.
— Gburze jakiś — rzekł wicehrabia, blednąc z gniewu — czy ty wiesz, kto ja jestem?
— Wicehrabio — wołała Chon — tylko na miłość boską! bez skandalu!
— Masz słuszność, dobra Chon, masz słuszność.
I po chwilowym namyśle odezwał się znowu:
— No dalej, do rzeczy, bez gadania!
I, zwracając się do gospodarza z najuprzejmiejszą w świecie miną, dodał:
— Bądź spokojny, drogi przyjacielu, nie narażę cię na najmniejszą odpowiedzialność.
— Jakim sposobem? zapytał pocztmistrz, nie dość jeszcze uspokojony, pomimo uprzejmej fizjognomji mówiącego.
— Sam sobie usłużę. Oto te trzy konie zabieram.
— Jakto, zabieram?
— No, zabieram.
— I pan to nazywasz uwolnieniem mnie od odpowiedzialności?
— Rozumie się, nie dałeś pan, tylko ci zabrano.
— Powiadam, że to być nie może.
— Zobaczymy, gdzie uprząż?
— Niech mi się nikt nie waży! — krzyknął właściciel poczty do dwóch czy trzech parobków, wałęsających się po podwórzu.
— A! durnie!
— Janie! drogi Janie! woła Chon, która przez otwartą bramę widziała i słyszała wszystko, co się tam działo. — Daj pokój awanturom, mój drogi! Kto ma misję do spełnienia, ten musi wiele znosić.
— Zgadzam się na wszystko, oprócz opóźnienia — odpowiedział Jan, z najwyższą na jaką się mógł zdobyć flegmą. — Że zaś za długo byłoby czekać na pomoc tych łajdaków, sam się zatem załatwię.
I, czyn do groźby dodając, zdjął z kołków trzy uprzęże i włożył je na konie.
— Litości, Janie! — krzyczała Chon, składając ręce — litości!
— Czy chcesz dojechać, czy nie? — zapytał wicehrabia, zgrzytając zębami.
— Rozumie się, że chcę! wszystko będzie przecie stracone jeżeli nie zdążymy!
— A zatem, dajże mi pokój!
I, okiełznawszy trzy konie wcale nie najgorzej ciągnął je za sobą do powozu.
— Zastanów się pan, pomyśl! — wołał pocztmistrz — że dopuszczasz się obrazy majestatu.
— Nie kradnę ich błaźnie, wypożyczam tylko. Wio, kare, wio!
Poczmistrz rzucił się do lejców, ale wicehrabia odepchnął go gwałtownie.
— Bracie mój, bracie! — wołała panna Chon.
— A! to jej brat — mruknął w głębi karety Gilbert i odetchnął swobodniej.
W tym czasie naprzeciw otworzyło się okno i ukazała się zachwycająca główka kobieca, wystraszona hałasem.
— A! to pani — powiedział, zmieniając ton głosu, Jan.
— Jakto, ja? — złą francuszczyzną odpowiedziała młoda kobieta.
— Więc pani już wstałaś? Tem lepiej. Czy nie zechcesz mi pani sprzedać swego konia?
— Mojego konia?
— Tak, tego arabczyka co stoi tam uwiązany, u okiennicy. Daję pięćset pistolów za niego.
— Koń mój nie do zbycia — odpowiedziała młoda kobieta i zamknęła okno.
— No, nie mam szczęścia dzisiaj — mruknął Jan — ani sprzedać, ani wynająć mi nie chcą. Do licha! zabieram araba, jeśli go sprzedać nie zechcą, pozabijam meklemburczyki, jeżeli ich nie wynajmę. Chodź tu Patrycy!
Lokaj podróżnej zeskoczył z wysokiego kozła powozu.
— Zaprzęgaj — rzekł Jan do niego.
— Do mnie stajenni, do mnie! — krzyczał gospodarz.
Dwóch masztalerzy nadbiegło.
— Janie! wicehrabio! — wołała panna Chon, miotając się w powozie, który napróżno usiłowała otworzyć — czyś oszalał! pozabijają nas tu wszystkich!
— Pozabijają? Prędzej my ich porąbiemy, mam nadzieję! Jest nas trzech przeciwko trzem.
— Nuże, młody filozofie, — wrzasnął Jan na Gilberta, tak osłupiałego, że ani drgnął nawet. — Wysiadaj! bierz się do laski, do kamieni, lub do pięści. No wysiadajże do djabła, wyglądasz jak marmurek.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.