Józef Balsamo/Tom II/Rozdział XXI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXI
GILBERT PRZESTAJE ŻAŁOWAĆ SWOJEGO TALARA

Gdy Gilbert po kilku minutach odzyskał zmysły, zdziwił się niepomału, ujrzawszy się u nóg młodej damy, pilnie w niego wpatrzonej.
Była to kobieta lat około dwudziestu pięciu, o dużych siwych oczach, nosku zadartym i cerze spalonej na południowem słońcu. Małe wydatne usta z wyrazem kapryśnym nadawały jej fizjonomji otwartej i wesołej cechę sprytu i przezorności. Z rękawów aksamitnych fioletowych ze złotemi guziczkami, wysuwały się ręce prześliczne, a fałdy sukni jedwabnej popielatej w kwiaty, cały prawie powóz zapełniały.
Skąd znaleźć się mógł w powozie, unoszonym szybkim biegiem koni pocztowych?...
Dama miała, twarz uśmiechniętą z wyrazem przychylnego zajęcia, Gilbert więc począł się jej przypatrywać dla przekonania się, czy nie śni.
— No cóż, moje dziecię — zapytała nieznajoma po chwili — czy czujesz się lepiej trochę?
— Gdzie ja jestem? zapytał Gilbert.
— W zupełnie bezpiecznem miejscu, mój kochanku — odrzekła dama z akcentem południowym. A przed chwilą, doprawdy, mogłeś być zmiażdżony pod kołami mojej karety. Co to się stało, żeś upadł tak na środku drogi?
— Słabo mi się zrobiło.
— Z jakiego powodu?
— Za długo szedłem piechotą.
— Od jak dawna jesteś w podróży?
— Od wczoraj, od czwartej po południu.
— Ile mil przez ten czas zrobiłeś?
— Szesnaście do ośmnastu zapewne.
— Jakto, w przeciągu czternastu godzin?
— Tak, pani... nie szedłem, ale biegłem bezustanku.
— Dokąd tak pędziłeś?
— Do Wersalu zdążam, proszę pani.
— A skąd?
— Z Taverney.
— Gdzie leży owo Tavemey?
— To zamek, proszę pani, pomiędzy Pierrefiitte a Bar-le-Duc.
— Nie miałeś chyba czasu na posiłek?
— Nie tylko czasu, ale i środków nie miałem potemu...
— Dlaczegóż to?
— Zgubiłem pieniądze w drodze.
— Zatem nic od wczoraj nie jadłeś?
— Oprócz paru kęsów chleba, jakie miałem przy sobie.
— Biedne dziecko, dlaczego nie poprosiłeś kogokolwiek o posiłek?
Gilbert zarumienił się i uśmiechnął.
— Za dumny jestem na to, proszę pani.
— Bardzo piękną jest szlachetna duma, ale gdy się umiera z głodu...
— Lepiej umrzeć, niż się poniżyć...
Młoda dama spojrzała z uwielbieniem na młodego chłopaka.
— Kto jesteś, mój przyjacielu, że w ten sposób przemawiasz?
— Sierotą jestem.
— Nazywasz się?
— Gilbert.
— Gilbert — a dalej co?
— Nic a nic...
— A! a! — zawołała młoda kobieta, coraz bardziej zdziwiona.
Gilbert wywarł na niej wrażenie; zrozumiał to i był zadowolony, że z powodzeniem pozował na Jana Jakóba Rousseau.
— Za młodyś, mój przyjacielu, na takie dalekie wycieczki — zaczęła znowu dama.
— Zostawiono mnie samego w starym, opuszczonym przez właścicieli zamku. Poszedłem za ich przykładem, opuściłem go również.
— W jakim celu?
— Świat jest wielki i, jak powiadają, znajdzie się zawsze na nim dosyć miejsca dla każdego.
— Rozumiem — szepnęła dama — zapewne to dziecko naturalne.
Mówisz, że zgubiłeś pieniądze? — dodała głośno.
— Tak, zgubiłem, proszę pani.
— A wiele miałeś?.
— Miałem talara tylko, — odpowiedział Gilbert, zawstydzony, że musi zdradzać swoją nędzę, a niechcąc udawać bogatszego, aby nie ściągać jakiego podejrzenia na siebie. — Tak... miałem talara tylko, ale toby mi było wystarczyło zupełnie.
— Wystarczyłby ci jeden talar na taką długą drogę? Chyba na suchy chleb i to na parę dni zaledwie. Wiesz przecie jak daleko z Bar-le-Duc do Paryża?
— Wiem, proszę pani.
— Sześćdziesiąt mil prawie!...
— Nie myślałem o odległości. Powiedziałem sobie: muszę tam pójść i poszedłem; mam przecie dobre nogi.
— Choć dobre, ale jednakże się męczą, jak widzisz.
— Nie, to nie nogi zesłabły, ale mi nadziei zbrakło.
— Rzeczywiście, zdawało mi się, że jesteś zrozpaczony.
Gilbert gorzko się uśmiechnął.
— Biłeś się po głowie, włosy sobie wyrywałeś?
— Czy naprawdę, proszę pani? — zapytał Gilbert zmieszany.
— Naprawdę, moje dziecko!... Dlatego nawet zapewne, nie zauważyłeś nadjeżdżającego powozu.
Gilbert uznał, iż wyznanie całej prawdy może mu dodać uroku. Czuł instynktownie, że położenie, w jakiem się znajduje, jest szczególniej zajmujące dla kobiety.
— Byłem istotnie zrozpaczony — powiedział.
— Z jakiego powodu? — zapytała dama.
— Nie mogłem nadążyć za powozem, za którym goniłem.
— Doprawdy! — powiedziała, uśmiechając się kobieta — ależ to cała historja jak widzę. Czy miłość nie gra tu czasem jakiej roli?...
Gilbert nie umiał zapanować nad sobą i zarumienił się cały.
— Cóż to był za powóz, mój ty mały Katonie.
— Ze świty delfinowej.
— Co mówisz? — wykrzyknęła dama — czy księżna już nas wyprzedziła?
— O, i dawno, proszę pani.
— Myślałam, że jest w Nancy zaledwie. Czyż nie oddają jej honorów po drodze?
— Oddają, ale Jej Wysokość spieszy widoczne bardzo.
— Spieszy się? Kto ci o tem powiedział?
— Tak przypuszczam...
— Skąd to przypuszczenie?
— Stąd, że w Taverney miała wypocząć przez trzy godziny, a była wszystkiego zaledwie trzy kwadranse.
— Może otrzymała jakie listy z Paryża?
— Widziałem, że przybył z listem jakiś pan w ubraniu, pokrytem haftami.
— Nie znasz nazwiska tego pana?
— Wiem tylko, że jest komendantem Strassburga.
— A... pan Stainville, szwagier pana de Choiseul! Pecioro! Prędzej, prędzej, pocztyljonie, pospieszaj!
W odpowiedzi rozległ się trzask bata i powóz potoczył się z niesłychaną szybkością.
— Mówisz — podjęła dama — że nas delfinowa wyprzedziła?
— Tak, proszę pani.
— Zatrzyma się przecie na śniadanie — powiedziała dama — to my ją znowu wyprzedzimy, Chybaby w nocy... Czy zatrzymywała się gdzie tej nocy?
— W Saint-Dizier, proszę pani.
— O której godzinie?
— Około jedenastej.
— Na kolację, to dobrze, musi posilić się znów rano! Pocztyljonie! jakie jest pierwsze znaczniejsze miasto na naszej drodze?
— Vitry, proszę pani.
— Daleko jesteśmy od niego?
— O trzy mile.
— Gdzie przeprzęg?
— W Vauclére.
— Dobrze, jedź, a jak spostrzeżesz szereg powozów, uprzedź mnie w tej chwili.
Podczas tej rozmowy młodej damy z pocztyljonem, Gilbert osłabł znowu, pobladł i zmrużył oczy.
— Nieszczęśliwy chłopiec! znów mu widzę niedobrze! — zawołała dama. Ale... bo i ja też doprawdy!... Każę mu rozpowiadać, a on z głodu umiera! Trzeba było przedewszystkiem posilić go i napoić.
I żeby nagrodzić czas stracony, wyciągnęła z torebki powozowej cyzelowany flakon, od szyjki którego zwieszał się pozłacany kubeczek na złotym łańcuszku.
— Wypij parę kropel wina — powiedziała, napełniając szklankę i podając ją Gilbertowi.
Nie dał się on prosić tym razem.
Byłże to wpływ rączki, która mu napój podawała? czy pragnienie gwałtowniejsze, niż to, którego doświadczał w Saint-Dizier?
— Dobrze — rzekła dama — a teraz zjedz biszkopcik. Za godzinę lub dwie, dostaniesz coś pożywniejszego.
— Dziękuję — powiedział Gilbert.
I zjadł biszkopt.
— Teraz, gdyś się wzmocnił troszeczkę, podjęła dama — jeżeli masz zaufanie do mnie, powiedz mi, co cię skłoniło do ścigania powozu, który, jak mówisz, należy do kogoś ze świty Jej Królewskiej Wysokości?
— Wyznam pani całą prawdę w dwóch słowach — rzekł Gilbert. — Byłem w domu pana de Taverney, w chwili, gdy księżna tam przybyła i rozkazała baronowi jechać z sobą do Paryża. Ponieważ sierotą jestem, nikt o mnie nie pamiętał i pozostawiono mnie samego, bez pieniędzy i żywności. Przysiągłem sobie wtedy, że skoro wszyscy podążają w paradnych karetach do Wersalu, ja, bez koni, bez powozu, na swoich ośmnastoletnich nogach, dostanę się tam razem z nimi. Gdybym nie był zgubił pieniędzy, byłbym się posilił w nocy, a rano orszak dogonił.
— Ależ to doprawdy odwaga! — zawołała dama — winszuję ci, mój chłopcze. Zdaje mi się jednak, że zapomniałeś o jednej, bardzo ważnej rzeczy...
— O jakiej, proszę pani?...
— Że w Wersalu nie można żyć samą odwagą.
— To pójdę do Paryża.
— Paryż jest pod tym względem bardzo podobny do Wersalu.
— Jeśli nie można żyć odwagą, to się żyje pracą, proszę pani.
— Zapewne, moje dziecko, ale jaką pracą? Twoje ręce nie na wyrobnika i nie na tragarza?
— Chcę się uczyć, proszę pani.
— Wydajesz mi się i teraz już uczonym.
— Chyba dlatego, iż wiem, że nic nie umiem — sentencjonalnie odpowiedział Gilbert, przypominając sobie słowa Sokratesa.
— Czy mogę cię zapytać, która nauka pociąga cię najbardziej?
— Myślę, proszę pani — odpowiedział Gilbert — że najlepsza jest ta, która uczy, jak być użytecznym bliźnim swoim. Z drugiej strony człowiek jest istotą tak nic nie znaczącą, że powinien badać tajemnicę słabości swoich, ażeby poznać tajemnicę siły swojej. Chcę poznać, dlaczego mój żołądek nie dozwolił dźwigać mnie nogom moim tego ranka, chcę się dowiedzieć, czy to samo osłabienie żołądka ma wpływ i na umysł także, czy ono sprowadziło na mnie rozstrój, gniew i zmartwienie, które mnie zwyciężyły i powaliły.
— Będziesz wybornym doktorem, przypuszczam, skoro już wcale dobrze rozprawiasz o medycynie! Za dziesięć lat obiecuję ci praktykę szeroką.
— Daj Boże, proszę pani, abym zasłużył na ton honor.
Pocztyljon się zatrzymał. Przybyli na stację, nie spotkawszy żadnego powozu.
Dowiedzieli się tylko, że delfinowa przejeżdżała przed kwadransem i że ma zamiar zatrzymać się w Vitry, dla zmiany koni i posiłku rannego.
Nowy pocztyljon dosiadł konia i zaczął jechać dosyć wolno.
Skoro minęli ostatni dom miasteczka, dama się odezwała:
— Słuchajno, przyjacielu, czy podejmujesz się dogonić powozy delfinowej?...
— Najchętniej, proszę pani.
— Zanim przybędzie do Vitry?
— Jej Wysokość jechała kłusem wyciągnie tym.
— Więc gdybyś ty pojechał galopem...
Pocztyljon spojrzał na podróżną.
— Potrójny napiwek! — zawołała.
— Trzeba było odrazu to powiedzieć! — krzyknął pocztyljon — bylibyśmy już z ćwierć mili ujechali...
— Masz talara na zadatek i powetuj czas stracony.
Pocztyljon schował pieniądz, pochylił się na koźle, zaciął konie i powóz, jak wiatr poleciał. W czasie zmiany koni, Gilbert wysiadł, umył twarz i ręce i przygładził włosy, gęste i bardzo piękne.
— Ten chłopiec — myślała dama — wcale nie brzydki będzie na doktora.
I uśmiechnęła się do Gilberta.
Zaczerwienił się, jak gdyby odgadł, co ten uśmiech sprowadziło na usta jego towarzyszki podróży.
Skończywszy z pocztyljonem, dama zwróciła się do niego. Bawiły ją, jego paradoksy, jego zapalczywość i sentencje przezeń wygłaszane.
Wychylała się chwilami, aby popatrzeć na drogę, a gdy rączką dotknęła czoło Gilberta, lub nóżką go trąciła, śmiała się, że przyszły lekarz się rumieni i spuszcza skromnie oczy.
Ujechano tak milę całą. Naraz młoda kobieta wydała okrzyk radości i rzuciła się na przednie siedzenie, tak nieuważnie, iż nakryła sobą Gilberta.
Ujrzała nareszcie ostatni furgon eskorty, wlokącej się ciężko pod górę, a na przedzie karety — z których podróżni powysiadali.
Gilbert wydostał się z pod fałd sukni kwiecistej, wsunął głowę pod ramię damy i, ukląkłszy na siedzeniu, szukał wzrokiem pałającym Andrei.
Zdawało mu się, że rozpoznaje Nicolinę po białym czepeczku.
— Co teraz poczniemy, proszę pani? — zapytał pocztyljon.
— Trzeba całą kawalkadę wyminąć.
— Nie można!... Nie wolno wymijać delfinowej.
— A to dlaczego?
— Nie wolno! Gdybym się ośmielił wyprzedzić konie królewskie, miałbym się dopiero zpyszna! poszedłbym z pewnością na galery!
— Słuchajno, rób jak chcesz, ale ja muszę ich wyminąć.
— Czy pani nie należy do świty? — zapytał Gilbert, przypuszczający dotąd, że młoda dama spóźniła się i dlatego tak śpieszy.
— Chęć nabycia wiedzy jest chwalebną, ale ciekawość niezawsze — odpowiedziała dama.
— Niechaj mi pani wybaczy — odpowiedział Gilbert zaczerwieniony.
— No więc cóż zrobimy? — zapytała podróżna pocztyljona.
— A no, pojedziemy za nimi aż do Vitry, a tam, jeżeli Jej Wysokość się zatrzyma, porosimy, aby nam pozwolono przejechać.
— Ba! zapytają kto jestem i dowiedzą się wszystkiego...
— Nie, nie, to na nic; szukaj innego sposobu.
— Proszę pani — rzekł Gilbert — jabym się ośmielił dać pewną radę...
— Dawaj ją, dawaj, mój drogi, jeżeli dobra skorzystamy z niej z pewnością.
— Gdyby objechać dokoła Vitry, to dopięlibyśmy celu bez uchybienia delfinowej.
— Prawda!... — zawołała młoda kobieta. — No, pocztyljonie, czy nie znasz jakiej drogi bocznej?...
— Aby gdzie dojechać?
— Dokąd ci się podoba, byleby tylko pozostawić delfinową poza nami.
— Jest, co prawda, na prawo droga do Marolle, która okrąża Vitry i łączy się z głównym traktem pod la Chaussée.
— Brawo! — zawołała dama; — o to tylko mi chodzi.
— Tylko — proszą pani — rzekł poczytljon — ja tym sposobem nadkładam kawał drogi.
— Dostaniesz dwa luidory, jeżeli będę w la Chaussée wcześniej od delfinowej.
— Nie obawia się pani, że się powóz pogruchoce?
— Ja się niczego nie obawiam. Jeżeli się powóz rozleci, pojadę dalej na koniu.
Z traktu głównego zjechali na wąską drogę, biegnącą ponad brzegiem mętnej rzeczułki, wpadającej do Marny, pomiędzy la Chaussée i Mutigny.
Pocztyljon czynił co mógł, aby spełnić żądanie podróżnej.
Gilbert dwadzieścia razy padał na swoją towarzyszkę, tyleż razy dama znalazła się w objęciach młodego chłopaka.
Potrafił on być grzecznym i nie być natrętnym. Potrafił wzbronić ustom uśmiechu lubo oczy jego mówiły młodej kobiecie, że jest zachwycony.
Poufałość przychodzi szybko w podróży i samotności; Gilbertowi po dwóch godzinach jazdy zdawało się, że zna młodą damę od lat dziesięciu, a ona, ze swej strony, gotowaby była przysiąc, iż zna Gilberta od urodzenia.
Około jedenastej dostali się na trakt główny, prowadzący z Vitry do Châlons. Od kurjera, spotkanego na drodze, dowiedzieli się, że księżna jadła śniadanie w Vitry i że czując się znużoną, odpocznie tam ze dwie godziny. Kurjer pędził do stacji następnej, aby konie i służba były w pogotowiu na ci wartą po południu.
Wiadomości te uradowały podróżną.
Dała pocztyljonowi dwa luidory obiecane, a zwracając się do Gilberta, powiedziała:
— No! na honor; nam także należy się coś. Zjemy obiad na pierwszym przeprzęgu.
Sądzone było jednak, że i na tym przeprzęgu będą musieli obejść się bez jedzenia.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.