Idylla (Vrchlicki)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jaroslav Vrchlický
Tytuł Idylla
Pochodzenie Gomulickiego Wiktora wiersze. Zbiór nowy
Data wydania 1901
Druk Drukarnia A. T. Jezierskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Wiktor Gomulicki
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
IDYLLA.

Aż na Tyrol poszedł za robotą.
Przystał do tych, co tunel kopali,

I wiódł żywot twardy, lecz swobodny,
Jak zwyczajnie kopacze. Stuk dzbanków
I dźwięk pieśni hulaszczych w winiarni
Milszy był mu od trzaskania bicza,
Którym woły wpierw w służbie poganiał.
W drogę idąc, zostawił w chatynce,
Zawieszonej ponad skalnym zrębem,
Niby gniazdo, żonę swoją Martę,
Choć dziecięcia lada dzień czekała —
A już w górach miało się ku zimie.

W pierwszych chwilach o żonie pamiętał;
Listy do niej pisywał, a nawet
Raz jej posłał pieniędzy — lecz potem
Nowych wrażeń pochwycił go zamęt
I jął z serca ścierać obraz Marty.
Człek to z gruntu nie był zły, lecz losy
Mogły giąć nim, jako wicher trzciną;
Łatwo też się poddawał wrażeniom,
Za czem zwykle w ślad idzie — niepamięć.

Hucznym życie płynęło tu zdrojem.
Pośród szańca niebosiężnych szczytów,
Robotniczy tabor się rozłożył,
A w nim ludzi na setki liczono.
We dnie łoskot żelaznych oskardów,
Dynamitu wybuchy, skrzyp taczek,
Groźne klątwy i nawoływania,
W jeden koncert spływały piekielny;
W nocy zasie słychać było tylko
Śpiew. W sobotę zwłaszcza, w dniu wypłaty,
Szła wesoła hulanka przy kartach

Lub przy kościach, a wcale nierzadko,
Nim świt błysnął, krwawo się kończyła.

On, jak inni, z utęsknieniem czekał
Sobotniego dnia, w którym brał myto,
I mógł w winie znaleźć trochę szczęścia
I do nowych krzepić się zapasów.
Lecz, przy zmiennem swem usposobieniu,
Stracił wprędce smak do pustych szaleństw —
Od dnia zwłaszcza, kiedy przegrał w karty,
Co miał żonie posłać opuszczonej.
Po robocie, sam, na twardem łóżku,
W swej izdebce przesiadywał długo,
I o Marcie dumał... a w marzeniu
Widział oczy jej smutne i łzawe,
Wypatrzone nań z łagodną skargą,
I głos słyszał: „Nie odchodź, mój Janie!”...

Dnia jednego — znów była sobota —
Siedział w domu, w myślach pogrążony.
Zmierzch posępny na góry już padał,
A śniegami ubielone szczyty
Widm orszakiem zdały się w pomroce.
Nagle z trzaskiem drzwi się otworzyły,
I wszedł kamrat jeden, z którym dzielił
Chleb i pracę. Wzrok miał roziskrzony,
Włos w nieładzie, i winem tchnął zdala.
„Janie! — z błędnym zawołał uśmiechem —
Czemu w izbie kwasisz się sam jeden?
Do kompanii chodź!”
On rzekł: „Nie pójdę.

Chcę do żony list pisać, i chęci
Do zabawy nie mam.”
Kamrat odszedł.

Jan w ciemnościach został, a ze dworu
Dochodziła go wrzawa wesoła.
Wziął za pióro, ale je odłożył;
A po chwili, wstawszy, za próg wyszedł.

Huczno było i tłumno w winiarni,
Pijatyka szła i gra i tańce.
Obcych gości przybyła drużyna,
I ze zwykłym górskiej kobzy mrukiem,
Dźwięk się łączył wynajętych cyter.
Chmura dymu tak mroczyła izbę,
Żeś z trudnością liczbę biesiadników
I znajome rozpoznawał twarze.

Jan siadł z boku; wina mu nalano,
A on, milcząc, patrzył na grających,
Na kurz gęsty, na światła i szklanki.

Przy środkowym stole najkrzykliwiej
Śniadych włochów hulała czereda.
Ci zarobek najmniej szanowali,
A najgęściej suszyli szklenice,
I do bójki bywali najskorsi.
Pietro Salvi rej wodził w tej kupie,
A krzykaczem był i haraburdą,
I nikomu z drogi nie ustąpił.
W stół pięściami grzmocił, wińsko ciągnął

Jak smok, i grał w karty bez pamięci.
Gdy co wygrał, ciskał to w kapelusz
Starowinie, co przy cytry dźwięku,
Schrypłym głosem śpiewał dawne pieśni.

Lecz mu nagle karta iść przestała —
Gdy się zżymał na nią, drzwi skrzypnęły,
I stanęło na progu winiarni
Dziewczę; krokiem powolnym lecz śmiałym
Przystąpiło do stołu, i topiąc
Czarnych źrenic groty w licach gracza
Rzekło z mocą: „Ty grasz tu, szaleńcze,
A tam w domu nie mamy na jutro
Kęsa chleba!”
Pietro z dzikim śmiechem
Wrzasnął: „Co mi jutro! — dziś jest wszystkiem!
Dziś, kamraci! zgrałem się do nitki,
Lecz nie wstanę, póki się nie pomszczę
Na szatanie, co mi szczęście popsuł...
Kto mi sprzyja — na stawkę pożyczy!”

Trzech rzuciło pieniądz (w grozie strachu
Trzymał wszystkich). Postawił — i przegrał.
Tylko oczy silniej mu błysnęły;
Dopił dzbana i zuchwale śmiał się.
„Hej! — wykrzyknął nagle — kto tę dziewkę
Kupi? Soldów na stawkę mi trzeba,
Więc ją oddam tanio. Wiem z pewnością,
Że mnie teraz wygrana nie minie.
Już mi zresztą Nina się znudziła
I jej wiecznych kazań mam już dosyć!

Hej! kto kupi? Kto targu dobije,
Ten, na honor, będzie mi dziękował!”

I znów śmiał się i szklanką pobrzękał.

Gwar w winiarni ucichł. Z kątów wszystkich
Przepychano się na środek. Nina
Stała sztywna, dumna, i choć na nią
Tyle spojrzeń było obróconych,
Nie mrużyła płomiennego oka.
Twarda nędza i bez jutra żywot
Odcisnęły na jej licach piętno,
Była przecie dosyć jeszcze świeża
I urodna. Stała, milcząc hardo,
I tylko jej zbladłe usta drżały,
A gwałtowne piersi falowanie
Więcej, niźli burza słów, mówiło.

„Trunek głowę ci zamroczył, brachu —
Ktoś rzekł w tłumie — i bajdy nam prawisz!
Jakbym Ninę kupił, tybyś jutro
Odbił mi ją i zawiódł do domu.
Z pijanymi targów się nie czyni!”

Drugi dodał: „Tfy! to wstyd i hańba
Kupczyć żoną!”

„Nina — krzyknął Pietro —
Żoną moją nie jest i nie była!
Mam z nią prawo uczynić co zechcę,
Ale innym strofować mnie — wara!
Chcesz, to kupuj: nie, to milcz i basta!”

Wtem ze swego kąta Jan się podniósł.
Podszedł zwolna do stołu, pieniądze
Cisnąc w garści; wzniósł je przed twarz samą
Pietra i rzekł: „Naści! lecz zaprawdę,
Zbędziesz życia, jeśli kiedykolwiek
Na tę dziewkę okiem choćby rzucisz!”
A do Niny rzekł ciszej: „Chodź, Nino!”

Ona, milcząc, stała wciąż u stołu.
Burza uczuć, gwałtowna a niema,
Coraz silniej wstrząsała jej łonem,
I łez falę do oczów pędziła —
Ona jednak, wybuch powstrzymując,
Dała rękę Janowi, i milcząc,
Pozwoliła, by ją wywiódł z izby.

Śmiech i klątwę posłał w ślad za nimi
Pietro; potem, pieniądz pochwyciwszy,
Do gry wrócił — i znów przegrał wszystko.
Sprzeczka nagła wszczęła się wśród graczów;
Wydobyto noże, i w popłochu,
Pietra, srodze poturbowanego,
Wyrzucono na pusty gościniec.
Nikt się losem jego nie zatroszczył,
A nazajutrz, gdy go już bez życia
Znaleziono, jeden sąd o zmarłym
Był: gwałtownik i pijak...

Tymczasem
Jan żył w chatce z Niną, jak mąż z żoną.
On poważny był, ona uległa

I jak lwiątko przyczajone cicha,
Lecz milcząca. Tak im zima przeszła;
A bywało, że słów ledwie kilka
Przez dzień z sobą zamienią.

Z początku
Jan nie umiał wytłómaczyć sobie,
Jak się wszystko stało. W chwili owej
Gdy sprzedawał ją Pietro pijany,
Widział tylko jej postać przed sobą:
Falujące łono i ust drgania,
Nieugiętą dumę i żar oczów...
O swej Marcie nagle zapomniawszy,
Rzucił pieniądz — i los się wypełnił.
Żył jak senny; często mawiał sobie:
„Już do domu nie wrócę; zostanę
W tych tu górach, między Włochów rzeszą...
Chyba, gdyby zbrzydł ten żywot Ninie,
Lub, innego szczerzej pokochawszy,
Mnie rzuciła, wówczasbym ztąd odszedł”.
W dzień pracował, a nocami marzył.
Widział żony zapłakane oczy
I płacz słyszał smutny swego dziecka,
Które rzucił, zanim na świat przyszło.
Potem w myśli kraj mu własny stawał,
Góry jego, tak dziwnie maleńkie
Przy tutejszych olbrzymach, lecz za to
Wiecznie świeże i wiecznie zielone;
Widział drzewa, mgłą osnute białą,
Słyszał dzwonów rodzinnych muzykę,
Szumy lasów i pluski jeziora,
I przebudzał się ze wzrokiem błędnym,

Głową ciężką... Czemprędzej do pracy
Szedł, a Nina domu doglądała,
Wciąż milcząca i cicha, jak drewno.

Dnie mijały. Jan sny niespokojne
Co noc miewał, a nadzieja złudna,
Że się Ninie sprzykrzy, i że z innym
W świat odejdzie — w mgłę się rozwiewała.
Raz, gdy silniej dogryzła mu troska,
Kontrakt służby rozwiązał, i myto
Odebrawszy, rzekł Ninie z powagą,
Jak mąż żonie: „Za domem mi tęskno —
Zabierzemy chudobę, tam pójdziem!”
Ona chwilę milczała, a potem
Wielkie oczy nań swoje zwróciła...
„Pójdziem, skoro taka twoja wola —
Choćby zaraz”.

Nazajutrz, nim jeszcze
Ruch się dzienny wszczął, już byli w drodze.
Szli przy sobie, dźwigając na plecach
Spakowany swój cały dobytek.
Jan do piersi tulił skarb pieniężny,
Który Nina w podszewkę sukmanki
Przed odejściem ostrożnie zaszyła.
Szli w milczeniu — a im bliżej domu,
Tem się bardziej ściskała pierś Jana.
Nie miał siły wyznać prawdy Ninie
I wyjawić, że ma żonę w domu.
Z każdą chwilą stawał się smutniejszy.
Szedł z ponurą twarzą, jak skazaniec,

A milcząca towarzyszka przy nim.
Iście droga to była krzyżowa,
A mąk sroższych i w czyśćcu nie znają.
On ni słowa nie rzekł, wciąż się naprzód
Wydzierając, przez deszcze i wichry,
A nocami, na słomie gdzieś, w szopie,
Gorączkowe sny miewał, i po nich
Często gniewem wybuchał szalonym,
I zerwawszy się, biegł znów przed siebie.
Myślał pewnie, że dzikiem obejściem
Towarzyszkę odstręczy od siebie,
I że Nina go w drodze porzuci;
Lecz napróżno. Jak cień nieodstępny,
Ta milcząca snuła się wciąż przy nim.
Im chmurniejszy bywał, tem łagodniej
Spoglądały nań oczy dziewczyny —
A to nieraz do łez go wzruszało.

Kres tymczasem pielgrzymki się zbliżał,
A z nim wespół ta chwila fatalna,
Upragniona razem i przeklęta,
Która niosła groźne rozwiązanie.

Szlak graniczny przeszli — są już w kraju;
A gdy leśną mijają gęstwinę,
Nagle błyska im pusta polanka..

Krzyż pochyły stał tu jak na straży,
A dokoła sztachety przegniłe
Oznaczały dawnych mogił miejsca.
Deszcze zmyły z drewnianych krzyżyków
I nazwiska zmarłych i tytuły,

Tylko jeszcze wyzierał z nich czasem
Trupiej głowy smutny wizerunek.
Spokój tutaj panował głęboki...
Słońce bliskie już było zachodu,
A ogniste, długie jego smugi
Mech złociły, jagody i liście.
Świat się cały w taki urok przybrał,
Jako w chwilach tych niezapomnianych,
Kiedy ludziom serce z bólu pęka,
A przyroda śmieje się, ażeby
Dwakroć sroższą boleść ich uczynić...
Kiedy doszli do końca polanki,
Jan zatrzymał się wraz u stóp krzyża,
Zdjął węzełek z pleców, na mchu usiadł,
I twarz zakrył rękami obiema.
Nina, wszystko powtarzać przywykła,
Co on czynił, też siadła na stronie —
I milczeli, jako był ich zwyczaj.
Ciężki jednak piersi Jana oddech
Wzruszył Ninę. Spojrzała na niego:
Zdał się innym człekiem... Twarz miał siną,
A włos jego, przez tę jedną dobę,
Całkiem zbielał. Łzy, wielkie jak grochy,
Po licach mu płynęły, i łkanie
Pierś wstrząsało, jak małemu dziecku,
Gdy pod wieczór zabłąka się w lesie.

Nagle powstał i tak mówić zaczął:
„Nino, ja cię w grzeszny sposób zwiodłem —
Jam żonaty! — Rzecz tę utaiłem
Ani wiedząc dlaczego i po co...

W owej chwili, kiedy cię sprzedawał
Pietro, próżno-m z pokusą chciał walczyć —
Była ona odemnie silniejsza.
Gdym cię potem do chaty swej przywiódł
I podzielił z tobą twarde łoże,
Już mi siły brakło i odwagi
Rzec ci prawdę. Dłużej trudno taić..
Za chwil parę będziemy już w domu.
Tak, mam żonę, Martę — dziwnie dobra
To kobieta. Mam też dziecię małe,
Które dotąd twarzy mojej nie zna.
Jestem bardzo, bardzo nieszczęśliwy!
Nie wiem zgoła, co mam począć teraz,
Lecz byłoby dla mnie stokroć lepiej,
Gdybym w jednej z tych mogił spoczywał...
Musisz, Nino, rozstać się dziś ze mną;
Moja Marta aniołem jest — przecie
Wiarołomstwa przebaczyć nie może.
Czuła żona odpuści mężowi,
Że na długi czas o niej zapomniał,
Że roztrwonił niebacznie jej wiano,
Że ją płocho opuścił, a nawet
Że ją wybił — lecz jest nad jej siły:
Odpuścić mu niewierność. — Masz, Nino,
(Przy tych słowach sięgnął po węzełek,
W którym pieniądz chował zarobiony),
Oto twoja połowa — weź sobie
I idź z Bogiem, a przebacz, żem zgrzeszył
Przeciw tobie kłamstwem i słabością.
Wcześniej miałem ci wszystko wyjawić,

Lecz nie mogłem; — ciężko przewiniłem,
Jednak za to płacę, bo dopiero
Czuję teraz, jak mi jesteś droga!...”

Gdy tak mówił, Nina głową chwiała,
Ciężkie z piersi jej biegły westchnienia,
I topiła wzrok swój w jego oczach.
„Dobrze mówisz, Janie — rzekła cicho
Skoro tak być musi, pójdę sobie.
Jam tu czuła, sercem zgadywała,
Że przedemną taisz smutek wielki...
Winnam tobie wdzięczność, boś był dla mnie
Zawsze dobry, uprzejmy i ludzki.
Gdyś mnie kupił, jak towar, od Pietra,
Byłeś wstrętny mi i nienawistny,
I Bóg świadkiem, żem była gotowa
Pchnąć cię nożem podczas pierwszej kłótni,
Którą wszcząć-byś śmiał ze mną. Do szyderstw
I rozpusty, do bicia i głodu
Dawniej byłam jedynie nawykła,
I od ciebie więc tegoż czekałam.
Ale jakiż zawód! — Tyś był dla mnie:
Bratem, ojcem, przyjacielem, sługą —
I zawziętość moja roztajała,
Jak lód w słońcu. Dzisiaj ja cię żegnam
Pełna uczuć dla ciebie najlepszych...
Dobrze mówisz, Janie — pójdę sobie”.

Nagle mowę płacz jej przerwał rzewny.

Słońce gasło, i blaski czerwone
Rozlewało po drzewach i krzakach,

Krople rosy zmieniając w rubiny,
Rozsypując snopy skier po niebie,
I na szczyty górskie, z blasków złotych
Kładąc dyadem. Liść nie drgnął dokoła —
Słychać było tylko ciche łkania
Dwojga ludzi, ciężką troską zdjętych.

On, powstawszy, dłoń do niej wyciągnął;
Potem dobył z ukrycia pieniądze,
I jął liczyć, by część przynależną
Oddać Ninie — a ona tymczasem,
Z płaczem smutnym błądziła dokoła,
Łzy po krzewach gubiąc ciemnolistnych,
Po gałązkach, które zachód złocił,
Po jagodach, kędy ćmy latały,
Po jedlinie, z której krzyż był zbity,
I po starych nagrobkach wśród trawy,
Z których słota wpół zmyła napisy.
Wtem się cała nagłym dreszczem wstrząsła:
„Jak na imię, Janie, żonie twojej?”
— „Marta” — odrzekł półgłosem, i dalej
Liczył pieniądz, nie zwracając głowy.

„Jakto, Marta?” — ona znów podjęła.
„Spojrz na krzyż ten; przeczytaj to imię...

On się porwał, z kolan wszystko zrzucił,
I do krzyża przypadł, który w trawie
Leżał gęstej; tę trawę rozgarnął,
I swej żony imię czytał pod nią.
W górze napis: „tu leży”, a spodem:

„O westchnienie uprasza do Boga”.
Na kolana upadł i to drewno
Napół zgniłe, ustami drżącemi
Jął całować, a zdrój łez gorących
Z oczu jego płynął, z piersi zasie
Jęki: „Żono moja! — żono! żono!”
Nina stała nad nim zalękniona,
I czekała aż swój ból wypłacze,

I zwróci się do niej z pierwszem słowem...
Noc zapadła i gwiazdy już lśniły,
Kiedy wreszcie, łzy otarłszy, powstał,
I spokojnie rzekł, dłoń jej podając:
„Chodźmy, żono; takie snać już było
Przeznaczenie; gdy się połączymy,
Marta do nas uśmiechnie się z nieba!...”






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jaroslav Vrchlický i tłumacza: Wiktor Gomulicki.