Ideał i pieniądz

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Ideał i pieniądz
Pochodzenie Zaszumiały pióra
Wydawca Wielkopolska Księgarnia Nakładowa Karola Rzepeckiego
Data wydania 1922
Druk Drukarnia Zjednoczenia Młodzieży
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
IDEAŁ I PIENIĄDZ


Szerokim, bitym traktem toczył się gruby pieniądz. Nie połknął się nigdy, bo drogę miał równą, wygładzoną jak szyny. Pieniądz się toczył, a tchnienie jego biegło naprzód i czyniło teren odpowiedni dla jego wielmożności. Wszelkie przeszkody były mu niczem, wszystkie mocą swą zwalczał...
Był butny i pewny swej potęgi. Był przekonany, że nikt i nic mu się nie oprze, że jego tchnienie posiada siłę magiczną, władzę bezkresną, która narody gnie, zwalcza tytany, w przyrodzie jest bóstwem, ironizującem z wszelkich tworzyw i objawów, że jego wola kładzie bory niebotyczne, równa przepaście i drwi z przeszkód, czyniąc je uległemi dla siebie.
Pieniądz wiedział, że jest panem świata, że jego blask oślepia ludzi, zgina karki najtwardsze, zuchwałych czyni pokornymi, oszczerców pochlebcami, małych wielkimi.
Pieniądz miał świadomość swego uroku, jaki wywierał na ludzi, swej czarownej mocy hypnotyzującej śmiertelnych. Buta jego rosła, wzmagały się kaprysy i fantazje. Szlak przez który wędrował upiększał się i stawał się drogą cywilizowaną, non plus ultra. Plonowało tu bogactwo, dobrobyt. Jak kwiaty wyrastały piękne miasta, pałace, wille strojne, ogrody, parki. Wznosiły się olbrzymie fabryki, jeździły pyszne ekwipaże, zaprzężone w cudne konie, samochody, tramwaje, latały aeroplany, balony, wiły się drogi żelazne. Ludzie tu nie dźwigali ciężarów, wyręczały ich w tem mechaniczne bloki i wagony parowe, oraz konie na szynach. Wszędzie tchnienie pieniądza, wszędzie majestat jego i jakby osobna atmosfera dla niego.A przytem hołd, cześć, służalczość.
Pieniądz się toczył, potężniał, ogromniał, uświetniał się, uwieczniał, jak wszechwładny pan i samowładca świata.
Tocząc się tak w blaskach i w chwale niezmiernej, pieniądz ujrzał nagle przed sobą jakiś promień pastelowy, promienny a subtelny.
Błękitnawy był, tchnął różowością i mglisty. Ale choć tak nikłym zdawał się ten abstrakcyjny twór, jednak miał w sobie moc raczej odczutą niż widzialną. Nie usunął się z pokorą przed pieniądzem, nie zgiął się przed nim, hołdu mu nie oddał, przeciwnie, nie widział go, lekceważył.
Pieniądz, zdumiony, stanął w swym pochodzie, zmierzył dumnym wzrokiem chuderlawego przybysza, i czekał — aż ten się ocknie z zadumy i przejrzy kogo ma przed sobą. Pieniądz się niecierpliwił, lecz tym razem chciał być wyrozumiałym, by tem silniej zmieszać śmiałka i ukarać go, jakkolwiek nie miał pojęcia, z jakich krain przybywa ta zjawa, i czego tu chce, w państwie samowładnem mamony.
Ale dziwne zjawisko nie zmieniało swej pozycji, siało wyniosłe, dumne, jakby miało podstawy niezłomne, jakiś piedestał z marmuru. Jakby było pewne, że i ono tu króluje.
Pieniądz złowrogo błysnął.
— Kto jesteś? — spytał wielkim głosem.
Zjawisko milczało, pomimo to pieniądz czuł, że ono go przewyższa i że się z niego naigrawa.
— Kto jesteś, coś wszedł w moje wszechwładne państwo? — spytał powtórnie.
Wówczas odezwał się głos przedziwny, słodki i jakby wonny zapachem lilij i tuberoz, miękki i ciepły, jak spokojna toń rzeczna w pogodny ranek majowy. Ale zarazem tchnący siłą tajemniczą, ukrytą potęgą; głos bezsprzecznie jedyny.
I przemówiło zjawisko:
— Dla mnie granice nie istnieją żadne, więc i twego państwa. Chodzę samotnie i tam, gdzie zapragnę. Odzie mnie niesie natchnienie.
— A jakoże się zwiesz?...
— Ideał.
— Piękne miano! Lecz co ono w sobie zawiera?
— Zawiera istotne szczęście ludzkie, — brzmiała odpowiedź tak jasna i niebotycznie pewna siebie, jak himalajskie szczyty są pewne, że nad górami świata górują.
Pieniądz zdumiał.
— Ty zamykasz w sobie istotne szczęście ludzkie?....
— Tak, ja je noszę w sobie.
— Kłamiesz! Szczęście ludzkie jest we mnie, ja je posiadam.
— W tobie jest dobrobyt, blichtr; lecz to nicość wobec ideału.
— Ale cóż daje ideał?...
— Daje moc ducha, daje uczucia święte i szczytne, ty ich nawet nie rozumiesz. Zgłębić ich nie potrafisz.
— Ha, ha! Ależ to szaleństwo! Moc daje człowiekowi tylko pieniądz i myśli szczytne rodzą się na jego glebie i wszelkie uczucia. Pieniądz jest esencją życia, jego likworem. Bezemnie człowiek staje się włóknem, jak owoc bez soku, żyć nie może.
— Żle sądzisz! Jest przeciwnie. Pieniądz to tylko ich podpora życiowa, to materjalny byt, zatem to jedynie materja. To nie duch. Dopiero człowiek, który pielęgnuje w sobie pewien ideał, jest człowiekiem.
— Tak sądzisz? A ja ci mówię, żeś w błędzie, przechwalasz się jak zarozumialec. Bo pomyśl sam, coby począł człowiek naładowany najszczytniejszemi ideałami, gdybym ja go nie nakarmił najprostszym w świecie chlebem. Co by się z nim stało? Myślisz, że te ideały żywiły by go? ręczę ci, że umarł by z głodu, jak pospolity żebrak.
— Mówisz tak, bo nieznasz wartości ideału.
— Nieznam istotnie, ale się domyślam, co on wart. Słyszałem, że jest gdzieś kraj zwący się „Utopją“, ty pewno jesteś jego mieszkańcem?
— A cóż to jest utopja, jeśli łaska?.....
— Utopja to kraj warjatów, krótko mówiąc, wogóle ludzi, którzy, mając przed sobą miskę grochu ze sperkami, lekceważą ją i lecą pod niebiosa, by dotknąć skrzydeł anielskich, tych zaś oczywiście nie napotykają nigdy i najczęściej wówczas spadając na łeb, na szyję, z wyżyn na niziny, tłuką swą poczciwą miskę z grochem i.... giną.
— Dobrze, wedle twego widzimisię. Ale powiedz co to jest Ideał?
— Tego niewiem dokładnie. Lecz ponieważ to dziecko „Utopji“ zatem.... nieciekawe.
— Jesteś profanem. Wybaczam ci boś nieświadomy. Ale słuchaj: Ideał to przedewszystkiem twój antypod i przewyższa cię o tyle, że niewart jesteś pełzać u jego stóp. Ideał to kwiat ducha, to jego nektar, jego ambrozja. Człowiek, którego duchowa jaźń wyda ten kwiat, jest miljonerem, co mówię, jest biljarderem ludzkości. To olbrzym. Taki wybraniec, taki bogacz potrafi dźwigać narody, świat weźmie na swe barki. On, czując w łonie swem tętno ideału, walczy i zwycięża, jak tytan. On zapatrzony w swą przewodnią gwiazdę, którą mu zapala jego ideał idzie przez zaspy ludzkich zawiści, przez kopeć i brudy nigdy nienasyconych żądz, zemst i krzywd, i dąży stale do celu zawsze wielkiego, dąży, choćby miał pozory małe, dąży do spełnienia swych marzeń dostojnych.... i spełnia je. Co zdziałać może ideał, tego nikt na świecie nie zdoła. To mocarz!
— Przestraszasz mię! Czyżby on, ten twój ideał, miał lepszą walutę niż moja. Nieznam tego rywala.
— Co to jest... waluta? — spytał Ideał niepewnie.
Chwila milczenia.
Pieniądz się rozjaśnił śmiechem, wsparł się w boki z pyszną miną i zawołał.
— Nie wiesz co znaczy waluta? No, nic dziwnego, jesteś przecie Ideałem, mrzonką, dymkiem z piankowej fajeczki, próżniaku, w który gdy dmuchnę zostanie... powietrze. Waluta, mon cher, to moja sukienka, stosuję ją do mody bieżącej i zmieniam czasami. Zarazem powiem ci, że ta suknia to moja moc i jeśli ty, ideale, nieznasz jej nawet z nazwy, to ci bardzo winszuję, ale nie zazdroszczę. Co zaś do twego rywalizowania ze mną, to, jak odgaduję, taka jest między nam i proporcja: ja nowy elegancki bucik, złoto oklamrzomy, drogi, cenny, i najmodniejszy, ty zaś stary, zdeptany, prunelowy pantofel, który dla tradycji, że go kiedyś nosiła praprababka, schowany jest w szafce z szanownemu gratami.
— Za wiele mówisz, znać żeś syty — przerwał mu Ideał. Wszystkie twe dowodzenia i owa waluta nie starczą za jeden atom ideału. A dlaczego? bo ty jesteś giętki, pochylasz się, upadasz, znowu się wznosisz, kołyszesz się i stosujesz do tej waluty swą postać, giest, nawet wartość. Więc tyś chwiejny. Wypadki światowe zdolne są ciebie zgiąć aż do ziemi, jak służalca za czasów niewolniczych i potrafi znów za podmuchem innego wiatru sprostować ci poddańcze biernie ramiona. Widzisz, tu przewyższam cię o całe niebo. Mnie żadna wroga siła nie zegnie, żaden zły uśmiech fortuny nie zaciemni mi lic. Jam w sobie jak skała, trwam i trwać będę, żadne wpływy nie są zdolne wycisnąć na mnie swego piętna. Moja szata jest jedna i ta sama wiekuiście... świetlana; ku niej dążą masy ludkie, zapatrzone w błękitnawy, cudny blask, bo ideał promieniuje. Wchłania w siebie wszystkie gwiazdy świecące dla ludzkości, jest astralną atmosferą. To potęga duchowa niezwalczona przez żadne życiowe obuchy i ciosy. Ideał to duch Boga zatem jest niezniszczalny.
— Ja go zniszczę zawsze jeśli zechcę.
— Czem?!...
— Swą władzą. Odejmę mu żywotność, więc umrze.
— Zdejmę z Boga aureolę, zniszczę jego ołtarze i nie będzie Boga... prawda? — przedrzeźniał Ideał. — Mówisz jak dziecko, które pragnie gwiazdy na zabawkę i tupie nogami, by mu ją dano. W końcu gdy nazbyt kaprysi, zamykają okiennice, dają bębnowi błyszczącą paciorkę i cicho. I ty pewno w ten sposób nieraz się łudzisz.
— Nie, ja spełniam fakta. Ja w złote mosty budowane przez ideały na rzekach fantazji rzucam tyle dziur, że połamie sobie nogi każdy prześwietlisty ideał, o ile nie zdoła tych dziur załatać, czyli o ile nie wejdzie ze mną w porozumienie, ponieważ skład wszelkich materjałów ratunkowych jest u mnie. Dalej.... może sobie ideał malować przepiękne obrazy barwami astralnemi, utopijnemi i jakiemi chce, ale gdy po tych ślicznościach ja przeciągnę najordynarniejszym wiechciem, umaczanym w prostym dziegciu, cuchnącej nędzy, to już żadna astralność przez tę maź się nie wydostanie, ręczę za to.
Znowu zaległo milczenie.
— A co! przegadałem cię? O! Ideale! — zaśmiał się rubasznie pieniądz.
— Ani trochę! Zresztą może mnie i przegadasz, ale nie przekonasz. Ty ciągle mówisz o nędzy materjalnej, stawianej w poprzek ideałowi, a nie rozumiesz tego, że ideał dąży również do dobrobytu i bogactwa, tylko nie koniecznie własnego, często cudzego...
— No, to już skończony idjota!
— I nie koniecznie materjalnego, bo częściej duchowego.
— Jeszcze lepiej! Warjaci!
— Altruizm jest naszą dewizą, miłość dla ludzkości pragnienie ocalenia jej od nędz moralnych, co pociąga za sobą często nędzę materjalną.
— I vice versa, luby Ideale. Nędza materjalna pociąga za sobą nędzę moralną. Jeśli łaska, to kombinacja taka bywa nawet o wiele częstszą. Nędza moralna przeciwnie, rodzi czasem wielki los, zdobywa złoto masami. Zatem jesteś w błędzie.
— Nie przerywaj! łagodnie rzekł Ideał. Nasze hasło brzmi jak dzwon odrodzenia dla ludzkich mas. Idea to miłość ogółu, Ideał to wizja świetlanej przyszłości, Ideał to wyzbycie się swego ja dla pięknego celu; wszechdobra ogólnego. Ideał to męka. Ideał to czar. To kwiat pachnący i kolący oset. Ideał to marzenie, to droga do szlachetnych dążeń, to niedościgniona nigdy doskonałość, to wiecznie żywa, jak puls, myśl wybujała o złotych skrzydłach i źrenicach z brylantów, które przestrzeń szarą przenikają i widzą po za nią czarowne, arcycudne wcielenie idei... Ideał to droga kolczasta do boskości. Ideał to miłość nadziemska, to krańcowa tama egoizmu, to wzlot ku niebiosom z pełną czarą zachwytu. Ideał to dobroć i szał upojeń. Ideał to rozwój sztuki, nauki, piękna.
— Ten się rozgadał! Ależ daj do słowa dojść, mon cher blanc bec Idéał! Teraz ja ci powiem, co to jest pieniądz. Tyś na mnie zwalił cały wulkan pochwał dla ideału, ja teraz chlusnę na cię oceanem zachwytów dla mamony. Pieniądz kochanku, to nie żadna tam abstrakcja, lecz prawda najistotniejsza i bez niej nic. Jestto kolosalny motor, dźwigający wszelkie ciężary, poruszający wszystkie możliwe tryby życiowe, to jednem słowem modus dicendi świata, to dopiero jego hasło. Cała ludzkość runęłaby w przepaść bez tej podstawy, na pieniądzu stoi i toczy się wszechświat...
— Aby nie to! — przerwał Ideał gorączkowo. — Może się toczyć świat, lecz nigdy wszechświat.
— To dla mnie, równoznaczne. Wszechświatem zwie się świat realny i świat abstrakcyjny, astralny, planetarny, duchowy. Ale wszystko to za pomocą pieniądza odkrytem zostało. Umysł ludzki, by osiągnąć wszechświat, musiał najpierw osiągnąć naukę, ją zaś mógł dostać tylko za pieniądze.
— Przesadzasz! Wszelkie odkrycia są genjalne, to wytwór umysłu, bez twej pomocy. Więc początek wiedzy obywa się bez ciebie.
— Tak, ale chcąc aby umysł rodził wiedzę i tworzył — musi żyć, musi być zasilonym przez soki życiodajne, a to już jest mój wydział, nie zaprzeczysz. Pieniądz, mon petit bijou jest wszechmocny, jest uniwersalny. To ogrom, nie dający się zmierzyć ani przewyższyć, to głębina nigdy nie zgruntowana. Pieniądz wciela ideały, bo wprowadza je w czyn. Pieniądz utrwala miłość, często ją stwarza, daje zbytek, uśmiech budzi na licach ludzkich, rodzi słodycz życiowego istnienia, daje zdrowie, zadowolenie, szacunek, szczęście. Wszelkie ideały bez pieniędzy to miraże, to fata morgana, to złuda, im piękniejsza, tem okrutniejsza. Ja daję dobroć i miłosierdzie, ale daję również złość, gniew straszny i zbrodnię. Jam jest dola i niedola, jam światłość i głód, przepych i nędza. Tworzę etykę, moralność, i dusze wtłaczam w otchłań zgniłą, w brud, w krańcowy upadek. Rozwijam ludzkość i umiem ją zgnieść, użyźniam i suszę, rodzę i zabijam. Ja żywioły w przyrodzie ujarzmiam tworzę cuda, otwieram nowe światy. A nazwą moją jest Wszystko.
Ideał słuchał cierpliwie, lecz bez przekonania. Rzekł z dumą.
— Tak, tyś potrzebny, jako dobre narzędzie dla Ideału, dla jego wyobraźni i fantazji. Tyś jest młotem do tworzenia drogi Ideałom, ty otwierasz różne podwoje świata, które Ideał rozkaże ci otworzyć, tyś kilof do rozbijania skał realnych, stojących Ideałom na zawadzie, tyś jest kula i dynamit, któremi Ideał dąży do swych celów. Słowem tyś sługa... a ja pan.
Pieniądz łyskał złośliwie.
— Taki sługa, że gdy weźmie na kieł, to... i pana nie stanie — zaśmiał się szyderczo. Spróbuj się mnie wyzbyć, wyrzeknij się mmie, a zobaczysz rezultaty. Dostaniesz suchot i zginiesz pod płotem jak nędzarz.
— Jak nędzarz materjalny, ale nie duchowy. Mocarzem duchowym zostanę do końca i będę nim w życiu pozagrobowem, wsiąknę we wszechświat i z nim przetrwam wieki. Albowiem nasz byt początek i naszą będzie nieskończoność! Ideały pchnęły świat do czynów i ciebie stworzyły, jako realną potrzebę, jak zresztą mnóstwo innych narzędzi potrzebnych do rozwoju ich planów. Więc tyś był, jesteś i będziesz działaniem, nigdy pomysłem, pomysłem jest Ideał.
— Nie rozumiem, co wart pomysł bez działania, — bryzgnął jadowitym śmiechem pieniądz.
— Ja zaś nie pojmuję działania bez pomysłu — spokojnie rzekł Ideał. Pomysł jest początkiem, ty zaś tylko dopełnieniem, ty jesteś wykonanie.
— Bon! Ale zastanów się, że pomysł, vel ty, bez wykonania — vel mnie, pozostanie zawsze jedynie pomysłem i strupieszeje bez pożytku. Ładnieby wyglądała ludzkość, gdyby istniały tylko pomysły, Ideały bez czynów.
— Ależ pieniążku pomyśl, że gdyby Ideały nie rodziły pomysłów to i twój czyn nie miałby racji bytu. Twoja wartość spadłaby do minimum, do zera. Karmiłbyś ludzi, ubierał i kwita. Czyż miałbyś dzisiejszą minę, butę i zarozumiałość? Przenigdy nie! Ideał bez ciebie żyłby jednak i fantazjował, i zwiedzał podgwiezdne szlaki i gościńce Utopji. Zatem bez ciebie nie umierałby; ale ty bez Ideałów i pomysłów w ludzkości, skurczyłbyś się i zmalał tak, że byłbyś jeszcze mniejszy i nędzniejszy od Ideału niż teraz. Dziś tyś potęgą, lecz w porównaniu z Ideałem jesteś miernością. Zgódź się na to łaskawco, gdyż to jest prawdą niezbitą. Być może dla ciebie smutną, ale to już absolut. Dixi!
Długie, ciężkie milczenie. Pieniądz jednak nie dał za wygranę. Rzekł z emfazą.
— Mój ty chudy, mglisty Ideałku, mów sobie co si się podoba, dodam tylko, że trzy czwarte świata należy do mnie, i mnie hołduje, a jedna czwarta to twoi wielbiciele. Trzymaj ich ostro, by i oni ci nie uciekli, a przynajmniej nie chudli tak przeraźliwie. Znasz przysłowie „jak cię widzą, tak cię piszą“. Otóż ja i moi stronnicy mamy wygląd magnacki, mamy postawę, minę i dlatego torują przed nami drogi, zdmuchają pyły, sypią nam kwiaty i gną przed nami karki. A Idealiści, cóż osiągnęli? potrącają was chuchraków na drodze życia, lekceważy was życie i ochudza stale.
— Tak, ale idealistom stawiają pomniki, składają hekatomby.
— Za pieniądze. Więc znowu ja.
— Tak, znowu ty nam służysz.
— Do licha! Jesteś uparty.
— O! Toś dobrze powiedział. Jestem uparty i szorstki, pomimo mej błękitnawo pastelowej powierzchni, ty zaś jesteś bardzo śliski, jaskraw o świecisz i brząkasz, szeleścisz ponętnie. To powód twego rozrostu. Nie trzymasz się uparcie ludzi, lubisz rozmaitość, toczysz się szybko i migasz. Uganiają się za tobą, bo umiesz kokietować, łechtać i wyciekać, jak złota struga wina. Ja przeciwnie, gdy kogo opanuję, gdy wezmę kogo w swe posiadanie, już mnie żadna siła nawet twoja oderwać od niego nie potrafi. Gdy kogo ukocham ten już mój na wieki, ten może być całe życie mizerakiem i cierpieć biedę, ale o nim potomni będą wiedzieli, ten stanie się już nieśmiertelnym dla świata, bo on minie, ale echo jego zostanie. Dzieci Ideałów są wieczne, pamięć o nich do historji przechowa. A twoi miljarderzy, o ile są tylko miljarderam i z pieniędzy, bez ideałów i myśli, przemijają bez echa, giną jak złoto ciśnięte w głębinę morską, śladu po nich nie zostanie, bo byli pasorzytami społeczeństwa pomimo miljonów. Sam pieniądz to tylko motor, ale motor, musi być puszczonym w ruch, inaczej będzie stał bezużytecznie. To siła, lecz siła martwa; żywym i twórczym pulsem jest Ideał.
— Ja się na to nie zgadzam, jesteśmy w konflikcie.
— Pozwól sobie na to, jednak pomimo twej obrazy służyć mi musisz.
— Jeszcze ci dam dowód mej wyższości — puszył się pieniądz. Oto, Ideał to próżniak, a pieniądz to pracownik. Wszelkie marzenia, fantazjowania, filozofowania twoje — to dolce far niente. Czyli summa summarum, ty wałęsasz się, próżnujesz, ja zaś działam Co lepsze?
— Działasz, ale zawsze z moją inicjatywą.
— Mogę cię nieznać, równie dobrze.
— Wówczas działasz bez pożytku.
— Nawet wtedy cieszę ludzi.
— Chyba tem, że błyszczysz?
— Nietylko, bo daję rozkosz.
— Sybarytom i próżniakom. U skąpców leżysz w skrzyni jak próchno.
— Lepsze takie próchno realne niż twoje abstrakcje. Spytaj każdego, coby wybrał, a zobaczysz.
— Kwestja zapatrywań i ustroju psychicznego. Kto posiada więcej duszy wybierze mnie, u kogo przeważa ciało ten pójdzie za tobą.
— Takich jest więcej.
— Bezwątpienia, lecz to nie dowód twej wyższości.
— Przeciwnie. Mam więcej poddanych, zatem jestem silniejszy i więcej wpływowy. A już obecny duch czasu całkowicie jest po mej stronie.
— Doczesną jest twa potęga, zarozumiały pieniążku, moja zaś niespożyta. — Ty Ideałku chudziaczku, nieboraczku, zawsze się łudzisz, a ja żyję prawdą.
— Ty Ideałku, chudziaczku, nieboraczku, zawsze się łudzisz, znany obłudnik i uwodziciel. Wiary nie potrafisz dotrzymać, służysz każdemu kto cię posiada i złodziejowi i szachrajowi i zbrodniarzowi. Za ciebie można kupić nóż do zabijania i truciznę. Bezduszna, bezmyślna bryła, którą każdy rozporządza jak sam chce i równa się z Ideałem, pnie się jak góra złota do słońca. Bądź jeszcze większym a słońca, vel ideału nie dosięgniesz.
— Dosięgnę i przewyższę.
— Nigdy!
— Ej Ideałku, spokojnie, bo przyjdzie czas, że będziesz skomlał u mnie, błagając o miłosierdzie, będziesz żebrał o sojusz ze mną. Ja zaś wtedy zafiukam ci na flecie, brzęknę na lutni, pokażę ci pustą przestrzeń, gdzie wiatr hula sobie i powiem tak: Chybaj mgławico w mgły, w szlak powietrzny, w pyły złociste, na gwiazdy, na obłoki sine i... giń! Oto co jest. Ha!
— Gdyby nastąpiła taka hańba świat runąłby w otchłań, ty mu nie wystarczysz. Bez ciebie może być głód, bezemnie zanik kompletny, koniec świata. Pycha cię unosi, niecierpię pyszałków. Z brutalną siłą molocha niemam nic wspólnego. Za hańbę uważałbym sobie wszelkie z nim sojusze. Niechcę dłuższej rozmowy z tobą.
— Bo cię przekonałem. Ha, ha.
— Nie, bo tobą gardzę. Idź precz Molochu złoty!
— Ja zaś brzydzę się tobą, bo nie cierpię rozmazanych ślamazarów, błędnych ogni, niewyraźnych mrzonek. Z mglistym ideałem niechcę się bratać, nazbyt siebie cenię. Nie mam czasu na romantyczne elegje na twój temat. Zatem marsz mi z drogi! nie zabłękitniaj mi tu swoją idjotyczną, idealną mgłą moich szlaków złotonośnych.
— Ja miałbym ustąpić tobie? Ja duchowy patrycjusz parwenjuszowi?... natchnienie twórcze swemu wykonawcy?...
— Ty, chudopachołek, mizerak, żółtodziób — Ideał, mnie molochowi złota. Z drogi, z drogi, maro blada!
Ideał błysnął promiennie, przejasny był i gwieździsty.
— Nie unoś się bezczelny molochu — rzekł z siłą lecz spokojnie. — Ja się przed tobą nie usunę, nie ugnę. Rozsadzą nas wieki. Historja notuje karty twojej świetności i mojej chwały. Na jej łamach ja będę promieniował świetlistym gwiazdozbiorem, zorze pójdą moim śladem wytycznym. A ty......
— A ja? — zawołał pieniądz — zaleję świat oceanem swoich blasków.
— Nie! ty będziesz błyszczał jak złota olbrzymia góra, ale bez szczytów, a dokoła ciebie mrok zimny i czarne przepaście zaniku ducha, wiary, nędzy moralnej — pomimo błyszczącej bryły złota. Będziesz błyszczał, lecz nie promieniował. Tę różnicę zasadniczą między nami wykaże przyszłość, historja.
Ideał rozblękitnił się, zalśnił cudnym różem, sypnęły z niego gorące promienie nadziej! i wiary, uniósł w górę śnieżne pióra swych skrzydeł, jakby z obłoków i mgły utkane.
Pieniądz był nadęty i jakby zmieszany. Ujrzał się nagle kolosalnie wielką bryłą złota, błyszczącą bezdusznie i jakby martwo, kuszącym blaskiem kruszcu, w mrokach, w śród czarnych otchłani, wśród bezbrzeżnych pustoszy z których... uleciał Ideał. Ani jeden atom z bryły złotej pieniądza nie promieniował, ani jedna smuga świetlna nie przenikła mroków. Błyszczał on sam, pieniądz, bez aureoli świetlistych zórz, bez tęczy promienie siejącej. Był blask jego własny, umiejscowiony w nim, nie słoneczny, nie oświecający i nie ogrzewający. Jak próchno.
A przyszłość. Historja? zbierze na swe łamy, jak na wagi, wszystką promienistość Ideału i błyszczącą bryłę Molocha. Co przeważy?.......
Rubinowy rumieniec oblał pyzate oblicze pieniądza. Brzęknął, błysnął i potoczył się swoim szlakiem, butny, opasły, pewny siebie.
Przyroda szeptała dokoła.
— Niech walka trwa, wszak na niej świat stoi.

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.